![]() |
|
[26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi (/showthread.php?tid=5292) |
RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Brenna Longbottom - 12.11.2025 – Ta. Mam tylko nadzieję, że nie jest ludzka. Nie żeby przy zwierzęcej sytuacja była dużo lepsza. Chyba będzie tu trzeba ściągnąć ludzi. Normalnie zaoferowałaby, że na początku spróbuje widmowidzenia. Ale nawet jeżeli nie wpadała już w panikę na sam widok ognia, póki co była ostrożna, bo omamy czasem powracały i naprawdę nie chciała uciec stąd w panice z powodu kilku świeczek. Coś boleśnie zwinęło się jej w żołądku na opowieść Victorii. Na wspomnienie Doliny, która tak ucierpiała i chyba nigdy już nie miała być miejscem, które znały z dzieciństwa. Dom Lestrange’ów spłonął. Doskonale chroniona Warownia została przeklęta, a nawet jeżeli ciemność wyciągnięto ze ścian, te pozostawały osmalone, naznaczone piętnem ognia. – W Mabon podrzucono nam kości zwierząt pod mury, ułożone w taki dość makabryczny sposób. Ktoś się postarał – powiedziała, przeczesując włosy palcami. Nie sądziła, by zrobił to Thoran albo miało to jakiś związek z tą piwnicą. Ale i po prawdzie do tej pory nie miała pojęcia, że ofiarą takiego niewybrednego dowcipu padł ktoś jeszcze. – Myślałam, że to… jakaś forma wiadomości. Wiesz: sprzeciwiacie się nowym, wspaniałym rządom Voldemorta, skoro nie planujecie czołgać się w pyle, też będziecie kośćmi. Ale skoro wam też coś podrzucono, może ktoś robił sobie okrutne żarty. Ewentualnie chodziło o to, że Victoria swojego czasu trafiła do Limbo, gdzie aurorzy przerwali Voldemortowi robienie tego… no cóż, tego, co tam robił, cokolwiek to było. Wykradanie energii zmarłych albo coś takiego? – Oby nie. Nigdy nie umiałam grać nawet na tamburynie – powiedziała, posyłając Victorii uśmiech: ten rozpłynął się jednak, bo myśli krążące po głowie Brenny były bardzo dalekie od wesołych, i po chwili wahania uznała, że nawet jeżeli to bardzo paranoiczne teorie, to chyba jednak powinna się nimi podzielić. - Nie sądzę, żeby to miało związek z tym, skoro tam uszczęśliwiono rodziny nas obu – dodała, lekko machając ręką w stronę bębna. – Ale kiedy teraz o tym myślę, Tori, nie jestem pewna, czy powinnaś zostawać w tym domu. Bo jeśli to Thoran Yaxley, może się okazać, że to mniejszy problem niż alternatywa. Może mam zbyt bogatą wyobraźnię, ale to wygląda jak coś, co pasowałoby do tamtej kobiety z Afryki. Co jeśli jakiś angielski czarownik, w ehem, rodzaju podobnym do niej, też dodał dwa do dwóch i dał radę się tutaj dostać? Może to były jakieś dziwne rytuały, mające wyciągnąć energię, którą zabrano z Limbo. Brenna chyba z dwojga złego wolała jednak dziwne eksperymenty byłych właścicieli albo Thorana Yaxleya, przychodzącego tutaj, by sobie pograć na bębenkach. RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 13.11.2025 – Tak, zdecydowanie – zgodziła się, że będzie trzeba tutaj ściągnąć ludzi i już na samą myśl zaczynała ją boleć głowa. Cokolwiek tutaj było… nie działo się dobrze i najchętniej wymasowałaby sobie mózg. Jakby mało miała na głowie problemów. Jasne – zawsze mogły się z siostrami przenieść do Maida Vale, ale na ile mogła, wolała nie wpaść ponownie w sidła matki. Lepiej jej się żyło, trzymając Isabelle Lestrange na odległość ramienia co najmniej i swoje siostry, na ile same tego chciały i mogła, też wolała od matki odciągnąć… Nie wiedziała, że Longbottomom też zrobiono taką makabryczną niespodziankę i teraz tym bardziej