![]() |
|
[22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda (/showthread.php?tid=5347) |
RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - William Lestrange - 28.12.2025 Grzeczności wychodziły mu przypadkowo, czasami z mechanicznego wyuczenia, ale częściej w szczęśliwym uśmiechu losu. Oczywiście mowa tu o wyjątkowych sytuacjach, gdy w końcu udawało mu się nie brzmieć jak dziwak. W pakiecie było również nie pojmowanie tonu wypowiedzi rozmówców, więc odpowiedź kuzynki odebrał jako szczery komunikat. - Krzesło... - mruknął ze zmarszczonymi brwiami, ewidentnie zaintrygowany. Nie kontynuowali jednak rozmowy, gdyż dołączyła do nich Eden. William zerknął na żonę przelotnie. Już w codziennych sytuacjach miał problem z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego, teraz unikał go jak ognia, tracąc szansę dostrzeżenia, że Eden również nie zamierzała spoglądać mu w oczy. Skupił spojrzenie na wysokości jej ramion, wybawieniem okazały się strudzone pracą przy wątpliwym świetle oczy - sylwetka Eden rozmazała się w chłodnej barwie okalających ją włosów, acz ciemne barwy ozdób rezydencji zabraniały jej osobie całkowicie wtopić się w smugę niedowidzania; jej obecność w życiu Williama traciła swoje ostre zarysy. Przeszedł go dreszcz - dotyk był intensywny w swoim upozorowaniu faktycznej bliskości, nie naciskał, choć ściągał na ziemię; dłoń umiejscowiona na ciemnym materiale marynarki była niecodziennie realnym odczuciem. Przez chwilę pożałował, że zażył substancję stymulującą umysł zaraz przed wyjściem. Dzięki niej był o wiele bardziej skupiony, język mu się mniej plątał, a prawdopodobieństwo zaliczenia gafy spadało do minimum. Zdawał sobie sprawę, że substancja zadziała na całość ciała, a nie tylko wybrane funkcje, wiedział na co się pisze, ale w swojej analizie absolutnie zignorował, że dotyk nie jest niczym dziwnym i zaplanowanym z wyprzedzeniem dla wszystkich innych ludzi, poza nim, to on był dziwny. - Dobrze, że jesteś - powitał Eden, odnajdując resztki odwagi w ogólnym zarysie zachowania Primrose. Nie był dobry w odczytywaniu tonów i sygnałów, ale dyskomfort, który sam odczuwał rozpoznałby wszędzie. Dobrze było wiedzieć, że nie był w swej niedoli sam. Świadomość, że Eden również nie chciała tu być, nie pomagała mu ani trochę, jak mógł się porównywać do jej prezentowanego na porcelanowej zastawie fałszu? Jego poziom majaczył gdzieś pomiędzy brzegiem Styksu, a wrotami Hadesu, potykając się na ostatnich stopniach. Nie było mowy, aby ktokolwiek wgryzał się w spalony stek bzdur, który podawał na uszczerbionym od niepoprawnego użytku półmisku do sałatek. Zapewne dlatego pokonała go w rozgrywce szachowej; czy te wszystkie lata były efektem długo trwającej fascynacji, przypieczętowanej rodzinnym mariażem? Czy emocje, które czuł były wytworem gonienia za konceptem żony, który nie istniał? Nie był pewien czy zna osobę, która trzyma go pod ramię ani czy ona, tak naprawdę zna jego. Chwycony za dłoń, z Eden u boku, wszedł do jadalni, postanawiając nie zastanawiać się nad odpowiedzią na pytanie Primrose. Jeżeli pozwoliłby sobie zacząć dywagować na temat tego czy chcą wchodzić do pomieszczenia czy nie, zapewne staliby tam do Yule, jak nie przyszłego Mabon. Ścisnął kuzynkę w geście wsparcia i otuchy, nim puścił jej dłoń. Nie dał kumulującemu się stresowi zawładnąć nad ciałem, przypominając sobie pierwsze wykłady, które wypadały absolutnie tragicznie. Z czasem, jednak, szło mu coraz lepiej. - Wybaczcie spóźnienie, przez ostatnie wydarzenia mieliśmy trochę problemów logistycznych - zapewne ku zaskoczeniu wszystkich, przejął pałeczkę. Gdy siadali, odsunął najpierw krzesło dla Eden, licząc, że Primrose usiądzie zaraz obok. Absolutnie nie pamiętał czy mieli przypisane miejsca przy stole, unikał rodzinnych uroczystości, toteż rzadko zasiadał przy stole pełnym krewnych. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=aNwVtqR.jpeg[/inny avek] RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Victoria Lestrange - 31.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] Usłyszawszy chrząknięcie Rosalie Lestrange, odpowiedziała Rodolphusowi tylko uśmiechem, który zaraz zniknął za kieliszkiem wina. Mogą tam pójść razem, jeśli oboje znajdą czas… Ale potrafili się umówić sami, bez czuwającej obok matki Rudiego, której chyba nie podobało się ciche szeptanie kuzynostwa, albo dosłyszała o czym tam sobie cichutko mówili – nieistotne! Istotne było to, że Laurencowi zaczęło się układać w życiu. Nie miał lekko, ostatecznie samotnie wychowywał syna po śmierci swojej żony i nawet jeśli miał do pomocy niańki czy guwernantki… To nie mogło być proste, biorąc pod uwagę jego karierę w Ministerstwie i to, że od śmierci nie minął nawet rok. Nawet jeśli małżeństwo było aranżowane, byli rodziną, a chłopiec stracił matkę, co musiało być ciosem. Ale… życie powoli układało się swoim torem. Zawsze się układało. I Victoria całkiem szczerze uśmiechała się na nowiny najstarszego kuzyna. – Wiesz, Laurence – zaczęła, bo choć może nie miała jakiegoś przesadnego doświadczenia, nie miała za sobą rzędu złamanych serc, wbrew temu, co mówili ludzie, to bardziej ona wychodziła z tego wszystkiego ze złamanym sercem. Miała jednak swoje przemyślenia, słowa, które układały jej się w głowie na przestrzeni miesięcy. – Jak ktoś chce, to znajdzie sposób. A jak ktoś nie chce, to znajdzie powód – Laurence i Camille chcieli ewidentnie spróbować. I szukali sposobów. Miesięczny (a przynajmniej planowany) wyjazd do Francji był tego dobitnym dowodem. – Nie wszystko da się zaplanować. Ale będę trzymać kciuki, żebyście to sobie poukładali, wiesz… Tak, żebyście oboje byli zadowoleni – nie była nigdy w związku na odległość, ale była też przy tym przekonana, że Francja nie była aż tak daleko, a Laurence był na takiej pozycji w Ministerstwie, że pewnie mógł pociągnąć za jakieś sznurki i załatwić sobie świstokliki do Francji i powrotne. Może nie koniecznie od razu teraz, gdy jego obecność byłą tu bardzo potrzebna, ale tak na przyszłość. Ostatecznie sama dobrze wiedziała, ile polega na Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, może nie była tam żadnym szefem ani zastępcą, ale to była jej pierwsza praca zaraz po szkole i spędziła tam cztery lata, najpewniej obserwowana też przez kuzyna, do którego uśmiechnęła się przez stół. I wtedy właśnie do jadalni weszły trzy kolejne osoby – William (który chyba nikogo nie zaskoczył swoim spóźnieniem, może jego rodzice nie byli z tego zadowoleni, ale Victoria miała to gdzieś), Eden (którą ostatnio widziała na zdjęciu w gazecie, ale miała nadzieję, że rodzina nie podejmie tego tematu, skoro to miała być rodzinna uroczystość) i Primrose (której się spodziewała, nieco zdziwiła się, że się spóźniła, ale to nic, oby Isabelle nie robiła do niej swoich niezadowolonych min). Victoria uśmiechnęła się do całej trójki, bo tak dobrze było ich wszystkich widzieć, nawet jeśli nie utrzymywali jakiegoś wielkiego kontaktu, tak ogólnie. – Hejj, Will, Eden, super, że jesteście – odezwała się ze swojego miejsca obok Rodolphusa i z dala od swoich rodziców, nie mając zamiaru ingerować w to, gdzie kto usiądzie. – W końcu jesteś, Primrose – Isabella Lestrange spojrzała na córkę z jakąś taką twardością w oczach, najwyraźniej niezbyt zadowolona z jej spóźnienia, a może to chodziło o napięcie na linii ze starszą córką. – Usiądź – jedno krzesło obok niej było puste, bo drugie zajmował Alexander i najwyraźniej liczyła na to, że jej druga latorośl jednak nie wybierze innego miejsca. // Kolejka do 11.01 do 23:59. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Rodolphus Lestrange - 05.01.2026 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f1/90/d7/f190d734562a73f868cc474396c17e53.jpg[/inny avek] Kiwnął głową. Sam nie wiedział w zasadzie, czym miał być ten gest - czy odpowiedzią na pytania, czy chrząknięcie matki, czy co. Ale w zasadzie było to bardziej eleganckie niż wzruszenie ramion, więc... Sięgnął po wodę i zdążył upić łyk, gdy do jadalni weszły kolejne osoby. Najpierw odstawił szklankę na stół, a dopiero potem spojrzał na nowoprzybyłych. Nie zdziwiło go ich spóźnienie: William był Williamem, Eden była zapracowana, a Prim... Była Prim. Zapewne musiała dobrać buty do sukienki i torebki, więc nic dziwnego, że się spóźniła. Pamiętał ich rozmowę i to, jak wyglądała jego kuzynka: w ciuchach Victorii, tak kompletnie do niej niepasujących. Szczerze jej współczuł spalenia domu, szczególnie że dopiero co wróciła do Anglii, a z tego co mu pisała: spłonęło wszystko. Już pal sześć te prezenty, które im przywiozła. - Miło was widzieć - posłał całej trójce lekki uśmiech. Jak śnieg w lecie i jak deszcz w żniwa, tak głupiemu nie przystoi chwała, przemknęło mu przez myśl, nie wiedząc czemu. Do śniegu jeszcze trochę, a o żniwach wiedział tylko tyle, że ciężko pisało się ten wyraz. Skąd znał to powiedzenie? Nie miał pojęcia, zapewne ktoś kiedyś użył przy nim tego sformułowania, a on jakoś je zapamiętał i wydało mu się odpowiednie w tym kontekście. Obserwował, jak po kolei siadają, a na słowa matki Prim i Victorii tylko spuścił wzrok w talerz. Zaczynał coraz bardziej doceniać swoją rodzicielkę, która od Isabelli różniła się diametralnie. Jego matka była pełna ciepła i niepokoju, mimo że wciąż go pouczała to wiedział, że robiła to z troski. Przesadzonej, ale jednak z troski. Isabella zaś wydawała się być po prostu wredną jędzą. Zerknął na Victorię pytająco, jakby z jego spojrzenia miała odczytać nieme pytanie: czy ona zawsze taka jest? Nie miał zamiaru ratować rozmową przybyłej trójki - i to bynajmniej nie dlatego, że coś do nich miał czy że spóźnienie go jakoś uraziło. Po prostu nigdy nie był dobry w small talkach. Z Primrose miał jeszcze jakiś punkt zaczepienia, ale William i Eden byli dla niego zagadką. Mimo że byli rodziną, nie utrzymywali ze sobą żadnych stosunków, nie wymieniali się listami, nie mijali na korytarzach i nie rozmawiali. Poza tym wątpił, by jego pomoc była tu niezbędna. Z tego co słyszał o Eden, da sobie radę. William... Najwyżej schowa się znowu w piwnicy. A Primrose miała Victorię. Nie wątpił, że Vika odciągnie od niej uwagę matki, jeżeli będzie trzeba. Nawet kosztem własnego spokoju. Atmosfera lekko zgęstniała, ale trudno. Nabił jakieś warzywo na widelec. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Laurence Lestrange - 06.01.2026 O miłość warto walczyć. Te słowa utkwiły mu w głowie, kiedy Rodolphus odpowiedział mu w sprawie związków na odległość. Czy on, walczył o swoją miłość? Robił to, dopiero teraz. Kiedy zobaczył latem Camille znów w Anglii. Jego dawna miłość znów o sobie przypomniała. Nie walczył o miłość pięć lat temu, poddając się temu, co przygotował jego ojciec – aranżowane małżeństwo. Poddał się jego decyzji, aby go zadowolić, nie siebie. Aby wierzył, że ma wymarzonego dziedzica, odpowiednio wychowanego syna. Słuchając odpowiedzi Victorii, na moment Laurence spojrzał w stronę swojego ojca. Jego poważny wzrok jednak bacznie go obserwował. Jakby Anthony jednak i na tej kolacji postanowił obserwować swoje obecne dzieci. Szczególnie, synów. - Dziękuję.Odpowiedział kuzynce, wracając spojrzeniem na jej