Secrets of London
[13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB (/showthread.php?tid=5350)

Strony: 1 2 3


RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Benjy Fenwick - 21.11.2025

Nie ruszyłem się ani centymetr do przodu, nie przekroczyłem kręgu, mogłem tylko być blisko, tak blisko, jak pozwalała sytuacja, ale kiedy uniosła na mnie to swoje zamglone spojrzenie, jakby dopiero mnie rozpoznawała, poczułem to dziwne szarpnięcie pod żebrami - ten rodzaj troski, którego nigdy nie lubiłem w sobie zauważać. W pierwszej chwili nie odpowiedziałem, nie chciałem jej poganiać ani dorzucać kolejnych wątpliwości, po prostu patrzyłem, jak powoli, ostrożnie wracała do siebie. Rytuały były rytuałami - wiedziałem, że nie wyciąga się kogoś z transu przemocą, nie dotyka się go wtedy, kiedy świat nie jest jeszcze do końca ułożony, ale byłem gotów ją złapać, jeśli by się zachwiała.
- Mhm. - Przytaknąłem od razu, bez oporów, chociaż temat był ciężki i sam nie wiedziałem, co z nim zrobić. - Wiem. Widziałem to po twojej twaszy, jak otwoszyłaś oczy. - Pochyliłem się, nie przekraczając kręgu, ale na tyle blisko, że mogłem poczuć jej oddech, gdyby tylko chciała mówić głośniej. Jej „widziałam, jak Ty to zapisywałeś” uderzyło we mnie, jak fala zimnej wody, ale nie pokazałem tego. Ona była w środku burzy, ja musiałem być brzegiem, nawet jeśli nie mogłem być jej bezpieczną przystanią i doskonale to wiedziałem - ten dziennik to był mój problem, nie jej, to ona się tu poświęcała ku odkryciu prawdy.
- I znajdziemy. - Odpowiedziałem od razu, bez cienia wahania. Bez wykrętów, bez ironii, bez żadnego z tych mechanizmów obronnych, którymi się posługiwałem. - Ale nie telas. Najpierw wlóś do siebie, potem wlósimy do leszty.
Nie musiała mnie przekonywać, że chciała znaleźć odpowiedź - nigdy nie musiała, wierzyłem jej, tak samo chciałem dojść do sedna sprawy, ale nie teraz, jeszcze nie teraz, to nie było najważniejsze.
A potem nazwałem ją „kochaniem” - wyszło samo, jakby to słowo od lat czekało, żeby wydostać się przez moje zęby. Jeśli kiedyś miałem mieć prawo powiedzieć to słowo, to teraz, nie cofnąłem go więc - nie wyglądała, jakby chciała, żebym to zrobił. Być może powinienem się speszyć, zrobić z tego żart, obronić się ironią, ale nie zrobiłem nic. Patrzyłem na nią spokojnie, zupełnie tak, jakby to było najprostsze słowo na świecie.
- Wiem. - Odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. - Wiem, jak wyglądasz po tlansie, pamiętam.
Zbliżyła się, a ja już wyciągałem rękę, żeby ją objąć, po prostu przyciągnąć siebie i dać jej to ciepło, które traciła przy każdym wyjściu z wizji, kiedy jednak poprosiła o drewno, parsknąłem pod nosem, bo oczywiście, że pierwsze, co przychodziło jej do głowy po takiej wizji, to praktyczne rzeczy. Nachyliłem się bliżej, zerkając na nią spod zmrużonych powiek.
- Dlewno? - Powtórzyłem z tym krzywym uśmiechem. - Jasne. Mogę przynieść dlewno. - Mruknąłem, podnosząc się do pełnej wysokości. - Ale polowanie na dzika dla mojej kobiety odłoszę na póśniej, dobsze? - Dodałem lekko, prawie szeptem, z zaczepnym błyskiem w oku. To „mojej kobiety” wyszło równie naturalnie jak poprzednie „kochanie”, nie urwałem, nie poprawiłem się, po prostu tak było, przynajmniej teraz. - Jeszcze nie mam odpowiedniego kapelusza na taką lobotę. - Wzruszyłem ramionami, jakby to wszystko wyjaśniało. Nie czekałem dłużej - sięgnąłem po swoje spodnie, wciągając je szybko, a potem po skarpetki i buty. Koszulę… Cóż. Koszula. Podniosłem ją z podłogi, spojrzałem na rozdarte guziki i zaśmiałem się pod nosem - zdecydowanie nie nadawała się już do noszenia, zresztą, „moja kobieta” lubiła na mnie patrzeć bez koszuli. Udawałem, że tego nie wiem, ale wiedziałem. Rzuciłem jej ostatnie spojrzenie - takie mówiące „zaraz wrócę, nigdzie nie idź” - i wyszedłem na zewnątrz, poranny chłód uderzył mnie w klatkę piersiową, ale po chwili ciało się przyzwyczaiło. Zszedłem po stopniach, kierując się do drewutni, która wyglądała jakby miała się rozpaść przy mocniejszym kichnięciu, stała kilkanaście kroków od chatki, a kiedy do niej zajrzałem, parsknąłem pod nosem. Drewno było - owszem, tylko w kawałkach nadających się raczej do budowy domu niż do kominka, jakby ktoś kiedyś planował porządne cięcie, ale odłożył to na „jutro”, a potem to jutro nigdy nie przyszło. Całe szczęście - była też siekiera, niestety, tępa jak moje życiowe wybory. Wziąłem ją, oceniłem krawędź ostrza i parsknąłem.