czuła wewnątrz jakieś takie narastające uczucie niepewności i strachu, a było to dla Victorii poczucie dość nowe. Rzadko kiedy się bała, ale nie była przecież pozbawioną emocji osobą, za którą miało ją sporo ludzi. Spojrzała też współczująco na Brennę. – Jakby wystarczającą wiadomością nie było to, co zrobiono z naszymi domami – mruknęła w odpowiedzi. Bo tak, uważała, że to była wiadomość właśnie za to, co stało się w Limbo. I ona i Atreus ponieśli tamtej nocy cenę… Bulstrode tym większą, bo jego strata była nie do odrobienia – psychiczna, bolesna rana na sercu. U niej mogło się to skończyć podobnie, gdyby w domu był ojciec, bo siostry i matka na ogień były odporne, o czym nie musiał wiedzieć każdy, ale i tak… stracili calutki dobytek. Nie mogła tego odebrać inaczej, niż jak wiadomość, jak ostrzeżenie, że następnym razem może to być ktoś inny. Longbottomowie się nie podporządkowali i również płacili cenę, tym mniejszą, bo żaden z nich nie zignorował bezpośredniego polecenia, by pokłonić się przed samozwańczym Lordem, ale przeklęcie domu też było mocną karą, bardzo wymowną. A te ołtarzyki, kości… Może ktoś się tylko bawił, a może była to kolejna wiadomość: naznaczenie ich w jakiś sposób. – Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nasz dom spłonął przeze mnie – stwierdziła po prostu. – Ale może te dziwne rzeczy na Mabon to faktycznie tylko zbieg okoliczności. Tamte laleczki były ładnie zrobione, nie cuchnęły czarną magią – a tutaj? Czy tu cuchnęło? Nie czuła niczego aż tak charakterystycznego, oprócz zwyczajowego zapachu jakiego można się było spodziewać w piwniczce. Posmutniała trochę, ale nie wyglądała na zaskoczoną, kiedy słuchała teorii Brenny – wcale nie takiej znowu paranoicznej. Ale może obie nabawiły się paranoi, tylko czy ktoś mógłby je winić? – Zastanawiałam się ciągle, czy ta kobieta będzie się próbowała jakoś zemścić – odparła po chwili. – Ale może to faktycznie ktoś inny, kto połączył kropki. Albo może nawet ona. Albo… Przyszło mi jeszcze coś do głowy. Pamiętasz tego świra atakującego w snach? Wchodził do zamkniętych pomieszczeń, równie dobrze mógłby się dostać też tutaj… – do pomieszczenia, które nie miało więcej przejść, a to jedno było w jakiś sposób… zaczarowane? Ukryte? Tak czy siak… nie znały celu tego ołtarza i bębna, a dodając wszystko co działo się w tej kamienicy, wniosek był prosty i Brenna powiedziała go już na głos: lepiej było tu nie mieszkać. A przynajmniej do czasu gruntownego sprawdzenia przez klątwołamaczy i innych. Lestrange rozejrzała się jeszcze raz dookoła, szukając czegokolwiek co mogłoby naprowadzić na jakieś wnioski. Tych jednak nie było. – Ale masz rację. To chyba pora odwiedzić miejsca, które oglądałam i zapytać, czy oferta sprzedaży wciąż aktualna. To i tak miał być tylko przystanek – wymamrotała czując już ciężar tego, co miało ją czekać: kolejna przeprowadzka. RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Brenna Longbottom - 14.11.2025 – Wasz dom spłonął przez Voldemorta i śmierciożerców – sprostowała, sięgając ku chłodnej dłoni Victorii, by ją uścisnąć. Może to nie był dobry moment na takie gesty, ale Brenna postąpiła instynktownie. Nawet jeśli ktoś obrał ich za cel – może i ten, kto walczył z nią w Limbo, w ramach pewnego rodzaju zemsty – odnosiła wrażenie, że niektóre budynku zaatakowano celowo, ale inne ucierpiały, bo po prostu Voldemort rozpętał zbyt potężną magię. Jeżeli nawet mogli jakieś miejsca ochronić, to zbyt wiele celów