![]() |
|
[13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4941) |
RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.07.2025 Próbowali. Naprawdę usiłowali zrobić coś po to, aby im wszystkim wiodło się lepiej. Tyle tylko, że najwyraźniej tylko oni podejmowali jakiekolwiek starania. Żadne z nich nie było zaś chłopcem do bicia, wolontariuszem i świętym, by znosić takie traktowanie, na które coraz częściej pozwalał sobie brat Geraldine. Czara goryczy przelała się tu i teraz. - Niektórzy nie potrafią brać odpowiedzialności za własne czyny - przytaknął bez najmniejszych oporów przed tym, aby zaliczyć młodszego brata dziewczyny do właśnie tego grona. Zresztą nie tylko młodszego, czyż nie? Najstarszy także wyjechał z kraju, szwendając się cholera wie, gdzie i zostawiając wszystko na głowie środkowej siostry. Wedle wiedzy Roisa, nie było z nim praktycznie żadnego kontaktu, toteż nie mogli wiedzieć, co tak właściwie robił i co planował dziedzic Yaxleyów. W tym wypadku, Ambroise skłaniał się w raczej wyjątkowo nietradycyjnym kierunku. Bardzo odmiennym od jego klasycznych, raczej konserwatywnych poglądów. Nigdy zresztą nie ukrywał, że punkt widzenia zależał od punktu siedzenia. Oczywiście, nie zmieniał go raz za razem, jednak w tym konkretnym przypadku, dostrzegając cały wkład, jaki jego dziewczyna dawała od siebie, aby utrzymać równowagę w rodzinie i pozycję rodową, oddawanie władzy któremukolwiek z jej zupełnie nieprzystosowanych, niezainteresowanych braci było... ...co najmniej nierozsądne. Nie mówiąc już o całej niesprawiedliwości, jaka za tym podążała, ponieważ życie w środowisku czystokrwistych czarodziejów nigdy nie było i nie miało być sprawiedliwe. W tym wypadku raczej nie należało mieć złudzeń. Niektórych zwyczajów nie dało się wykrzewić, niektórych nawyków nie można było wyplenić. Jednakże przekazywanie odpowiedzialności w ręce kogoś, kto nigdy do niej nie dążył było wyjątkowo niesłuszne. Z drugiej strony, jakiekolwiek odstępstwa od reguły z pewnością zostałyby przyjęte na niekorzyść rodziny Geraldine. W tym wypadku pozostawało im przyjąć aktualną narrację, licząc na to, że do któregokolwiek z braci dziewczyny trafi dziedziczenie (choć przekazanie go w ręce wampira było raczej wątpliwą kwestią) okaże się co najmniej nieszkodliwy. Obaj zdecydowanie byli bowiem skrajnie nieodpowiedzialni. - Nie jest naszym dzieckiem - stwierdził fakt, jednak sposób, w jaki to stwierdził niósł ze sobą wiele dodatkowych znaczeń. Wystarczył nawet sam ton głosu, w którym to powiedział, aby nie potrzebował dodawać wiele więcej. Zresztą. Nigdy nie był człowiekiem słowa. To jego czyny świadczyły o nim samym. Tak jak uczynki Rotha mówiły o tym, jakim nieczłowiekiem stał się najmłodszy z Yaxleyów. Gdyby chodziło o ich własne dziecko, abstrahując od sposobu wychowania latorośli, Ambroise walczyłby o postawienie go do pionu. Wkładałby wiele energii, szukałby sposobów na poradzenie sobie z problemem. W tym wypadku też usiłował to robić, ale Rina miała rację. Nie mogli pomóc Astarothowi na siłę. To nie był ich problem. To nie było ich nie do końca właściwe przystosowanie młodzieńca do życia. To nie oni sprawili, że Yaxley nie potrafił odpowiadać sam za siebie. Że wychodził z pozycji ofiary, choć jednocześnie zachowywał się jak agresor. Należało powiedzieć temu pas zanim to zniszczyło ich oboje. Nim zrujnowało im życie i szanse na wspólną przyszłość. Na własny dom, być może na rodzinę. Na wszystko, na co zaczęli pracować. Tak naprawdę już wiele lat wstecz, choć nie dało się ukryć, że teraz czekała ich odbudowa. Czy mozolna? Być może, ale oboje pisali się na nią. W przeciągu ostatnich dni powiedzieli sobie więcej niż przez wiele miesięcy. Wyjaśnili naprawdę dużo. Podjęli dialog, chcieli wspólnie ruszyć dalej, podczas gdy niektórzy z ich otoczenia stanęli w miejscu, karmiąc się własnymi tragediami. Często gęsto wyimaginowanie nie do pokonania. A wystarczyłoby chcieć wydostać się z bagna... - Wiem - przytaknął zdecydowanie, posyłając wymowne spojrzenie w kierunku jego dziewczyny. Zrobił to na tyle jednoznacznie, aby Geraldine nie miała nawet najmniejszych wątpliwości, co do tego, co dokładnie miał na myśli, gdy odpowiedział jej w ten sposób. Tak, oczywiście. Zdawał sobie sprawę z tego, do czego pila Yaxleyówna. Nie był ignorantem, potrafił zrozumieć tak prosty przekaz, jednak to nie oznaczało, że zamierzał wykorzystywać akurat tę pozycję, w jakiej byli. Potrzebował mieć co najmniej równy wkład, nic innego nie wchodziło w grę. Ze wszystkich przywilejów, jakie miał w życiu, ten konkretny był dla niego bardzo ukierunkowany. Nie dało się powiedzieć, że nie dostrzegał wszystkich benefitów i plusów płynących ze statusu materialnego Riny. Rzecz jasna, cieszył się z tego, jak dobrze powodzi się Yaxleyom. Nigdy nie zapierał się przed korzystaniem z dorobku dziewczyny dla wspólnych korzyści, ale tylko na określonych zasadach. Nie zamierzał być pasożytem. Nigdy. Nader wszystko nie chciał dopuścić do sytuacji, w której mógłby poczuć się w ten sposób. Nie chodziło nawet o to, co mogło powiedzieć otoczenie. To nigdy nie było dla niego istotne. Natomiast jak najbardziej chodziło o to wewnętrzne wrażenie czucia się nie tyle zależnym, co niesamodzielnym. Od dziecka wpajano mu konkretne przeświadczenia, których nie próbował wykrzewiać. Być może nie pielęgnował ich w sobie z celowością, ale bez wątpienia zwracał uwagę na to, by spełniać rolę, jaka była dla niego istotna. Być partnerem, wsparciem, mężczyzną, kimś odpowiedzialnym, dokładającym wartość do majątku, nie ją pomniejszającym. Nie wątpił, że mimo wszystko, nawet ze spalonym mieszkaniem przy Horyzontalnej będzie ich stać na naprawdę dobrą nieruchomość. Szczególnie w okolicach, o których mówili. Nie musieli ograniczać się do jednego regionu, czyż nie? Oczywiście, wspomnieli o konkretnych terenach, jednak w gruncie rzeczy mogli rozejrzeć się w kilku regionach. Teoretycznie powinien w pierwszej kolejności brać pod uwagę Dolinę Godryka. To była jego rodzinna okolica, oboje mieli tam znajomych, przyjaciół i dosyć często przebywali w tamtym miejscu. Tyle tylko, że przy wszystkim, co ostatnio miało miejsce, nie był to raczej zbyt racjonalny wybór. Szczególnie, że mogli korzystać z różnorodnych środków transportu, aby szybko dostać się w tamte okolice. Niekoniecznie musieli tam mieszkać. Tym bardziej, gdy pierwszy raz od lat doszli do wniosku w rzeczywistości niosącego za sobą znacznie więcej aniżeli zwykłe kupmy sobie letni domek. Nie. Nie musieli mówić tego otwarcie, prowadzić dyskusji, wymieniać wielu poważnych słów, by wiedzieć, o czym tak naprawdę rozmawiają. To miała być ich wersja rodowego majątku. Ich faktyczny poważny dom. Miejsce inne od wszystkich poprzednich. Inwestycja na lata, niebędąca tylko zakupem budynku. Tak, mogli mieć stajnie. Byleby daleko od szklarni. Tak, mogli mieć szklarnie. Byleby daleko od stajni. Tak, mieli mieć wszystko, czego pragnęli. I wiele więcej. Zasłużyli na to po wszystkim, przez co przeszli. Potrzebowali stabilności pośród chaosu. Bezpiecznej przystani, której nie znaleźliby w Dolinie Godryka ani nigdzie w pobliżu Snowdonii. Musieli wybrać własny region, swoje miejsce na świecie. Razem. - A więc konie - podjął dalej po chwili milczenia, uśmiechając się pod nosem, choć nieco krzywo. - Miejsce na stajnie, budynki gospodarcze, tereny na pastwiska i tak dalej. Co więcej? Jakie masz pozostałe twarde warunki? - Skoro już zaczęli rozmawiać o tym idealnym miejscu, warto było, aby roztoczyli przed sobą pełną wizję tego perfekcyjnego miejsca. - Las. Kawałek lasu. Prywatnego. Nie musi być olbrzymi, ale to musi być las. Nie zagajnik, nie młodnik - dorzucił od siebie. - Z drugiej strony moglibyśmy mieć kawałek plaży albo przynajmniej jakieś skałki nad morzem - kiwnął głową. To była niewątpliwa zaletą domku w Whitby. Powinni brać to pod uwagę przy nowym zakupie. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.07.2025 Nigdy nie spodziewała się, że to ona zostanie tą najbardziej odpowiedzialną z rodzeństwa. Nie marzyła o tym, raczej zakładała, że jako jedyna kobieta będzie mogła trzymać się z boku, pozwalać braciom reprezentować godnie ich rodzinę. Dosyć szybko musiała to zweryfikować. Jej starszy brat tuż po Hogwarcie rozpoczął swoje zagraniczne ekspedycje, z początku nawet do niej pisał, ale aktualnie nie była pewna, czy żyje. Nie było to problemem, bo Astaroth był na miejscu, mógł przejąć rolę dziedzica, tyle, że również nie wszystko ułożyło się tak, jak powinno. Jej brat został wampirem, nie mógł przedłużyć linii rodowej. Ona została z tym wszystkim sama - reprezentowała rodziców, pojawiała się na tych wszystkich spędach, pokazywała się jako członkini Artemis, tylko co z tego, skoro nie była synem? Nic. Prędzej, czy później ktoś stwierdzi, że jej się to nie należy, może jej ojciec nie miał z tym problemu, ale nie sądziła, aby pozostali członkowie czystokrwistych rodów traktowali ją z należytym szacunkiem. Od lat walczyła ze stereotypami związanymi z płcią, bo wybrała dosyć męski zawód, wiedziała, że nie łatwo jest przekonać do siebie ludzi, kiedy Ci trzymali się poglądów, które już dawno powinny zostać zweryfikowane. Nie żyli w średniowieczu, chociaż spora część czarodziejskich rodzin się tam zatrzymała. - Tak, to prawda. - Poniekąd wzięła na siebie odpowiedzialność za brata i aktualnie tego żałowała. Nigdy nie pisała się na to, że będzie zajmować się wszystkimi problemami rodzinnymi. Oczywiście, że było dla niej istotne to, w jaki sposób byli postrzegani wśród innych, nie bez powodu próbowała