oblicze. Tym łagodnym, spokojnym, wdzięcznym też za zrozumienie. Tym samym uraczył także kuzyna. - Jak sam powiedziałeś. O miłość warto walczyć. Nawet po latach. Odpowiedział Rodolphusowi. - Będziemy nad tym pracować i zobaczymy także co przyniesie przyszłość. Tutaj już odpowiedź kierował ponownie do Victorii. Co mógł, to zrobił wszystko aby ojca zadowolić, ale nie mogło to trwać wiecznie. Musiał też myśleć o swoim szczęściu, nie myśląc o konsekwencjach. Albo może będąc ich świadom? Nie robił przecież niczego na niekorzyść rodziny. Zawodowo rozwinął się wysoko. Teraz mógł skupić się na swoim szczęściu, a przede wszystkim, syna. Prawda, że posiadając tak szerokie kontakty w Ministerstwie i odpowiednie zasoby finansowe, Laurence mógł sobie pozwolić na załatwienie świstoklików do i z Francji. Jednakże tutaj musiałby także opracować sobie eliksir, który złagodzi rewolucje żołądkowe na taki tym transportu, gdyż jego organizm nie tolerował takiego rodzaju transportu. A nie miał jeszcze czasu nad tym przysiąść. Rozmowy zostały przerwane pojawieniem się spóźnionych osób. Laurence od razu spojrzał w ich kierunku, jak pozostali zainteresowani członkowie rodziny, zasiadający przy stole. Eden i Primose jak zwykle piękne. Najważniejsze jednak, że pojawił się William. Laurence wstał ze swojego miejsca, podchodząc do nich, aby odpowiednio przywitać. Nie widział się z nimi dość długi czas. - Miło was widzieć.Jeżeli panny pozwoliły, ujął ich dłonie aby ucałować wierzch. Z kolei stając przed Williamem, przez moment wpatrywał się w niego jakby badał, czy jest w jednym kawałku. - Nawet nie wiesz, jak cieszy mnie Twoja obecność. Objął Williama w braterskim uścisku. Przy okazji pytając. - Dostałeś mój list? Zapytał, puszczając go i pozwalając im w końcu zająć miejsca. Zapytał o list, gdyż nie wiedział czy do Williama w ogóle sowa dotarła i czy w ogóle odpisywał. Jeżeli tak, to Laurence nic dostał. Czy może odpowiedź dotarła do Francji, a on był już w Anglii? RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Louvain Lestrange - 09.01.2026 Louvain siedział spokojnie, z prostymi plecami i dłońmi splecionymi luźno na kolanach, obecny, lecz nienarzucający się. Wsłuchiwał się w rozmowy toczące się wokół stołu, w drobne pogawędki i półszepty krewnych, nie wchodząc w nie, nie dlatego, że uważał je za czcze czy niegodne uwagi, ale dlatego, że jego myśli krążyły gdzie indziej. Wciąż wracały do spalonego domu kuzynek, do tej straty, która bolała bardziej, niż był gotów przyznać. Wiedział, że Spalona Noc będzie miała konsekwencje, nawet dla jego najbliższych, ale mimo tej świadomości trudno było mu się pogodzić z faktem, że coś tak trwałego jak dom mogło zniknąć bezpowrotnie. Nie była mu obojętna także sytuacja Laurenca. Słuchał uważnie nowin o jego życiu, o próbach odnalezienia równowagi po stracie żony, i wiedział, że sam nie potrafiłby udzielić mu żadnej sensownej rady. Wszystko, co mógł ofiarować, to obecność i słowne wsparcie, gdyby brat go potrzebował. Przed Louvainem stał pusty talerz. Gdy skrzaty proponowały mu potrawy lub wino, uprzejmie odmawiał. Nie był głodny, a jego uwaga skupiała się na czymś, co wisiało w powietrzu od początku kolacji. Sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał. Na zasłyszane rozmowy reagował jedynie lekkim, uprzejmym uśmiechem albo subtelnym zmarszczeniem brwi, gdy temat schodził na sprawy przykre. Przywitał kolejnych przybyłych z wyważonym dystansem; jedynie widok Williama wywołał na jego twarzy szczery uśmiech. Rzadko widywał go w takiej sytuacji i przeczuwał, że rodzinny spęd był dla niego prawdziwym sprawdzianem, zwłaszcza że towarzyszyła mu Eden. Louvain nie przepadał za małżonką brata i po ostatnich wydarzeniach