ataku nie miało sensu: spłonął niejeden dom czystokrwistych, a oni sami ucierpieli nie tylko od ataków mugolaków… ogarniętych czy to rozpaczą czy szaleństwem wywołanym przez popiół, które namieszało i w głowie Brenny. Równie dobrze ktoś mógł chcieć dać Lestrange ostrzeżenie, jak i zwyczajnie mieli pecha, bo wiatr przywiał ogień z płonącego sadu, ale niezależnie od tego, jaka była prawda: Victoria nie ponosiła za to winy. – Spróbuję… spróbuję to sprawdzić, chociaż mogło minąć już za dużo czasu. Nie spróbowała widmowidzenia od razu, bo zwyczajnie jeszcze wtedy się bała, jak zareaguje na ogień. Miała za sobą wizytę u hipnotyzerki, ale co z tego, skoro to, co stało się w gabinecie, pozostawiło ją z obawą przed samą sobą? Nawet teraz zaproponowała, aby wzięły te papiery tutaj, zamiast robić nadgodziny w samym biurze, bo zdawało się jej to bezpieczniejsze. Ale mogła spróbować ponownie, podobnie jak poszukać tropu, znajomego zapachu, pod wilczą postacią. Zdawało się jej, że nie ma to sensu, jeśli ktoś z Londynu ot podrzucił im tę dziwną pamiątkę… ale skoro Lestrange’ów tez uszczęśliwiono w ten sposób… Może tkwiło w tym coś więcej. – Och… O nim nie pomyślałam… Cholerny Departament Tajemnic, złożyłam na ten temat całe stosy raportów, oferowałam wspomnienia, bo pewnie mają jakąś myślodsiewnię, a oni nie odezwali się słowem. Chociaż „ktoś rani kogoś w snach” wydaje mi się totalnie pracą dla jednej z ich Komnat – mruknęła. Dziwna magia. Z dziwną magią szło się do Departamentu Tajemnic, prawda? Ministerstwo przecież płaciło im za cos poza byciem tajemniczym. – Wychodzimy i powiadamiamy Ministerstwo? Nie miały przy sobie aparatu, rękawiczek, pojemników, a może robiły z igły widły i ktoś na tym bębnie zabił parę szczurów, ale trzeba było sprawdzić, czy to nie ludzka krew. A jeżeli tak, to z miejscem zbrodni należało obchodzić się w określony sposób. – W ogóle… Jednak jesteś zaręczona? – dorzuciła jeszcze, absolutnie beznadziejny moment, ale skoro zamieszkali razem z Saurielem, to pytanie jakoś cisnęło się do głowy, a nie zadała go do tej pory, bo trochę ją rozproszyły te wszystkie ołtarze i dywagacje o afrykańskich czarnoksiężnikach. RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 14.11.2025 Tak, to też – był to główny powód, dla którego spłonął ich dom: Voldemort i jego zgraja, nie zamierzała temu zaprzeczać. I nie była to jakkolwiek pocieszająca myśl. Voldemort uczynił temu światu wiele zła, a Anglię zostawił z otwartą, ropiejącą raną. Victoria starała się zrobić wiele, by ochronić swoich bliskich, a podczas Spalonej Nocy robiła co mogła na ulicach Londynu, to jednak było niewystarczająco. Nie mogła zapobiec pożarom. I nie mogła pomóc swojej rodzinie, a o spalonym domu dowiedziała się dzień później. Uśmiechnęła się przy tym smutno do Brenny, bo nie wierzyła, że to, jak do zera spłonął ich dom, to był przypadek. I przy tym wiedziała, że mogło być gorzej. I nie czuła się też przy tym poszkodowana bardziej, niż inni – Lestrange nie byli w końcu jedyni. – Masz na myśli te kości? – w sensie te podrzucone Longbottomom. Lestrange nie znała się aż tak dobrze na widmowidzeniu, na tym, jakie warunki trzeba dokładnie spełnić, wiedziała tylko, że widmowidz potrzebuje przedmiotu do rozczytania i świec. – Powiedzieliby ci pewnie, że mają teraz ważniejsze rzeczy do roboty. Ale myślę, że zawsze mają jakieś ważniejsze rzeczy. Złożyłam do Harper prośbę, żeby mnie wpuścili na Polanę Ognisk, bo mam już dość tego ciągłego