godnie reprezentować swoją familię, ale co z tego? Jej młodszy brat nie ułatwiał jej tego. Komplikował wszystko, chociaż i bez tego to nie było łatwe. Nie była w stanie mu pomóc - nie kiedy tego nie chciał. - Nie jest, nie jest też naszym problemem. - Nie chciała, aby Ambroise również brał to na siebie. Od lat zajmował się swoją rodziną, bo jego ojciec był nieobecny nie powinna mu dorzucać problemów Yaxleyów. Byli już zresztą w takim wieku, że powinni w końcu zacząć zajmować się sobą. Nie mogli wiecznie brać na siebie odpowiedzialności za innych. Powoli zaczęła otwierać oczy, może trochę to trwało, ale ten ostatni tydzień, który razem spędzili sporo zmienił w jej toku rozumowania. Dotarło do niej, że od lat chcieli tego samego, chociaż nigdy sobie o tym nie mówili, wtedy byli blisko, ale wszystko rozsypało się niczym domek z kart, teraz nie zamierzała pozwalać na to, by popełniali podobne błędy. Zbyt wiele ich to kosztowało. Może dość szybko przeszli do rozmowy na temat znalezienia swojego miejsca na ziemi, jednak czy faktycznie po tylu latach, które razem przeżyli było to szybko? Spędzili razem wiele lat, poza tym czasem, kiedy wszystko się posypało, szkoda by było marnować kolejne miesiące na krążenie wokół siebie. Nie, kiedy wiedzieli o tym, że chcą tego samego. Ta dyskusja miała sens, wypadałoby, aby osiedlili się gdzieś na stałe, razem, stworzyli swoje miejsce na ziemi. - Nie mam żadnych, wystarczą mi stajnie i las, może jezioro gdzieś niedaleko? - Dostęp do morza nie był dla Yaxleyówny, aż tak ważny, chociaż wiedziała, że całkiem przyjemnie mieszka się w nadmorskiej okolicy. Miała ona swój urok. Z drugiej strony mieli przecież Whitby do którego mogli uciec w każdym momencie, więc nie było to wcale konieczne, aby ten dom również znajdował się w podobnych okolicach. - Jeśli zależy Ci nad morzem to w porządku. - Nie było to jednak jej priorytetem, zdecydowanie dużo bardziej zależało jej na lesie. Yaxleyówna lubiła też góry, ale tych nie brała pod uwagę, bo wolała, aby znajdowali się bliżej Londynu. Zresztą zawsze mogli pojawić się w Snowdonii na chwilę. Warto było znaleźć ich własne miejsce na ziemi, a nie kierować się rodowymi naleciałościami, szczególnie, że miał to być początek ich drogi jako rodzina. Nie musieli o tym wspominać, ale wiedziała ku czemu zmierzały te rozważania. Już dawno mieliby to za sobą, gdyby nie to półtora roku przerwy. - Mieszkanie Corio jest w takim samym stanie, jak Twoje? - Zapytała jeszcze, bo właściwie nie miała szansy jeszcze wypytać przyjaciela na temat tego, jak wyglądał jego dom po tym, co wydarzyło się w Londynie. - Mogę dorzucić do twardych warunków miłe sąsiedztwo. - Skoro miał to być ich docelowy dom, gdzie mieli osiąść dobrze by było, aby otaczali ich sympatyczni ludzie. Nie bez powodu wspomniała o Corio, zastanawiała się, czy nie powinni poszukać czegoś razem, dobrze byłoby mieć go gdzieś obok. Mogliby się wspierać w różnych sytuacjach. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.07.2025 Ścieżki losu bywały niezbadane. Co prawda, Ambroise nie był człowiekiem, który wierzył w przeznaczenie w powszechnie przyjętym przez koweny ujęciu. Nie w tym, w którym należało poddać się temu, co już dawno zostało zapisane na kartach historii, tyle że jeszcze nieodkrytej. Z którym nie należało igrać, bo i tak nie dało się nic zmienić. Nie był osobą biernie płynącą z prądem, tak po prostu ulegającą porywom wydarzeń, dającą ponieść się temu, co było jej pisane. Nie do końca wierzył w jakiś mistyczny plan boskich sił, nawet jeśli parokrotnie na własnej skórze doświadczył naprawdę różnych splotów okoliczności. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że czasami życie układało się w wyjątkowo specyficzny sposób. On sam również nie założyłby, że pozwoli sobie tak bardzo wejść na głowę. Miał się za niezależnego, trzeźwo myślącego człowieka. Tymczasem jego ostatnie rozmowy z Geraldine zaczęły uświadamiać mu dosyć trudną prawdę. Oto nie chcąc zostawać dziedzicem Greengrassów, całe życie będąc gotowym ustąpić z należnej mu roli, bowiem nie czuł się do niej stworzony... ...poniekąd i tak przyjmował na siebie wszelkie ciężary i obowiązki z tym związane. W pewnym sensie tak czy siak brał na swoje barki to wszystko, co rzekomo nie było dla niego. Zajmował się sprawami należącymi do jego ojca. Opiekował się rodziną, dbał o rodowe interesy. Tyle tylko, że całkowicie pro bono, jednocześnie będąc traktowanym w taki sposób, jakby to było jego obowiązkiem. Nie narzekał, bo i czemu? W końcu prócz tego, nie miał już własnego prywatnego życia. Zajmował się rodem i pracą, pracą i rodem. Robił coś na kształt kariery, mimo starań, wciąż blokowany przez zarząd Munga. Wracał do Doliny, zajmując się naglącymi sprawunkami, podczas gdy jego ojciec kolejny raz znajdował się na wyjeździe. Raz po raz mierzył się z oczekiwaniami i wyrzutami, poniekąd zupełnie tego nie dostrzegając. To zaczęło całkowicie go przytłaczać. Szczególnie, jeśli w dalszym ciągu nie spodziewał się przyjąć oficjalnej roli dziedzica. Jeżeli nadal nie chciał być głową rodu, aby nie wdawać się w zbyteczne konfrontacje z nową żoną ojca. I tak dalej, i tak dalej. W gruncie rzeczy chciał... ...cholera, w ostatnim czasie zaczął uświadamiać sobie, że tak naprawdę pragnął spokojnego życia. Niczego więcej. Dobrej pracy i szczęśliwego domu. Nic ponadto. Nie musiał dążyć do niczego, co na dłuższą metę miało zniszczyć jego lub jego bliskich. Nie potrzebował nic nikomu udowadniać, sobie poniekąd także nie. Nader wszystko nie chciał już nikogo ratować. Zwłaszcza na siłę. Szczególnie, gdy ta osoba nie pragnęła ratunku. Nie był dobrotliwym wsparciem ludzi biednych i zagubionych, nawet jeśli niegdyś łączyły ich dosyć pozytywne relacje. Nigdy nie był wyjątkowo blisko Astarotha, nawet wtedy, kiedy przestał być wyłącznie uzdrowicielem najmłodszego Yaxleya a stał się jego przyszłym szwagrem. Jasne, w tamtym okresie lubił młodego łowcę. Chętnie spędzał z nim czas. Tyle tylko, że Roth zachowywał się wtedy zupełnie inaczej. To, co teraz robił, to nie był wyłącznie wynik wampiryzmu. O nie. To było coś znacznie głębszego i skomplikowanego. Na tyle, że Ambroise nie zamierzał tego dalej ciągnąć. Nie, gdy tylko oni usiłowali cokolwiek zrobić, ich podopieczny, problem Geraldine nie podjął żadnych starań. Poza tym, Yaxley był coraz bardziej niebezpieczny. Mogłoby się zdawać, że z dnia na dzień odkrywał w sobie kolejne pokłady agresji. Z pewnością wciąż miał w zanadrzu karty, nad których rozdawaniem jednocześnie zupełnie nie panował. To była wyłącznie kwestia czasu aż komuś stanie się naprawdę nieodwracalna krzywda. - Próbowaliśmy - odezwał się względnie spokojnym, neutralnym tonem, jedynie stwierdzając fakt. Nie usiłował pocieszać Yaxleyówny. Zresztą nie sądził, aby Rina tego od niego potrzebowała. Zrobili tyle, ile mogli zrobić. Reszta była już zupełnie poza ich zasięgiem. Jasne, mogli próbować walczyć z wiatrakami. Tyle tylko, że po co? Czemu mieli to robić własnym kosztem? Czyż nie ponieśli dostatecznie wielu poświęceń dla celów, które ostatecznie wcale nie okazały się tak konieczne? No właśnie. Niemal ich to zniszczyło. Zarówno razem, jak i z osobna. Bez wątpienia pogubili się gdzieś po drodze, całe szczęście ponownie odnajdując właściwą ścieżkę. Tyle tylko, że nie mogli ciągnąć nią za sobą kogoś jeszcze. Kogoś, za kogo nie powinni być odpowiedzialni. - Nie wiem, jak obecnie sprawuje się ich uzdrowiciel - oczywiście, miał tu na myśli swojego znajomego, który zastąpił go w posłudze u Yaxleyów; nie rozmawiał z nim o sprawach zawodowych, nawet wtedy, gdy spotykali się w pracy - ale, oczywiście, dam mu wszystkie informacje dotyczące tego, co zrobiliśmy dla Astarotha - w końcu dokładnie to należało zrobić, zwłaszcza z medycznego punktu widzenia. Szczególnie, gdy wprowadzili dosyć mocne i zdecydowanie metody odcięcia Rotha od dostępu do eliksirów nasennych. Jeśli Yaxley miał zostać przejęty przez kogoś innego, co zdecydowanie powinno nastąpić w Snowdonii, nowy magomedyk powinien wiedzieć jak najwięcej o jego dotychczasowej rekonwalescencji. - Jeśli zechcesz, jutro rano spytam Benjy'ego o możliwość towarzyszenia nam do Snowdonii, jako dodatkowa obstawa. Powinniśmy to zrobić jak najszybciej - zawyrokował bez zająknięcia, ponieważ oboje raczej zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Młody chłopak robił się coraz trudniejszy do pohamowania. Najpewniej powinni wziąć pod uwagę konieczność oszukania go, co do powodu wizyty w rodzinnych stronach. Poza tym zabranie ze sobą kogoś, kto mógł stanowić wsparcie w zakresie powstrzymania wybuchu bestii wydawało się całkiem logiczne. Nie mówiąc już nic o ich ostatnim pobycie w ojczystych stronach obojga łowców. W tym wypadku Fenwick również mógł przydać się, jako wsparcie. Cholera wiedziała, co mieli tam zastać. Paradoksalnie, jeszcze bardziej niż w Whitby albo w Londynie czy w Dolinie Godryka. Wszystkie ich miejsca były w pewnym stopniu naznaczone przez czasy, w jakich przyszło im żyć. Planując przyszłość, zdecydowanie powinni wziąć to pod uwagę. Nie było zatem raczej zbyt dziwne, że gdy o tym mówili, rozmawiali o zupełnie innych okolicach. - Jezioro nie stanowi żadnego problemu - uśmiechnął się pod nosem, dosyć krzywo, nawet jak na siebie, jednocześnie cicho prychając na wspomnienie wszystkich czynności związanych z kształtowaniem tamtego nieszczęsnego zbiornika. Co prawda, taka magia nie była trwała, ale pozwalała stworzyć coś na kształt wizualizacji aranżacji terenu. Później mogli dodać do tego resztę. Bez wątpienia mogli mieć u siebie to, o czym wspominała jego dziewczyna. Co zaś tyczyło się morza... - Lubię je, wiesz - odruchowo machnął wolną ręką w kierunku horyzontu, na którym już zaczęły malować się nadmorskie skały. - Oczywiście, wolę las, ale morze też zdecydowanie coś w sobie ma - kiwnął głową. Góry również lubił. Bez wątpienia. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że obecnie kojarzyły mu się w dosyć negatywny sposób. Z drugiej strony, Londyn także pozostawił po sobie dosyć traumatyczne wspomnienia. - Tylko moje mieszkanie tak bardzo ucierpiało w pożarze - stwierdził, nie mając w sobie na tyle niezdrowego optymizmu, aby ubrać to w słowa podobne do całe szczęście albo przynajmniej tylko, bowiem zdecydowanie nie był człowiekiem tego typu. Oczywiście, wewnętrznie odczuwał coś na kształt ulgi, bo równie dobrze cała kamienica mogła zostać strawiona przez tamten nienaturalnie rozprzestrzeniający się ogień. Nie dało się ukryć, że ostateczne straty nie były największymi, jakie mogli ponieść. Zniszczeniu uległo włącznie jego mieszkanie oraz część klatki schodowej. Pozostałe lokale ucierpiały w znacznie mniejszym stopniu. Jednakże czy nazwanie tego jakimkolwiek szczęściem byłoby właściwe z perspektywy kogoś, kto stracił część swojego dorobku? Otóż nie. Nie wydawało mu się, aby powinien uciekać się do wygłaszania podobnych bzdur. Zaniżanie znaczenia wydarzeń nie należało do jego taktyk. Nie zamierzał robić z siebie ofiary, ale nie uznawał także, że powinien odbierać wagę temu, co się stało. Szczególnie, gdy co prawda miał ten komfort, że nie stracił jedynego dachu nad głową. Posiadał inne nieruchomości, był właścicielem ziemskim w Whitby, miał swoją część ojcowizny w Dolinie Godryka. Było go stać na wynajem czegoś zastępczego w Londynie, a gdyby postarał się trochę mocniej, pewnie byłby w stanie kupić coś w miejsce remontu pogorzeliska. Ale bez wątpienia nie znalazł się w zbyt codziennej, komfortowej sytuacji. Wiele rzeczy faktycznie musiał zaczynać od nowa. Część potrzebował na powrót zebrać w całość z fragmentów rozrzuconych pomiędzy innymi miejscami. W mieszkaniu przy Horyzontalnej miał bowiem kilka praktycznie skończonych autorskich projektów, do których odtworzenia pozostały mu jedynie notatki. Chwilowo nic o tym nie mówił, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak dużą stratą to było. Większą od mebli czy tapet. No cóż. Przynajmniej nikt nie zginął. Wszyscy byli bezpieczni. - Aczkolwiek myślę, że po tym wszystkim, co wydarzyło się w stolicy i co jeszcze może mieć miejsce, mogą rozważać wyprowadzkę na bliską prowincję - rzucił z zastanowieniem, domyślając się, że właśnie do tego zmierzała jego dziewczyna, gdy zadała swoje pierwsze pytanie. Niemal natychmiast okazało się zresztą, że było to raczej trafne założenie. Poza tym jak najbardziej właściwym było, aby spróbowali spytać przyjaciela o dalsze plany. W końcu byli z nim najbliżej ze wszystkich ludźmi, z którymi oboje trzymali nawet wtedy, gdy ich własne relacje były... ...lekko mówiąc... ...napięte. Nie wspominając o tym, że w takim układzie nie musieliby przejmować się o konieczność wyprawiania kolejnych eskapad podobnych do tej, jakiej doświadczyli pamiętnej londyńskiej nocy. Nie musieliby przejmować się kolejnym uderzeniem w Horyzontalną albo Pokątną. Nie dało się bowiem ukryć, że czasy były coraz cięższe, poplecznicy Voldemorta rośli w siłę, pozwalając sobie na coraz więcej. To z pewnością nie miał być koniec ich działalności. Ataki nasilały się praktycznie z dnia na dzień, uderzając głównie w magiczną część Londynu, Dolinę Godryka oraz Little Hangleton. Stałe mieszkanie poza stolicą i przebywanie w niej wyłącznie wtedy, kiedy tego chcieli, jednocześnie pozostawiając w zasięgu szybkiego dostępu do miasta wydawało się najlepszym możliwym rozwiązaniem. A jeśli mogli mieć przy tym doskonałe bliskie towarzystwo... ...czemuż nie? RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.07.2025 Tak właściwie to i ona i Ambroise nosili na swoich barkach odpowiedzialność za dbanie o swoje rodziny. Nie miała pojęcia, kiedy tak do końca się to wydarzyło. Od zawsze starali się je godnie reprezentować, miała jednak wrażenie, że gdy się rozeszli to się nasiliło. Każde z nich zaangażowało się jeszcze bardziej w sprawy ich rodzin, jakoś tak naturalnie do tego doszło, bo mieli więcej czasu. Nie wydawało jej się, aby w tej chwili powinni podążać tą drogą. Nie, kiedy musieli poukładać swój, wspólny świat. Dobrze byłoby wrócić do dawnego porządku. Miała świadomość, że to wcale może nie być takie łatwe. Otoczenie przywykło do tego, że brali na siebie sporo i będą musieli przypomnieć o tym, że mają swoje życia. Był to chyba odpowiedni moment. Geraldine przez ostatni czas była gotowa rzucać wszystko, by pomagać najbliższym, zajmowała się w dużej mierze tym, o co prosił ją ojciec. Pojawiała się w wielu miejscach jako reprezentantka klubu łowieckiego, błyszczała na salonach jako ich dziedziczka, tyle, że poza tym, że pokazywała się między ludźmi niczego to ze sobą nie niosło. Miała świadomość tego, jak wyglądał ich świat, nie była w stanie go zmienić. Wiedziała, że nie będzie w stanie przejąć tego statusu oficjalnie, chociaż należał jej się za to co dla nich robiła. Zresztą nie mieli lepszego kandydata od niej, tak naprawdę nawet kutasa miała największego ze swoich braci, nawet jeśli istniał tylko w teorii. Nie do końca jej się to podobało. Powinna porozmawiać o tym z ojcem, ale nie do końca wiedziała, jak miałaby do tego podejść. Jakoś tak potoczyło się wszystko, że żaden z jej braci raczej nie nadawał się do tego, aby zostać w przyszłości oficjalną głową ich rodu. Jeden był chuj wie gdzie, nie wiadomo, czy nadal żył, a drugi został wampirem. Nikt nie chciałby oddawać losu swojej rodziny bestii, szczególnie Yaxleyowie, to nie mogło mieć miejsca. Nie zamierzała również pozwolić na to, by ktoś z bocznej linii zajął ich miejsce. Nie po tym, co dla nich robiła. Sytuacja była trudna, na pewno z czasem znajdzie jakieś rozwiązanie, na szczęście ojciec jeszcze nie wybierał się za zasłonę. Może i sama pragnęła raczej świętego spokoju, ale nie miała zamiaru odpuszczać, nadal gdzieś w niej siedziała chęć do rywalizacji, pokonywania najtrudniejszych wyzwań. Może więc odejście od konwenansów, zmiana podejścia były czymś, czym powinna się zająć? Nie miałaby nic przeciwko temu, by znowu trochę namieszać w tym konserwatywnym świecie. Od lat walczyła ze stereotypami związanymi z płcią, to nie byłoby dla niej nic nowego. Dostrzegała to, że jej brat nie chciał pomocy. Próbowała dawać mu wszystko, czego potrzebował, próbowała go zrozumieć, tyle, że nic z tego nie wychodziło. Był oporny na jej wszystkie próby. Nie zamierzała walić głową w mur - szczególnie, że nie prynosiło to żadnych efektów. Nie należała do osób, które altruistycznie chciały poświęcać swoje życie dla innych. Nie teraz, na pewno nie w tym momencie, w którym jej własne życie zaczęło znowu się układać. Musiała odezwać się do ojca, poprosić go o pomoc, zresztą wiedziała, że jej nie odmówi. Nigdy tego nie robił, miał do niej sentyment, od zawsze mogła przyjść do niego ze wszystkim, nigdy nie był obojętny na jej prośby. To ułatwiało sprawę, w tym wypadku nie wydawało jej się również, aby matka była skłonna zostawić swojego ulubionego syneczka na pastwę losu, więc wszystko mogło się jakoś ułożyć. - Na wiele sposobów. - To był fakt. Próbowali, tylko nic z tego nie wyszło, nigdy nie miało wyjść, skoro Astaroth nie chciał przyjąć pomocy. Zafiksował się na swoim dramacie i nie był w stanie zacząć o siebie dbać. - Tak naprawdę to nie wiem nawet, kto jest ich uzdrowicielem. Ja korzystałam z pomocy Florence. - Ufała przyjaciółce na tyle, żeby przychodzić do niej z każdą pierdołą. Bulstrode zawsze była gotowa ją wesprzeć, ratowała jej dupę w wielu przypadkach. Zdecydowanie wolała korzystać z pomocy zaufanej osoby, a kobieta należała do dość wąskiego grona przyjaciół, które miała. Nigdy nie zadawała niewygodnych pytań, tylko jej pomagała, to było całkiem wygodne w przypadku tego, co Yaxley robiła w swoim wolnym czasie. - Nie wiem, czy to coś zmieni, ale warto przekazać mu te informacje. - Ambroise oczywiście miał rację, zresztą nie zamierzała wchodzić w jego kompetencje, to on był uzdrowicielem, a nie ona. Wiedział co robi, miał spore doświadczenie. Postąpią tak, jak będzie uważał za słuszne. Jeśli ta wiedza będzie miała jakoś pomóc tamtemu człowiekowi to powinni mu ją przekazać. - Wiem, że Benjy jest zajebisty w tym co robi... - Zaczęła mówić spokojnie, naprawdę doceniała umiejętności Fenwicka, ale nie chciała wiecznie go prosić o pomoc, było jej dość głupio z tego powodu, że ciągle był im do czegoś potrzebny, robił to póki co bezinteresownie, nie mogli co chwilę go czymś obciążać. - To mój kuzyn, może nie spotykaliśmy się zbyt często, ale ojciec może go rozpoznać, nie wiem jak zareaguje, nie wiem, czy go nie pozna, a nie chciałabym, żeby przeze mnie się narażał. - Tak naprawdę nikt nie musiał go nawet zobaczyć, jednak Yaxleyówna brała pod uwagę najgorsze scenariusze. Nie miała pojęcia, w jaki sposób Gerard zareagowałby na obecność syna swojej młodszej siostry. Wiedziała, że rodzina była dla niego bardzo ważna, był w stanie zrozumić naprawdę sporo, ale to chyba nie był odpowiedni moment, jeszcze nie teraz. Póki co sama miała z nim dość napięte stosunki, chociaż powoli zaczęła to porządkować, ba wydawało jej się nawet, że mogliby stać się bardzo silnym duetem na polu walki, zresztą mieli szansę już to sprawdzić. - Chyba sami powinniśmy się tym zająć. - To