Secrets of London
Sowa Peregrinusa - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Czarodzieje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=108)
+--- Dział: Sowia Poczta (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=36)
+--- Wątek: Sowa Peregrinusa (/showthread.php?tid=807)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: Sowa Peregrinusa - Lyssa Dolohov - 23.12.2024

1 sierpnia 1972

Nic nie wspominał. Poznałam go podczas Lammas i wydawało mi się, że jest wobec mnie bardzo, ale to bardzo niechętny. Problem tylko jest w tym, ze go nigdy wcześniej na oczy nie widziałam i chciałabym wiedzieć gdzie leży problem. Albo w sumie czy chce wiedzieć gdzie leży problem.



RE: Sowa Peregrinusa - Vakel Dolohov - 01.01.2025

Kopanie tunelu kiedy pod spodem wszystkie pokurwione jednostki budują jakieś podziemne pola minowe, zgodnie z zasadami kierowania się przez życie rozumnych ludzi przekreślam. Jeżeli człowiek od tych zabezpieczeń jest dobry i godny zaufania, moglibyśmy złożyć mu propozycję objęcia wakatu za pana Volarberga, który sam już przyznał, że planuje odejść na emeryturę. Kalibruje moje mechanizmy coraz rzadziej i potwornie mnie to irytuje, ale jeśli to idiota, który będzie opierał się podpisaniu umowy poufności, to poszukamy kogoś innego.

V. ♡



RE: Sowa Peregrinusa - Alfred Trelawney - 18.01.2025

Pewien gołąb o poszarpanych piórkach i wypiętą dumnie piersią dostarcza list, który jeszcze przed przeczytaniem rozsiewa dość potężny zapach alkoholu... i biedy. Dużej biedy.
[Totalne bazgroły, plama]

Drogi krewniaku, droga krewniaczko, drogie, ee, no, tego.
Z tej strony twój wuj, lub kuzyn, lub twój bratanek. Mówiąc szczerze wątpię, że Bobek kogokolwiek znajdzie po samym poleceniu "No, do Trelawneya, sam sobie dobierz którego!", ale jak ma się moje lata to już mało może zaskoczyć. Wiem, że dawno się rodzinka nie odzywałem, no, dawno, prawie żem się wcale nie odzywał, ale wiecie jak to jest, praca, praca, praca. No, tego. Ależ mam sprawę, ważną, ważniutką sprawę! Otóż,w celach zawodowych, bardzo ważnych raczę zaznaczyć, potrzebuje dodatkowych funduszy, a że nie mam się do kogo zwrócić po śmierci mojej ukochanej babuni, muszę zaciągnąć pomocy u żyjącej części rodziny! Otóż moja... praca wymaga ode mnie zdobycia...[W tym miejscu pismo mocno się rozjeżdża, aż w końcu znowu zaczyna być czytelne, zaraz po jakiejś tłustej, brudnej plamie] Dwóch, to jest trzech Sykli! Albo chociaż dwa funty brytyjskie, co bym sobie kupił w monopo... To jest, co bym zdobył wyposażenie fachowe w mugolskich źródłach! Praca mnie nagli, więc nie mogę narzekać na jakość surowców!

Z całuskami i pochylonym czółkiem,
Alfred T.



RE: Sowa Peregrinusa - Ambrosia McKinnon - 18.01.2025

02.09.72

Perin,

Alfreda? Alfreda chyba nie, ale znam Alfonsa, nie pomyliłeś się może? Wujek Alfons to brat mojej mamy, ale w sumie już teraz nie idzie tym imieniem bo je zmienił w pewnym momencie, niedługo po jej ślubie z tatą, więc może to on? W sumie nie pamiętam na co on sobie to imię zmienił więc może poszedł z coś podobnego.