czekania na ich łaskawe wnioski z czegokolwiek i powiedziała mi wtedy, mniej więcej, że Niewymowni ryzykują życiem dla sprawy. Ale mam podobne zdanie do twojego – w Victorii było mnóstwo frustracji, bo nie wiedziała, czy niewymowni nie dzielą się informacjami bo ich nie mają, czy dlatego, że było im to nie na rękę i popsułoby aurę tajemniczości. W każdym razie Spalona Noc nie przyspieszyła tego procesu. – Tak jakbyśmy my wszyscy nie ryzykowali – wyprostowała palce dłoni i spojrzała na nie, nim zacisnęła je ponownie w pięści. – Chyba nic tu po nas… O ile nie masz zamiaru zagrać na bębenku, to możemy wyłazić – łypnęła jeszcze raz na zakrwawiony bęben, rzuciła ostatnie spojrzenie na cholery ołtarz i w zasadzie mogły wyjść. – Zaręczona? – powtórzyła za Brenną zaskoczona, gdy wyłaziła ostrożnie po drabinie. Skąd taka myśl u przyjaciółki? Brunetka nie połączyła ewidentnych kropek i odpowiedziała jej dopiero, gdy już wylazła z dziury i swoim zwyczajem (nie umiała powstrzymać odruchu) strzepywała właśnie kurz z ramion, brzucha i nóg energicznymi ruchami. Nie znosiła brudu. – Nie, nie jestem. Czemu? – szukała w Brennie odpowiedzi, patrząc na nią z konsternacją. Przeniosła jeszcze spojrzenie na dziurę w podłodze i klapie, myśląc sobie, jak je najlepiej zabezpieczyć skoro mają wezwać Ministerstwo i wtedy… No cóż. Victoria pomyślała sobie że ma zwidy i w bardzo obcym dla niej geście uniosła dłonie do oczu i przetarła powieki pięściami. Na nic się to jednak zdało, bo nie było żadnej klapy. Nie było żadnej dziury. Tylko kwiat w donicy stał sobie teraz na środku korytarza, a Lestragne poczuła jak zasycha jej w gardle. Jak chyba kręci jej się w głowie… – Powiedz mi, że nie oszalałam. Błagam powiedz mi, że też to widzisz – a raczej: że nie widzisz. RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Brenna Longbottom - 14.11.2025 – Tak. Może uda mi się chwycić jakiś trop przy moim domu albo u was. Widmowidzeniem lub pod wilczą postacią – spróbować nie zaszkodziło. Może okaże się, że to jacyś sąsiedzi, którzy ich nie lubili. A może przypadkiem zawędruje prosto pod kryjówkę śmierciożerców – czy to nie byłoby miłe? Chociaż zakładała, że tak naprawdę ostatecznie niczego nie wyłapanie, nie oznaczało to jednak, że nie może podjąć przynajmniej próby. – Pytanie brzmi: dla jakiej sprawy? Dla usunięcia widm z Kniei i naprawienia tego, co tam popsuto, czy do zamknięcia wiedzy w cichych, ciemnych komnatach, by badać odkrycia przez kolejne dwie dekady, kiedy te stwory będą zabijać kolejne osoby? Ufała Morpheusowi, tak jak mogła ufać komuś z rodziny: wierzyła, że on chciał pozbyć się potworów, które krążyły po ulicach, jakie znał od chłopięcych lat. Ale inni Niewymowni? Dla ilu z nich była to okazja do fascynujących badań, zbyt dobra, aby liczyli się przy tym z ewentualnymi konsekwencjami dla Doliny dla Anglii? – Chyba podaruję odkrywanie w sobie duszy muzyka – odparła odnośnie bębenka, odwracając się ku drabince. – A, chodzi o to, że ma swój pokój w twoim domu… zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie powinnam wybierać prezentu weselnego – przyznała. Brenna zazwyczaj starała się nie wtrącać bardzo mocno w prywatne sprawy, doskonale wiedząc, że nie zawsze ktoś chce czy umie o nich mówić. Ale też mimo wszystko byłoby chyba wręcz dziwne, gdyby nie była w ogóle zainteresowana. Zwłaszcza że jeszcze niedawno oferowała gotowość połamania Saurielowi nosa: bo wydawało się, że on połamał Victorii serce. Wygramoliła