![]() |
|
[22.09.1972] No mourners, no funerals - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [22.09.1972] No mourners, no funerals (/showthread.php?tid=5322) |
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Stanley Andrew Borgin - 15.12.2025 Baldwin to jednak był człowiekiem sukcesu. Może nie dorobił się majątku w tym życiu i nic nie wskazywało aby to miało się zmienić, ale chociaż wiedział jak należy kogoś ugościć i czym prędzej wyjął kieliszki. Ba! Nawet porozlewał trunków. Życie było piękne. Człowiek sobie siedział w ręcznie robionej czapce i szaliku w barwach ukochanej drużyny. Malfoy polewał alkohol. Mewka uprowadziła Fridę. No po prostu zero potrzeb, bo wszystko pod nosem. Czego człowiek mógł więcej? Rasowo czystego Londynu. W sensie dymisji Harper Moody, ale to było jakieś odległe marzenie. - Katakumby? - powtórzył pod nosem, przysłuchując się kolejnym słowom. Może Borgin tego nie potrzebował wiedzieć ale dla dobra innych Borginów, jego powinnością było się o tym dowiedzieć. Coś na zasadzie - jeśli będzie trzeba, zrobię to co będzie trzeba czy jakoś tak. Jaki pusty żołądek? Co ta Lorraine mówiła? Stanley to już się zdążył najeść wstydu, więc nie groziło mu picie na pusty żołądek. W końcu dostrzegł to spojrzenie Peregrinusa. No ale na litość samego Merlina i wszystkich innych świętych - to Maeve była głównym prowodyrem tego wszystkiego, a nie Borgin! Nie mniej jednak, na okazję do zbicia kieliszków z Alhazredem, Stanley musiał powiedzieć jedno - jeszcze jak. Jak pomysłał - tak też zrobił. Z Baldwinem zresztą też zbił, bo co mu tam - młody spisywał się na medal. - No to proponuję za spotkanie na jedną nóżkę - spojrzał w kierunku swoich kompanów - A potem na drugą i to za zdrowie pań - dodał jeszcze, ustalając kolejkę toastów - Za gospodarza też będzie, oczywiście - za wczasu wyjaśnił, nie chcąc urazić Waszej Siwości. Borgin kiedyś się śmiał ze swoich wujków co znajdowali zawsze pomysły na toasty. Z biegiem czasu okazało się, że Stanley stał się sam takim wujasem - cóż, za wielkimi czynami szła wielka odpowiedzialność, a posiadanie Flądry we czwórkę (a nawet piątkę), było zadaniem wymagającym. Ale oni tu gadu-gadu, a trunek stygł. Chluśniem, bo uśniem - rzucił sobie w myślach i czym prędzej przechylił kieliszek do dna. Takie niedobre, a Stanley musi..A ugh Przetarł usta, łapiąc świeżego powietrza do płuc. - Alhazredzie, według mnie to lepiej się znać na ludziach, niż na wystroju wnętrz - zagaił, dodając swoje pięć groszy - Bo moda się zmienia, a ludzie nie i jak się raz nauczy ich rozczytywać, to zostaje to z nami na zawsze - spojrzał wymownie na kieliszki, a to na Baldwina. Borgin liczył na aktywację neuronów u Malfoya. Ciekawe co u Fridy i Mulan. Oby wszystko było w porządku, bo Stanley nie chciał dostać opierdolu od Lorraine za niepilnowanie tej dwójki. RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Scarlett Mulciber - 10.01.2026 Toż to by była tragedia, gdyby musiały przetrwać cały obiad bez prezentów. -No tak... - na jej usta wpłynął delikatny, nieco rozczulony uśmiech. Jej palce z zadowoleniem oplotły dłoń Malfoya, opuszki z radością przywarły do jego bladej skóry. I gdyby mogły to wesołym szczebiotem opowiedziałyby jak im dobrze i miło i ciepło i jak bardzo lubią ten moment w ciągu dnia i jak dziwne jest teraz zasiadanie do posiłków z chłodną pustką na wewnętrznej części dłoni, jak to było w rodzinnej posiadłości. Przymknęła ślepia, poddając się modlitwie, słuchając zlewających się ze sobą słów, aby móc dostrzec kontur wyimaginowanego obrazu, chcąc zwizualizować każde słowo