Całuski,
Rosie



RE: Sowa Peregrinusa - Alfred Trelawney - 25.01.2025

Zmęczony acz dumny z siebie Bobek pod osłoną wczesnej nocy dał radę dostarczyć kolejny list. Tym razem miał z tym ogromny problem, bo jak Peregrinus szybko mógł odkryć, list był napisany na odwrocie zerwanego z jakiejś kamienicy ogłoszenia... Ale tym razem nie był brudny.
02.09

Kochany Peregrineczku,

Twój biedny krewny z całego serca ci dziękuję. Twój list przyjmuje z krwawiącą duszą, gdyż spotkał mnie w okrutnym momencie, miałem nie lada bitwę o godność i życie z przeklętym skrzatem, którą do tego przegrałem... Ale przetrwałem!
Wybacz, wybacz, staruszek nie po to pisze, żeby cię nudzić swoim życiem. Pytałeś o moją babkę, toteż już ci mówię. Elise Trelawney była jej godność, zmarła pi razy oko jakoś w trzydziestym trzecim. Wybacz, trochę mi się zlewa dokładna data, bo babunia dalej ma się świetnie i dalej wychowywała mnie po śmierci, toteż zapominam ja ci czasami, że jej się umarło. Mieszkaliśmy na granicach Nokturnu, zaraz przy alei Horyzontalnej. Wybacz, że nie odzywałem się do was dekadami, ale pochłonęło mnie życie zawodowe - jestem ci tu, na Nokturnie, egzorcystą!
Bardzo chętnie powiedziałbym coś więcej, ale dorwałem się do zbyt krótkiego ogłoszenia i kończy mi się miejsce. Jeśli interesuje cię los krewniaka, zawsze chętnie spotkam się z tobą na kieliszek czegoś mocniejszego.
PS. Bardzo dziękuję ci za monety, skrzat ukradł mi spodnie i wszystkie oszczędności.
PPS. Dziękuję za nakarmienie Bobka. Wiele osób ma na niego negatywne reakcje - cieszę się, że mój krewniak okazał się inny.

Twój wdzięczny wuj/stryj/kuzyn/krewny,
Alfred T.



RE: Sowa Peregrinusa - Vakel Dolohov - 01.02.2025

Kiedy Peregrinus brał prysznic, w jego dzienniku pojawił się następujący wpis:

5 września 1972
Do Anglii wraca siostra Vasilija. Jej mąż zginął tragicznie, jaka wielka szkoda (żadna). Nie mogę wpisać na ten wieczór żadnych klientów, bo będziemy z nią pić.



RE: Sowa Peregrinusa - Lorraine Malfoy - 02.02.2025

—07/09/1972—


W kopercie, oprócz listu, tkwiła kartka z rysunkiem.


Londyn, 7 IX 1972 r.


Najdroższy Peregrinusie,

W Necronomiconie zadomowił się ghoul.

Ghoul, jak to ghoul, powiesz, wzruszywszy ramionami – siedzi w skrytce pod schodami i udaje, że go nie ma – ale ghoul, ze swoją ghoulą egzystencją, czasem bardzo przypomina mi nas dwojga. Nie śpimy, nie jemy, a choć nie rozpadamy się jeszcze na kawałeczki, żyjemy o kurzu i pająkach, które plączą się na półkach pośród bibliotecznych woluminów. Żywię nadzieję, że dbasz o siebie, mój drogi: niech ten list będzie przypomnieniem, żebyś kilka razy mrugnął, bo zapewne zapominasz o odpoczynku i marnujesz oczy, pochylony nad kolejnym projektem naukowym. Nie potrzebuję trzeciego oka, aby o tym wiedzieć!

Ghoul, jak to ghoul, powiesz – nic ciekawego – ale nasz ghoul ma na oko jakieś siedem lat, nosi moje dziecinne sukienki i rozrzuca kredki w kaplicy pogrzebowej. Nasz ghoul – wierz mi, ja również uśmiecham się, widząc, jak gładko słowo "nasz" spływa na papier – ma na imię Frida. Nie sądzę, abyś do tej pory miał okazję ją zobaczyć, ale jeżeli wpadając na herbatę, czułeś, że obserwują Cię czyjeś wielkie oczy... To musiała być właśnie Frida. Nie pomogło tłumaczenie, że jesteś przyjacielem, a nie pożeraczem małych ghoulek. Frida jest bardzo nieśmiała, dlatego zwykle chowa się, gdy Necronomicon odwiedzają ludzie z zewnątrz. Najszczęśliwsza jest, gdy siedzimy razem w gabinecie: ona smaruje węgielkiem po papierze – co robi bezustannie, odkąd mój brat stryjeczny, Baldwin, uczy ją rysować – a ja porządkuję papierzyska, których wciąż tylko przybywa i przybywa.

