![]() |
|
[Litha 1972] Krąg ognisk - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Stonehenge (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=149) +---- Wątek: [Litha 1972] Krąg ognisk (/showthread.php?tid=2316) |
RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Felix Bell - 12.12.2023 Felix tuż po tym, jak Elaine zakupiła ostatni rzut, ustawił się trochę za dziewczyną. Z niewinną minął zaczął grzebać po kieszeniach, aż w końcu wyciągnął różdżkę. Trzymał ją wzdłuż ciała, luźno, żeby nie wzbudzać zbytnich podejrzeń. Nie był aż taki głupi, żeby teraz zacząć krzyczeć czy machać różdżką jak dziecko patykiem. Gdy chciał, potrafił być dyskretny. Gdy Elaine rzuciła pierwszą piłką, wyszeptał słowa zaklęcia, pragnąc nieznacznie pomóc wszystkim trzem piłeczkom, by zmienił odrobinę swój tor lotu i uderzyły w sam środek piramidy z puszek. rzut na translokację, na każdą piłkę [roll=N] [roll=N] [roll=N] RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Cain Bletchley - 12.12.2023 Nie mógłby być zły o to, jak Flynn się zachowywał. To znaczy - mógł być, ale musiałby go chyba nie znać, albo musiałby... dało się czuć więź z osobą taką jak Flynn, kiedy przeszkadzało ci to, jaki jest? Jak się zachowuje? Co gra, co jest na poważnie, a co nie? Nie chciał znać ewentualnych scenariuszy, jakie mogłyby się rozegrać, gdyby trafił na podatny grunt, ale wtedy też nie byłby zły. Zawiedziony - tak. Ale nie zły. Zawód, smutki i tym podobne rzeczy były jeszcze przed nimi i to nie był ten dzień. Wesoła Litha, która na razie obdarta była z niechcianych kłopotów (no dobrze, może poza tymi, które Flynn i Fiery się właśnie wplątali, albo raczej: z których się właśnie WYPLATALI) niech taką pozostanie. Z tymi grajkami, którzy sprawiali, że część ducha człowieka chciał podążyć za tą melodią. - Wszędzie kłapiesz o tym dziobem? - Spojrzał na Fiery, która była zagubiona w tej sytuacji. I się nie dziwił. Właściwie to bardzo zabawne, kiedy zobaczysz ciąg przyczynowo skutkowy, jaki się tutaj wydarzył i jak pięknie można natrafić na aż trzech członków służb specjalnych, którzy się nimi wymieniali i żonglowali nimi, jakby było czym. Jakby naprawdę mogli mieć interes do cyrkowców. Cain ten interes miał. I był bardzo personalny. - Przeskrob coś to się dowiesz. - Całkowicie prozaiczne zadania były Caina ulubionymi. Te, w których można było siedzieć w biurze, albo stać i robić dobre wrażenie. Aczkolwiek wcale nie miał zamiaru - i nie chciał - rozmawiać o swojej pracy przy osobie, które nie znał. I w porządku - została w to wciągnięta, albo raczej - on dał się tej parce wciągnąć w ich historię. Była z Flynnem, ale to, że z kimś przebywasz nie oznacza jeszcze, że jest kimś dla ciebie naprawdę bliskim. Właściwie to przyłapanie na wspólnej kradzieży całkiem niewiele znaczyło. - Tylko dlatego, że popełniłeś błąd. Ten portfel należało potem rzucić mu pod nogi i zapytać "hej, to twój portfel?" - Podryw na żołędzia czy innego kasztana była dla słabszych. Prawdziwy podryw zaczynało się od zwracania skradzionych portfeli. Co z tego, że właśnie ta sama osoba go skradła. Szczegóły. - Założę się, że wspaniała potańcówka jest właśnie organizowana w Dziurawym Kotle. - Uśmiechnął się, spoglądając na Fiery, chociaż lekka irytacja poskrobała go w dolną część czaszki. - Jesteś za to odpowiedzialny, Flynn. - Rzucił już śmiertelnie poważnie, spoglądając na Wronę. - Jeśli będę miał problemy za waszą zabawę tutaj i za to, co może się stać twojej znajomej. - Dobrze, to było z jego strony zagranie poniżej pasa, albo powyżej. Ściągnął znów okulary na nochala. My job here is done. Miał wrażenie, że Fleamont jest niespełna rozumu. Ewentualnie pijany. Chociaż nie czuł za bardzo alkoholu - Jak chcecie zostać to się przynajmniej trzymajcie po drugiej stronie