opowieści. Drgnęła, czując jak dłoń Malfoya zaciska się ciut bardziej, bardziej niż zazwyczaj - zerknęła kontrolnie w jego kierunku, nieco zbyt szybko, zbyt pochodnie, ale od spalonej nocy nie potrafiła zapomnieć wyrazu jego twarzy, słów które dla niej sensu nie miały, ale dla niego z pewnością - przynajmniej w tamtej chwili, chociaż nie była pewna czy to wydarzenie pamięta i jak bardzo, wyglądając w tamtym momencie jakby zagubił się w czasie. On nie mówił, nie wracał do tamtego momentu, Ona nie pytała, zgadując, że odpowiedź i tak byłaby wymijająca, bo to jeszcze nie czas, kropla drąży, lecz wymaga czasu - i tak chwiejnym krokiem przemierzali każdy kolejny dzień. Westchnęła bezdźwięcznie, przenosząc wzrok na talerz do momentu zakończenia modlitwy. A przynajmniej taki był plan, a jednak małe zamieszanie nakazało jej zerknąć w kierunku Maeve, której przypadła rola Fridowej maskotki w tym momencie. Nie do końca zarejestrowała co się stało, widziała tyle, że Frida była zalana winem... albo sokiem... I chwilę później razem z czarnowłosą opuściła pomieszczenie. Jej wzrok powędrował na Flinta, jednak bardzo szybko wrócił do Malfoya, słysząc jego prośbę, którą spełniła bez zbędnych pytań czy komentarzy. Zerkała jednak raz w czas na Baldwina zastanawiając się, czy rano będzie musiała już wynosić jego ciało do kostnicy czy ten dopiero zacznie stygnąć, bo picie było ostatnim czego mu było teraz trzeba - No cóż, jutro mu powie Bardzo dobrze, cierp ciało jak się nie wiedziało, że przed pełnią się nie pije - To, że ten przy łóżku znajdzie wodę, elektrolity i tabletki przeciwbólowe to nic, będzie udawać, że te tak przypadkiem te tam wylądowały, tak jak zawsze, gdy przeczuwała, że poranek będzie dla niego ciężki. Zerknęła na niego jeszcze ostatni raz, kontrolnie, ale ten zajął się już gośćmi, także lazurowe tęczówki spokojnie powróciły do Flinta, przez chwilę lustrując go spojrzeniem w milczeniu. Nie umknął jej ten serdeczny uśmiech, który widziała wcześniej i chociaż nie do końca wtedy rozumiała podczas przedstawiania ich sobie czym był “mężnie powracający zbłąkane dusze na łono Matki” zakładając, że jest zwyczajnie duchownym, bądź babiarzem bo marynarze z cnotliwością mieli tyle wspólnego co dziwka z zakonnicą ( a cała ta śpiewka o zbłąkanych duszach była poetycką zasłoną dymną, w końcu Lorraine potrafiła pięknie mówić, tak kwieciście ) tak teraz obraz jegomościa rozkwitł na nowo w zupełnie nowych barwach. -Wspaniała opowieść - stwierdziła wesoło, obdarzając Flinta zaciekawionym spojrzeniem -Dużo takowych chowasz w rękawie? - dodała z kocim uśmiechem, a zasłony z kruczoczarnych rzęs nieznacznie przysłoniły lazurowe spojrzenie - moja mentorka swego czasu słynęła z opowieści... - przechyliła głowę, a pukle platynowych loków przesypały się po jej ramieniu -A jednak... wszystkie zabrała ze sobą - zerknęła na niego, sięgając po butelkę wina, napełniając do połowy kielich - do grobu... - upiła nieco, odkładając butelkę na stół. -Cóż... każdego szkoda - rzuciła beznamiętnie coś co powtarzała niegdyś jej mentorka przy każdej gnijącej historii i każdym beznadziejnym przypadku, coś co teraz powtarzała Ona, chociaż ostatnimi czasy miała coraz mniej okazji by rzucać te dwa słowa. Słowa, które zawsze podsumowywały wszystko, dość chłodno i beznamiętnie, niezależnie od tego czy niosły za sobą ładunek emocjonalny - To co opowiadałeś... zdarzyło się naprawdę? - Jej nie było dane poznać go na tyle, aby wiedzieć, że kłamcą jest raczej beznadziejnym, toteż wolała dopytać. Szczególnie, że to właśnie ta historia rozpaliła ciut bardziej jej