Dzisiaj, przeprowadzając korektę ksiąg, dokonałam jednak niezwykłego odkrycia. Odkrycia, które z pewnością Cię zainteresuje. Przewracając stosy faktur i pokwitowań – po tym jak bratanek zmarłego niedawno Roberta Mulcibera, Charles Mulciber napadł brutalnie na Baldwina, zdecydowałam się zerwać współpracę z Olibanum Mulciberów, co kosztowało mnie ogrom papierkowej roboty (Matka mi świadkiem, że powinnam zrobić to dawno temu, ale nawet jasnowidzowie nie przewidzieli, że symbolem rewolucji seksualnej w naszym kraju staną się świeczki ich produkcji!) – znalazłam między rachunkami skrytkę z bazgrołami Fridy. Ghoul jak to ghoul, powiesz, ma swoje ghoule skrytki, schowki i kryjówki, ale jej zawartość przeszła moje najśmielsze wyobrażenia... Bo choć kreska wciąż pozostawia wiele do życzenia, gdy zmrużę oczy, dostrzegam podobieństwo do Twojego szlachetnego profilu, mój drogi! Chyba ktoś się w Tobie zakochał...


Pamiętaj, że zawsze jesteś mile widziany w skromnych progach Necronomiconu: ani ghoulka, ani ja, nie gryziemy,
Lorraine



RE: Sowa Peregrinusa - Lorraine Malfoy - 24.02.2025

—07/09/1972—


Odpowiedź na ten list zabezpieczona zaklęciem ochronnym.


Najdroższy Peregrinusie,

W procesie twórczym, podobnie jak w zakładzie pogrzebowym, granice zbyt łatwo ulegają zatarciu: tak jak zaciera się granica między życiem i śmiercią, tak zaciera się granica między tym, kto jest muzą, a kto jest artystą. Czy to on śpiewa, zastanawiali się Grecy, słuchając śpiewu Orfeusza, odprowadzanego procesją do bram zaświatów, czy jego śpiewem jest sama natura? Nie bez powodu Apollo jest patronem artystów i wróżbitów zarazem.
Zatracając się w przepowiedniach, stajesz się jednym z przyszłością, a przyszłość staje się przez Ciebie – i mimo Ciebie.
Zatracając się w procesie twórczym, możemy stać się jednym ze sztuką. Zakląć między wierszami tego listu dźwięki ulubionego requiem. Zanurzyć pióro w atramencie, gęstym jak skrzepła krew. Stanąć twarzą w twarz ze swoim portretem trumiennym. Sztuka staje się nami, a zarazem czymś większym od nas.

Ale pozwól, że ja zamknę Twoją wielkość w jednym słowie. Wiem. A Ty wiesz, że właśnie to w Tobie tak lubię.

Śmierć musi zazdrościć Ci oczu, Peregrinie. Zazdrości, gdy pogląda na Ciebie wyczekująco otchłaniami swoich trupich oczodołów. Śmierć czeka, cierpliwie, aż spojrzysz w otchłań, ale gdy otchłań spojrzy na Ciebie, aby mrugnąć doń zalotnie – nie ufaj jej. Śmierć to wstrętna rajfurka, która bierze w objęcia każdego bez wyjątku, aby uciec nad ranem, zostawiwszy po sobie chłód zaścielonego całunem łóżka i zwięzły nekrolog – niby list z przeprosinami. Być może jest w śmierci jest coś z artystki, tak jak w artyście jest coś z nekromanty, bo oboje potrafią nadać rozkładającej się muzie nową formę. Ale ja wierzę, że w akcie tworzenia śmierć i życie muszą przenikać się ze sobą. Może dlatego tak wiele mówię o śmierci: jestem boleśnie świadoma tego, że żyję. O czym przecież świetnie wiesz.