na ślubie Blacków tolerował jej obecność wyłącznie ze względu na więzy rodzinne. Odprowadził ją niemal karcącym spojrzeniem aż do miejsca przy stole, po czym odwrócił wzrok. Gdy większość zgromadzonych była już gotowa zająć swoje miejsca, Louvain w końcu się odezwał. Jego głos był spokojny, dyplomatyczny, jakby każda sylaba została wcześniej przemyślana. - Skoro jesteśmy już prawie w pełnym składzie, chciałbym wam coś przekazać. - zaczął. - Loretty nie będzie dziś z nami. Wyjeżdża na stałe do Francji. Prosiła, żebym przekazał, że serdecznie wszystkich pozdrawia. Zrobił krótką pauzę, po czym mówił dalej, już nieco mniej pogodnym tonem, choć wciąż opanowanym. - I odrazu rozwiewam wszelkie domysły. Nie pozostaje też w żadnym formalnym związku, niezależnie od tego, co mogło do was dotrzeć. A wszelkie cygańskie wieszczenia… - urwał na moment, jakby ważył słowa - …radziłbym traktować z dużym dystansem. Na końcu dodał, z wyraźnym cieniem zmęczenia w głosie: - Mam również nadzieję, że Mulciberowi nie uda się nikomu więcej popsuć humoru i że nie zostanie wpuszczony na zbliżający się bal maskowy. Po tych słowach Louvain zamilkł, jakby powiedział dokładnie tyle, ile było konieczne. W ten delikatny sposób zasugerował, że rumuńska swołocz, nie jest mile widziana, ani w Maida Vale, ani w obecności kogokolwiek z rodziny. Wspólne świętowanie corocznych obchodów było zbyt istotne i zbyt rodzinnie intymne, by kalać je pogróżkami i brzydkim językiem. Znów usiadł spokojnie, z pustym talerzem przed sobą, czekając, aż wieczór potoczy się dalej. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Victoria Lestrange - 18.01.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] Dłoń Victorii zacisnęła się w pięść, co Rodolphus mógł bez trudu zauważyć siedząc tuż obok, a spojrzenie Victorii poszybowało do Isabelli. Nic nie powiedziała, nie chciała psuć nastroju, choć prawda była taka, że twarz trochę jej stężała, nim spróbowała wyczyścić się z emocji i skryć za mocniejszą woalką oklumencji – nie z realnej potrzeby ochrony umysłu, a dlatego, że to pomagało jej zapanować nad twarzą i emocjami. Póki matka nie będzie wyrzucać z siebie jakichś nieprzyjemnych komentarzy, póty Victoria nie planowała się w to mieszać, nie chcąc zaognić już i tak napiętej sytuacji ze swoją matką. Ojciec, Alexander, najpewniej widząc minę najstarszej córki ujął żonę za dłoń i nachylił do niej, by wyszeptać jej coś do ucha, co spowodowało lekki uśmiech Isabelli. Victoria z kolei patrzyła teraz w swój puchar winem i odetchnęła lekko, kątem oka dostrzegając spojrzenie Rodolphusa, na które ta się tylko uśmiechnęła. Mógł to zrozumieć po swojemu… ale prawda była taka, że matka i córka nie dogadywały się niemal wcale, pozornie będąc niczym ogień i woda dla siebie, a w rzeczywistości były pod pewnymi krytycznymi względami do siebie aż za bardzo podobne. Chwilę później odezwał się dotąd milczący Louvain, na którego Victoria przeniosła spojrzenie ciemnych oczu i nawet opuściła dłoń z kieliszkiem, który podniosła wcześniej. Na jej twarzy rysowała się konsternacja i zaciekawienie, kiedy wspomniał imię Loretty oraz to, że ta na stałe wyjeżdża do Francji. – Pozdrów Lorettę też – powiedziała w końcu, gdy Louvain już zamilkł. Mogłaby to sama zrobić, ale Loretta najwyraźniej wolała kontaktować się przez swojego brata bliźniaka, skoro nikogo innego nie poinformowała o swoich planach. Ale oni zawsze byli blisko siebie, nawet jeśli ostatnimi czasy nie było im tak bardzo po drodze jak kiedyś, więc Tori nie była o to ani trochę obrażona. – Mam nadzieję, że dobrze będzie się jej wiodło we Francji – dodała jeszcze i zamyśliła się krótko. O tym, że ten „ślub” to ściema wiedziała, bo pisała w tej sprawie do