zainteresowanie względem nowopoznanego - w końcu kiedy ostatni raz rozmawiała z kimś podobnym sobie? Ostatni raz w Norwegii. I od tamtej pory przyszło jej ciut tęsknić za światem duchów, za egzorcyzmami, za zagadkami, za rytuałami i za wszystkim tym co zostało w Oslo. Niekiedy próbowała ciut zagłuszyć ten szept, wybierając się na przechadzki do Lasu Wisielców - w zasadzie było to jedno z jej ulubionych miejsc od przyjazdu, pozwalało wrócić myślom do patologii której częścią była. Teraz przy jednym stole właśnie siedział taki las, podobny jej, a przynajmniej taką nadzieje żywiła. RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Peregrinus Trelawney - 02.02.2026 Peregrinus Trelawney nigdy wielkim pijakiem nie był, a gdy już pijał, to raczej coś lżejszego niż czystą. Nie planował się jednakże wyłamywać z szeregu. Choć zdecydowanie nie miał zamiaru się upijać, to jedna grzecznościowa kolejka nikomu jeszcze nigdy nie zaszkodziła. Gorzej, że Stanely zdążył już zaordynować kolejne dwie — nad tym problemem wróż mógł się pochylić za parę minut. Przyjął kieliszek, po czym rozejrzał się po stole za czymś, co zabiłoby smak wódki — a tu wino i herbata. Ni jedno, ni drugie jakoś specjalnie nie nadawało się do popicia; Peregrin alkohol postanowił więc zagryźć, nakładając sobie zawczasu pasztecik z grzybami. Uniósł kieliszek i chlusnął z kompanią. — Jestem po kolacji — uspokoił cicho Lorraine, korzystając z tego, że siedzą obok siebie. Nie było powodu martwić się o jego kondycję, zamierzał skończyć w rozsądnym momencie. Nierozsądnie bowiem byłoby upić się na Nokturnie, jeszcze gorzej: skompromitować pijaństwem w towarzystwie. Niespodziewanie temat rozmów rozwinął się pomiędzy ciekawostkami opowiedzianymi przez Trelawneya, jakże tu więc wyłączyć się z takiej rozmowy. Nie aby chciał się z niej wyłączać — dyskusje o jego zainteresowaniach były jednymi z nielicznych, w których nigdy nie brakowało mu niezręcznie słów. — Pozostały po tej sztuce jedynie podania. Zdaje się, że nie funkcjonuje dziś żadne lustro, które umożliwiałoby zaglądanie do Limbo. Mój ojciec miał obsydianową taflę w swoich zbiorach, lecz nie pełniła żadnej funkcji poza wróżebną… i dekoracyjną. Trzy podobne można też obejrzeć w mugolskim British Museum, ale nawet jeśli kiedyś wiązała je jakaś magia, dawno została rozproszona — objaśnił Baldwinowi. — Nie poręczę ci jednak za to, co kryje się w katakumbach. Kto wie, może macie tam coś… obiecującego? Anegdota Alhazreda była bardzo pouczająca, choć Peregrinusa nie pouczyła ani o ludziach, ani o wystroju wnętrz. Pouczała przede wszystkim o tym, że: — Zawsze warto sprawdzać przedmioty. Szczególnie kupione z drugiej ręki. Nigdy nie wiadomo, co złośliwego może być w nich zaszyte. — I o tym Peregrinus miał pewne pojęcie jako specjalista od pieczęci, konsultujący z regularnością mniejszą lub większą arefakty dla pewnej uprzejmej antykwarystki. — Niczego przełomowego, Alhazredzie, w Limbo nie dosłyszałem. Zwodzi zawodzeniem i niewiele ponadto. — Zejście na temat kontaktu z Limbo sprawił, że wróż mówił nieco wolniej, uważniej dobierając słowa. Nie tylko dlatego, że była to umiejętność zdradliwa, nad którą nie miał kontroli, lecz i ze względu na to, że nie był pewien, ile mógł wyjawić. Nieudany kontakt na Polanie Ognisk przemilczał zupełnie, a choć przedstawiciele Departamentu Przestrzegania Prawa prosili o zachowanie dyskrecji w drugiej sprawie, zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy: — Wspominałem już o tym Lorraine — tu skinął głową ku ich gospodyni — w sierpniu w Windermere doświadczyłem krótkich