wydawało jej się być bardziej właściwym rozwiązaniem. - Może znajdzie się w nim jakaś kelpie... - Dodała z uśmiechem. Oczywiście, że jeśli takie stworzenie by się tam trafiło, to musiałaby je zlikwidować, tym razem szybko i bezbłędnie. Miała przecież doświadczenie z przeszłości... - Skoro tak, to nie widzę żadnych przeciwwskazań, przyjemnie się zasypia, kiedy fale rozbijają się o klify. - Mogli więc poszukać domu nad morzem, bo czemu by nie. Mieli sporo możliwości, należeli w końcu do majętnych osób i mogli spełniać swoje wszystkie zachcianki. - Ciekawe dlaczego padło właśnie na Ciebie. - Oczywiście mógł to być przypadek, ale czy faktycznie powinni to za to uznać? Nie wydawało jej się, by Roise jakoś specjalnie narażał się poplecznikom Voldemorta, może poza tym, że pomścił Amandę, o czym jej wspomniał. Na pewno nie pozostawił po sobie żadnych śladów, nie miała co do tego żadnych wątpliwości, bo Greengrass podchodził rozsądnie to takich spraw. Nikt nie wiedział jednak, co kierowało tymi pojebami, nie patrzyli na to w kogo uderzają, niby pierdolili o czystości krwi, a atakowali swoich, to znaczy czystokrwistych. - To całkiem rozsądne, nie wiadomo, kiedy znowu coś się wydarzy. Oni przekraczają granice, nie patrzą na nic, ani na nikogo. Za miastem może być bezpieczniej. - Na pewno było, szczególnie nie w tych popularnych wśród czarodziejskiej społeczności miejscowościach. To chyba nie był taki głupi pomysł. Będą musieli porozmawiać z Corio o różnych możliwościach. Jasne, Londyn był całkiem wygodny, wszystko znajdowało się na wyciągnięcie ręki, ale powinni myśleć szerzej, szukać dla siebie odpowiedniego miejsca na ziemi, a dobrze było mieć najbliższych przy sobie. Co by tu dużo nie mówić, Lestrange stał się ich rodziną mimo tego, że nie łączyły ich więzy krwi. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.07.2025 Odpowiedzialność za dobro rodziny teoretycznie powinna być wpisana w życie osób takich jak oni, jednak bez wątpienia nie dało się ukryć, że w ostatnich miesiącach oboje zdecydowanie przekroczyli dawniej ustalony zakres. Wzięli sobie na barki wiele więcej niż kiedykolwiek. Czy słusznie? Najwyraźniej nadszedł moment, w którym nie dało się uniknąć kwestionowania swoich uczynków. To musiało nadejść. Prędzej czy później, musieli przejrzeć na oczy, nawet jeśli to nie było łatwe. Inaczej całkowicie zatraciliby się w tym, co miało na nich zgoła destrukcyjny wpływ. W końcu nie urodzili się po to, aby służyć, by brać na siebie wszelkie ciężary i winy. To nie było w ich naturze. Nawet wbrew temu, co usiłowali wpajać im inni ludzie. - Zawsze wybierałaś swoje własne ścieżki - uniósł kąciki ust, posyłając spojrzenie w kierunku jego dziewczyny i nawet nie kryjąc lekkiego rozbawienia z tego powodu. - To mój znajomy. Nie mogłem dłużej zajmować się leczeniem twojej rodziny - nie musiał wyjaśniać, dlaczego, bo to było dostatecznie jasne. - Poleciłem go na swoje miejsce. Wedle mojej wiedzy, nadal wiąże go kontrakt z twoim ojcem. Był mi całkiem wdzięczny - uśmiechnął się pod nosem. Lubił mieć przysługi pośród ludzi. Może niekoniecznie tych najbliższych, ale ten konkretny człowiek był mu bliski głównie zawodowo, toteż Roise nie miał najmniejszych oporów przed tym, aby za jakiś czas zwrócić się do niego w celu odebrania przysługi. Chwilowo jednak zamierzał być nader pomocny. W końcu nawet przy tym, co robił Astaroth, nie chodziło o pierwszą lepszą osobę, tylko o brata jego dziewczyny. - Muszę tylko być w stanie ponownie spojrzeć na eliksiry, które Roth trzymał w swoim pokoju - uściślił, zanim przeszli do dalszej części ustaleń i Geraldine odniosła się do jego słów odnośnie ich obstawy. - Ach, rzeczywiście - odmruknął, już drugi raz uświadamiając sobie coś, co w teorii powinno być dla niego oczywistą oczywistością, jednakże w praktyce ewidentnie w dalszym ciągu nią nie było. Niegdyś zdecydowanie miałby problem z tym, aby przyznać się do tego, że zupełnie nie połączył ze sobą tych konkretnych kropek. Zresztą teraz także nie zrobił tego na głos. No, przynajmniej nie do końca. Kiwnął jednak głową, przypatrując się Geraldine kątem oka i mrucząc pod nosem coś, co zdecydowanie miało być wyrazem nagłej realizacji. Tak, w dalszym ciągu nie do końca łączył jedną rodzinę z drugą. W teorii powinien był to wiedzieć. W praktyce? Rookwoodowie zdecydowanie odcięli się od Yaxleyów, toteż nie było to znowu takie do końca logiczne. Wysoki wzrost, co prawda, stanowił pewne przypomnienie tamtych zależności, ale z drugiej strony, sam Greengrass także nie należał do najniższych, a nie miał żadnych znanych sobie bliskich koligacji z rodem jego dziewczyny. No, poza tymi, które tworzyli we dwoje. W ostatnim czasie prowadząc jednak całkiem poważnie, niekiedy wyjątkowo trudne rozmowy, doszli natomiast do wniosku, że obecne czasy nie do końca sprzyjały dalszemu tworzeniu jeszcze bliższej, wspólnej rodziny. Toteż najpewniej w najbliższych latach nie mieli przyczynić się do zachowania swoich najlepszych, najbardziej dostrzegalnych cech. Doszli raczej do wniosku, że wolą wstrzymać się z tym do momentu, w którym sytuacja w świecie czarodziejów stanie się bardziej stabilna, choć... ...no, właśnie. Już kiedyś myśleli o czymś takim, nawet mając świadomość tego, co planuje Voldemort. Pomimo orędzia wygłoszonego przez niego w listopadzie siedemdziesiątego roku, niedawno doszło do nich, że nawet później mieli dosyć zbieżną wizję wspólnej przyszłości. Czy trudności, jakie napotykali w związku z działalnością Śmierciożerców naprawdę musiały ważyć na ich szczęściu? Tym bardziej, że było ono dosyć ulotne, o czym już się przekonali. Mogło zostać wymazane zaledwie w przeciągu kilku chwil. Wystarczyło znaleźć się w złym miejscu o złym czasie. Nie trzeba było nawet być częścią konfliktu. Świadczyło o tym choćby to, co dotknęło bliskich im Corneliusa i Fabiana. Przypadek Amandy, później niedawne pożary. Tak naprawdę nie było już nikogo, kto mógł mieć pewność, że z powodzeniem dożyje kolejnej nocy. Być może dlatego tak łatwo przyszło im zacząć snuć wspólne plany. Po tym wszystkim, co miało miejsce. Z całą wiedzą, jaką mieli... ...szczególnie, że przecież nie byli sobie obcy, nawet jeśli w ostatnich miesiącach pozostawali oddaleni od siebie, w gruncie rzeczy szybko dotarli do tego, że nawet ze wszystkim, co wydarzyło się między nimi, nadal się kochali. Mieli się kochać. Czymkolwiek to było... ...klątwą czy przeznaczeniem, splątali się ze sobą. Florence miała rację. Mogli w dalszym ciągu próbować z tym walczyć, będąc nieszczęśliwi. Mogli jednak po prostu przyjąć to do wiadomości, starając się korzystać z danej im szansy. W gruncie rzeczy, cieszył się z tego, co ostatecznie tak zgodnie wybrali, nawet jeśli zachowanie Romulusa podczas ogniska cholernie mocno nim telepnęło, psując mu plany. Starał się jednak nie dawać tego po sobie poznać. W dalszym ciągu podążał z jego dziewczyną w górę ścieżki, kontynuując spokojną rozmowę o tym, czego tak naprawdę potrzebują od swojej posiadłości. Byli w tym (kolejny raz, cóż za zgodność; nie ukrywał, że nadal trochę go to bawi) wyjątkowo zbieżni. Nawet jeśli na wspomnienie kelpie, na jego twarzy pojawił się wyjątkowo wymowny, bardzo powątpiewająco-ironiczny wyraz. Mrugnął dwa razy, spoglądając prosto w oczy jego dziewczyny i nawet nie próbując powstrzymać uśmieszku, który pojawił się w kącikach jego ust. - Kelpie, powiadasz? - Spytał, naprawdę nie sądząc, że potrzebuje dodać coś więcej. O nie. Geraldine zdecydowanie wiedziała, co miał na myśli, gdy to mówił. Oboje pamiętali tamten moment. Śmiałby nawet stwierdzić, że doskonale. Aż nazbyt dobrze. Oczywiście, że musiała kusić los. Inaczej nie byłaby sobą. To nie znaczyło jednak, że on nie mógł mieć na to swojego zdania i wypowiadać na głos opinii na temat jej jeziornych eskapad. Poniekąd właśnie to zrobił. Raczej nie musiał wdawać się w żadne głębokie przemowy na ten temat. I tak zamierzała w dalszym ciągu robić to, co jej się podoba. To też oboje wiedzieli. Nie zamierzał zresztą podejmować żadnych prób, aby ją ograniczać. Zdawał sobie sprawę z tego, że to szybko pozbawiłoby ją tej wewnętrznej iskry. A przecież dokładnie taką ją kochał. Zarówno teraz, jak i w czasach, gdy wszystko było znacznie mniej skomplikowane. - Po prawdzie mówiąc, zdecydowanie wolę nadmorskie sztormy niż pijaków przy Horyzontalnej - odparł gładko, bowiem w końcu nigdy nie ukrywał, że zdecydowanie bardziej ciągnie go do przyrody niż do miasta. Jasne, Londyn był wygodny. Mógł szybko dotrzeć do pracy, nie musiał silić się na wielkie eskapady. Kiedyś naprawdę było to dla nich obojga bardzo dogodne miejsce. Mogli spotykać się z przyjaciółmi, być w centrum wydarzeń. Tyle tylko, że w czasach, jakie nastały... ...przy czymś więcej niż tylko widmie wojny, nie mogli ponownie odciąć się od tej rzeczywistości na wsi w Whitby, ale stolica także przestała nieść za sobą przewagę pozytywów. Na pierwsze miejsce wysunęły się negatywy związane z byciem na świeczniku. To nie do końca było już dobre miejsce, aby żyć tam na co dzień. Poza tym było zbyt daleko od natury. Zdecydowanie za daleko od lasów, jezior czy morza. Pobyt w Exmoor jeszcze bardziej dał mu do zrozumienia, jak bardzo dobrze było odnaleźć się w tej niemal sielskiej, sielankowej ciszy. Spacerować po wrzosowiskach, mając świadomość tego, że w odległości kilku kilometrów znajdują się wyłącznie same bliskie im osoby, nikt więcej. - Nie mam pojęcia - przyznał na słowa dziewczyny, wykrzywiając kącik ust. - To nie tak, że mam wyłącznie samych przyjaciół, ale jak do tej pory wydawało mi się, że