Annaleigh i Louvaina, próbując się dowiedzieć co jest grane po weselu Blacków i dowiedziała się od kuzyna, że i on nic nie wiedział i że nawet jeśli, to jakieś cygańskie śluby nie są w żaden sposób wiążące i nie należy tego traktować poważnie. I tak też robiła, nie rozumiejąc tylko dlaczego Mulciber nawet nie próbował dogadać się z głową rodu Lestrange w tej sprawie – no chyba, że wszystko to było jedno wielkie kłamstwo, mające jakoś zaszkodzić ich rodzinie. Zrozumiała jednak to, co Louvain powiedział, formalny związek – a co z nieformalnym? – Mulciberowie chyba nie mają ostatnio lekko – stwierdziła spokojnie, choć tak naprawdę zupełnie im nie współczuła. Nie miała z nimi zbyt wiele wspólnego. – Skandal ze świeczkami na Lammas, pogrzeb, teraz jeszcze te niedorzeczne plotki – których nikt publicznie nawet nie zdementował, a członkowie rodu Lestrange nie wiedzieli co jest grane i to nie tylko w sprawie ślubu… RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Laurence Lestrange - 21.01.2026 Zająwszy na powrót swoje miejsce przy stole, Laurence skierował swoje spojrzenie w kierunku Louvaina, który milcząc przez większość czasu przy stole, przemówił. To, co miał do przekazania, nie było w sumie zbyt wielkim zaskoczeniem. Loretta, znana z tego w ich rodzinie, że dużo podróżowała, ostatecznie zatrzymała się na dłużej we Francji. Czy zaś, na stałe. Wysłuchał wypowiedzi brata do końca, nie przerywając. Analizując w głowie kwestie związkowe ich siostry Loretty. Trudno było uwierzyć w to, co się usłyszało, czy przeczytało w czasopismach plotkarskich, aby brać na poważnie. Póki ona sama tego nie potwierdzała osobiście. Laurence nie wnikał zbyt głęboko w życie prywatne swojego rodzeństwa, o ile pamiętają o tradycji i zasadach rodzinnych. - Jeżeli Loretta nie będzie miała nic przeciwko. To kiedy znów będę we Francji, mógłbym ją odwiedzić.Zwrócił się do Louvaina, jako że ten z braci był z nią w częstszym kontakcie. To może i adres mu by zostawił. Nawet pięciominutowa wizyta by wystarczyła Laurencowi, aby mieć pewność, że siostra ma się dobrze. Wspomnienie o balu maskowym, wzbudzało w nim mieszane uczucia. Nie był do końca przekonany, czy to dobry pomysł, aby taki bal organizować w takim czasie. Albo inaczej, czy nie jest to za szybko? - Dodając jeszcze aresztowanie i skazanie na azkaban ich krewnego, z nazwiskiem Mulciber.Przypomniał Laurence, włączając się do wymienionych czynników wydarzeń w rodzinie Mulciber, przez Victorię. Lawina wydarzeń, mogła zacząć się od tego aresztowania. Ale czy na pewno? Niefortunnie również i ich rodzina została wmieszana w ich "wydarzenia" związane z jakimś rodzajem związku Loretty z Mulciberem. Oby plotki, pozostały tylko plotkami. Nic, tylko westchnąć. Laurence sięgnął po swój kieliszek i upił łyk, pozwalając aby płyn rozgrzał jego przełyk. - Jak już Louvain wspomniał, żebyśmy sobie nawet na tej kolacji nie psuli nastroju Mulciberem, pozwolę sobie trochę zmienić temat. A was o coś zapytać.Zwrócił się do zebranych. Rodzeństwa, kuzynostwa, a bardziej także tych, co mieszkali w tej rezydencji. - Otrzymałem list od ciotki Lorelei w sprawie Czarnych Róż w naszych ogrodach. Niestety odczytałem go dopiero niedawno, jak wróciłem. Jak wygląda obecnie sytuacja? W tym temacie nie był za bardzo na bieżąco. A skoro ma okazję widzieć się z częścią członków rodziny, to może ktoś oświeci go, co się wydarzyło? Czy sytuacja z nimi związana, jest już opanowana? RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Rodolphus Lestrange - 27.01.2026 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f1/90/d7/f190d734562a73f868cc474396c17e53.jpg[/inny avek] Gdy Louvain zabrał głos, uniósł na niego wzrok. Loretta... Dawno nie miał