przebłysków zaświatów. Zdaje się, że i do prasy dotarły informacje o tym, że miejsce zaroiło się od nieumarłych. Zapewne akty nekromancji towarzyszące ich wskrzeszeniu zdestabilizowały energie tego miejsca i ułatwiły kontakt. Nie był niestety szczególnie owocny, raczej incydentalny i chaotyczny. Peregrinus mówił to wszystko sztywno, jakby wygłaszał przewód naukowy, nie brał udział w towarzyskiej rozmowie przy stole świątecznym. Taki już był jego urok, że więcej w nim było pasjonata i wykładowcy niż zabawnej duszy towarzystwa. Natura poskąpiła mu talentu do small-talku. RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Bard Beedle - 17.03.2026 Alhazred zasępił się, wysłuchawszy, co Peregrinus miał do powiedzenia na temat luster wykonanych ze szkła wulkanicznego. Okropną przywarą starego było bałaganiarstwo: nigdy nie wiedział, gdzie leżą jego rzeczy, a biorąc pod uwagę, że posiadał ich bardzo wiele, nigdy nie udało mu się właściwie skatalogować swojej kolekcji. Tutaj zajmowała się tym Lorraine, uczciwa dziewczyna, chociaż na jego gusta nieco zbyt porządkowa, bo naprawdę nie rozumiał, w czym jej niby przeszkadza cienka warstewka kurzu na zebranych przez wieki gratach... A w czym przeszkadzały takie sobie jedna albo dwie pajęczyny? Uważał, że czyniły wnętrze zakładu pogrzebowego bardziej nastrojowym, nadając mu właściwy ambient. Każdy porządny nekromanta żył w przyjaźni z pająkami! W czasach jego młodości prawdziwym hitem w dekoracji wnętrz były jednak szkielety zamknięte w klatkach. Trzeba było płacić dodatkowo, jeżeli chciało się takie świeżuchne, z gnijącymi kawałkami tkanki odstającymi dopiero od kości. A jak śmierdziały! Nie jak te kompletnie suchutkie, zmumifikowane ciało na środku stryszku, które Lorraine kazała mu wczoraj sprzątnąć, no bo przecież obiecał, że je w końcu utrwali magicznie, żeby nie zawalało przejścia... Co prawda, obiecywał to już jakiś miesiąc albo dwa temu. No, góra trzy. Lata, nie miesiące, przypomniałaby mu uczynnie Lorraine, gdyby znała jego myśli. Na szczęście, jak zauważył Alhazred, zajęta była w tej chwili uczeniem korpulentnego szczura ze Ścieżek zabawy w ściganie własnego ogona, do którego przykleiła kawałek herbatnika. Zmotywowany jedzeniem szczur zaczął biegać w kółko, choć wcześniej ledwie dychał z wysiłku. W końcu udało mu się złapać kawałek herbatnika, na co Lorraine klasnęła w ręce, wyraźnie zadowolona z siebie. No tak, pomyślał stary, może i kazała mu sprzątać, i wyrzucać rzeczy zepsute, nieprzydatne, albo zbyt przeklęte, żeby tak po prostu trzymać je w domu, czego Alhazred absolutnie nie znosił... Ale wiedział, że robiła to w dobrej wierze, dbając przecież przy tym wszystkim o to, żeby mu interesu nie rozkradli. Bo nie rozdawała jego osobistych pamiątek na prawo i na lewo jak co poniektórzy! Taki jeden młody wampir miał pilnować jego podziemnej mastaby w okolicach Luksoru, i co? I teraz mugole przekopywali Dolinę Królów wzdłuż i wszerz, i sprzedawali do muzeów jego własność! Chyba nigdy nie był tak zawstydzony, jak wtedy, gdy zobaczył swój wysłany w stanie nietrzeźwości list umieszczony w centrum muzealnej ekspozycji w Stanach. Gdyby porządnie skatalogował swoje rzeczy, przynajmniej wiedziałby, co mu powykradali przez lata, niestety, nigdy nie miał na to czasu. Alhazred orientował się więc, że coś mu zginęło, dopiero, gdy zaczynał tego szukać, kierowany nagłą potrzebą... Albo też natykając się na to przypadkiem. Przecież wrócił po tych wszystkich latach na ziemię brytyjską, bo tutaj właśnie pieprzeni kolonizatorzy wywieźli większość jego dobytku! A teraz jeszcze