pozostaję względnie... ...neutralny - całkowicie celowo podkreślił to słowo w taki a nie inny sposób, kontynuując bez potrzeby zawieszania tych słów w wymownej ciszy. - Wielu powiedziałoby wręcz, że jestem bliższy tej drugiej strony - nie musiał dodawać, czemu, bo przecież go znała, czyż nie? - Choć jest to dosyć dalekie od prawdy. Natomiast po tym, co zrobili tamci mugole na ulicy - tu już wymownie uniósł brwi - mógłbym zastanawiać się, kto tak naprawdę przyczynił się do mojej rzekomej ruiny - nie dało się bowiem ukryć, że w jego oczach prędzej zrobili to ci dobrzy aniżeli Śmierciożercy. Oczywiście, nie popierał otwarcie żadnej strony, ale w oczach wielu ludzi był wręcz stereotypowo czystokrwisty. Równie dobrze mógł zostać niedoszłą ofiarą ataku zarówno jednej, jak i drugiej strony. Zresztą podejrzewał, że nawet gdyby próbował do tego dojść, nigdy nie poznałby całej prawdy. Obie strony grały tak, aby zrzucić jak najwięcej winy na swoich przeciwników. Ambroise natomiast w dalszym ciągu pragnął pozostać całkowicie neutralny. Od samego początku do końca wiedział, że jawne wspieranie postulatów jakiejkolwiek strony nie jest czymś, co chce robić. Nie widział pełnej racji u nikogo, natomiast to oznaczało, że nie chciał być z nikim wiązany. Koniec, kropka. Stał po stronie swojej i swoich bliskich, nikogo więcej. Liczyły się wyłącznie ich interesy. - Obawiam się, że doczekaliśmy początku otwartej wojny - dopowiedział, przenosząc spojrzenie z dziewczyny na horyzont i biorąc głębszy oddech. - Kto wie, co przyniosą najbliższe dni. Co dopiero mówić o miesiącach czy latach. Trzymanie się blisko, ale nie bezpośrednio w stolicy może być najlepszym, co wszyscy zrobimy - stwierdził, szczególnie, że chwilowo nie widział żadnej lepszej opcji. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.07.2025 Jakoś tak się złożyło, że zaczęli brać na siebie większą odpowiedzialność, niż wcześniej. Na pewno dobrze było mieć czym się zajmować, w momencie w którym traciło się grunt pod nogami, odchodziło od dawnych przyzwyczajeń. Nie miała z tym problemu, to przychodziło jej całkiem naturalnie, dzięki temu miała czym zająć myśli, nie skupiała się na tym, co się popsypało - przynajmniej częściowo. - To nie do końca tak. Po prostu lubię mieć wokół siebie zaufanych ludzi. - Nie, żeby wątpiła w zamiary uzdrowiciela poleconego przez Greengrassa, nie sądziła, aby podrzucił im kogoś nieodpowiedniego, jednak wolała korzystać w własnych kontaktów. Znała Florence od dawna, wiedziała, że może jej ufać, nigdy nie spowodowała, że czuła się nieswojo, nie umoralniała jej, nie sugerowała, że powinna zmienić swoje zachowanie. Bulstrode miała sporo doświadczenia ze swoimi braćmi, dzięki czemu wykazywała się wyjątkową cierpliwością do tego, co przytrafiało się Yaxley, nie zawsze przypadkowo. Nie da się ukryć, że Geraldine przez swój temperament dość często pakowała się w kłopoty, a Flo zawsze znajdowała czas na to, by ją poskładać. Zresztą nie była tylko i wyłącznie jej medykiem, zaprzyjaźniły się już w Hogwarcie mimo różnych charakterów. Bardzo ceniła sobie tę znajomość. - Nie dziwię się, że był Ci wdzięczny, u nas ciągle coś się dzieje. - Wiadomo, jak to wygląda u łowców, co chwila, któryś z nich potrzebował pomocy, byli studnią bez dna jeśli chodzi o podobne usługi. Uzdrowiciel na pewno nie mógł trafić lepiej. - Ojciec chyba też nie jest najgorszym zleceniodawcą. - Geraldine wiedziała, że Gerard nie miał problemu z tym, aby odpowiednio wyceniać takie usługi, szczególnie, kiedy dana osoba była dyskretna. Nie należeli do tych rodzin, które żałowały pieniędzy, nie musieli tego robić. - Możemy zahaczyć o moje mieszkanie, może coś tam jeszcze zostało. - Jeśli nie pełne fiolki, to zapewne znajdą puste. Szczególnie, że jej brat uczynił sobie ze swojej sypialni jaskinię, z której się nie wyłaniał. Kiedy Geraldine była tam ostatnio zauważyła te drobne buteleczki, nie wydawało jej się, aby wpadł na to, by je posprzątać. Nie miał chęci na nic, więc na pewno też na takie sprawy jak dbanie o miejsce, w którym żył. - Nic dziwnego, że o tym zapominasz, nigdy nie byliśmy szczególnie blisko. - Matka Benjy'ego odsunęła się od ich rodziny, mało kto kojarzył ich jako rodzinę. Yaxleyowie byli specyficzni, nie każdy doceniał to, co robili dla magicznego świata. Rookwoodowie uważali się za lepszych, stworzonych do większych rzeczy, jak widać jednak nie do końca potrafili dać bezpieczestwo i ciepły dom swoim latoroślom. Przynajmniej z tego, co usłyszała od Roisa. Ona nie mogła narzekać, może i u nich w domu nie rozmawiano za bardzo o uczuciach, jednak pokazywano, że zależy im na dzieciach w nieco inny sposób, może szorstki, jednak doceniała to, że ktoś się nią interesował i pytał o to, co zamierza zrobić ze swoim życiem, nie wiązało się to z narzucaniem własnej woli. Zresztą nigdy nie było to potrzebne, wszystkie dzieci Yaxleyów okazały się być od samego początku stworzone do tego, aby podążać drogą, którą wyznaczył ojciec, dziad i pradziad. - Tak, kelpie. - Wiedziała, że Ambroise ma świadomość do czego zmierza. W jeziorze przy jej rodzinnej rezydencji żyła kelpie, która dość mocno ją poturbowała. Roise miał przyjemność leczyć ją po tym starciu, wydarzyło się to wiele lat temu, wtedy jeszcze nie do końca za sobą przepadali, ale jednak też coś ich do siebie ciągnęło. Było tak od samego początku kiedy się poznali. Nie mogli z tym walczyć, chociaż próbowali, na szczęście w końcu znowu stali tutaj razem, w tej najbardziej właściwej wersji. Nie wydawało jej się, aby którekolwiek z nich chciało powtarzać błędy przeszłości. - Latem potrafią być naprawdę irytujący. - Miała wrażenie, że gdy było ciepło dokazywali jeszcze bardziej. Co chwila było słychać jakieś krzyki dochodzące z zewnątrz. Nie, żeby szczególnie ją to ruszało, bo i tak cierpiała na bezsenność i rzadko kiedy przesypiała całe noce. - To chyba moment, w którym nie można już być zupełnie neutralnym. - Prędzej, czy później powinni opowiedzieć się za którąś ze stron, może nie do końca oficjalnie, jednak wypadałoby to zrobić. Miała świadomość, że nie wpasowywali się zbytnio ani w jedną, ani w drugą, ale czy dało się ciągle ignorować to, że świat wokół stawał się niebezpiecznym miejscem? Londyn spłonął i nie było to ich pierwsze doświadczenie z poplecznikami Voldemorta. Amanda przypadkiem straciła życie, bo znalazła się w niedopowiednim miejscu i czasie, zresztą samej Yaxley zdarzyło się oberwać zaklęciem od tych pojebów, no, a ostatnio mugolacy postanowili spróbować ich zaatakować. - Ironią jest to, że tacy jak my znajdują się chyba w najgorszym położeniu, obie strony mogą nas brać zarówno za sojuszników jak i za zagrożenie. - Musieli więc jeszcze bardziej uważać, bo w ich przypadku wcale nie było takie oczywiste komu mieli zamiar pomagać, chociaż tak naprawdę chcieli po prostu trzymać się z boku, chociaż niestety nie było to możliwe. - W Londynie na pewno będzie sporo się działo, też wydaje mi się, że w końcu wszystko wybuchnie. - Trudno było zignorować to, co się wydarzyło. Nie do końca wiedziała, co przyniesie przyszłość, ale nie wydawało jej się, by ludzie tak po prostu wrócili do swoich codziennych spraw. Zbyt wiele osób dotknęła ta tragedia. - Tak, też mi się tak wydaje, nie ma sensu tam zostawać, kiedy poza stolicą na pewno będzie bezpieczniej. - Szczególnie dla ludzi takich jak oni, którzy niekoniecznie mieli ochotę mieszać się w to, co się działo. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.07.2025 - Jedno nie wyklucza drugiego, wiesz? - Spytał bez cienia zawahania, doskonale rozumiejąc podejście Geraldine, lecz nie zamierzając całkowicie odpuścić sobie możliwości, aby się z nią podroczyć. Tak, dobrze wiedział, z jakiego punktu wychodzi jego dziewczyna. Korzystanie przez większość czasu z własnych kontaktów, nie tych rodzinnych miało swoje niezaprzeczalne zalety. Szczególnie w przypadku ludzi takich jak oni. On także raczej budował własną siatkę znajomości. Rzadko kiedy skłaniał się do tego, by sięgać po wsparcie kogoś, kto nie był zupełnie mu znany i zaufany. Oczywiście, to nie oznaczało, że nie wierzył w trzeźwy osąd jego rodziny. Po prostu brał pod uwagę najróżniejsze czynniki, gdy chodziło o osoby, którymi chciał się otaczać. Według jego logiki, nie zawsze zdrowo było łączyć kontakty osobiste z tymi, jakie mieli inni Greengrassowie. Wierzył zatem w równie trzeźwy osąd jego dziewczyny. Tyle tylko, że w tym momencie czuł się nieco sprowokowany do dalszego podjęcia rozmowy. - Pamiętaj, że przed naszymi czasami, ja też byłem ich uzdrowicielem. - Odchrząknął znacząco, nie odrywając wzroku od Riny. - Ja doskonale pamiętam, jak wymieniłaś mnie na Florence, odbierając mi tym samym wszystkie zasługi w twojej rekonwalescencji - rzucił, być może odrobinę wyzywająco unosząc brwi, jednakże bez wątpienia wyłącznie z czystej przekory, nie zaś z faktycznej urazy. Tamte czasy były już dawno za nimi. Wyjaśnili sobie zresztą całkiem sporo ciążących im kwestii, gdy postanowili zaprzyjaźnić się po raz pierwszy. Co prawda wytrzymując w tym układzie przez niezbyt długi czas, ale jednocześnie bez wątpienia nie tak krótko jak trwał ich sojusz. Poniekąd gołym okiem dało się dostrzec, że wyciągnęli pewną lekcję z tamtych lat. Tym razem nie krążyli wokół siebie aż tak długo. Czy to ten ostatni tydzień, czy może należało stwierdzić, że jednak od początku lata tego roku... ...w gruncie rzeczy, mogli zamotać się jeszcze głębiej, ale tego nie zrobili. Bez wątpienia wystarczył im tamten pierwszy niechlubny okres trwający mniej więcej tyle samo, co ostatnie