Jeżeli masz czas i ochotę się tym ze mną dzielić, bardzo chętnie posłucham, czym się teraz zajmujesz. Sama wahałam się, czy nie zawezwać Cię do Necronomiconu pod koniec sierpnia, zwłaszcza mając w pamięci naszą rozmowę o wydarzeniach na Windermere. Anomalie, których była świadkiem moja kostnica... Peregrinusie, wierz mi, byłeś jedną z pierwszych osób, o których pomyślałam, stojąc nad prosektoryjnym stołem, na którym toczyły bój śmierć i życie. Która z nich zamachała białą flagą? Nie wiem, bo zamiast białej flagi był biały całun. Całun opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem. Cisza wokół przerywana była jedynie obleśnymi, mlaszczącymi odgłosami z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała, które odbudowywało się na moich oczach, kawałek po kawałku. To jak poród, pomyślałam wtedy – śmierć rodząca życie, któremu pisana jest śmierć – poród, tylko na odwrót.

Gotowa byłam podejrzewać, że w mojej kostnicy otworzyło się przejście do Limbo, gdy wysuszone ciało, niemalże niemożliwe do zidentyfikowania, po tym, jak razem z życiem wyssano z niego czas – ciało padłe ofiarą straszliwych sił, o których mówić nie mogę na łamach listu – przeobraziło się na moich oczach w kobietę. Ale to była tylko kolejna, cholerna McKinnonówna, która potraktowała moje prosektorium jako salon piękności! Wciąż lepsze to niż zostać pomylonym z kwiaciarnią (jednemu upartemu Greybackowi notorycznie się to zdarza). Albo z przedszkolem.

Tak, nasza Frida nigdy nie dorośnie, ale na szczęście, nie ma tyle rozwiniętych zdolności kognitywnych, aby rozumieć tragedię swojego położenia. Nie sądzę, aby rozumiała tę tragedię kobieta, która – wzorem reszty ghoulich McKinnonów, mających do dyspozycji kilka dodatkowych żyć – zmartwychwstała w moim prosektorium. Wymiana ciała byłaby ciekawym pomysłem. Nie raz musiałam przyszywać Fridzie paluszki, bo – jak to dziecko – wsadza je tam, gdzie nie trzeba. Wszystkie te zabiegi naprawcze przyjmuje z obojętną wdzięcznością. Być może to zobojętnienie stanowi coś na kształt mechanizmu obronnego. Apatia przebitego szpilką motyla, zakonserwowanego w czasie jak w przezroczystej gablotce kolekcjonera.

Ale kiedy patrzę na Fridę, dociera do mnie, że jesteśmy czymś więcej niż tylko ciałami. Czymś więcej niż tylko motylami. Widzę emocje na jej twarzy, delikatne zmiany w ekspresji, mimice... Wiem, że ma duszę. Dlatego dziękuję za Twój uroczy gest. Wywołał uśmiech na nieumarłej twarzyce Fridy. Upominek tak jej się spodobał, że gdy tylko spuściłam ją na chwilę z oczu, zaczęła tworzyć kolejne arcydzieło na pustej kanwie ścian Necronomiconu... Więc gdy wpadniesz, oczekuj nowego wystroju wnętrz.

Zastanawiam się czasem, Peregrinie, czy myśmy urodzili się starcami, czy zestarzeliśmy się przedwcześnie? Czy pewnego dnia po prostu obudziliśmy się starzy – jak dzieci, które jednego dnia gaworzą, tylko po to, aby następnego wypowiedzieć swoje pierwsze słowo? Czy nasza starość przyszła niezauważenie, gdy czuwaliśmy nad cudzą młodością?