przypomniał sobie, że potłukli mu jedno z obsydianowych luster, i porozrzucali odłamki po świecie. To było niemal tak samo bestialskie jak to, że przerobili w czasach wiktoriańskich prochy mumii Pana Puszka na zupę! – Aż trzy w British Museum? – wymamrotał jak gdyby sam do siebie. Nie przeszkadzało mu to wnieść toastu w odpowiednim momencie, i wychylić kieliszeczka wódki od Stanleya, w zamyśleniu zaczął jednak gładzić siwą brodę, jak zawsze, gdy był czymś zaintrygowany... Choć wyraz jego twarzy świadczył raczej o tym, że czuje irytację. Zadrżały więc gniewnie wstążeczki, które Frida wplotła w brodę starca wraz z drobnymi warkoczykami. Zabrzęczały koraliki, przymrużyły się cwanie ciemne oczy Alhazreda, które w zalegającym w Necronomiconie półmroku, rozproszonym jedynie nikłym blaskiem świec, same przypominały odłamki obsydianowych zwierciadeł. Przez chwilę zdawały się bowiem ostre i przenikliwe. – Banda krętaczy, rzezimieszków, i hien cmentarnych... – Mogliście usłyszeć gniewne pomrukiwanie starego, który wciąż nie mógł przeżyć, że kustosz British Museum miał większą kolekcję mumii od niego. Staruszek szturchnął delikatnie Baldwina, robiąc przy tym wymowną minę. Chłopak wyprawiał się czasem incognito do galerii sztuki, znał więc rozkład tamtejszych wystaw. Alhzared dobrze pamiętał, że Lorraine wspominała mu o jakiejś wyprawie, na której oglądali dzieła sztuki sakralnej... Kiedy to było? Nie miał pojęcia. Niedawno. W tym dziesięcioleciu co najmniej. Czy widział obsydianowe lustra? Alhazred zachowywał się w tym momencie jak dziadek, który po kryjomu próbuje wręczyć wnukowi sakiewkę z pieniędzmi, tak, żeby rodzice nie widzieli. Niestety, nie był zbyt subtelny, więc jego gest raczej nie umknął uwagi reszcie zgromadzonych przy stole biesiadników, ale stary jeszcze przez chwilę mrugał porozumiewawczo oczami do chłopaka, bezgłośnie artykułując: "KLĄTWA FARAONÓW", co mogło znaczyć absolutnie wszystko, ale w języku tych dwojga stanowiło unikalny sygnał ostrzegawczy. Ostatnio taki sygnał padł ze strony Alhazreda w trakcie sprzątania Necronomiconu, gdy Frida zgubiła głowę swojej bezgłowej lalki, Marii Antoniny. Uspokojony przez Baldwina, który musiał w końcu jakoś jednak odmrugnąć, stary westchnął tylko, przestając w końcu gładzić brodę. Udobruchał się widocznie, gdy Stanley wzniósł toast za jego zdrowie, bo Alhazred był staruszkiem na swój sposób przesądnym, więc toasty wznoszone nad świątecznym stołem traktował z odpowiednią powagą. – Za twoje zdrowie piję również, dumny potomku Borginów, dzierżących głowy swoich wrogów jako wojenne trofea, niech frasunki ominą twą duszę nieugiętą i nieustraszoną, abyś mógł stać się niby hydra, z tysiącem głów! Bogowie niech będą z tobą, chłopcze. – Alhazred mógłby tak jeszcze długo. Toasty zawsze wznosił piękne i poetyckie, opatrując je we wzniosłe metafory, alkohol był jednak mocny, więc przerwał, zanim za bardzo zapiekło go w gardle. Gdy oczy zaszły mu łzami, ukłonił się w stronę pań, bo tak właśnie wypadało. Przypadkiem umoczył wtedy kawałek swojej brody w sosie z żurawiny, którym podlał pasztet na swoim talerzu, ale tego nie zauważył. Zwrócił się do Peregrinusa, kontynuując rozmowę jak gdyby nigdy nic. – Przykro mi, żeś nie mógł dotknąć świata, który tak silnie woła do ciebie, przez wzgląd na krew, jaka płynie w tych żyłach. Każda próba jest jednak owocną, przybliża cię bowiem do poznania, którego pragniesz. Nie od razu piramidy zbudowano, młody Peregrinusie... – dodał, wyraźnie chcąc podnieść chłopaka na duchu. – ...Ale prawdą jest, że wiele z nich upadło przez niewprawnych nekromantów. Droga naszego zakonu predysponuje, niestety, do pogrążania się w chaosie życia.