Secrets of London
[13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence (/showthread.php?tid=4999)

Strony: 1 2 3 4


RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025

Nawet jeśli pod wieloma względami różnili się podejściem do życia, w tym wypadku byli raczej wyjątkowo zgodni, więc nijak nie zdziwił się tym, co usłyszał w odpowiedzi na swoje słowa. Po prawdzie mówiąc, byłby znacznie bardziej zaskoczony, gdyby Prudence rzeczywiście postanowiła o cokolwiek go spytać. Bez wątpienia wiele osób skorzystałoby z okazji, aby dowiedzieć się, co tak właściwie widział.
To, że tego nie zrobiła świadczyło o tym, że w teorii była dosyć spokojna o wszelkie informacje, którymi dysponował. Czy uznał to za komplement? Niekoniecznie. Jasne, teoretycznie mogło to świadczyć o tym, że mu ufała, przynajmniej w pewnym stopniu wierząc w jego intencje. Jednakże z drugiej strony, doskonale wiedział, że nie miała żadnych podstaw, by tego nie robić. Odpowiadał za swoje zachowania, nie łamał danego jej słowa, nie szukał na nią haków. Więc to była zupełnie normalna sprawa, tak?
Dzień jak co dzień. Sytuacja, której może oboje nie do końca chcieli, ale która miała miejsce, wydarzyła się, więc mogli na nią wyłącznie właściwie zareagować. Jasne, mógł nie dzielić się informacją o tym, że przez chwilę wszedł w buty dziewczyny. Jednakże nie potrzebował robić z tego wielkiego sekretu. Wiedząc, jak wyglądają okoliczności, doszedł wręcz do wniosku, że gdyby ta informacja nie wyszła od niego, Bletchley najpewniej i tak dowiedziałaby się tego. Prędzej czy później, na pewno kiedyś. A on nie potrzebował rozmowy na temat ukrywania przed nią takich spraw.
Mieli zachowywać się w porządku wobec siebie nawzajem. Łączyło ich coś na kształt sojuszu. Współpracowali ze sobą przy wielu różnych okazjach, jak do tej pory, zamierzając to kontynuować. Był więc jak najbardziej w porządku wobec niej. Powiedział jak było. Zadeklarował to, co powinien zadeklarować.
- Doskonale - w istocie, dokładnie tak rysowała się ta sytuacja, doskonale - Zatem mamy jasność - zdecydowanie nie potrzebował nic więcej.
Tym bardziej, że sam powiedział już swoje w tym temacie. Dał Bletchleyównie wybór i planował uszanować decyzję, jaką podjęła. Nie zwykł przecież uszczęśliwiać ludzi na siłę. Można było wiele powiedzieć, ale nie to, że zwykł ingerować w cudze interesy bez jakiejkolwiek potrzeby.
- Nie musisz mi tego wyjaśniać - odpowiedział równie gładko i zgodnie z prawdą, bo nie, zupełnie tego nie potrzebował.
Wiedział, czego może spodziewać się po rozmówczyni. Raczej znał ją pod tym względem. Naprawdę nie musiała wysilać się na tyle, aby wyjaśniać mu, że nie jest plotkarą. Tym bardziej, że jego oferta dotyczyła głównie tego, co widział, gdy na moment stanął w butach Prue. Wiedzy na temat jej własnych sekretów, nie cudzych.
Cała reszta? Jasne, mógłby coś dodać, ale dokładnie w tym zakresie, w jakim czuł się uprawniony, by to robić. Nie nadużywał cudzego zaufania. Nie osób, na których faktycznie mu zależało. W innych przypadkach? Cóż, potrafił być śliski, ale przecież nikt nie kazał obcym bezgranicznie mu ufać, czyż nie?
- To dobrze - kiwnął głową, słysząc taką a nie inną deklarację, nawet jeśli w jego oczach były to dosyć osobliwe słowa jak na kogoś, kto zwykł naprawdę wiele ukrywać.
Każdy nosił jakieś maski. Każdy miał swoje sekrety. Zarówno on, jak i Prudence ukrywali ich na tyle dużo, że bez wątpienia mogłoby to wpłynąć na reputację, jaką wyrobili sobie w społeczeństwie. Ba, lwia część tych tajemnic z pewnością mogłaby zupełnie ich zrujnować. Nie dało się tego ukryć, nie dało się tego całkowicie schować. Szczególnie nie, gdy w grę wchodziły wyjątkowe okoliczności.
Te z pewnością takie były, a jednak świadomie wybierała niewiedzę na temat tego, co widział. To było niemalże zastanawiające, szczególnie że nosiła pierścionek na palcu w wielu różnych sytuacjach.
- To nie whisky, wiesz? - Skwitował na sposób, w jaki dziewczyna sięgnęła po filiżankę kawy i opróżniła ją na hejnał. - Jeśli potrzebujesz czegoś mocniejszego, wiesz, gdzie to znaleźć - nieznacznie uniósł brew, kątem oka przypatrując się butelce stojącej na półce na wysokości czubka głowy dziewczyny.
Wystarczyło zaledwie jedno wyciągnięcie ręki, aby chwycić alkohol i nalać go sobie, choćby do tej nieszczęsnej filiżanki. Z dolewką kawy czy bez niej. To już była bardzo indywidualna kwestia. On nie zamierzał w to wnikać. Dokładnie tak samo jak nie wdawał się w głębszą rozmowę na temat tego, czym było powodowane takie zachowanie ze strony Bletchleyówny. Chciała jak najszybciej opuścić bibliotekę? To byłaby niewątpliwa strata. Lubił z nią rozmawiać.


RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025

Jeśli miałaby coś konkretnego do ukrycia, to zapewne zależałoby jej na tym, aby dowiedzieć się, czy Ambroise nie dotarł do takich niewygodnych dla niej informacji. Prue jednak nie sądziła, aby jakiekolwiek jej wspomnienie było warte drążenia tematu. Nie musiała się bać, to zresztą świadczyło tylko o tym, że w gruncie rzeczy była całkiem pewna tego, że nic z jej przeszłości nie miało wzbudzać jakichś niepotrzebnych kontrowersji. Nie miała mrocznych tajemnic, no nie bardziej mrocznych od tych, o których wiedział. One mogły nieco zmienić wrażenie na temat jej osoby, tyle, że Ambroise znał te jej najgorsze sekrety. Musieli sobie ufać, jeśli współpracowali na tych płaszczyznach, to nie było żadną nowością. Zresztą nie wydawało jej się, aby pierścionek ukazał mu akurat coś z tej części jej życia. Mogły to być zupełnie inne emocje, które ostatnio miał szansę chłonąć, bo w jej życiu w końcu pojawiło się nieco światła, do którego nie była przyzwyczajona. Raczej otaczał ją mrok, co też nie do końca jej przeszkadzało. Lubiła tą swoją aurę.

Całkiem miło, że postanowił jej o tym wspomnieć, i wyszedł z taką inicjatywą, nie musiał tego robić, bo przecież mógł zakładać, że się o tym nie dowie, a jednak podzielił się z nią informacją o tym, co się wydarzyło. Nie zastanawiała się wcześniej nad tym, jak właściwie udało im się ich zlokalizować w tym paskudnym lesie, teraz wszystko zaczęło układać się w całość. Pierścionek na coś się przydał, po tych latach, kiedy nosiła go na palcu.