się na górę. Ale jeśli rozmowa – póki nie ściągną tutaj kogoś z odpowiednim sprzętem – miała szansę zejść choć na chwilę na tematy nie dotyczące pracy, śmierciożerców, prześladowców, rynku nieruchomości i czarnoksięskich ołtarzyków w piwnicach, to szansa ta uleciała, gdy Brenna obejrzała się na klapę. – Na pewno nie widzę klapy – powiedziała po paru sekundach intensywnego mrugania, a potem uklękła na podłodze, palcami próbując znaleźć jakieś nierówności. Opukała podłogę, mogłaby jednak przysiąc, że każdy jej centymetr wydaje taki sam dźwięk. A potem wyciągnęła różdżkę, próbując jeszcze transmutować ten fragment podłogi w coś przezroczystego. transmutacja [roll=Z] Wyszło iście popisowo: ale przez szkło, w które nagle zamienił się fragment podłogi... widziały tylko fundamenty. - Co do cholery... RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 15.11.2025 Kiwnęła głową – spróbować nie zaszkodziło, ale faktycznie być może trudno będzie złapać trop po zapachu, tym bardziej, że wrzesień nie należał do tych suchych i słonecznych miesięcy, a gdy deszcz w końcu poradził sobie z pyłem i dymem pozostałym po Spalonej Nocy w okolicy Mabon, to równie dobrze mógł maskować zapachy zostawiane przez obcych. – To jest bardzo dobre pytanie i chciałabym się tego dowiedzieć – Harper Moody nie miała nic przeciwko, powiedziała jej zresztą, że wyłagodziła słowa Victorii, gdy przekazywała je szefowi Departamentu Tajemnic. Victoria też się nad takimi rzeczami zastanawiała – i między innymi dlatego nie oddała Niewymownym wielkiego trytońskiego kotła wypełnionego kontrolującą ludzi mazią, tylko go zniszczyła, nie chcąc ryzykować, że zrobią z niego coś, czego wszyscy pożałują, a najbardziej Victoria, że do tego dopuściła. – Aaa… To… I tak miał klucz, bo zajmował się moimi kotami jak mnie tu nie było, zwłaszcza, że ostatnio praca wzywa na dłużej – albo jak wyjechały do Egiptu, chociażby. Skrzatkę zabrała rodzinie dopiero niedawno. – Spędzanie czasu z kotami dobrze mu robi – widziała przy tym ogromną zmianę w jego nastroju. Ale Sauriel był… Nie przyznałby się do tego na głos, ale według Victorii to był w głębokiej depresji. – I jak pomyślałam sobie, że miałby wrócić do tamtego domu, z którego dopiero co się wyrwał, no to… – wzruszyła ramionami, bo chyba nie było co tłumaczyć dalej. Jakoś spokojniejsza była, jak mogła go mieć chociaż raz na jakiś czas na oku. Tak, złamał jej serce – to był fakt. I przy tym bardzo pomalutku to złamanie naprawiał, kawałek po kawałku. Teraz rozumiała go nieco lepiej, co nie znaczyło, że idealnie. A ich relacja była… z gatunku tych skomplikowanych – a może właśnie tylko im się tak wydawało, że to skomplikowane. Nie miały czasu dłużej o tym porozmawiać, a było jeszcze trochę, co można było o tym powiedzieć, ale obie teraz miały ważniejsze rzeczy na głowie. Ona tez wylądowała na kolanach i dołączyła do pukania, równie bezowocnie, a potem zajrzała przez szkło i aż głośno nabrała powietrza. – Albo obie oszalałyśmy, albo w tym domu straszy, albo nawdychałyśmy się jakiegoś halucynogennego dymu i teraz obie jesteśmy naćpane – kiedyś natknęła się na Sauriela odurzonego jakimś takim specyfikiem rozpylonym w jakimś zaułku. Może też padły ofiarą czegoś podobnego…? Jednego była pewna: pora było się stąd wynieść. Miała wątpliwość czy jest sens wzywać Ministerstwo w tej chwili, ale… planowała wpuścić tutaj klątwolamaczy, kiedy już się stąd wyniesie, będą mieli całe podwórko do zabawy. Koniec sesji
|