Secrets of London
[13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4980)

Strony: 1 2 3


RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.07.2025

- Oczywiście. Jakżebyś miała - nie mógł nic poradzić na to, że mimowolnie drgnęły mu kąciki ust.
W końcu oboje zdecydowanie zdawali sobie sprawę z tego, że słowa rzucane na wiatr najczęściej wracały pod postacią zaostrzonego, mocno siekającego bumerangu. Nie dało się nie zauważyć, że pochopne zapewnienia niemalże nigdy nie przynosiły nic dobrego ludziom, którzy nie dbali o to, aby ich czyny i słowa szły w parze. Deklaracje składane bez pokrycia najczęściej obracały się przeciwko tym, którzy bez zastanowienia szastali swoim dobrym imieniem. Zdecydowanie miały tendencję do powracania do ich twórców w najbardziej nieoczekiwanym momencie i działania na ich niekorzyść. To była niemal odwieczna prawda i reguła.
A jednak wciąż nie każdy zwracał na to uwagę. W zbyt wielu przypadkach ktoś szczekał dla samego szczekania. Wyrzucał z siebie kolejne zdania, nie myśląc o przyszłości, nie mając żadnych konkretnych zamiarów prócz tymczasowych gróźb albo obietnic. Tego wieczoru poniekąd widzieli to po raz kolejny. Tym razem w wykonaniu człowieka, który nader wszystko nie powinien pozwolić sobie na to, aby zachowywać się w ten sposób.
Nie wtedy. Nie tam. Mimo to, czasu nie dało się cofnąć. Zresztą, czy gdyby mogli wpłynąć na przebieg tamtej sytuacji, nie dopuszczając Romulusa do przegięcia, cokolwiek by im to dało? A może wyłącznie odwlekliby to wszystko do kolejnego dnia? Do następnego poranka? Daliby sobie godzinę spokoju więcej? Czas na to, aby zdążyć upić się i zacząć świętować?
Ambroise nie lubił spekulować w ten sposób. Nie był typem człowieka, który zastanawiałby się nad każdym a co by było, gdyby. Nie chciał tego robić. Tym bardziej, że przez ostatnie dwa lata zdarzało mu się uciekać w podobne rozważania, nie mogąc spać i tylko pogłębiając swoją bezsenność.
Tak, ta noc miała być inna. Spędzana w ciepłym świetle płonącego ogniska. Wypełniona zapachem dymu i kiełbasek piekących się na patykach. Pełna pogodnych, żarliwych rozmów, stukania szklanych butelek i żartów wymienianych z przyjaciółmi. Miał być też mięsny jeż. Ich osobista, nieco pokraczna wersja ciasta.
Jednakże wcale nie żałował tego, że nie może cofnąć się w czasie i udaremnić Potterowi zniszczenia tamtych planów. Już nie. Zresztą, przecież nigdy nie był typem człowieka, który długo zionąłby gniewem. Oczywiście, gdzieś tam nadal był poirytowany, ale niemal tak samo szybko jak pękł, tak samo otrzeźwiał.
Potrzebował tego spaceru, ciszy towarzyszącej siedzeniu z Geraldine na skałach. Tej atmosfery, jaka powoli na powrót zapanowała dookoła nich. Nie musieli skupiać się na tym, co miało miejsce kilka godzin wcześniej. Zamiast tego mogli tak po prostu siedzieć nad brzegiem morza, rozmawiając w taki sposób, jakby te wszystkie sytuacje wcale nie miały miejsca.
Jeszcze niespełna tydzień wcześniej nie przewidziałby tego, że będzie im to dane. Powracając pamięcią do końcówki sierpnia, nie czuł się wtedy w ten sam sposób, co teraz. Nie miał tej wewnętrznej pewności, że cokolwiek jeszcze mogło na nich czekać, mieli sobie z tym poradzić. Nie był tak optymistyczny. Nie podejrzewałby, że pozwoli sobie na to, aby jeszcze kiedykolwiek tak po prostu kiwnąć głową, wzruszając ramionami i przyznając dziewczynie rację.
No, poniekąd przyznając.
- Ale nie powiesz, że to nie byłoby tak samo zabawne, jak fatalne - dorzucił, bo przecież sama podkreśliła mu, że ją znał.
Oczywiście, że mógł to sobie wyobrazić. To była nawet całkiem zabawna wizja. Ot, hipotetyczna, nie mająca żadnego związku z realiami, ale wciąż całkiem rozbrajająca.
- Mogłabyś teraz siedzieć przy jakimś stole, wysłuchując debaty na temat organizacji Mabon w taki sposób, aby Matka była wam najbardziej łaskawa - kontynuował, uśmiechając się pod nosem. - Ewentualnie zapoznawać się ze stertą zgłoszeń dotyczących występków popełnionych w trakcie niespełnionego końca świata - o tak, to także z pewnością byłoby dla niej wyjątkowo satysfakcjonującym zajęciem.
Viva la Wizengamot, nieprawdaż?
No, niestety traf chciał, że nie do końca, ale przecież rzeczywiście nie było tego złego (w ogóle nie było tego złego), co by na dobre nie wyszło. Miała rację. Sam też nie zamierzał narzekać.


RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.07.2025

Wzruszyła jedynie ramionami. Nie mogła postąpić inaczej, czyż nie? Bez sensu było gadać o czymś, a później do tego nie wracać. Lubiła spełniać swoje obietnice i groźby, słowa miały swoją wartość i warto było o niej pamiętać. Nie była osobą, która bezsensownie memlała jęzorem, już wolała się nie odzywać, jeśli nie miały nieść one żadnego pokrycia. Tak było prościej.

Zdawała sobie sprawę, że było to dość cenną wartością, bo nie wszyscy podchodzili do tego w podobny sposób. Otaczali ją różni ludzie, różnych ludzi spotykała na swojej drodze. Zresztą nie bez powodu wydawało jej się, że liczą się czyny, a nie słowa. Wolała kiedy inni brali się do roboty, zamiast gadać bez sensu. Bajki mógł opowiadać każdy, rzadko kiedy szło za tym coś więcej, a szkoda.

Nie musieli szukać daleko, dzisiaj mieli przykład podobnego zachowania. Zszokowało ją ono, bo nie spodziewała się, że ktoś z ich otoczenia może zachować się w podobny sposób wśród swoich bliskich, jak widać nigdy nie można było być do końca pewnym tego, co może się wydarzyć. Zapewne szybko nie wyrzucić z pamięci widoku Pottera machającego w powietrzu palcem... Nie spodziewała się, żeby coś miało iść za tym gestem, i słowami, które tak ochoczo opuszczały jego usta. Mógł się zamknąć przynajmniej wszyscy wokół nie odczuliby takiego zażenowania. Warto było przywiązywać wagę do tego, co się mówiło, szczególnie, że po kimś z jego wykształceniem, czy wychowaniem raczej powinno się spodziewać czegoś innego. Jak widać nie zawsze niosło to ze sobą ogładę, nawet ona mimo swojego narwanego charakteru umiała jakoś wyważyć swoje zachowanie. Potrafiła się powstrzymać, kiedy sytuacja tego wymagała.

Mimo tego, że większość ludzi aktualnie pewnie nie była optymistycznie nastawiona do tego, co miała przynieść przyszłość, oni mieli aktualnie całkiem dobry czas. Widać, życie lubi być przewrotne, w końcu ledwie ustalili, że chcąc podążać wspólną ścieżką, a pożary zaczęły pochłaniać Londyn. Na szczęście nie wzięli tego do siebie, nie potraktowali tego jako złego omenu, tylko razem przetrwali tamte trudne chwile i nadal trwali przy swoim boku. To już miało się nie zmienić, przynajmniej nie wydawało jej się, że po tym wszystkim czego się dowiedzieli, o czym sobie powiedzieli miało znowu się między nimi coś posypać. Nie zamierzała więcej na to pozwolić, a kiedy się na coś uparła... to zazwyczaj nic nie było w stanie zmienić jej założeń.

- Taaaaak. - Kiwnęła jedynie głową. Jasne, że na pewno siedziałaby przy stole i debatowała na temat organizacji sabatu. Wyjątkowo by się w tym sprawdziła, nie dało się tego ukryć.

- Wiesz jak bardzo lubię przeglądać podobne dokumenty, na pewno bym się przy tym wyśmienicie bawiła. Czułabym się spełniona, czy coś. - Zdecydowanie nie była w stanie nawet wyobrazić sobie siebie w podobnej roli. To nigdy nie miał być jej świat, była stworzona do większych rzeczy (przynajmniej w jej oczach).

- Jakimś cudem jednak skończyłam tutaj siedząc z Tobą na tym klifie, nie, żebym na to narzekała. - To dużo bardziej pasowało do tego, jakim była człowiekiem. Od zawsze chodziła własnymi ścieżkami, zresztą Roise również, dobrze było mieć świadomość, że w dwie osoby również można to robić, wystarczyło tylko znaleźć kogoś podobnego sobie i wszystko było możliwe.




RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.07.2025

Po prawdzie mówiąc, gdyby miał określić się jakimś słowem, sam o sobie zdecydowanie nie powiedziałby, że kiedykolwiek był przesądnym człowiekiem. Ani przez chwilę nie przeszłoby mu przez myśl, by nazwać się w ten sposób. Nawet, jeśli miał swoje dosyć specyficzne przekonania. Nawet, jeśli od czasu do czasu zdarzało mu się uznawać coś za więcej niż zwykły przypadek. Za znak od losu, życia, sił natury i tak dalej, i tak dalej. Lista opcji była dosyć długa i zawierała wiele różnych sił bądź bytów zależnych od tego, czego dotyczyła konkretna sytuacja. To wciąż nie wrzuciłby się do jednego wora z Macmillanami lub bandą wróżbitów pokroju Longbottoma czy Dolohova.
Nie musiał bowiem wszędzie dopatrywać się jakiegoś większego znaczenia. Nie wszystko miało drugie dno. Nie zawsze istniał ukryty cel wydarzeń. W przypadku pożarów, Ambroise raczej podchodził do spraw w tak zdroworozsądkowy sposób, w jaki tylko mógł to robić. Nie chciał nadmiernie wnikać w to, co było dla niego wyjątkowo przejrzyste: Voldemort i jego poplecznicy chcieli pokazać swoją siłę, próbując zasiać w ludziach jeszcze większy strach i napuścić ich na siebie nawzajem. To było coś więcej niż dotychczasowe prowokacje, to była próba sił skierowana w kontrze do Ministerstwa.
Próba przegrana przez tych, którzy mieli panować nad sytuacją. Nie był to natomiast zły omen dla niego czy Geraldine. Choć oboje byli świadkami zezwierzęconych zachowań ludzi na ulicach płonącego miasta, zostając także personalnie wciągniętymi w kilka sytuacji (między innymi zwyzywanymi i zaatakowanymi z nazwiska), nie dopatrywał się w tym niczego, prócz...
...paradoksalnie? Szczęścia. Tego, że ze wszystkich scenariuszy, jakie mogły wydarzyć się tamtego wieczoru i podczas późniejszych dni, uniknęli najgorszych możliwych emocji. Byli obok siebie, gdy to wszystko zaczęło się dziać. Rozdzielili się dopiero wtedy, kiedy wiedzieli, że muszą to zrobić. Nie musieli bać się o siebie nawzajem, szukać się pośród oszalałego tłumu. Mogli naprawdę wiele stracić, jednak los postanowił im sprzyjać.
Tylko zupełny głupiec by tego nie dostrzegał. A oni przecież nie byli ślepcami. Tak, być może popełnili kilka błędów po drodze. Możliwe, że nie musiała być ona aż tak wyboista i pełna zakrętów. Że nie potrzebowali kręcić się w kółko. Nie było powodu, aby miotać się tak bardzo jak robili to przez ostatnie tygodnie. Jednakże w tym momencie nie warto było tego roztrząsać. Nie, skoro zrobili to tuż przed samymi pożarami. Podjęli właściwą decyzję.
Jedną z wielu, jakie miały ich czekać. Nawet jeśli w dalszym ciągu potrzebowali wyjaśnić sobie część spraw, tym razem naprawdę nie czuł, aby miał podstawy wahać się przed tym. Nie chciał ważyć kolejnych słów, ślizgać się, kroczyć dookoła. Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że chociaż już od lat znali się praktycznie z każdej możliwej strony, nigdy wcześniej nie byli ze sobą tak szczerzy. Tyle tylko, że nie potrzebował tego ponownie deklarować.
To nie były słowa, jakie musiały znów opuścić jego usta. Nie rzucił ich wtedy na wiatr. Nie miały nieoczekiwanie wrócić do niego w żaden sposób, jakiego nie chciał. Wręcz przeciwnie. Czuł się całkiem lekko z tymi hipotetycznymi scenariuszami, jakie rzucał w tej chwili w kierunku Geraldine, roztaczając przed nią wizje tego, co nigdy nie miało mieć miejsca. Żartował sobie z nich, bo nie było ku nim żadnych podstaw.
Nie tylko dlatego, że Yaxleyówna zupełnie nie pasowała do tamtych obrazków. Nie dlatego, że byli na siebie skazani. Nie dlatego, że przeznaczenia nie dało się oszukać.
Dlatego, że w jego oczach przyszłość była jasna. Prowadziła ku niej jedna droga. Nie od czasu pożarów. Nie od kilku dni czy tygodni. To nie była kwestia nagłego otrzeźwienia w obliczu żywiołu i wojny. Wiedział to od lat. Nawet, jeśli na chwilę pozwolił sobie stracić to z oczu. Tym razem nie zamierzał ponownie popełnić tego błędu.
- Wiem - nawet nie musiała mu tego mówić; oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, co było jej ulubionym zajęciem. - Natomiast nic straconego, wiesz? Zawsze mogę zacząć wprowadzać cię w tajniki podatkowe dotyczące nieruchomości nad morzem. Możemy złożyć kilka skarg na kozy podchodzące nam pod dom albo beczenie owiec pod oknem o trzeciej nad ranem. Z pewnością to będzie naprawdę pasjonujące - podkreślił, starając się zrobić przy tym jak najpoważniejszą minę, nawet jeśli realnie rzecz biorąc, nie miał nic do wypasu zwierząt skutkującego ich pałętaniem się po wrzosowiskach.
Przynajmniej do czasu, gdy nie starały się nawiązywać z nim wymuszonych interakcji, bo w takim wypadku zdecydowanie wolał po prostu oddalić się w naglących go sprawach niż wdawać się w pyskówki ze starymi mugolami z okolicznych (całe szczęście odległych) gospodarstw. No, po prostu nie przepadał za parzystokopytnymi i wolał, aby pilnowały granic. Ot co.
- Nie rzuciłaś się do wody, nie próbowałaś mnie tam zepchnąć. Myślę, że ci wierzę - nie, nie narzekała.
To była naprawdę miła odmiana. W dalszym ciągu byli bardzo zgodni.

Koniec sesji