[inny avek]https://64.media.tumblr.com/bffc82145388da61bc60d3f6fdb9922a/d70940016578ff00-dd/s1280x1920/c02f7577da631ab9f6beb02f9e50c3aaa790cd59.jpg[/inny avek] RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Lorraine Malfoy - 17.03.2026 "Groźna mina Lorraine", która takim przestrachem napełniała wszystkich, od małej Fridy począwszy, a na muszącym się schylać w drzwiach Stanleyu skończywszy, w rzeczywistości była... Miną, którą Lorraine zawsze robiła, gdy bardzo, ale to bardzo usilnie próbowała się nie roześmiać. Ściągała wówczas drżące usta, nie pozwalając im ułożyć się w uśmiech, który rozświetliłby całą twarz. Lorraine niemal zawsze się uśmiechała, ale bardzo rzadko w ten szczególny sposób. Zbyt dbała o zachowanie godne damy, która zawsze winna być przecież opanowana. Dzisiaj jednak wyraźnie odpuściła. Gdy Maeve i Frida zniknęły w kuchni, a za nimi również podążyli Dægberht z Abigail, zwabieni przez dobiegający stamtąd cichy chichot, Lorraine została przy stole, podobnie jak i reszta pozwalając sobie na nieco luzu. Jak gdyby nigdy nic przysiadła więc na podłokietniku krzesła Scarlett, którą Dægberht zbył przepraszającą odpowiedzią, ciągnięty przez córkę do kuchni. Mała nie przyszła tutaj przecież po to, żeby słuchać rozmów dorosłych, tylko żeby pobawić się koleżanką! Lorraine nie interweniowała, bo uznała, że Flintowi dobrze zrobi spędzenie odrobiny czasu z córką. A może jeszcze Maeve wymyśli im wszystkim jakieś zadanie bojowe... Jej dziewczyna miała w końcu multum młodszych i starszych sióstr, i chociaż udawała, że dzieci nie lubi, umiała sobie z nimi bardzo dobrze radzić. Lorraine uważała zresztą, że było to dziwnie atrakcyjne patrzeć, jak Maeve rozstawia ludzi po kątach. Od razu robiło jej się wtedy jakby goręcej. – Wszystko było naprawdę – wymruczała Scarlett na ucho, nachylając się, żeby odpowiedzieć na jej pytania. – Gdyby Flint skłamał, musiałby sobie wyrwać język, i złożyć w ofierze bogini. Nie wiem, czy tylko język, czy całego siebie, nie pytałam. – Zachichotała, z przyzwyczajenia zakrywając usta dłonią, jak gdyby padający z jej ust żart był czymś szalenie niewłaściwym. Scarlett coraz częściej mogła usłyszeć jednak żarty Lorraine, które bywały... Niespodziewanymi. Bo przecież Lorraine zawsze wydawała się taka poważna, nawet jeżeli się uśmiechała! Uśmiechała się i teraz, obejmując Scarlett ramieniem, żeby nie spaść z podłokietnika krzesła. Dziewczyna nie pierwszy raz napomykała przy Lorraine o swojej zmarłej mentorce. O tej, która wprowadziła ją w arkana egzorcyzmów. Frida, tak się nazywała. Cóż za zbieg okoliczności, pomyślała półwila, a jej wzrok uciekł na chwilę w stronę kuchennych drzwi. Nic dziwnego, że Scarlett wymawiała to imię z dziwną mieszaniną tęsknoty i czułości za każdym razem, gdy zwracała się do małej ghoulki. Przypominało o czasach pełnych miłości, ale i o czasach smutku. "Moja mentorka słynęła z opowieści, a jednak wszystkie zabrała ze sobą." Wiedziała, że egzorcystka przez długi czas była dla dziewczyny czymś na kształt matki, więc rozumiała, jak bolesnym musiało być wspomnienie jej odejścia. Może dlatego była teraz obok Scarlett. – Ale wiesz, co mawiał mój tata? Nie ma znaczenia, czy opowieść jest prawdziwa, czy nieprawdziwa. To wciąż opowieść. Liczy się to, że możesz ją opowiadać wciąż na nowo. Liczy się to, że w nią wierzysz. Pochyliła się, aby ucałować Scarlett w czubek głowy, objąwszy ją ramieniem. A potem obie wróciły do prowadzonej nad stołem rozmowy, jak gdyby nigdy nic. Koniec sesji
|