A skoro już mowa o niańczeniu dzieci. Nie wątpię, że zdarza Ci się zerknąć do Proroka, więc zapewne jesteś świadom ostatnich ekscesów mulciberowskiego nasienia. Nie wiem, o co poszło w całym tym zamieszaniu z Baldwinem, bo nie chciałam angażować się w chłopięce przepychanki, ale mam wystarczające pojęcie o charakterze mojego brata stryjecznego, by wiedzieć, o co pójść mogło. Baldwin umawia się z siostrą tego młodego człowieka, więc naturalnie – nie chciał podnosić na niego ręki. Tamten nie miał jednak żadnych oporów przed eskalowaniem konfliktu – pozbył się ich zapewne razem ze wstydem i poczuciem przyzwoitości, tak jak pozbył się w ubrań w sesji dla Czarownicy. Ach, ta młodzieńcza krew, tak gorąca, że aż wrze w żyłach! Tak jak Twoje żyły toczą dar profetyzmu, a trupi jad McKinnonów zawiera w sobie tajemnicę życia wiecznego, tak niektórzy mają we krwi przemoc. Ten zagubiony, młody człowiek ma w sobie nie tylko upodobanie, ale i skłonność do przemocy. Nie wdawaj się z nim w słowne utarczki, jeśli nie musisz, bo cokolwiek knuje, nie wróży to dobrze ani Baldwinowi, ani nikomu innemu, kto staje mu na drodze. Matko broń, jeszcze mistrzowi Dolohovowi narobi nieprzyjemności, gotów wsadzić jedną z tych swoich świeczek tam, gdzie nawet trzecie oko nie sięga.

Lorraine


P.S. Nie śmiałabym się wyzłośliwiać – znów, śmieć, może śmiałabym, ale nie lubię być złośliwa wobec Ciebie. Wszystkie moje złośliwostki zdajesz się przewidywać zawczasu, czyniąc mnie podobną do grabarza, który wpada w wykopany przez siebie grób – tak jak ja wpadam w sidła własnej złośliwości. Złośliwie napomknę więc tylko, że jesteś hipokrytą, panie Trelawney, udzielając mi dobrych rad, do których sam się nie stosujesz. Ale to miłe, że o mnie myślisz.



RE: Sowa Peregrinusa - Isaac Bagshot - 02.03.2025


28.08.1972
Manchester

Perciu,

możesz zatrzymać zdjęcie, ale nie udostępniaj go nigdzie w mediach (ufam, że tego nie zrobisz). Natknąłem się na to stworzenie niedaleko Kniei Godryka. Chce dowiedzieć się czegoś więcej o tej poczwarze.

Isaac



RE: Sowa Peregrinusa - Lorraine Malfoy - 16.03.2025

—07/09/1972—


Ospowiedź na ten list nadeszła w późnych godzinach wieczornych. W kopercie, oprócz listu, znajdował się tomik poezji Keatsa.


Londyn, 7 IX 1972 r.


Mój drogi, jakże drogi Peregrinusie,

przyzwyczajona jestem do bycia słuchaną, ale potrzeba wyjątkowego człowieka, by sprawił, żebym poczuła się usłyszaną.


Dlaczego więc miałabym się gniewać, że zamiast apatycznie mi przytaknąć – zamiast wzruszyć lekceważąco ramionami, zignorowawszy to, o czym piszę  – Ty nie wahasz się rzucać wyzwania mojemu światopoglądowi? Czy dzieliłabym się z Tobą wszystkimi tymi przemyśleniami, gdybym nie była świadoma, że potraktujesz mnie poważnie? Że pochylisz się nad moimi myślami z czułością badacza, sekcjonując każdą z nich w starannej wiwisekcji?

Nie boję się przyznać, że Twoje słowa celnie mnie demaskują. Ty rozdzielasz granice pewną ręką, nadając nazwy temu, co nienazwane, a ja nawykłam obracać się pośród niedopowiedzeń, ślizgać się pośród miriadów znaczeń, nigdy nie mówiąc niczego wprost. Być może całe moje życie wyglądałoby inaczej, gdybym potrafiła mówić wprost.

