Secrets of London
[13.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence (/showthread.php?tid=5311)

Strony: 1 2 3


RE: [13.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Prudence Fenwick - 13.11.2025

Benjy nie wyglądał dobrze. Nie mogła się spodziewać niczego innego, czyż nie? W końcu zniknął na dłuższą chwilę pod wodą, cudem było to, że udało mu się z niej wydostać. Tak właściwie, to miała wrażenie, że nic nie jest w stanie zrobić mu krzywdy, do teraz. Teraz zdała sobie sprawę z tego, że jest taki jak ona, był tylko człowiekiem, którego życie mogło się zakończyć w najmniej spodziewanym momencie. Wcześniej miała wrażenie, że nic nie jest w stanie go zranić, był zawsze taki pewny siebie, jakby nic nie mogło go ruszyć, a jednak...

Przestraszyła się, naprawdę bała się, że zniknie w tej ciemnej toni jeziora i już do niej nie wróci, nie chciała go stracić, nie chciała, aby stała się mu krzywda, niby dopiero od kilku dni krążyli wokół siebie, zmienili swoje dawne przyzwyczajenia, ale już zdołała się przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości.

Uświadomiła sobie, że mogła zabrać ze sobą jego ubrania, kiedy znalazł się w jej ramionach poczuła chłód, co nie powinno przecież wcale jej zaskoczyć, bo wskoczył do tego zimnego jeziora. Nie wpadła na to, by przynieść ze sobą jego rzeczy, chciała znaleźć się jak najszybciej blisko niego, sprawdzić, jak się czuł. Nie pomyślała... po raz kolejny tego dnia, jakoś nie najlepiej jej szło myślenie, gdy znajdował się obok.

Słyszała, że próbuje wydobyć z siebie słowa. Nie uważała, aby było to najlepszym pomysłem, walka z żywiołem i tym, co czaiło się w wodzie kosztowała go sporo siły, powinien powoli wracać do żywych. - Cicho... spokojnie. - Wyszeptała mu do ucha, przytulając się do niego jeszcze mocniej, naprawdę bała się, że go tutaj straciła. Nie przejmowała się zupełnie tym, że był mokry, że ten chłód zaczął mierzyć się z ciepłem jej własnego ciała. Liczyła na to, że ta bliskość pomoże mu choć nieco się rozgrzać.

Mógł mówić, że to nie jej wina, jednak gdyby nie wymyśliła sobie pływania w jeziorze, to by się tutaj nie znaleźli, nie wskoczyłby do wody, a druzgotki nie postanowiłby na niego polować. W jej oczach ciąg zdarzeń wydawał się być całkiem prosty. Nie ciągnęła jednak tego tematu, bo obawiała się tego, że próbowałby jej to wyperswadować, a zależało jej jednak na tym, aby w tej chwili skupił się na spokojnym oddychaniu.

Dotknęła dłonią jego policzka, był zimny, tak samo jak reszta jego ciała, ale żył, to było całkiem sporym osiągnięciem, jak na to, co się tutaj przed chwilą wydarzyło. - Nie widziałam co to było. - Nie była w stanie zidentyfikować z pomostu tego, co znajdowało się w wodzie. Benjy jej to rozjaśnił, bo miał wątpliwą przyjemność spotkać się z nimi z dość bliskiej odległości. - Udało Ci się im uciec. - To było całkiem imponujące, jak na to, że zaatakowały go licznym stadem. Wolała nie myśleć o tym, co by było, gdyby nie był wystarczająco silny i nie miał w sobie odpowiedniej ilości determinacji, tak właściwie to nie musiała nawet o tym myśleć, doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

Poczuła dłonie zaciskające się na jej kurtce, zbliżyła się wtedy do niego jeszcze bardziej. Była tu, nigdzie się nie wybierała, ani ciałem, ani duszą. Nie mogła sobie pozwolić na kolejną niedyspozycję, musiała tutaj być, dla niego. Tym razem to on jej potrzebował, po tym jak wiele razy jej pomógł w ostatnim czasie, w końcu mogła mu to jakoś wynagrodzić, mimo tego, że to przez nią w ogóle zaistniała ta sytuacja.

- Nie zamierzałam się Ciebie pozbywać. - Dostrzegła w jego oczach ten błysk, który tak dobrze znała, wracał do siebie, mimo, że oddech miał nadal nieco niespokojny i między słowami wykasływał jeszcze wodę, którą zdążył się dość mocno zachłysnąć.