od niej żadnych wieści ale nie narzucał się jej - wiedział, jaka była, a plotki o ślubie zbywał milczeniem, tak jak teraz zbył oświadczenie kuzyna. Fakt, że wyjechała do Francji, niezbyt go zdziwił. Czysta karta, nowy start: nic zaskakującego w przypadku wolnego ducha, jakim była Loretta Lestrange. Jedynie skrzywił się nieznacznie na przypomnienie o nieszczęsnym ślubie, a raczej plotkach które wokół niego krążyły. - Mulciberowie staczają się na dno jeszcze bardziej - to był jedyny komentarz, który wygłosił na ten temat. Cichym, ostrym jak brzytwa głosem, beznamiętnym i niewykazującym żadnych emocji, tak jakby ich wcale nie posiadał. Wrócił do swojego talerza, jakby był dużo bardziej interesujący niż jakikolwiek Mulciber na tym świecie. Pogrzeb Roberta, wcześniej te pieprzone świeczki, następnie ucieczka Charlesa... Dobrze, że przynajmniej Alexander jeszcze był jakąś stałą w tej układance. Zjadł warzywo, a potem kolejne. Laurence wspomniał o różach, lecz on sam się tym nie zainteresował. Także otrzymał list, lecz jego umiejętności z zakresu zielarstwa pozwalały mu jeno na stwierdzenie, czy coś jest martwe, czy żywe. Nie znał się na roślinach i nie było to żadną tajemnicą: wolał grzebać w ludzkich umysłach i organach, niż w zielsku. Wiedział jednak, że Victoria miała ogromną wiedzę na ten temat, dlatego też odruchowo przeniósł na nią wzrok. Na Williama i jego żonę wolał nie spoglądać, obawiając się trochę, że przepłoszy kuzyna, a jego żonę rozsierdzi samym swoim wzrokiem. Nie znał jej, ale wiedział o niej wystarczająco dużo, by wiedzieć, że lepiej było zostawić ją w spokoju i dawać jej grać przykładną żonkę typa, który ukrywa się wiecznie w piwnicy. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Primrose Lestrange - 07.02.2026 Z zaciekawieniem wpatrywała się jak Billy obejmuje Laurenca, który z jej szczeniackiej perspektywy wydawał się jakimś starym dziadem. Szczerze mówiąc, miała wrażenie, że prędzej dogadałaby się z jego dziećmi. Szkoda, że nie sadzano jej już przy stoliku dla dzieci, bo tam zawsze rozmowy bujały jakoś mocniej. Zachowała się wobec niego, oczywiście, tak uprzejmie jak należało. Miejscem, które zechciała docelowo wybrać Primrose, wcale nie było miejscem obok Williama – pragnęła usiąść obok Victorii. To dopiero brak wolnego krzesła sprawiłby, że usiadłaby obok kuzyna. Bo siedzenie obok siostry wydawało jej się ważne. Jak się nie siadało obok siostry to mogło sprawiać wrażenie, że coś jest nie tak, a przecież wszystko (oprócz tego, że wpadała w histerię) było w najlepszym porządku. No ale... skoro mama kazała... usiadła dokładnie tam, gdzie jej to uprzejmie zasugerowano, kończąc w najgorszej lokalizacji jaką mogła sobie wyobrazić. – Dobry wieczór – powiedziała śpiewnym głosem i zrobiła dokładnie to, czego można było się po Primrose spodziewać: ani na moment nie zainteresowała się jedzeniem, nie ofiarowała też rodzinie żadnych wyjaśnień w związku ze spóźnieniem. Nie mała żadnej ciekawej opowieści ani sensownej wymówki. Po prostu... przysłuchiwała się rozmowom, co jakiś czas poprawiając i tak nienagannie ułożone włosy. Jeżeli cokolwiek miało znaleźć się na talerzu przed nią, byłaby to jedynie zbędna dekoracja – nie było szansy, że cokolwiek w takich warunkach przełknie. Reagowała bardzo żywo i teatralnie. Aż za żywo, bo mama nalała jej picia i tak jakoś od razu przyszło jej do głowy schować się za kieliszkiem, więc kiedy Louvain dzielił się tą jakże zaskakującą rewelacją, Primrose zakrztusiła się momentalnie i próbowała odkrztusić to w ciszy. Miała wrażenie, że jednocześnie siniała z braku tlenu, bledła z zaskoczenia i czerwieniała ze złości, że to na pewno wszystko przez tego przebrzydłego Alexandra Mulcibera! Wrażenie