Nie potrafię.

Jestem chaosem, Peregrinie, i zawsze nim byłam. Może dlatego tak bardzo łaknę porządku.

Odnajduję bowiem bezpieczeństwo pośród czarno-białych pól szachownicy. Pośród klawiszy fortepianu, pośród nut, każda jedna zapisana w partyturze, dokładnie tak, jak winna być zagrana. Czerniejące ciało oddzielam od bieli kości. Biała kartka wsiąka czarny atrament, gdy kreślę list do Ciebie. Wszystkie te rzeczy pomagają mi zachować kontrolę, tak jak Tobie pozwalają ją zachować definicje: odnajduję piękno w ich precyzji, w ich prostocie, w porządku narzuconym przez perfekcjonizm. Sama jednak potrafię żyć tylko w przestrzeni pomiędzy nimi. Zawsze w rozdarciu między tym co białe, a co czarne, więc co innego pozostaje, jak nie szarość.
Zawsze w rozdarciu między kobietą i wilą, bo jak wyznaczyć granicę między nimi, skoro i jedna i druga odpowiada, gdy przyzywasz mnie po imieniu. Tobie odpowiadają jednym głosem, ale rzadko są równie zgodne: dwie primadonny, które walczą o główną partię śpiewaczą, okładając się po głowach batutą wyrwaną z rąk dyrygenta. Gdy Ty mówisz mi "Lorraine", słyszę "Lorraine".


Proszę, wybacz mi więc ignorancję, i to że nie potrafię dyskutować z Tobą na poziomie, na jaki zasługujesz, i do jakiego przywykłeś. To, że posługuję się językiem nieuporządkowanym, nieprecyzyjnym, z własnej, nieprzymuszonej woli trwając w swoistej superpozycji, jak to ująłeś, "stanów sprzecznych i dopełniających się". Trudna jest walka z ograniczeniami, jakie sama na siebie nakładam, i jakie nakłada na mnie otrzymane wychowanie. Mam jednak nadzieję, że Cię nie odpycham – jak materia antymaterię – jak cząstka antycząstkę... Nie, inaczej: mam nadzieję, że Cię odpycham. Że odpychamy się nawzajem, prowokując do zmiany. Do zmiany, która jest – jeżeli dobrze rozumiem – jedyną stałą we wszystkich tych przeciwstawiających się sobie procesach. Zmienić muszę nie swoją naturę, lecz swój sposób myślenia, a tak trudno jest myśleć "odpychaj", gdy natura mówi "przyciągaj".

Tak trudno jest dostrzec granicę "odcięcia" między życiem a śmiercią, gdy stoję na tej granicy. Stoję teraz pewnie, na własnych nogach, pozwalając, aby Twoje słowa spowijały mnie niczym druga skóra, chociaż jeszcze kilka lat temu, odrzuciłabym je – jak wąż odrzuca swą skórę. Odrzuciłabym wyznaczoną przez Ciebie granicę między życiem a śmiercią, bo był taki czas – trudny czas po śmierci mojej Matki, a potem Ojca – że niemal wszystko co kochałam, wydawało się być martwe. Trudno było powstrzymać się przed zacieraniem granicy między życiem a śmiercią, gdy chciałam być martwa, a wszystko dookoła nieustannie przypominało mi o tym, że jestem żywa.

Zawsze widziałam w tym tragedię, że nie potrafię się pogodzić ze śmiercią moich rodziców. Nigdy nie nosiłam po nich żałoby. Nie musiałam. Czułam się tak, jakby dźwigała ich nieumarłe ciała, a odmawiając pochówku tym, których kochałam, odmawiałam im tak naprawdę ulgi zapomnienia. Czułam się tak, jakbym grzeszyła, bo jakaż ze mnie córka, skoro nie pozwalam im odejść? Jakąż byłabym córką, gdybym pozwoliła im odejść?