- Jak najbardziej. - Wiedziała jak to jest wchodzić w życia innych osób. Zdarzało jej się też trafiać w takie miejsca, zazwyczaj jednak dotyczyło to martwych dzięki czemu można było ominąć tę niezręczność która mogła pojawić się po każdej ze stron.

- Tak właściwie, to nie ma czego wyjaśniać. - Prue była lojalna, nie należała do osób, którym przyjemność sprawiało plotkowanie o osobach, których akurat nie było obok, szczególnie, kiedy coś dla niej znaczyły. Nie chciałaby, żeby ktoś robił coś takiego wobec jej osoby, to działało w dwie strony. Zresztą zbyt wiel razy sama stawała się ofiarą takich szeptów, często działo się to nawet w jej obecności. Dostrzegała spojrzenia skierowane w jej stronę, później wcale nie do końca dyskretne słowa rzucane do ucha. Nie miała przyjemnego doświadczenia związanego z podobnymi praktykami.

- Och, naprawdę? Nie zauważyłam. - Dodała nieco teatralnym tonem. Miała ochotę przewrócić oczami, ale się przed tym powstrzymała. Co ona by tutaj bez niego zrobiła? Nie umiałaby odróżnić whisky od kawy...

- Nie potrzebuję, była zimna. - Nie sądziła, że będzie musiała się tłumaczyć dlaczego właśnie w ten sposób wypiła zawartość swojej filiżanki. Lubiła kawę, zimną mogła wlewać w siebie praktycznie tak jak wodę, zresztą rzadko kiedy udawało jej się nacieszyć ciepłą, bo często coś ją odciągało od tej drobnej przyjemności.

- Nie pijam o takich godzinach, zresztą mam dzisiaj dyżur.- Musiała wieczorem znaleźć się w pracy, więc nie dopuszczała opcji, w której miałaby się raczyć alkoholem. Z tym niepiciem o takiej porze trochę skłamała, tylko, czy jeśli coś zdarzyło się raz, no, może dwa w ostatnim czasie powinno być brane pod uwagę? Nie, zdecydowanie nie. Wolała się trzymać w tym przypadku tej bardziej stabilnej wersji siebie.




RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025

W obecnych czasach lojalność była cnotą niemalże nie do przecenienia. W obliczu wojny, jaka coraz głębiej trawiła magiczny świat, warto było wiedzieć, kto jeszcze tak naprawdę był godzien zaufania. Natomiast ostatnie wydarzenia odsłaniały naprawdę wiele. Pokazywały rzeczy, o których nawet on wcześniej nie myślał. A warto było dodać, że miał się za kogoś, kto potrafił analizować otoczenie. Jak każdy oportunista, czyż nie?
Tyle tylko, że nawet najbardziej wprawionego człowieka korzystającego z nadarzających się okazji ewidentnie dało się próbować wystrychnąć na dudka. W takich chwilach tym bardziej zależało mu na tym, by wiedzieć, kto jeszcze mógł chcieć zrobić coś podobnego. Prudence na taką nie wyglądała. Z drugiej strony, dla osoby z zewnątrz mogła sprawiać wrażenie nieszkodliwej. Wycofanej, może trochę dziwnej, osobliwej, ale nie była niebezpieczna.
Gówno prawda. Paradoksalnie, Romulus miał coś na kształt racji. Zdecydowanie mogła go zabić, gdyby tylko faktycznie próbowała to zrobić. A Ambroise był bardziej niż pewien, że ani przez moment nie miała takiego zamiaru. Skąd? Bo gdyby chciała zakończyć żywot Pottera, niechybnie nie dałaby mu wyjść z tamtego lasu.
Nikt nie dowiedziałby się o tym, co zrobiła. Potrafiłaby zatrzeć wszelkie ślady, założyć maskę na twarz. Wiedział to, był tego świadomy. Tym bardziej, że łączył ich sojusz, znali się od najgorszej strony, poznali swoje brudy. Zdawał sobie sprawę z tego, że umiała być skuteczna. Nie mówiąc o niezbyt powszechnie znanym fakcie, że widmowidzenie czasem było w tym nieoczekiwaną zaletą ich obojga.
Do momentu, w którym nie postanowiła machnąć ręką na to, o czym jeszcze mógł dowiedzieć się o niej za pomocą pierścionka, patrzył na nią badawczo. Nie przez to, że ją oceniał. Po to, żeby nie przegrać milczącej konfrontacji na spojrzenia. Dopiero we właściwym momencie wzruszył ramionami, przenosząc wzrok na gazetę i wieczne pióro trzymane w palcach.
Nie próbował ukryć drżenia kącików ust na komentarz dotyczący picia. Nie. Doskonale wiedziała, że mija się z faktami, prawda?
- Mhm - to było naprawdę ujmujące, w jaki sposób potrafiła mu włożyć argument w rękę i jednym jedynym zdaniem całkowicie zaprzeczyć sama sobie.
Naprawdę doceniał ten rodzaj inwencji, który nakazał Prudence dosyć luźno traktować siebie na co dzień a siebie z tego wyjazdu. Bywały chwile, kiedy nawet on był skłonny przyznać, że gdyby nie jedna twarz (z pewnością nienależąca do Eliasa, jeśli nie liczyć tamtego nieszczęsnego ogniska) mógłby założyć, że ma do czynienia z dwoma różnymi osobami. Ta Prue z Exmoor bez wątpienia była inna. Nie we wszystkim, ale zdecydowanie zachowywała się zgoła inaczej.
Czy mu to pasowało? Być może. Nie skupiał się na tym tak mocno, aby wydać jakikolwiek werdykt. Jedynie zauważył fakt, którego nie dało się nie dostrzec, jeśli nie było się zupełnie ślepym na ludzkie zachowania. A on taki nie był. Dostrzegał zmiany, jakie bez wątpienia zaczęły zachodzić w jego sojuszniczce. Nie zakładał jednak, czy była to jej nowa wersja, czy też kolejna maska. Ot, tymczasowy wynik konieczności obcowania z pozostałymi mieszkańcami.
I tak, jasne, oczywiście. Mógłby skorzystać z tego, co zaobserwował, odnosząc się do tego w bardziej dosłowny sposób, ale nie czuł takiej potrzeby. Jego mhm, któremu towarzyszył ten bardzo przelotny błysk w zielonych oczach, był raczej równie jednoznaczny, co jakiekolwiek inne, bardziej rozległe słowa. Roise nie musiał mówić skoro tak twierdzisz, nie było takiej potrzeby, przynajmniej według niego. Prue i tak z pewnością wiedziała, że wiedział.
Z jednego, z drugiego czy z trzeciego źródła? Z wizji, którą miał? Z własnej obserwacji? Od kogoś, kto w przeciwieństwie do nich lubił rozmawiać na temat innych ludzi? To już zamierzał zostawić dla siebie. Nie zwykł przecież od razu odkrywać wszystkich kart. Na ten moment wystarczyło to, że zdecydowanie nie wyglądał, jakby uwierzył w jej deklaracje. Jednakże zamiast chwytać ją za słowa, nalał sobie jeszcze trochę kawy, kiwając głową.
- Biuro koronera czeka wyjątkowo gorący okres - stwierdził, odnosząc się do słów o dyżurze, na który Prudence miała iść tego wieczoru. - Byłaś już w pracy? - Nie musiał uściślać, od jakiego momentu, prawda?
Chciał wiedzieć, jak wyglądała sytuacja w Ministerstwie. Przynajmniej w departamencie, który najbardziej go interesował. A że los podsunął mu kogoś, kto był naprawdę dobrym obserwatorem, potrafiąc wyciągać głębsze wnioski niż no, jest chaotycznie, idealnie się składało. Mogli na chwilę zejść z prywaty na rzecz czegoś ważniejszego.


RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025

Bletchley kierowała się w swoim życiu zasadami, które wydawały jej się mieć sens. Nie należała do osób, które były jak chorągiewki i zmieniały swoje podejście w zależności od tego, w którą stronę zawiał wiatr. Zresztą nie tak łatwo było się do niej zbliżyć, jeśli jednak komuś udawało się to zrobić to mógł być pewien, że ma w niej prawdziwego sojusznika, na dobre i na złe. Nie zadawała pytań, po prostu wyciągała pomocną dłoń, kiedy było to potrzebne, później po prostu odchodziła w swoją stronę i udawała, że to nie miało miejsca. Tak było prościej, zamiast zupełnie niepotrzebnie drążyć.

Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, czym zajmowała się w wolnym czasie. Tak było lepiej, bezpieczniej, nie wydawało jej się, aby wiele osób widziało w niej zagrożenie. Z pozoru była przecież tylko nieco wycofana i dziwna, a nie miałaby oporów przed tym, aby odebrać komuś życie, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Nie brzydziła się przemocą, no, w jej wypadku nie była to oczywiście przemoc fizyczna zważając na niezbyt sprzyjające warunki, jednak znała inne metody, które potrafiły sprawić, że potrafiła o siebie zadbać.

Ambroise zdecydowanie wyglądał na groźniejszego od niej, chociaż również potrafił sprawiać wrażenie tego specjalisty i naukowca, którym też był. Widziała go w różnych sytuacjach, wiedziała, że umiał być bardzo bezwzględny, ale doceniała obecność właśnie takich osób gdzieś blisko. Nie zawsze przecież mogła radzić sobie sama, dobrze było mieć czasem przy sobie straszaka w postaci dobrze zbudowanego mężczyzny.

Oczywiście, że jej to nie umknęło. Dostrzegła drżenie kącików jego ust. Musiał ją widzieć, ktoś mu powiedział? Być może to też było w jego wizji. Nie zamierzała jednak prostować tego, co przed chwilą powiedziała. Nie piła tak wcześnie. Kropka. Zresztą to miejsce było wyjątkowe, nie sądziła, że zbyt szybko nadaży się okazja do tego, aby powtarzać te dziwne, nietypowe spontaniczne decyzje, które tutaj przychodziły jej bardzo łatwo i lekko. Zdawała sobie sprawę, że mogła być brana za zupełnie inną osobę, zwłaszcza, gdy ktoś widywał ją na co dzień, miał doczynienia z tą typową wersją Prudence. Cóż, czasem i ona umiała wyciągnąć kij z tyłka, tak właściwie to wystarczyło do tego odpowiednie towarzystwo.

- Mung tak samo. - Trupy i ranni, było ich wielu po tej okropnej nocy, która zmieniła wszystko. Na szczęście ich pacjenci nie wymagali natychmiastowej uwagi, mogli poczekać trochę na to, aż zajmą się wszystkimi po kolei. Nieco inaczej wyglądało to w szpitalu. Tak naprawdę jeszcze nie do końca miała świadomość jak wyglądały realne straty, bo właśnie odkąd się tutaj znalazła te trzy dni temu nie była w biurze, wcześniej tylko szacowali, teraz zapewne ministerstwo zdążyło zebrać dokładniejsze dane.

- Nie byłam, trochę obawiam się tego, co tam dzisiaj zastanę. - Skala tej tragedii była ogromna, nie zaliczyła jeszcze niczego podobnego jako antropolożka. Tak, było Beltane, ale pożar Londynu przyniósł śmierć większej ilości osób, zabrał ze sobą więcej żyć, co wiązało się z tym, że będą mieli ręce pełne roboty. Nie, żeby ją to jakoś szczególnie martwiło, praca była często jej ucieczką od rzeczywistości, zapewniała jej spokój, który naprawdę lubiła.




RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025

Wbrew pozorom, posiadanie kija w dupie wcale nie było jakąkolwiek wadą. Nie brał się tam w końcu zupełnie bez powodu i potrzeby, przynajmniej u większości racjonalnych ludzi. Bywały okoliczności, w których należało zachowywać się w określony, często bardzo sztywny i oficjalny sposób, by nie musieć mierzyć się z konsekwencjami bycia aż nazbyt miękkim i przyjacielskim. W ich świecie pozory często odpowiadały za czyjeś być albo nie być. Nie chodziło przy tym wyłącznie o czarodziejów czystej krwi czy tak zwaną elitę. Nie.
Na pewnym etapie życia niemal każdy musiał przyjąć jakąś oficjalną narrację. Stać się kimś dla otoczenia, dla ludzi na zewnątrz, dla sąsiadów, znajomych z pracy i obcych. Dla gawiedzi mającej to do siebie, że sama także lubiła przypinać ludziom konkretne plakietki i wykorzystywać ewentualne słabości. Dużo korzystniej było samemu przyszyć sobie łatkę, nawet jeśli czasami nie była ona zupełnie zgodna z naturą danego człowieka.
Ambroise był...
...trudno byłoby mu powiedzieć, że szczególnie przyjacielski. W rzeczy samej, nie potrzebował zbyt wielu przyjaciół. Jednakże nie czuł również satysfakcji z robienia sobie wrogów. Tak, czasami ktoś sam prosił się o to, by zostać ustawionym do pionu. Bywały takie momenty, kiedy zignorowanie czyjegoś chujowego zachowania było wręcz niedopuszczalne. Niektórych osób po prostu nie dawało się traktować neutralnie.
Jednak w gruncie rzeczy, jego domyślnym stanem była raczej obojętność wobec otoczenia. Ot, gładka neutralność. Nie miał potrzeby stałego otaczania się wianuszkiem wyznawców, tak jak nie uważał, że musi być z kimś w teatralnie dramatycznym konflikcie, aby żyć. W całkowicie codziennych stosunkach mógł jawić się jako dosyć chłodny, co na ogół przychodziło mu raczej instynktownie.
Nie krył się, nie wycofywał, nie miał tendencji do wtapiania się w ściany. Nie wyglądał na zalęknionego, bo i taki nie był. Nie uciekał z towarzystwa, nie obawiał się ewentualnej konfrontacji. Dosyć jasno i wyraźnie zaznaczał swoje opinie, nie krył się ze znaczną częścią wyznawanego światopoglądu, o ile nie uważał, że niekorzystnie było o czymś mówić.
Z drugiej strony, częściej niż rzadziej zdarzało mu się przybierać znacznie bardziej towarzyską maskę. Nie miał zbyt wielkiego problemu z udawaniem kogoś, kto jest całkowicie zaangażowanym uczestnikiem rozmowy. Potrafił błyszczeć, zwracać na siebie uwagę, czarować i zjednywać sobie ludzi. Z pozoru nie miał wtedy kija w dupie.
No tak. Właśnie. Z pozoru. W istocie po prostu pilnował tego, by dopasowywać zachowania do persony, jaką tworzy. Miał być dziedzicem rodu? Był dziedzicem rodu. Co prawda, przy okazji potrafiąc bawić się złudzeniami na swój temat, jakie tworzył. Umiejąc całkiem zgrabnie dawać ludziom pożywkę do gadania, starając się przez większość czasu być tym, który w istocie rozdaje karty. Tyle tylko, że czasem było to nużące.
Dokładnie tak jak zgrywanie tego poważnego, całkowicie racjonalnego człowieka. Zupełnie jak momenty, gdy spuszczał ze smyczy najgorszą stronę swojego charakteru, pozwalając sobie na bycie całkowitym skurwielem. Kawałem chuja i drania. Tym straszakiem na ludzi usiłujących skakać wyżej niż są w stanie. Tak, poniekąd wtedy także niezupełnie pozbywał się kija z dupy.
Tak naprawdę zupełnie relaksował się wyłącznie wtedy, kiedy znajdował się w bardzo wąskim gronie najbliższych mu ludzi. I nie, nawet niekoniecznie rodzinnym, bowiem rodzina także zwykła stawiać mu wygórowane wymagania, mimo wszystkich benefiów, jakie teoretycznie otrzymywał z tego tytułu. Doceniał pozostałych członków rodu, miał z nimi bliskie relacje, ale prawda była taka, że do tej pory wyłącznie dwie osoby znały go od każdej możliwej strony. W tym tej bardziej miękkiej, całkowicie pozbawionej jakichkolwiek śladów systemów obronnych.
Prudence? Prudence nie była trzecia. Ze wszystkim, co wiedziała na jego temat. Przy tajemnicach, które sobie powierzali. Przy wspólnych interesach, wraz z brudnymi sekretami i rzeczami, których wypłynięcie na wierzch mogłoby co najmniej skończyć się dla nich błyskawiczną drogą do sal sądowych Ministerstwa. Bletchleyówna nie znała go od tej bardziej ugodowej strony.
Nie znała go pomiędzy czterema ścianami szczęśliwego domu sprzed lat. Nie miała okazji dowiedzieć się, w jaki sposób zachowywał się, kiedy pozwalał sobie odpuścić jakiekolwiek rozważania na temat teraźniejszości. Gdy żył. Tak naprawdę żył. Nie poznała go takiego i nie miała go takiego znać. Nawet jeśli zbliżyła się do jego przyjaciela.
Bo byli sojusznikami. Bo nie zamierzał łączyć interesów i prywaty. Nie z kimś, kto w zupełności odpowiadał mu w roli, jaką wyznaczyli sobie nawzajem. Więc nie. Mogli rozmawiać ze sobą nawzajem, mogli pić kawę, przekomarzać się od czasu do czasu jak starzy znajomi. Mogli spędzać ze sobą tyle czasu, ile potrzebowała ich relacja. Być względnie neutralnie przyjacielscy wobec siebie nawzajem.
Ale nie była jego przyjaciółką. Nie była jego przybraną siostrą z innej marki. Zresztą Nora także nie znała go od niektórych stron, nie wiedziała o wszystkim, bo nie powinna tego wiedzieć. Jeśli wyciągał przy Prue kija z dupy, wciąż kontrolował swoje niektóre zachowania. Nie tracił czujności, po prostu ją przygaszał. I miał podstawy sądzić, że ona postępuje dokładnie tak samo.
W końcu w gruncie rzeczy byli do siebie bardziej podobni niż mogłoby się zdawać. Szczególnie na tym najbardziej prozaicznym, podstawowym poziomie. Cała reszta? Była wynikiem doświadczeń. A tych bez wątpienia nie brakowało im obojgu.
W pewnym sensie cieszył się z tego, że Bletchleyówna w tym momencie postanowiła dostrzegalnie pozwolić sobie na więcej. Zachowywała się inaczej, podejmowała decyzje w zgodzie z czymś, co nie było dla niej typowe. Nie dało się nie dostrzec, że poza tamtą sytuacją, Prue wyglądała na szczęśliwszą. Kimże więc byłby, gdyby postanowił ukrócać jej radość swoimi komentarzami na temat czegoś, co nie było jego sprawą?
Oczywiście, powiedział zdanie bądź dwa. Z pewnością zamierzał w dalszym ciągu odnosić się do tej nowej, lekko nieprzewidzianej konfiguracji, jaka powstała podczas tego tygodnia. Nie byłby sobą, gdyby zupełnie darował sobie te drobne podszczypnięcia, tycie szpileczki. A jednak nie był w tym nieprzychylny. Cokolwiek widział i wiedział, miało to pozostać we wnętrzu jego własnej głowy.
Lekki kontrast dla wielu innych obrazów i doznań, jakie w ostatnich dniach miały okazję wyryć się w jego pamięci. Tak, może bycie Prudence nie należało do najchętniej przyjmowanych doznań, ale w gruncie rzeczy, jeśli potrzebowałby o czymś zapomnieć to raczej nie było to w pierwszej dziesiątce jego życzeń.
Mung po pożarach...
...oboje doświadczyli tego, jak wtedy wyglądał szpital, czyż nie? Byli tam wtedy. W samym sercu chaosu. I oboje musieli radzić sobie z konsekwencjami tamtego dnia. Czy to powracając do murów Munga, czy też zajmując się tymi, którym już nie mogli pomóc uzdrowiciele. Tak, nie wybrali sobie łatwego zawodu. Z drugiej strony, czy gdyby mogli to teraz zmienić, faktycznie by to zrobili?
Odpowiedź nasuwała się sama. Nie musiał nad nią myśleć. Po prostu kiwnął głową. Poważnie, upijając łyk kawy i przesuwając dzbanek bliżej Prudence. Napój wewnątrz wciąż jeszcze był całkiem ciepły.
- Tak, Mung też - nie dało się tego ukryć, czyż nie?
Nawet ze wsparciem ze strony innych placówek, z pewnością nadal panował tam chaos. Ta sytuacja nie miała ulec rychłej zmianie. Szczególnie, że pożary nadszarpnęły nie tylko siły pracowników, lecz także zapasy i budżet szpitala.
- Cokolwiek tam zastaniesz, nie będzie gorsze od tego, co już widziałaś - nie próbował nieudolnie pocieszać Prudence, nie miał takiej intencji, bo nie tego od niego oczekiwała, ale te słowa wypowiedział wyjątkowo łagodnie.
Tym bardziej jak na siebie, nawet jeśli nie w tonie sugerującym chęć poklepania dziewczyny po głowie. Oboje byli dorośli. Zdawali sobie sprawę z tego, w jakich czasach przyszło im żyć. Z tego, że z miesiąca na miesiąc, jeśli tylko mogło być gorzej to w istocie było gorzej. Wbrew pozorom, zdolność widmowidzenia także nie była zbytnią pomocą w obliczu tak wszechobecnej śmierci. Być może uczyła z nią obcować, ale to wszystko zdecydowanie wykraczało poza to, co zazwyczaj przychodziło im widywać w wizjach przeszłości.
- Cornelius wie? - Nigdy wcześniej nie czuł się zobowiązany, aby o to pytać, ale tym razem oboje raczej zdawali sobie sprawę z tego, czemu te słowa w ogóle opuściły usta Ambroisa.
Nawet dla kogoś tak obeznanego z działaniem własnych wrodzonych umiejętności, istniało naprawdę duże ryzyko, że Prudence przydarzy się coś, czego nie chciała. Przy tylu martwych, tak wielu emocjach i tragediach, to było raczej kiedy, nie czy. I tak, on sam także zdawał sobie sprawę z tego, że nie dotyczyło to wyłącznie Bletchleyówny. A jednak nie zamierzał tego mówić. Przynajmniej nie teraz. Mieli sobie poradzić, czyż nie? Po prostu chciał wiedzieć, czy Prue miała w kostnicy kogoś, kto mógłby wesprzeć ją w sytuacji, w której ściany zawalą jej się na głowę.


RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025

Nie było innej możliwości, która pozwalała jakoś przetrwać w tym świecie, jak zakładanie masek. Wypadało potrafić się dostosować do okoliczności. Nie wszyscy musieli to robić, jednak kiedy chociażby pracowało się w określonym środowisku to trzeba było jednak sprawiać pozory. Bletchley miała swoje zdanie na temat Ministerstwa Magii, jednak nadal w nim pracowała, wykonywała swoje obowiązki należycie, ale nie pozostawała ślepa na niedociągnięcia, które zauważała. Nie dzieliła się jednak swoimi przemyśleniami praktycznie z nikim, bo przecież nigdy nie wiadomo kto mógłby wykorzystać jej słowa rzucone gdzieś przypadkiem przeciwko niej. Wydawała się więc być nikim więcej, niż bardzo sumienną pracownicą, która przestrzegała wszystkich regulaminów. Tak, jasne, potrafiła je obchodzić tak, by nikt niczego nie zauważał, oczywiście czerpała z tego informacje tylko na swój własny użytek, ale to robiła. Zapewne mało kto byłby się w stanie tego domyślić, bo umiała sprawiać pozory.

Kreowanie siebie było dość istotne w dorosłym życiu, warto było mieć władzę nad tym, w jaki sposób inni nas widzieli. To mogło ułatwić egzystencję pośród osób, które nic nie znaczyły. Zresztą nigdy nie zależało jej jakoś specjalnie na tym, aby obcy wiedzieli, jaka jest naprawdę, to mogło sporo zmienić, zwracać na nią niepotrzebną uwagę, tak mogła przemykać sobie gdzieś w tle, raczej niezauważona, to było zdecydowanie najbardziej wygodną opcją.

Miała to szczęście, że nie należała do elity. Była pewna, że nie umiałaby sobie poradzić na tych ich wszystkich spędach pełnych fałszu i obłudy. Teraz czuła zresztą, że zaczną się ze sobą gryźć z racji na to, co się ostatnio wydarzyło. Doceniała swoją klasę średnią z której pochodziła, swoją nieco brudną krew, dzięki temu również była nijaka, nie rzucała się w oczy. Nikt nie życzył jej śmierci przez jej pochodzenie, sama nie wiedziała kim aktualnie było gorzej być czy czystokrwistym, czy mugolakiem, i jedno i drugie niosło ze sobą możliwe nieprzyjemności. Widziała, jak został potraktowany Cornelius przez jednego z jej współpracowników, tylko dlatego, że w jego żyłach płynęła czysta krew, widziała, jak traktowano mugolaków, to łączyło się również z pochodzeniem, tak do końca żadna z tych stron nie mogła się czuć bezpiecznie. A oni? Przemykali gdzieś w tle, nie rzucając się w oczy.

Istniały pewne sprawy, których nie powinno się ze sobą łączyć. Przyjaźń nie była dobrym doradcą podczas interesów. Zresztą nie szukała przyjaciół. Ci, których miała jej wystarczali, no może poza tym jednym przyjacielem, który ostatnio sam ją znalazł, ale to było coś zupełnie innego. Wiedziała, że te szemrane sprawy, które ich łączyły nie były dobrą podstawą do takiej relacji, zresztą nigdy nawet nie myślała o tym, że mogliby się przyjaźnić. Odpowiadała jej ta forma relacji, którą aktualnie przyjmowali, i tak było między nimi dużo lepiej niż kilkanaście lat temu, jakoś udało im się dogadać, to wystarczało do tego, aby mogli być swoimi sojusznikami.

Zauważyła, że przesunął w jej kierunku dzbanek z kawą, jednak póki co po niego nie sięgnęła, jak na razie przyjęła wystarczającą dawkę kofeiny. Może później skusi się na kolejną.

- Co do tego nie byłabym taka przekonana. - Odparła zupełnie szczerze. Miała świadomość, że może jej się coś przytrafić. Niby od dawna panowała nad swoją umiejętnością, ale nigdy nie mogła być pewna tego, że nie pojawi się coś lub ktoś przepełniony bardzo silnymi emocjami. Pożary niosły ze sobą tragiczne śmierci, często spowodowane brakiem możliwości ucieczki, wolałaby nie widzieć wspomnień ludzi, którzy odeszli tragicznie, niosło to ze sobą dosyć spore brzemię i powodowało bardzo nieprzyjemne momenty. Nie tak łatwo było się pozbyć tych nieswoich emocji, czy obrazów, które pojawiały się przed oczami. W jej przypadku z chorobą Milforda było to jeszcze bardziej skomplikowane. Nie umiała po prostu zapominać, gdy zamykała oczy to wszystko do niej wracało, bardzo wyraźne.

Zawiesiła na Greengrassie swoje spojrzenie zdziwiona, że w ogóle zadał to pytanie. Cornelius był jej szefem, od jakichś dwóch lat, pracowali razem w kostnicy, towarzyszyła mu podczas rozwiązywania wielu spraw. Odpowiedź na to pytanie nasuwała się sama. - Oczywiście, że wie. - Uprzedziła go o tym swoim drobnym talencie nim rozpoczęła pracę, żeby przypadkiem nie dowiedział się tego nagle, w najmniej korzystnym momencie. Nie chciała, aby to było dla mężczyzny zaskoczeniem, wolała być z nim zupełnie szczera, nim podjął ostateczną decyzję, nim stwierdził, że faktycznie chce ją mieć w swoim zespole.

- Prędzej, czy później by się dowiedział, więc powiedziałam mu to na samym początku. - Wyjaśniła jeszcze. Nie było możliwości, aby informacja o jej drobnym talencie pozostawała tajemnicą, szczególnie w miejscu, w którym przyszło jej pracować, wypłynęłoby to tak, czy siak z racji na okoliczności ich miejsca pracy i przypadków, którymi się zajmowali.




RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025

Cóż. Gdyby ktokolwiek spytał go o to, która ze wszystkich grup magicznego społeczeństwa była obecnie najmniej narażona, czarodzieje półkrwi nie byliby pierwszymi wskazanymi przez Ambroisa. Nie. Jeśli kiedykolwiek wierzył w coś takiego jak pozostawanie całkowicie w cieniu, bycie zupełnie neutralnym i niezrzeszonym, obecnie zdecydowanie pozbywał się tych złudzeń. Czarodzieje mieszanej krwi nie byli po żadnej stronie konfliktu, ale tylko w teorii mieli dzięki temu najbardziej stabilną pozycję. W praktyce nie mieli też nikogo po swojej stronie. Nie wpisywali się całkowicie w niczyje założenia, a więc? No właśnie. Wcale nie mogli być aż tak spokojni.
Zresztą. Czy ktokolwiek mógł jeszcze liczyć na głębszy oddech? Musieli stać się jeszcze bardziej rozważni, zdecydowanie ostrożniejsi, aby nie podzielić losów tych, którymi przyszło im się zajmować. Czy to rannych, martwych, czy umierających. Zarówno kostnice, jak i szpitale były pełne ludzi, którzy sądzili, że uda im się żyć tak, jakby wojna nie pukała do ich drzwi.
- Tak. Teoria a praktyka to dwie różne sprawy - w tym wypadku nie miał problemu z tym, aby przyznać rację dziewczynie. - Natomiast mam wrażenie, że jako pracownik zarówno kostnicy, jak i ochrony zdrowia, naoglądałaś się dostatecznie dużo przypadków, by nie być szczególnie zdziwiona tym, co teraz zobaczysz - tak, zdecydowanie śmiał wnioskować w ten sposób.
Szczególnie, że sam przecież nie był odporny na podobne doznania. Być może nie musiał uczyć obchodzić się z trupami po szczególnie okrutnych morderstwach, krwawych zbrodniach czy czarnomagicznych rytuałach, ale miewał w swoich rękach ofiary różnorakich zatruć i innych równie przyjemnych rewelacji. Świadomych i nieświadomych. Statystyki wcale nie były znacznie wyższe w którejkolwiek grupie.
Bywały próby samobójcze, efekty zwykłej głupoty, celowo planowane zemsty kochanek lub żon, przeszacowania i niedoszacowania przy produkcji eliksirów. Różne, naprawdę różne przyczyny znalezienia się w szpitalu. A czasami niestety również pod białym prześcieradłem dyskretnie nasuniętym na sztywniejące ciało.
Ludzie umierali. Taka była specyfika większości specjalistycznych oddziałów. Tracili pacjentów, nie zawsze byli w stanie zrobić więcej niż było w ich mocy, żeby uratować człowieka, który był już obiema nogami i połową ciała za Zasłoną. Częściej niż rzadziej, ten po prostu wybierał się w Zaświaty. Warto dodać, że w przypadku większości trucizn, robił to niezbyt delikatny i elegancki sposób, czasami przy okazji niosąc przy tym tak duży nakład emocjonalny, że pokłosie nie dotyczyło tylko rozmowy z rodziną i ewentualnie przedstawicielami władzy.
Bywały też doznania fizyczne. Cały pakiet doświadczeń. Od ustawania funkcji życiowych, poprzez duszenie się, sztywnienie kończyn, drgawki czy wymioty. Bywały dziwne, niemal surrealistyczne obrazy po środkach halucynogennych zażytych przez zmarłego pacjenta. Psychotyczne wizje, dziwne doznania dźwiękowe.
Nie mówiąc już o wszystkich innych miejscach i okolicznościach, w których oboje mogli napotkać coś, w czym zdecydowanie nie chcieli mieć swojego udziału, ale decyzja zostawała podjęta bez ich zgody. Jasne, Prudence zdecydowanie miała to obecnie pod wypracowaną kontrolą, ale czy tak naprawdę istniało jeszcze coś, co mogło przerazić ją bardziej niż w przeszłości?
Być może, ale mimo wszystko nie sądził. Najgorsze w tym wszystkim było wyłącznie prawdopodobieństwo tego, że coś takiego ją dotknie. To, że przy tak absurdalnie wysokiej liczbie zgonów, zapewne nie miało jej się to przydarzyć raz czy dwa. To mogły być dziesiątki niechcianych urywków z cudzego życia i śmierci. Nawet dla kogoś, kto na ogół nad tym panował.
Miał wrażenie, że w oczach Prudence dostrzegł zalążek zdziwienia, jednak nie zastanawiał się nad tym zbyt długo.
- Słusznie - praktycznie odruchowo, bez większego namysłu wzruszył ramionami, samemu nie dostrzegając nic osobliwego w pytaniu, które zadał, więc nie potrzebując wyjaśniać, czemu pytał.
Nie kumplowali się, ale byli swoim wsparciem w na tyle rozległym i często skomplikowanym zakresie, że naturalnie mógł wykazywać sympatię wobec dziewczyny. W końcu nie życzył jej źle. Wręcz przeciwnie, miał raczej całkiem odwrotne myśli czy intencje. Na ogół dobre, przynajmniej biorąc pod uwagę ich aktualny układ, nie cofając się do przeszłości.
Nie mógł powiedzieć, że martwił się o jej pracę w tym bez wątpienia gorącym okresie, jaki czekał ich wszystkich po pożarach. Zdawał sobie sprawę z tego, że Prue jest w stanie zadbać o siebie z dokładnie tą samą zaciętością, z jaką zwykła dbać o własne interesy. Jednakże w pewnym sensie zastanawiał się nad tym, jak wyglądają jej zawodowe stosunki z Corneliusem.
Choć bez wątpienia przyłożył bowiem swoją rękę do zmiany pracy Bletchleyówny ze szpitala na biuro koronera, nigdy nie zadawał zbyt wielu pytań odnośnie tego, jak układa się współpraca tych dwojga. Nie słyszał żadnych narzekań ani skarg, więc sam z siebie nie dopatrywał się w tym czegokolwiek, w co mógłby chcieć się mieszać. Zrobił swoje, dołożył cegiełkę, koniec końców chyba wyszło na dobre.
Nie potrzebował pytać. Nawet jeśli Corio co jakiś czas usiłował zwerbować go do ministerialnego grona, w którym kto jak kto, ale Roise zupełnie się nie widział, warto dodać. Jak większość zdrowo myślących członków społeczeństwa, miał swoje zdanie na temat rządu i tego wszystkiego, co działo się w ich świecie przez decyzje podejmowane w gmachu Ministerstwa.
Tak, Mung nie był lepszy, ale z dwojga złego wolał chyba w tę stronę. Przynajmniej nie wiązano go z przedstawicielami władz tam, gdzie chodził. Nawet jeśli bardzo mocno pilnował bowiem swojej tożsamości, zawsze istniało ryzyko, że ktoś mógł połączyć kropki. Wolał być po prostu uzdrowicielem niż kimś z departamentu przestrzegania prawa czarodziejów, pod które podlegało biuro koronera. Ot, mniejsze zło.


RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 25.07.2025

Mugolacy mieli mugolaków, czystokrwiści czystokrwistych, a czarodzieje półkrwi takich jak oni. Agresja nigdy nie była skierowana w ich kierunku, bo czystokrwiści potrzebowali ich do tego, aby żyło im się lepiej, mugolacy również ich nie ruszali, bo oni nie mieli problemu z tym, że weszli do ich świata. Nie chodziło o to, by ktoś stanął po ich stronie, bo po co? Skoro nikt nie zamierzał ich krzywdzić. Całkiem proste równanie. Sama Prue nie zamierzała jakokolwiek mieszać się w to, co działo się aktualnie w ich świecie, no chyba, że ktoś postanowi zrobić krzywdę na kimś, na kim jej zależało, wtedy na pewno zmieni punkt widzenia i spojrzy na sprawę inaczej.

Miała swoje określone poglądy na ten temat, nie wydawało jej się logiczne to, żeby typ, który sam nazwał się Lordem Voldemortem miał prawo przejmować władzę nad magicznym światę w ramach jakichś pojebanych ideałów. Aktualnie jednak siedziała cicho, spoglądała od wewnątrz na działania ministerstwa i czekała na to, co się wydarzy.

- Nie obawiam się tego, co zobaczę, raczej tego, jakie historie może to za sobą nieść. - Nie bała się widoku trupów, a na pewno będzie ich wiele. Raczej chodziło o emocje, jakie mogły pojawić się jeśli przypadkiem zagłębi się w ich historie. Jasne, panowała nad swoim darem, umiała się nim całkiem zgrabnie posługiwać z racji na lata doświadczenia i nauki babki, jednak wiedziała, że w tym przypadku coś mogło pójść nie tak. Ogrom bólu i cierpienia, który się pojawił mógł uniemożliwić jej bycie w pełni stabilną. Oczywiście nie zamierzała panikować, raczej stawić czoła problemom, rzucić się w wir pracy i zobaczyć, czy coś się stanie. Później odpocznie, zamknie się w swoich czterech ścianach i jakoś to wszystko przetrawi, może nigdy nie musiała walczyć z czymś co miało być takie intensywne, ale przecież sporo już przeżyła w swoim życiu, była gotowa na więcej.

Prue należała do osób zapobiegliwych. Wolała być przygotowana na wszystko, nawet to najgorsze, co mogło jej się przytrafić. Zawsze szykowała sobie jakiś plan, którego mogła się trzymać. Uwielbiała listy, których punkty mogła skreślać, kiedy zostały przez nią zrealizowane. Nie znosiła nie mieć kontroli nad tym, co działo się w jej życiu. Ostatnio pojawiły się myśli, że może nie powinna kontrolować każdej dziedziny swojego życia, bo okazywało się to zbędne, jednak w większości jednak wolała panować nad tym, co się działo wokół. Szczególnie w pracy. Tam musiała zachowywać profesjonalizm i nie mogła sobie pozwalać na momenty zawahania.

- Wiem. - Oczywiście, że było to słuszne. Nie mogła pozwolić na to, żeby Cornelius miał jakieś nieprzyjemności przez jej przypadłości. Musiała go uprzedzić o wszystkim, co mogło się zdarzyć, a nad czym nie miała pełnej kontroli. Choroba Milforda również była nieprzewidywalna, więc i o niej mu opowiedziała. Nie skreślił jej mimo tej całej listy wyjątkowych dolegliwości, które towarzyszyły jej od lat. Była mu wdzięczna za tę szansę i naprawdę starała się bardzo mocno angażować w pracę. Zresztą, co innego jej pozostawało? Tak naprawdę ostatnio to był jedyny sens istnienia. Nie miała szczególnie rozrywkowego życia. Było jej z tym całkiem wygodnie, bo ceniła sobie święty spokój.




RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.07.2025

Zapewne dyskutowałby ze stwierdzeniem, że czarodzieje półkrwi byli bezpieczni, bo nikt nie chciał ich krzywdzić. Nie, zdecydowanie nie. Nawet pośród znanych mu czarodziejów czystej krwi istniały osoby, które nie zadowalały się głoszeniem konieczności wydziedziczania każdego, kto choćby planował rozrzedzać arystokratyczną krew. Byli ludzie, którzy być może nie zaliczali się otwarcie do popleczników Voldemorta, jednakże zdecydowanie byli za karaniem całych obciętych gałęzi rodowych drzew. Optowali za konsekwencjami dla dzieci, wnuków i prawnuków. I byli w tym wyjątkowo zacietrzewieni.
Natomiast mugolaki? Bez wątpienia po obu stronach występowały te wybitne jednostki wyznające regułę nie jesteś z nami to jesteś przeciwko nam. Czasami tylko patrząc ze wstrętem na bardziej uprzywilejowane grupy, do których osoby takie jak Bletchleyówna zdecydowanie się zaliczały. Czasem jednak bez chwili wahania otwarcie wytaczając działa.
Pożary stolicy i okolic pokazały to aż nazbyt dobrze. Całkowicie wykazały tę pozorną neutralność, pozostawanie w cieniu i na marginesie. Każdy miał swoją opinię na temat ostatnich wydarzeń. Różnorodne plotki rozsiewały ziarno niepokoju i niezgody. Nikt nie miał być całkowicie odporny na plony, jakie miały wyrosnąć. Toksyczne opary już zaczynały unosić się w powietrzu, zatruwając każdego bez wyjątku, niezależnie od tego, jaką miał krew.
Wojna wyciągała z ludzi, co najgorsze.
- Doskonale wiesz, jakie historie to będzie za sobą nieść - skoro już rozmawiali ze sobą szczerze, uzgadniając, że w tym zakresie będą ze sobą dokładnie tacy, warto było, aby Prudence nie próbowała mijać się z prawdą.
Nie próbował wyliczać na palcach tego, co niosły za sobą pożary, ale nie miało chodzić wyłącznie o szybką, bezbolesną śmierć. Wręcz przeciwnie. Paradoksalnie, byłaby ona prawdziwym wybawieniem dla ofiar, choć i wtedy nie zawsze. Wszystkie tragedie obfitowały w naprawdę silne emocje. Nawet jeśli czyjś zgon nastąpił szybko, nie istniała gwarancja, że ta osoba wciąż nie postanowi pokazać Prue czegoś, co na kilka chwil zdejmie dziewczynę z planszy.
Ci ludzie mieli rodziny, bliskich, dzieci. Mieli wszystko to, o co bali się do ostatnich chwil. To, co pozostawili. Tych, o których los byli zaniepokojeni. Mieli swoich przyjaciół i wrogów. Kompanów okazujących się zdrajcami wpychającymi ich w ogień tylko po to, żeby ratować siebie. Krewnych czekających na spadek albo chcących pozbyć się problemu. Listy były długie.
- Po tygodniu pracy będziesz tak wydrenowana, jakbyś pracowała miesiącami - stwierdził, nie zmieniając tonu głosu, tylko wręcz przeciwnie: w dalszym ciągu wypowiadając się dokładnie tak samo spokojnie jak przy początkach ich rozmowy.
Nie robił z tego żadnej wielkiej sprawy. Nie traktował własnych słów jak ostrzeżenie. Nie usiłował straszyć Prue. Mówił dokładnie to, z czego oboje już zdawali sobie sprawę, wiedząc to we wnętrzach własnych umysłów. Z tym, że w tej chwili postanawiał po prostu powiedzieć na głos to, czego i tak nie dało się ukryć, przynajmniej nie na dłuższą metę.
To miały być kurewsko trudne tygodnie. Jeden rzeczywiście miał zdawać się bardziej wyczerpujący niż dwa czy trzy miesiące, zanim to wszystko się zaczęło. Choć nawet, nim wojna zapukała do ich drzwi, pewne tematy wciąż były trudne. A jednak oboje wybrali sobie dokładnie takie życie. Mogli związać swoją karierę z jakimkolwiek innym, bardziej neutralnym zawodem.
Jasne, niemal cała rodzina Prudence pracowała w dziedzinach medycznych. Elias wyłamał się ze schematu, okazując przy tym wyjątkowe samozaparcie, ale Prue zdecydowanie mogła pójść bardziej neutralną ścieżką. Pracować jako wytwórca eliksirów albo aptekarka, robić głównie karierę naukową czy pisarską. A jednak wybrała tę konkretną drogę. Drogę wprost do kostnicy. Tyle, że jeszcze za życia.
- Nie wiem, ile czasu byłaś wtedy na ulicach - kontynuował, wyłącznie lekko kiwając głową na jej wiem, bo w gruncie rzeczy oboje wiedzieli, nie musieli więc kontynuować tego tematu. - Ale chaos wykraczał poza działanie paniki i ognia. Ludzie wykorzystywali okoliczności do swoich celów. Jak zawsze, tylko tym razem bardziej - nie zamierzał nadmiernie analizować schematów ludzkich zachowań ani tego, co miało wtedy miejsce, ale odnosił wrażenie, że niektórym wydawało się, że koniec świata rzeczywiście nadejdzie.
Ich zachowania świadczyły o tym, że nie było już dla nich żadnych granic, bo nie sądzili, że poniosą jakiekolwiek konsekwencje. Liczyli na szybką śmierć swoich ofiar. Na pozbycie się dowodów nienaturalności jej przebiegu. Na to, że gdy ogień zgaśnie, nie będzie już nic, co mogłoby wydać ich postępki. Być może cały świat zniknie.
Prue z pewnością musiała to wszystko wiedzieć, nawet jeśli nie widziała tego na własne oczy. Nie miał pojęcia, ile tak naprawdę dostrzegła w drodze do Ministerstwa i pomiędzy budynkiem rządu a Świętym Mungiem. Z pewnością było to wystarczające, aby przysporzyć jej koszmarów. Jemu w zupełności wystarczyło, a nie miał pamięci fotograficznej.
- Tegoroczne sabaty będą jeszcze bardziej ponure - mruknął pod nosem, mając na myśli głównie dwa najbliższe magiczne święta, które nigdy nie były dla niego najweselsze.
Na ogół nie przepadał za dniami bezpośrednio okalającymi te konkretne daty. W końcu był sabatowym dzieckiem, niemal zupełnie znikającym w oczach otoczenia w tym naprawdę intensywnym czasie. Czasami zaś zupełnie znikąd wręcz przeciwnie: za młodzika szarpanym to w jedną, to w drugą stronę, aby pochwalić się dzieckiem, które miało to szczęście urodzić się w tak błogosławionym okresie. Tak czy inaczej, cholernie nie lubił ani jednej, ani drugiej wersji. Preferował spokój. Tego roku nie mieli go zaznać.
Ponownie.


RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 25.07.2025

Prudence nie brała pod uwagę tego, czym było rozrzedzanie krwi. Znała swoje miejsce w hierarchii świata czarodziejów, ludzie jak ona jednak byli potrzebni elicie, kto inny zajmowałby się tymi mniej prestiżowymi zawodami? Kto sprzedawałaby w ich magicznych sklepach, aptekach, kto tworzyłby dla nich mechanizmy? Kto dostarczałby im zamówienia. Elita miała zdecydowanie większe ambicje, chciała zajmować wysokie stanowiska, więc dla ludzi jej pochodzenia znajdowało się miejsce w tym świecie. Zresztą nie byli tutaj nowi, ich rodziny także od lat pokazywały, że coś potrafią. Być może dobrze, że nie zaczęli dyskusji na ten temat, bo ich podejście się różniło. Zresztą nie ma się, co dziwić, pochodzili z różnych światów, inaczej na to patrzyli.

Ba, mogłaby nawet stwierdzić, że to oni byli czarnym koniem tego wyścigu, mogli stanowić dodatkowe wsparcie dla jednej, czy drugiej strony, wystarczyłoby ich tylko odpowiednio do siebie przekonać.

- Właśnie dlatego się obawiam. - Miała świadomość, że sporo będzie ją kosztowała praca w najbliższym czasie, ale jakoś to przetrwa. Zawsze radziła sobie z tymi tragediami, mniejszymi, czy większymi i tym razem nie mogło stać się inaczej. Już o tym myślała, próbowała się przygotować na najgorsze, nie wracała tam bezmyślnie, musiała mieć gotowy plan działania.

- Zapewne tak będzie, ale co mnie nie zabije, to wzmocni, czyż nie? - Nie potrzebowała wcale jego potwierdzenia, czy odpowiedzi na to pytanie. Wiedziała, że jakoś to przetrwa. Na pewno ta lekcja nie będzie dla niej łatwa, jednak musiała wyciągnąć z niej jak najwięcej. Być może będzie to odpowiedni moment, aby wznieść na wyżyny jej umiejętności. Była gotowa podjąć to wyzwanie, jeszcze bardziej nauczyć się nad sobą panować. Kontrola w jej wypadku była bardzo istotną częścią życia i nieżycia innych.

- Wystarczająco, by to dostrzec. - Nie była w stanie stwierdzić, ile zajęła im droga do ministerstwa, nie skupiała się wtedy na upływie czasu, a raczej na tym, by przetrwać. Tak właściwie to nadal twierdziła, że gdyby nie Benjy to mogłoby się to skończyć różnie. W końcu zaliczyła podczas tej wędrówki te swoje momenty zawieszenia, nad którymi zupełnie nie panowała. Miała sporo szczęścia, że wtedy pojawił się zupełnie znikąd na jej drodze. Chcąc nie chcąc była świadkiem sytuacji, o których mówił Ambroise. Nadal przed oczami pojawiała się jej twarz tego chłopaka, który ją widział i wiedział, że ona go też. Zapewne nigdy go nie zapomni, kto wiedział, czy nie postanowi on jej poszukać, bo nie mógł mieć pewności, że tego nie poruszy.

- Dla jednych ponure, zaś inni będą się cieszyć tym, że udało im się przetrwać. - To też nie było wcale takie zero-jedynkowe. Wiadomo, że wszystko zależało od tego, jak i dla kogo potoczyła się tamta noc. Jedni ponieśli ogromne straty, innym cudem udało się przeżyć. Zapewne w zależności od tego, co ich spotkało będą przeżywać zupełnie inne emocje. - Nie wydaje mi się, żeby wyglądały jak zawsze. - Spodziewała się, że ministerstwo nie będzie organizować wielkich wydarzeń po to, by nie kusić losu. W końcu mogłaby to być kolejna okazja do uderzenia w czarodziejskie społeczeństwo, może to nawet i lepiej. Bletchley od zawsze uważała, że akurat te zbliżające się sabaty powinny być raczej powodem do zadumy, niżeli hucznego świętowania.