pozostawało jednak jedynie wrażeniem – bo ostatecznie jedynym co wizualnie zmieniło się w jej aparycji była chwilowa, gęsta i sina smuga, kiedy zaczęła parować jej głowa. – Tam przynajmniej będzie bezpieczna przed Śmierciożercami – powiedziała cichutko, niemalże szeptem. Tak, że osoby mówiące głośniej i pewniej nie miały żadnego problemu z wejściem jej w słowo i pokierowaniem rozmową tak jak sobie tego życzyły. Tępe spojrzenie, którym obdarowała Laurenca, kiedy postanowił zmienić temat mówiło jasno: nie miała na temat czarnych róż absolutnie nic do powiedzenia, ale wyglądała przy tej swojej niewiedzy naprawdę ładnie. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Victoria Lestrange - 15.02.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] – Zapomniałam już o tym – przyznała, na słowa Laurence’a o aresztowaniu i skazaniu jednego Mulcibera. Ale tak, to się ogólnie wpisywało w „chyba nie mają ostatnio lekko” i podbijało jej zdanie na ten temat. Z drugiej strony, jak to się mówiło… kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, i Victoria nie mogła oprzeć się wrażeniu, że niektórzy tam sami zapracowali na swój los. Jakoś nie potrafiła im współczuć, ale była niezwykle daleko od obiektywnej, nie potrafiła się pozbyć tego wpojonego jej od maleńkości myślenia, że należy stać za rodziną, a Mulciberowie wdawali im się we znaki. Zerkała ukradkiem w stronę, gdzie Prim siedziała obok matki, czy nie dzieje się tam coś, na co powinna zareagować, na szczęście najwyraźniej fakt, że Pierwiosnek usiadła obok, zadowolił Isabellę, a ta nie komentowała dalej. Nie padło wiec pytanie, czemu się spóźniła, ani nic z tych rzeczy. Isabella i Alexander byli najwyraźniej pogrążeni w rozmowie w swoim gronie, z Anthonym, Cassandrą, Lorelei i innymi. Chyba większość, jeśli nie wszyscy, dostali od Lorelei wiadomość o ogrodzie i dziwnych różach, i akurat tak się składało, że miała okazje już je badać i zacząć wyciągać jakieś wnioski, chociaż zagadka nadal nią pozostawała. – Sytuacja jest właściwie bez zmian. Czarne róże nadal są w ogrodzie i wyglądają jakby były hodowane na wystawę i nie przeszkodziła im nawet ostatnia zawierucha – miała na myśli Spaloną Noc i przedziwne warunki jakie potem panowały w Londynie, a wspominała o tym dlatego, że róże były jak takie kapryśne damulki z bogatych domów: lekko zimniejszy wiaterek zawieje i już zaczynają pojawiać się na nich plamy, płatki opadać… Róże były niezwykle trudne w hodowli i to martwiło podwójnie, bo z tego co mówiła ciotka Lola dwa tygodnie temu, ogrodnicy mieli zakaz podlewania ich i zajmowania się nimi… i jeśli się do tego stosowali, to już powinny umierać. A było do tego cholernie daleko. – Elfy nadal dziwnie się zachowują… To znaczy chowają się, jakby się bały. Prawdopodobnie tych róż. Może boją się, że inne kwiaty umrą i wtedy i one… – elfy rozmnażały się na płatkach kwiatów, a jeśli nie będzie kwiatów, to nie będzie i elfów. Maida Vale było dla nich bezpieczną przystanią. Do czasu pojawienia się czarnych róż. – Mam kilka teorii i miałam się tym zająć nawet nieco bardziej oficjalnie, ale… wiadomo. Były znacznie pilniejsze sprawy od kwiatów – na to lekko się skrzywiła, bo Miada Vale i dla niej było bardzo drogie i bardzo by nie chciała, by to wszystko przepadło. – Laurence, jeśli jeszcze nie miałeś okazji, to polecam, żebyś zobaczył to na własne oczy. Może nawet zobaczysz tam coś dziwnego… – dodała, nieco tajemniczo, ale trudno to było opisać słowami. A potem uśmiechnęła się przez stół do Primrose, bo owszem – wyglądała bardzo ładnie. I Victoria była daleka od nazwania siostry tępą. I przy tym czuła, że sama nie miała okazji „podziwiać” tego dziwnego zjawiska, które wykwitło im w ogrodzie. |