- Aha. - Mruknąłem, opierając dłonie na biodrach. - No, tak, bo czemu by nie.
Znalazłem osełkę, przesunąłem po ostrzu kilka razy, wsłuchując się w ten metaliczny dźwięk, który zawsze działał na mnie kojąco, dłoń sama znalazła właściwy rytm - nim się obejrzałem, przygotowywałem sobie stanowisko na zewnątrz.
W pewnym momencie podniosłem głowę, spojrzałem instynktownie w stronę okna chatki. Zerknąłem na nią przez ramię, w oknie, owiniętą kocem - włosy roztrzepane, policzki zaróżowione po transie. Właściwie… Wyglądała bardziej nieziemsko niż wcześniej. Ująłem siekierę od dołu, po czym obróciłem ją w dłoni jednym, płynnym ruchem, pokazowo, jakby to była zabawka, a nie narzędzie, którym można było sobie odciąć stopę - tak jak kiedyś, gdy byliśmy dzieciakami, a ja wygłupiałem się, próbując jej zaimponować jakimś durnym machaniem kijem. Tym razem ten kijek miał na końcu całkiem ostre, ciężkie, sporo ważące ostrze, ale wciąż było warto, chociaż nie chodziło tylko o imponowanie. Chodziło o to, żeby się uśmiechnęła. Z jej miny wywnioskowałem, że absolutnie nie kupiła mojego pozerstwa, ale i tak, z całym zapałem mężczyzny, który właśnie został wysłany „po drewno” przez kobietę, na której punkcie totalnie stracił głowę, zamachnąłem się i uderzyłem. Przy pierwszym uderzeniu drewno pękło na dwie idealne połówki.
To przyszło znikąd.
Nie z myśli.
Nie z lęku.
Nie z logiki.
Najpierw poczułem tylko lekkie ukłucie między łopatkami - takie, które normalnie zignorowałbym, bo mogło być po prostu zimnem, napięciem po pracy siekierą, ale ono rosło, z każdą sekundą, z każdym moim ruchem, z każdym uderzeniem ostrza w drewno. Najpierw zrobiło mi się duszno.
Potem lodowato.
Potem… Obco.
Jakby ktoś obcy położył mi dłoń na karku, stojąc tuż za mną, na granicy mojego pola widzenia - wtedy wszystko we mnie się spięło, kręgosłup wyprostował się sam, aż zabolało, palce na trzonku siekiery zesztywniały, jakby przestały należeć do mnie, oddech stał się płytki, urywany, i to przerażenie - czyste, surowe, nieuzasadnione - zaczęło rosnąć we mnie jak fala, która podnosi się w zupełnie spokojnej wodzie.
Chciałem cofnąć krok, chciałem zrobić cokolwiek, ale moje usta… Moje gardło… Moje struny głosowe pouszyły się bez mojej zgody. Najpierw drgnęły lekko, jakby haczyły o słowa, których nie znałem, a potem wypluły je ostro, twardo, obco:
- Wasz ból jest bramą do prawdy. - Głos nie brzmiał jak mój, był cięższy, starszy, jakby odbijał się echem wewnątrz mnie, a nie na zewnątrz. Próbowałem zamknąć usta, naprawdę próbowałem, ale coś popchnęło mnie dalej, zmusiło struny głosowe do wibracji, chociaż czułem, jak trzęsie mi się całe ciało:
- Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu. - Ostatnie słowo wyrwało się jak rozcięcie, uderzenie siekiery, ostre, zbyt mocne, jakby moje płuca nie były przygotowane. A potem… Wszystko ucichło. Kolana ugięły mi się tak gwałtownie, że musiałem oprzeć dłoń o pniak, żeby nie upaść, serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe, w ustach miałem metaliczny smak. I nagle dotarło do mnie - gwałtownie, zimno, jak nóż wbijany pod żebra - że to nie były moje słowa, ani moje myśli, ani mój głos. Więc czyj? I czyje były te notatki? Kto tym wszystkim manipulował? Romulus? Był tu zawsze, od zawsze, był mistrzem hipnozy i próbował, zdecydowanie próbował, już mieszać mi w głowie.
Podniosłem twarz powoli, jakby ktoś podciągał mnie za sznur przywiązany do potylicy - w oknie stała Prue owinięta kocem. A ja uśmiechnąłem się do niej, instynktownie, intuicyjnie, posyłając jej buziaka, jakby nic się nie stało. Mistyfikacja - bo właśnie tym byłem, mistyfikatorem, nawet jeśli w tym momencie po prostu zależało mi na tym, by ten poranek był dla nas. Nie dla Romulusa, nie dla kogokolwiek innego.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/16723d998d34717fd8c4a269433dbc2a/b776a4167d01ae7d-3a/s250x400/eaaadb60545eb57ba1232093e468214b6fa0f97e.pnj[/inny avek]
Koniec sesji