Ostatecznie oboje robimy to samo. Nie potrafimy pochować naszych zmarłych, bo żyją w nas, a raczej w naszej pamięci: trzymamy ich przy sobie, bo to jedyny sposób, by ich nie stracić. Niech Ci będzie, nie jesteśmy starcami. Oboje dźwigamy starość swych rodziców, tylko Ty dumnie niesiesz ich na plecach, ja skrywam ich wstydliwie w swojej piersi. Wciąż desperacko modlę się, aby być czymś więcej niż wypadkową ich grzechów, bojąc się, że bogowie wysłuchają moich modlitw. Wyzwolenie nie polega bowiem na odrzuceniu przeszłości, ale na tym, by nauczyć się ją nieść, nie pozwalając jej definiować przyszłości. Nawet jeżeli czasem się garbisz pod jej ciężarem, kochany, plecy masz proste. Wierzę, że dałbyś radę ponieść na nich cały świat. Choć wiem, że ja nie dałabym rady, wiem też, że zawsze wyciągnęłabym w Twoją stronę pomocną dłoń, gdyby świat stał się zbyt ciężki, a wędrówka zbyt długa, tak samo jak Ty wyciągasz ją do mnie.


Czy wiesz o tym, że Twoje słowa są mi pocieszeniem? Chcę, żebyś wiedział. Wciąż zdarzają mi się dni, kiedy byłabym gotowa te słowa odrzucić, ale tylko w pierwszym odruchu. W drugim zawsze patrzę na Fridę. Patrzę na nią bardzo uważnie. Przyglądam się jej twarzy, szukając w niej śladów samej siebie, bo to zawsze robię z ludźmi, nie potrafiąc zbliżyć się do nich w inny sposób. Być może to samo robią nasi rodzice, gdy dorastamy. Szukam w niej dziecka, które bawiło się w martwym lesie, pośród kości wisielców. Szukam w niej dziewczęcia, które składało głowę na nagrobku Matki, zamiast na jej kolanach. Szukam w niej kobiety, która żyje pośród trupów, bo wybrała prowadzenie zakładu pogrzebowego. Szukam w niej siebie po to, żeby zabrać z jej małych plecków wszystkie te niepotrzebne ciężary, jakie musiała nieść przez dziesiątki lat swej ghoulej egzystencji. Żeby przypomnieć samej sobie, jak łatwo jest nieść ten ciężar za kogoś, kogo kochamy. Jak łatwo być rodzicem, który nie ciąży na plecach jak wyrzut na sumieniu.

Ty przypominaj mi o granicach. Ty, który stąpasz po nich z ostrożnością, z uwagą – jak gdyby każdy krok wiązał się z nowym odkryciem – nie odwracając wzroku od tego, co trudne do zrozumienia, ale też nie rozrywając zasłon na siłę. Widziałam zbyt wielu ludzi, którzy deptali granice, nie dostrzegając w nich nic poza przeszkodą do sforsowania. Widziałam, jak przekraczali je niczym barbarzyńscy najeźdźcy, jak rozsypywali w pył to, co inni z mozołem budowali wokół, burząc świętości, tylko po to, żeby udowodnić, że mogą zostać zburzone. Tylko po to, żeby udowodnić, że nie ma granic, których by nie przekroczyli. Ty nie forsujesz granic siłą, nie niszczysz ich w imię własnej ciekawości, lecz traktujesz je z respektem, badasz, jak gdyby każda z nich była świętością – nie dlatego, że są nienaruszalne, lecz dlatego, że są potrzebne. Tak samo jak potrzebne mi były Twoje słowa.

Lorraine


PS To był wspaniały wykład, mistrzu Peregrinusie: bądź pewien, że nie uroniłam ani jednego Twojego słowa, a że pozostaję tylko wolną słuchaczką, pozwoliłam sobie zrewanżować się za ten odczyt na swój sposób. Mam nadzieję, że trafiłam choć trochę w Twoje gusta.

PPS Na przenajświętsze łono Matki, oczywiście, że nie Ambrosia.