prowadzenie zimnej wojny. Oba zakończyli w najsłuszniejszy możliwy sposób. Do trzech razy sztuka raczej nie wchodziło już w grę, nawet jeśli ten wieczór nie przebiegł całkowicie po myśli Ambroisa. No cóż. Życie potrafiło zaskoczyć a ostatnio rzadko kiedy robiło to w pozytywnym sensie. Poniekąd powinien przyzwyczaić się do tego w pracy. W pewnym stopniu to zrobił, jednak ewidentnie, jak kompletny debil, przecenił dobre zamiary innych ludzi, szczególnie bliskich. Powinien liczyć na najlepsze, szykując się na najgorsze. Tymczasem był tu, gdzie był. W najlepszym możliwym towarzystwie, ale nie w sposób, w jaki chciałby w nim być. Nadal nie wszedł do rodziny ani nie włączył Geraldine do swojej. Plany kolejny raz rozsypały się w pył. Mimo to próbował być bardziej spokojny niż jeszcze kilka chwil wcześniej. Wziął głęboki oddech, mobilizując w sobie wszelkie siły, żeby nie zionąć frustracją. I chyba nawet zaczęło mu to całkiem nieźle wychodzić. Tym bardziej, że przeszli na może nie lżejsze, ale zdecydowanie mniej personalne tematy. Romulus przeszedł do niechlubnej historii. - Większość uzdrowicieli świadczących prywatne usługi marzy o tym, żeby zakręcić się wokół takich ludzi - przyznał bez najmniejszych oporów, tym bardziej, że przecież był szczery wobec Riny. To nie była ujma na honorze, aby przyznać coś, o czym chyba oboje już dawno wiedzieli. Zwłaszcza, że chociaż przed laty startował jako prywatny uzdrowiciel ojca jego dziewczyny, następnie pozostał w tej roli już nie w sposób zarobkowy. Nie wykorzystał sytuacji. W momencie zmiany w ich prywatnym życiu, przeszedł na system rodzinny, nie traktując Yaxleyów jak źródła łatwego zarobku, tylko jak jego bliskich. Później z wiadomych względów zrezygnował także z tej drugiej opcji. Teraz mógł wypowiadać się z każdej możliwej perspektywy. - W gruncie rzeczy, był chyba najlepszym klientem ze wszystkich - nie zamierzał robić z tego tajemnicy, bo i po co? - Rzadko kiedy trafiają się aż tak współpracujący pacjenci - co prawda, nie zawsze było łatwo, również w tym przypadku, ale tak po prawdzie... ...Gerard zawsze był w stosunku do niego wyjątkowo bezpośredni, szczery i serdeczny. Lubili się na długo przed tym, gdy mieli okazję poznać się od tej prywatnej strony. Teraz także nie było między nimi żadnej zimnej wojny bądź też otwartego konfliktu. Z matką Geraldine również nie miał jakiejkolwiek spiny. Jedynie Astaroth zdawał się nienawidzić go z całą swoją mocą, choć bywały momenty, gdy był nietypowo miły. Roise nie zamierzał jednak wierzyć w te epizody. Nie. Nie wiedział, jakie zamiaru ma Roth, ale nie był głupi. Brat Riny był niebezpieczny i uzależniony. Ponadto nie przyjmował jakiejkolwiek pomocy. To wystarczyło, aby powinni trzymać się od niego na słuszny dystans. Zrobili już, co w ich mocy. - Myślę, że warto to zrobić, póki jeszcze siedzi w piwnicy - kiwnął głową. - Zanim gdziekolwiek go zabierzemy - oboje wiedzieli, na czym polegało wyzwanie... ...Roth był zupełnie nieprzewidywalny. Gdyby jeszcze zobaczył, że grzebią w jego rzeczach osobistych. Nie mogli stwierdzić, jakby zareagował, ale raczej nie byłby zbyt przyjacielski ani opakowany. Jeszcze za życia miał dosyć wybuchowy charakter, natomiast teraz całkowicie tracił nad sobą panowanie. I to zaledwie w sekundy. No właśnie. - Teoretycznie tak, choć nie da się zaprzeczyć, kiedy zwraca się na to uwagę, że macie pewne zbliżone cechy - na ten moment nie mówił dokładnie, co ma na myśli, ale jego uśmieszek był dosyć wymowny. Dokładnie tak jak słowa dziewczyny odnośnie jeziora i tego, co mogłoby tam żyć. Oczywiście, że tym razem nie powstrzymał parsknięcie, jego gałki oczne również niemalże samoistnie wywróciły się w wyrazie pobłażliwości. - Jeśli jakąś tam znajdziesz, tym razem zamierzam ci towarzyszyć - zaznaczył tak po prostu, nie zamierzając robić wielkiej sprawy z tego, że to może być kolejny cholernie niebezpieczny wyskok. Nie, nie zamierzał blokować Yaxleyówny. To i tak nic by nie dało. Najpewniej po prostu by się pokłócili. Zamiast tego mógł przynajmniej postawić swój warunek potencjalnej eskapady, wzruszając przy tym ramionami. Miał doświadczenie, co nie? Oboje je mieli. Poza tym byli starsi i mieli więcej okazji, aby rozwinąć swoje umiejętności. W takim wypadku mogłoby być wskazane skorzystanie z okazji i zatarcie tamtych wspomnień sprzed lat. Szczególnie, gdy mieli budować nowe. Chciałby się powiedzieć, że wyłącznie pozytywne, ale... ...no właśnie. To nie było już tylko widmo wojny. To były czasy otwartego, rozwijającego się konfliktu, w których żyli. Nikt nie był już bezpieczny. - Wiem - przytaknął, usiłując nie skrzywić się na wnioski, które nasuwały się same z siebie. - Prędzej czy później zechcą włączyć nas do swojej gry. Jedni czy drudzy - czy tak naprawdę musiał dodawać, że w obu przypadkach opcja odmowy raczej nie wchodziła w grę? Nawet tacy ludzie jak oni nie byli całkowicie odporni na konieczność przyjęcia nowej narracji. Mogli mówić sobie, że nie muszą robić nic, czego nie chcą, jednakże gdy przychodziło do faktów, nie byli niewidzialni. Tym bardziej, że oboje byli przydatni. Wykonywali bardzo konkretne profesje, mieli znajomości i wpływy. Byli potencjalnie atrakcyjni nie tylko jako sojusznicy, lecz także jako bezpośredni uczestnicy wydarzeń. - Sam już zbyt wiele razy udawałem, że jestem ślepy na ich zagrywki - raczej nie musiał mówić, czyje - za którymś razem przestaną bawić się w podchody - i co wtedy? Nie był z tych ludzi. Nie był także śnieżnobiale altruistyczny. Nie był idealistycznie dobry. Nie chciał opowiadać się za niczym, co miało łamać jego własne zasady. Nie, nie do końca moralne. Moralność była przecież pojęciem względnym. Chodziło mu raczej o jego własne przekonania. O to, że choć świat nigdy nie był dla niego czarno-biały, tylko miał cholernie dużo odcieni szarości, Roise wierzył w to, w co chciał wierzyć. Koniec, kropka. Miał swoje mocno zakorzenione poglądy, które nie działały na korzyść ani jednej, ani drugiej strony. I co w związku z tym? Otóż gówno. Nie mogli idiotycznie wierzyć w to, że nie przyjdzie im odbić się od ściany postawionej barykady, musząc znaleźć się po jednej albo po drugiej stronie. - Powinniśmy postawić na spokojniejsze regiony, nawet jeśli nie unikniemy pokłosia konfliktu - kiwnął głową, całkowicie świadomy tego, co kryje się za tymi słowami. To były ponure, naprawdę coraz bardziej mroczne czasy. A oni musieli w nich żyć. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.07.2025 - Wiem. - Zmarszczyła nieco nos i skrzywiła się, jakimś cudem udało jej się powstrzymać przed wystawieniem w jego stronę języka, bo miała ochotę to zrobić. W końcu sam Roise był tego idealnym przykładem, czyż nie. Nie zmieniało to jednak faktu, że lubiła wiedzieć do kogo przychodzi do pomoc. Miała kilku znajomych, którym ufała od wielu lat i to z ich usług wolała korzystać. Byli pewni, nigdy jej nie zawodzili, darzyła ich zaufaniem, zresztą działało to w dwie strony. Ona również nie miała problemu z tym, aby reagować na prośby związane z tym, czym sama się zajmowała. Dobrze było otaczać się ludźmi, którzy byli wyspecjalizowani w różnych dziedzinach. Gdy brakowało jej specjalistów w jakiejś dziedzinie szła do ojca. Wiedziała, że podeśle jej kontakty do osób, które mogły się sprawdzić, jednak jeśli mogła cokolwiek załatwiać na własną rękę - to stawiała na samodzielność. - Nie przepadałam wtedy zbytnio za Tobą, należało Ci się. - To nie tak, że nie doceniała jego wkładu w swój powrót do zdrowia, jednak nie da się ukryć tego, że w tamtym momencie nie darzyła Roisa szczególnie ciepłymi uczuciami, zresztą on jej również. Gdy tylko nadarzyła się okazja, właściwie gdy tylko odzyskała przytomność odmówiła korzystania z jego usług, co może nie było szczególnie miłe, ale jednak potrzebne jej w tamtej chwili. Bywała uparta jak osioł i porywcza, w tamtym momencie te cechy zdecydowanie przejmowały nad nią kontrolę, bo do tego wszystkiego była zirytowana tym, że oberwała. Wolała, aby Flo się nią opiekowała, nawet jeśli ktoś inny odwalił większość roboty. Początki ich relacji były nieco skomplikowane, zresztą wcale nie było trudno w ich wypadku o przypadkowe niesnaski, bo mieli silne charaktery, przez co trochę czasu minęło nim zrozumieli, że coś ich do siebie przyciągało od samego początku. Na szczęście mieli szansę to zweryfikować, wyjaśnić sobie wszystkie niedopowiedzenia i wtedy i teraz, dzięki czemu to co najgorsze było już za nimi. Aktualnie nic nie powinno im przeszkodzić w tworzeniu wspólnego świata. Zresztą mieli w tym doświadczenie, wiedzieli co robić, a czego nie robić, by faktycznie ich relacja działała bez zbędnych komplikacji. - Tak, zdaję sobie z tego sprawę, jesteśmy idealnym klientem. - Miała tego świadomość, jeśli ktoś działał na własną rękę, to nie mógł lepiej trafić. Zlecenia sypały się co chwila, do tego były odpowiednio opłacone, czego chcieć więcej? - Gerard potrafi współpracować, nie można mu tego odmówić. - Jej ojciec spędził sporo czasu nawiązując relacje zawodowe z najróżniejszymi ludźmi, był prostym, niespecjalnie skomplikowanym człowiekiem, który wiedział czego chciał, ale również szanował zdanie specjalistów wykwalifikowanych w swoich dziedzinach. Nie zaskoczyło jej specjalnie to, o czym powiedział Roise. Nie oczerniała Ambroisa w oczach swoich rodziców po tym, jak ich drogi się rozeszły. Nie uważała, że powinna to robić, nie kiedy sama nie dostała wyjaśnień. Stało się, to była jej wersja, coś nie zadziałało - to musiało wystarczyć jej rodzicom. Nie mieli w zwyczaju grzebać w jej życiu, wypytywać