Kiedy usłyszała jego kolejne słowa stwierdziła, że nie jest z nim wcale tak źle... Pozwoliła sobie delikatnie stuknąć go dłonią w ramię. - Jeśli tak, to chyba znalazłam sposób na to, jak możesz pozostać żywy przez lata. - To było całkiem proste równanie, mogła się poświęcić dla większego dobra.




RE: [13.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

Oddychałem ciężko, każdy wdech ranił mi płuca, a mój głos wychodził z gardła chrapliwie, przerywany kaszlem. Próbowałem powiedzieć coś sensownego, ale słowa rozmywały się w charczeniu i chlupocie wody, którą wciąż odkrztuszałem. Zawahałem się, kaszląc ponownie, łapiąc powietrze w gwałtownych szarpnięciach. Jej dotyk, ciepło ramion, które objęły mnie w pełni, było jedynym punktem oparcia w tym świecie, który jeszcze chwilę temu chciał mnie wciągnąć pod wodę. Powoli zaczynałem orientować się w tym, że żyję, udało mi się wydostać. Chciałem, żeby i ona czuła, że nie znikam, wciąż byłem tu, w tym miejscu, chociaż jeszcze przed chwilą każdy ruch kosztował mnie niemal wszystko.
A potem powiedziała te słowa. Otarłem wodę z twarzy i spojrzałem na nią, z trudem unosząc głowę, ale wciąż próbując wyglądać przekornie. Charczałem i kaszlałem, ale w oczach miałem to, co zawsze - upór i nieco nonszalanckiej odwagi, która sprawiała, że mimo całego chaosu i bliskości śmierci, wciąż byłem całkiem… Żywy, gotowy, żeby ją irytować, nawet po tym wszystkim. Oburzenie przyszło naturalnie, chociaż każdy mięsień w ciele palił mnie od wysiłku, a oddech wciąż ranił gardło. Zacisnąłem powieki, próbując zebrać siły, i wymamrotałem:
- A więs… Po tym wsystkim… - Zrobiłem dramatyczną pauzę, przymrużając oczy. - I… Nie poswolis mi zamoczyś? - Głos mi drżał, chropowaty, pełen niedowierzania i wyraźnej prowokacji, nawet w doborze słów. - To jest… Absolutnie niesplawiedliwe… - Próbowałem podnieść brew, co wyszło dość krzywo, bo ciało wciąż pamiętało napór wody, ciemność i zimno, ale mimo to w oczach miałem ten błysk. Odwróciłem głowę lekko, patrząc na nią spod mokrych włosów, które przywarły do moich policzków. - Naplawdę? Po tym, jak mnie plawie utopiliśmy, nie mogę liczyś na… Odlobinę upszejmości? - To było tylko zaczepianie, chociaż w tym momencie nawet ono wymagało ode mnie sporo. Jej prowokacja kosztowała mnie zdecydowanie zbyt wiele słów, na które nie miałem siły, ale nie mogłem tak tego zostawić. Przepraszam - jakie znowu lata?
W końcu uśmiechnąłem się krzywo, bo czysta potrzeba bliskości i ciepła wygrała z każdą próbą bycia poważnym. Jej obecność, ciepło jej ciała przy moim, które powoli walczyło z lodowatym chłodem przeszywającym moje mięśnie, działało jednak jak kotwica. Zacisnąłem powoli ręce na jej ramionach, przyciągając ją bliżej, mocniej, niż to było konieczne do prostego podtrzymania się. Moje dłonie powędrowały jeszcze raz wzdłuż jej pleców, mocniej przyciągając ją do siebie, a usta ledwie musknęły jej włosy, zanim oparłem brodę na jej ramieniu. Chciałem, żeby poczuła, że nadal byłem w pełni przytomny, chociaż ciało protestowało z każdym ruchem.
- Nie maltw szię… - Wyszeptałem w końcu, z lekkim uśmiechem, który chyba zdołał przekazać coś więcej niż słowa. - Obiecuję, sze nie umlę po dlodze, ale… - Lekki uśmiech, mrugnięcie. - Ale najpielw… potszebuję się… Wysuszyś. -  Wskazałem głową na domek. - Jeśli mosemy… Tam, zanim… Będę balso wdzięszny. - Serce biło mi mocno, oddech wciąż miałem nierówny, ale chyba starałem się wmówić jej, że wszystko kontroluję - przynajmniej na tyle, na ile mogłem po tym wszystkim, w rzeczywistości ledwo docierając do nie tak oddalonego miejsca, które pozostawiało wiele do życzenia, ale przynajmniej było suche.

Koniec sesji