ją o szczegóły, więc po prostu przyjęli to, co im dała. Matka przez krótką chwilę próbowała wyciągnąć coś więcej, jednak Geraldine na tyle skutecznie ucinała temat, że w końcu przestała ciągnąć ją za język. - To dobry pomysł. - Póki co mieli bowiem pewność, że jej brat nie zrobi nikomu krzywdy, więc było to całkiem sensownym rozwiązaniem. Nie zamierzała jednak zbyt długo zwlekać z jego przenosinami, bo nie chciała też nadużywać gościnności Corio, i tak dość spontanicznie zwalili mu się wszyscy na głowę. Dostrzegła ten niewinny uśmieszek na twarzy Greengrassa, westchnęła cicho, gdy go zobaczyła. Przeczuwała, że to, co miał na myśli to nie był jedynie wyjątkowy wzrost, który był pierwszym rzucającym się w oczy podobieństwem między nią, a Benjym. Czy tego chciała, czy nie, sama była w stanie znaleźć więcej łączących ich cech. Byli narwani, nie odpuszczali, nie mieli problemu z tym, aby sięgać po nieprzyjemne słowa, stawiali na szczerość, a to był dopiero początek tego, co mieli ze sobą wspólnego. - Brakowało mi naszych wspólnych polowań. - To było może trochę za dużo powiedziane, bo to raczej ona polowała, a Roise po prostu nosił za nią torby, czy stał gdzieś z boku przyglądając się jej pracy, ale jednak miała sentyment do tych ich wspólnych wypraw. Zresztą wcale jej nie dziwiło to, że nie zamierzał pozwolić jej samej zapolować na kolejną kelpie, w końcu jej ostatnie spotkanie z tym stworzeniem zakończyło się dość burzliwie. - Wtedy będziemy się tym martwić. - Aktualnie nie do końca miała pomysł w jaki sposób powinni zareagować. Nie mogli wiecznie stać z boku, z drugiej strony nie widziała ich po żadnej ze stron. Mieli swoje poglądy, które nie do końca pasowały do jednych, czy drugich, nie zamierzała ich naginać tylko po to, aby się dopasować. Nigdy nie należała do osób, które ślepo podążały za jakimiś specyficznymi założeniami. Najważniejsze dla niej było trzymanie się swoich własnych zasad, które niekoniecznie miały sens dla kogokolwiek innego, no może poza Ambroisem, już dawno przecież ustalili, że myślą podobnie, nie bez powodu spędzili ze sobą tyle lat, a teraz mieli budować wspólną przyszłość. - Zgadzam się, dzięki temu będzie chociaż odrobinę stabilniej. - Nie spodziewała się, że nagle wszystko wróci do dawnego porządku, wręcz przeciwnie - wojna dopiero miała się rozpocząć, po tym, co stało się w Londynie nie widziała innej możliwości. Dobrze jednak było chociaż częściowo przygotować się do tego, co miało nadejść. Jeśli mogli znaleźć się od centrum tych wydarzeń, to powinni to zrobić, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.07.2025 - Nie przepadałaś zbytnio za mną? - Powtórzył tonem, który niemalże nie potrzebował głębszych wyjaśnień, bowiem mówił dosłownie sam za siebie; mimo to, Ambroise nie zamierzał oszczędzić sobie wszelkiej przyjemności, jaka mogła płynąć z kolejnych słów, które opuściły jego usta wręcz w natychmiastowym trybie. - Mówiłem ci już kiedyś, że w takim razie serdecznie współczuję ludziom, których szczerze nienawidzisz? - Zapytał bez najmniejszego drgnięcia powieki, tylko nieznacznie trochę wyżej unosząc przy tym brwi. No cóż. Ich konflikt być może nie należał do najbardziej spektakularnych. Nie poszarpali się publicznie, nie wyzywali się ku uciesze gawiedzi, a jedynie ciskali gromy z oczu i zionęli do siebie wprost mrożącym chłodem. Nie dało się jednak ukryć, że oboje byli w tym dosyć mocno zażarci. Tym bardziej ironiczne było to, przy ilu okazjach mieli szansę wpaść na siebie, konfrontując się w rozmaitych sytuacjach. Czy to prywatnych, czy też zawodowych. Zupełnie tak, jakby w tamtym momencie dosłownie cały świat sprzysiężył się ku temu, aby wmanewrować ich w niechciane interakcje. Począwszy od tamtej nieszczęsnej wiosny bezpośrednio po ich konfrontacji w szklarniach Greengrassów, poprzez początek i koniec letniego sezonu towarzyskiego, później tamto przeklęte Mabon i wreszcie kelpie oraz pokłosie tamtych zdarzeń. Oczywiście, że uniósł się wtedy honorem. Sam z siebie mógł dopilnować, aby jego niechętna pacjentka pozostała pod opieką jednego uzdrowiciela. To on pierwszy wepchnął jej w dłoń kartę zmiany medyka. To także doskonale pamiętał. Nie był tak śnieżnobiały jak mógł teraz sugerować, ale w gruncie rzeczy to były żarty. Ot, droczenie się, nic więcej. Nie musiał więc odwoływać się do całej prawdy, czyż nie? Mógł stosować ją tak wybiórczo jak tylko miał ochotę. - Poza tym należał to mi się medal za zasługi - nie, zdecydowanie nie zamierzał być przy tym kulturalnie skromny, bez wątpienia znał zarówno własną wartość, jak i cenę oraz wagę tego, co wtedy zrobił. - Tak właściwie to dwa medale - rzucił bez zająknięcia, nawet jeśli był całkowicie świadomy tego, że w ostatecznym rozrachunku zyskał znacznie więcej niż byle order albo dwa. - Jeden za kilkudniowy brak snu. Drugi za radzenie sobie z tak trudnym pacjentem. Do tej pory uważam cię za jeden z cięższych przypadków. Mam nadzieję, że jesteś tego świadoma - co prawda, nie mówił, pod jakim kątem, ale robił to całkiem celowo. Mogli popławić się w niedopowiedzeniach. Nie musiał od razu wspominać o tym, że chodziło o sprawę pod czysto medycznym kątem, bo w gruncie rzeczy wcale nie była wobec niego aż tak upierdliwa. Jasne, mieli wtedy zadrę. W pewnym stopniu zasłużył sobie na takie a nie inne reakcje ze strony dziewczyny. Zresztą nie minęło zbyt wiele czasu zanim nie wyjaśnili sobie wszystkiego, co ich wtedy poróżniło. Aczkolwiek w tamtym momencie ich konflikt zdecydowanie nie był najostrzejszy. Po prawdzie mówiąc, gdyby przyjrzeć się temu głębiej, naprawdę nie było aż takich powodów do trzymania urazy z którejkolwiek strony. Tym bardziej, że oboje byli wtedy dorośli. Poniekąd, nawet pomimo pokazania mu środkowego palca w zakresie dalszego leczenia (co chyba też wyszło im ostatecznie na dobre) chyba od tamtego momentu zaczęli prostować swoje stosunki. Niewiele później niemal z godziny na godzinę rozwiązali zatargi, choć bez wątpienia zrobili to w dosyć nieoczekiwany, mocno gwałtowny sposób. Nabawiając się czegoś w rodzaju drugiej wspólnej traumy do kolekcji. Zaraz po Rosierze, przed wieloma innymi sytuacjami zwieńczonymi tą najnowszą. Paradoksalnie, w dalszym ciągu większą niż pożary Londynu, przynajmniej wedle prywatnej hierarchii Greengrassa. Nie chciał jednak zbyt często wracać myślami do tego, co stało się w jaskini. Za nic w świecie nie przyznałby tego na głos, ale zupełnie nie był gotowy na to wszystko, co ich tam dotknęło. Ponieśli naprawdę duże koszty, niemal największe z możliwych. W gruncie rzeczy nie wyszli stamtąd tacy sami. Już nigdy nie mieli zupełnie o tym zapomnieć. Co znowu prowadziło go wprost do jeszcze jednej kwestii: pierwszego z wieloletnich przyjaciół, których z dużym prawdopodobieństwem stracił w przeciągu dwóch ostatnich tygodni. No cóż. Nie zamierzał chować głowy w piasek z powodu tego, jak stawiał wtedy priorytety i w jaki sposób postąpił. Najwidoczniej coraz trudniejsze czasy weryfikowały nawet te z pozoru najtrwalsze znajomości. Figg. Potter. W obu przypadkach nie spodziewał się, że postąpią tak jak postąpili. Thomas zupełnie odciął się od niego. Już wychodząc na powierzchnię, zachowywał się jak odmieniony, choć zdecydowanie nie pod wpływem manipulacji dopplegangera, tylko wpływu ze strony ich czwartego uczestnika wyprawy. Natomiast Romulus usiłował sabotować jego plany. Z dużym prawdopodobieństwem nie tylko tego dnia, lecz także znacznie wcześniej. Mniej więcej wtedy, kiedy zaczął swoją plotkarską kampanię, dodatkowo mieszając i dokładając do sterty problemów. Szczęście w nieszczęściu, Roise nigdy nie cierpiał na żadną z dwóch rzeczy: niedostatek przyjaciół i brak zleceń zarobkowych. W pierwszym przypadku najwidoczniej, o ironio, nie był wybredny. W drugim bez wątpienia miał ten komfort, aby przyjmować i odrzucać oferty wedle własnego uznania. Czasy, kiedy potrzebował cudzych poleceń już dawno minęły. Mimo to w dalszym ciągu dobrze wspominał tamte lata współpracy z Gerardem. Nawet wtedy, gdy już nie robił tego z uwagi na łączącą ich formalną umowę, cenił sobie możliwość pomocy. Zarówno w codziennych dolegliwościach, jak i w sytuacjach awaryjnych, których było... ...oj, wiele. Bez wątpienia nie nudził się pośród łowców. Nawet nie próbował tego kryć. - Ano - odpowiedział w pierwszej chwili, czując jednak nazbyt dużą potrzebę dodania - w większości. Niektórzy z wyjątkową zawziętością nie trzymają się zaleceń - nie musiał wspominać, do czego ani do kogo pije, nieprawdaż? Łowcy byli naprawdę solidnym gronem stałych klientów. Nie dało się temu zaprzeczyć. Zresztą nie zamierzał tego robić. Jednakże mieli także tendencję do bagatelizacji swojego stanu zdrowia, przy czym na skutek tego podejścia dosyć często wracali pod lupę uzdrowicieli. No i biznes się kręcił. Zawodowo, cóż, nie mógł powiedzieć, że psuje mu to szyki. Natomiast prywatnie? Oj, w tym wypadku bez wątpienia chciałby, aby najbliższe znane mu osoby wykonujące te ryzykowne zawody przykładały chociaż trochę więcej wagi do swojego być albo nie być. Świat od razu byłby spokojniejszy. - Zawsze lubiłem jego zadaniowe podejście. Może niekoniecznie w chlaniu wódy, ale pod każdym innym względem - uniósł kąciki ust, przelotnie wspominając tamte stare czasy, które w przypadku wizyt w Snowdonii, w znacznej mierze polegały na jednym z dwóch: zabiegach medycznych albo opijaniu różnorodnych okazji. Bez wątpienia nadwyrężył sobie wtedy stan wątroby, chociaż gdyby tak naprawdę miał przyznać, czy jakoś mocno mu to przeszkadzało, stwierdziłby, że nie. Nie miał problemu z przyzwyczajeniem się do zwyczajów panujących w tamtej posiadłości. Szczególnie już wtedy, kiedy nie był oficjalnie wyłącznie zatrudniony i nie musiał kulturalnie odmawiać kielicha. Co prawda teraz zupełnie nie wiedział, jak zostanie przyjęty. Nie miał jeszcze okazji porozmawiać z Yaxleyówną na temat jej rodziny. Przynajmniej nie w zakresie wykraczającym poza problemy z Astarothem, ale... ...no właśnie. - Spróbujemy załatwić to w piątek rano. Na tyle, na ile to będzie możliwe - kiwnął więc głową, słysząc słowa Riny odnośnie sprawdzenia jaskini Astarotha i tego, co dokładnie brał jej brat, zanim odcięli go od specyfików na sen. Ze swojego uzdrowicielskiego doświadczenia wiedział, że uzależnieni pacjenci nieczęsto ograniczali się wyłącznie do jednej substancji. Zazwyczaj korzystali z arsenału różnych eliksirów o podobnych właściwościach. Co prawda zupełnie inaczej było mieć do czynienia z kimś, kto nie miał z nim żadnych prywatnych koneksji, ale w tym wypadku zdecydowanie zamierzał podejść do sprawy w dokładnie taki sam sposób, w jaki zachowałby się, gdyby chodziło o kogoś, kto był mu obcy. Liczyło się profesjonalne działanie. Poniekąd dokładnie z tego samego założenia wyszedł przecież wtedy podczas pierwszego zetknięcia Yaxleyówny z kelpie. Odstawił na bok prywatne uprzedzenia. Przynajmniej do pewnego momentu, bowiem później sytuacja dosyć mocno się pokomplikowała i wróciła na nie do końca właściwe tory. Całe szczęście mieli to za sobą. W tym momencie było to wyłącznie niezbyt chlubną anegdotą i jednoczesnym powodem, dla którego przez lata nie wahał się ani przez chwilę z ofertą uczestnictwa w co bardziej ryzykownych polowaniach. Nie mógł zresztą powiedzieć, że podczas nich jakoś specjalnie się nudził. O nie. Lubił tamte momenty. Nie traktował tego jako ujmy na honorze, nawet jeśli tak naprawdę przez większość czasu służył wyłącznie za tragarza przenoszącego rzeczy z punktu a do punktu b, od czasu do czasu uciekając się do podawania czegoś w trakcie walki, niezbyt często samemu biorąc udział w bezpośrednim starciu. Zazwyczaj głównie nosił, podawał, okazjonalnie leczył, ale gdy z ust Geraldine padły te konkretne słowa, odruchowo poczuł się nimi mile połechtany. - Czy to znaczy, że tym razem bardziej mnie w nie włączysz? - Spytał w pierwszej chwili, przypatrując się dziewczynie kątem oka, po czym sam także powoli skinął głową, lekko ściskając jej dłoń. - Mi też - dopowiedział, nie zamierzając ukrywać prawdy. To były dobre czasy. Naprawdę. Jeszcze zanim tak bardzo się pokomplikowały. - Obawiam się, że będziemy musieli działać na pałę - no cóż, mieli być ze sobą szczerzy, prawda? Powiedział to zresztą nie tylko szczerze i zgodnie z własnym przeczuciem, ale także całkowicie spokojnie. Zupełnie tak, jakby wcale nie mówili o obieraniu stron w cudzym konflikcie, od którego mogło zaważyć ich dalsze być albo nie być. Ot, zupełnie tak, jak gdyby zmienili temat na kolor tapety, która różniła się od zamówionego próbnika, ale mieli jej już wszystkie rolki i zwrot przysporzyłby im zbędnych problemów. Co prawda odcień nie był tak dobry, ale przecież mogli manipulować oświetleniem i dodatkami. - Póki co, rzeczywiście poszukajmy czegoś w rozsądnym oddaleniu od epicentrum wydarzeń - rzecz jasna, miał tu na myśli Londyn - co spełni nasze oczekiwania. Okres zimowy raczej zawsze wiązał się z zastojem na rynku nieruchomości - przynajmniej wedle tego, co wiedział - ale po tym, co miało miejsce, raczej możemy spodziewać się, że coś ruszy. W jedną albo w drugą stronę - zakończył. Byli realistami, nie? Mogli spekulować na podstawie przeszłych doświadczeń. Swoich czy cudzych. Jednakże bez wątpienia natrafili na wyjątkowe okoliczności. Niektórzy, tak jak oni, mieli szukać czegoś pod miastem. Inni z pewnością myśleli o wyniesieniu się spod Londynu gdzieś dalej, planując sprzedać nieruchomości. Jeszcze kolejni planowali przeprowadzkę zagranicę. Tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć. Najważniejsze, że byli zgodni w podjęciu tego konkretnego kroku, nie próbując kręcić się wokół tematu albo wahać przed podjęciem decyzji. Doskonale było widzieć, że to nie uległo zmianie. Nadal nie mieli chorobliwych tendencji do niepewności, otwarcie zmieniali swoje życie. Oby na lepsze. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.07.2025 - Nie, ale masz rację, sama im współczuję. - Yaxleyówna nie należała do osób, którym łatwo przychodziło skreślanie ludzi. Mało było osób, które by nienawidziła, jeśli jednak do tego dochodziło - to miała swoje metody, aby pokazać im swoje nastawienie. Potrafiła się mścić i być naprawdę okropną osobą, chociaż nie zdarzało się to zbyt często. Przeszli rożne etapy znajomości, jakoś tak się im to wszystko ułożyło. Dzięki temu znała Ambroisa z każdej możliwej strony. Nie dochodziło między nimi do jakichś wielkich kłótni, wybierali inną drogę do okazywania sobie niechęci, co może było jeszcze gorsze, bo czasem podczas wrzasków dość szybko można było sobie wszystko wyjaśnić. Tutaj raczej rzucali w siebie piorunami z oczu i ziali chłodem, nie robiąc przy tym przedstawień. Na szczęście dotarło do nich to, że nie powinni być swoimi wrogami, bo dużo lepiej wychodziła im współpraca, później przyjaźń, a nawet wspólne życie. - Niemożliwe. - Rzuciła teatralnie, ze niby ona była jednym z cięższych przypadków? Gdzie tam - na pewno przesadzał. Tak naprawdę to miała świadomość, że była dosyć odporna na wszelkie rady, nie tylko w tamtym jednym przypadku. Często pomijała niektóre etapy rekonwalescencji, po prostu zaciskała zęby i działała dalej, bo nie znosiła siedzieć bezczynnie. Bywało, że faktycznie obawiała się tego, że jej zachowanie może przynieść więcej szkody, niż pożytku, jednak chyba nigdy nie zakończyło się to tak fatalnie, jak mogło. Aktualnie zresztą jej ciało było w naprawdę wyśmienitej formie, bo przykładała się do tego, by być w pełni zdrową, było to dość istotne dla osób, których praca zawodowa była mocno zależna od ich formy fizycznej. Uważała, że to wszystko, co razem przeżyli było im potrzebne do tego, aby aktualnie znajdować się w tym miejscu. Znali się jak nikt inny, potrafili rozumieć się bez słów, zresztą ich zimne stosunki były naprawdę bardzo krótkim okresem na tle ich wspólnych interakcji. Dzięki temu wiedzieli w jaki sposób powinni ze sobą postępować, chcąc nie chcąc los dosyć często krzyżował ich ścieżki, dzięki czemu dość szybko wszystko sobie wyjaśnili, a z czasem dostrzegli to jak wiele dla siebie znaczą. Łączyła ich silna więź, silniejsza od wszystkich innych, jakie znała. Zresztą nawet Florence to potwierdziła, nie było sensu ze sobą walczyć, skoro razem mogli stworzyć coś wspaniałego. Na szczęście to do nich dotarło i aktualnie miało być tylko lepiej. - To chyba bardziej cecha charakteru, nie tylko zawodu. - Dopowiedziała jeszcze, bo zdawała sobie sprawę do czego zmierzał. Łowcy byli bardzo specyficzną grupą zawodową, oczywiście, że dużo częściej narażali się na niebezpieczeństwo niż zwyczajni zjadacze chleba, jednak nie wszyscy mieli takie podejście jak ona. Spora część tych, których znała była potulna jak baranki, całkiem grzecznie wykonywała polecenia bardziej kompetentnych osób. Sama Yaxleyówna - była wyjątkowo toporna i lubiła mieć ostatnie zdanie, nawet jeśli w głębi duszy czuła, że nie do końca miało ono sens. Przyjemność po prostu sprawiało jej stawianie na swoim. - Tak, jest bardzo konkretny, chlanie wódy to też ważna rzecz, należy ją robić z odpowiednim podejściem. - Jej rodzinna rezydencja słynęła z przyjęć, które ciągnęły się przez kilka dni, a czasem nawet i tygodni. Yaxleyowie potrafili się bawić, szczególnie jej ojciec, który był duszą towarzystwa, może nie wszystkim odpowiadał taki styl życia, jednak dla Geraldine było to całkiem normalne. Napatrzyła się przez te lata i przywykła do tego, że tak po prostu jest. Zresztą nie było w tym niczego złego, bawili się, a nie napierdalali między sobą, co było chyba dużo lepsze. - Czeka nas całkiem pracowity dzień. - W sumie jej to wcale nie przeszkadzało. Zdążyła już nieco odsapnąć, dość szybko się nudziła, kiedy nie miała jakiegoś konkretnego zajęcia, więc tak właściwie była zadowolona, że będą mieli się czym zająć. - To zależy, co masz na myśli mówiąc o tym, że bardziej Cię w to włączę. Mogę mówić Ci więcej, ale nie zgodzę się na wchodzenie mi w drogę, wiesz o tym zresztą. - Nie miała problemu z tym, aby informować go o szczegółach, czego nie robiła jakoś specjalnie dokładnie wcześniej, jednak niektóre rzeczy nie powinny się zmieniać. Oczywiście, że mógł znowu pojawiać się z nią w lasach, górach, czy gdzie tam się pałętała, ale wszystko miało swoje granice. Zresztą nie wydawało jej się, aby Roise miał zamiar interweniować w to, czym się zajmowała. Dobrze było mieć go jednak gdzieś obok, tak się składało, że nie gardziła towarzystwem solidnego medyka podczas swoich wypraw. - Na szczęście nie najgorzej nam to wychodzi. - Całkiem nieźle radzili sobie działając spontanicznie. Potrafili dość szybko analizować to, co było dla nich najlepsze, zresztą aktualnie jeszcze nic się nie działo, nie mogli przygotować planu na każdą możliwą okazję, bo wiele zależało od tego w jakiej sytuacji się znajdą. - Patrząc na to ile nieruchomości spłonęło doszczętnie podejrzewam, że się ruszy niekoniecznie w tę stronę w którą byśmy chcieli, ale tym też nie musimy się przejmować. - Należeli do majętnych osób, nie musieli liczyć każdego grosza podczas wyboru swojego przyszłego domu, podejrzewała, że mało kto dysponował takimi funduszami, szczególnie po tym, co się wydarzyło w Londynie. |