Lithy od właściciela guzika. - O ile to był właściciel guzika - w sensie Chester - a nie jakiś inny biedak, który był ofiarą wygłupu tej dwójki. Zrobił dwa kroki w tył i obrócił się, żeby odejść z powrotem w kierunku kręgu ognisk. O ile ta dwójka nie będzie jeszcze czegoś od niego chciała. RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Murtagh Macmillan - 12.12.2023 Dziwne rzeczy robiły z ludźmi te sabatowe wieńce. Przydawały im odwagi, dodawały urody, oczarowywały siłą czy nęciły nadzieją na miłość. Z jakiegoś jednak powodu, kiedy Murtagh nałożył na swoją głowę wieniec, nie poczuł żadnego specjalnego efektu. Przez chwilę poczuł ukłucie rozczarowania. Wszyscy w okół zdawali się odczuwać efekty swoich wieńców natychmiast, z jego siostrą włącznie. On sam jeden nie poczuł zupełnie nic. Skonsternowany zdjął wieniec, popatrzył na niego nieufnie a potem zauważył zmrużony i utkwiony w nim wzrok Agathy i natychmiast założył wieniec z powrotem. Czy to możliwe, że jeśli on nie wierzył w Matkę to i ona przestawała wierzyć w niego? Wcale nie miał ochoty, żeby czarownica doniosła jego rodzicom na tą sytuację, nawet jeśli już dawno przestał być częstym - czy nawet okazjonalnym - gościem w kowenie czy w domu Macmillanów. Uśmiechnął się do Sarah i Leviathana, którzy wydawali się naprawdę dobrze czuć w swoim towarzystwie, zważywszy na to, że chyba dopiero niedawno się poznali a tego samego dnia mieli przysięgać sobie wieczną miłość i zapewniać o intencji wejścia w uświęcony związek małżeński. Cieszyło go to. Mimo tego, że chętnie wepchnąłby Sarę w ramiona kogokolwiek, byle by odciągnąć ją jak najdalej od tego co miało się zacząć dziać na froncie świata magicznego, to jednak cieszyło go, że kandydat na męża został przez nią zaakceptowany. Była w końcu jego młodszą siostrą, miło było patrzeć na jej szczęście. Jego wzrok podążył za wskazywaniem Leviathana i Murtagh pokiwał głową, potem jednak dostrzegł w tłumie błysk blond włosów, gibką kibić i przy niej włosy ciemne niczym smoła i ta twarz... Już sekundę później obie kobiety zostały pochłonięte przez tłum, ale Murtagh był pewny, że mu się nie przywidziało. Co, na samego Slytherina, robiła na sabacie Diana Mulciber, w dodatku w towarzystwie Loretty Lestrange... Czy może też już Mulciber? Obie były dla niego niczym oliwa dolana do ognia - rozpalając go, a jednocześnie grożąc pożogą, która spali wszystko na swojej drodze, pozostawiając sczerniałe popioły. A jednak lgnął do nich, jak ćma do dwóch gibkich, ulotnych płomieni świec, oferujących chwilową jasność i ciepło, w zamian za odebranie mu skrzydeł a może i życia. Odnalazł je niedługo później, niedaleko ognia. Uświadomiwszy sobie co właśnie robi, zatrzymał się stropiony i wpatrzył się w płomienie, jakby wcale ich nie szukał, po prostu przechadzał się po sabacie. Co miałby powiedzieć, podchodząc do nich? Jakie wytłumaczenie miał, aby przerywać im coś, co widocznie było prywatną konwersacją. Wianek okraszał jego głowę, lekko przekrzywiwszy się w drodze a koszula wydała mu się nagle zdecydowanie niestosowna. Czy wyglądał dobrze, i co go to w ogóle obchodziło? Obie kobiety, dla których istniało miejsce w jego sercu były mężatkami i żadna z nich nie była jego żoną. @Sarah Macmillan @Leviathan Rowle @Diana Mulciber @Loretta Lestrange[inny avek]https://i.ibb.co/s6LNb2s/Me-Before-You-Sam-Claflin.jpg[/inny avek] !płomienie RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 12.12.2023 Murtagh MacmillanPłomienie słabną, tylko po to, by za chwilę znów intensywnie zapłonąć. Wśród nich pojawia się postać nieznajomej kobiety; na głowie ma koronę, zaś w dłoniach trzyma niemowlę. Czujesz ulgę, jakby ktoś zdjął z twoich barków niewyobrażalny ciężar. Ktoś bardziej doświadczony otoczy cię opieką i pomoże ci przejść przez trudności.
RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Sebastian Macmillan - 12.12.2023
Odpowiedź na ten post
Czy powinien się martwić? Gdy wykonał krok w kierunku ognisk, gdy faktycznie spojrzał w ich stronę, chcąc zgłębić ich tajemnice... Płomienie zelżały, chowając swe języki pośród kłód drewna, niczym czujny stwór, kryjący się przed obcymi przybyszami. Jeden płomyk powędrował jednak ku górze, przekształcając się w gwiazdę. Nie jak te pięcioramienne, które wycinały dzieci w przedszkolu na Pokątnej. Zwykły, jasny punkcik przypominający te błyszczące na nocnym firmamencie w bezchmurną noc. Spokój. Może takiego potwierdzenia właśnie szukał? Swoistego sygnału od Matki tudzież obietnicy twierdzącego, że wszystko będzie w porządku. Że może zająć się swoimi sprawami i nic mu tego dnia nie zagrozi. Aż nazbyt łatwo przyszło mu zaakceptowanie tej wersji zdarzeń. Należał mu się odpoczynek. Na dobrą sprawę nie tylko jemu; każdemu, kto przez ostatnie wydarzenia nie mógł przespać całej nocy lub co rusz zerkał za siebie z obawy przed tym, że stanie się kolejną ofiarą ataków ekstremistów. Oby ten dzień wszystkim przyniósł ukojenie. Po zagadaniu przez towarzyszącego mu kapłana, Sebastian nie oglądał się przez ramię. Zauważył Alastora; jego oczy nasyciły się jego widokiem. Potem po prostu odwrócił wzrok. Zanurzenie się na moment w kaskadzie wspomnień sprzed paru lat sprawiło, że na jego ustach wyrósł uśmiech. Mógł do niego podejść, zagadać go, zaproponować coś do picia... Czasu jednak w ten sposób nie cofnie. Nie zmieni przeszłości, nawet jeśli jej posmak przynosił mu większą radość niż ulubione wersety czytane podczas obrządków kowenu. Spirala czasu miała jednak to do siebie, że raz się rozchodziła, a czasem ponownie zacieśniała. Może to właśnie w ten sposób dochodziło do takich przedziwnych przypadków jak zetknięcie się dwóch znajomych ze szkoły na drugim końcu świata lub spotkanie kogoś z rodzinnego miasta po latach rozłąki w najbardziej nietypowym miejscu pod słońcem. W przypadku Sebastiana i Alastora zaciśnięcie pętli nastąpiło, gdy ten drugi złapał pierwszego za togę... Serce podskoczyło mu do gardła, gdy poczuł obcą dłoń ciągnącą go za ubranie ku ziemi. Instynktownie zdzielił mężczyznę po dłoni. Wtedy jednak dojrzał pustkę w jego spojrzeniu i znajome rysy twarzy, które wprawiły go w zakłopotanie. Czerwieniąc się na twarzy, złapał Moody'ego za rękę, pomagając mu złapać równowagę. — Alastor? — Zmarszczył brwi, próbując złapać z aurorem kontakt wzrokowy. — Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczył ducha. — Iście wyborny żart biorąc pod uwagę profesję Macmillana. — Chcesz usiąść? Musisz usiąść. Chodź, usiądziemy razem. Rozejrzał się boki, kompletnie ignorując kapłana Raphaela, który zdążył już wrócić do przesłodzonej rozmowy ze starszymi czarownicami. Oczywiście... Lepiej było rozszerzać swoją siatkę koneksji pośród stałych bywalców, niż pomóc komuś, kto ewidentnie potrzebował teraz wsparcia! Niech tylko Najwyższa Kapłanka się o tym dowie... Sebastian przeklął w myślach, zaraz jednak przepraszając wszystkie znane mu bóstwa za swoje słownictwo. — Jesteś... Jesteś w pracy? — spytał, rozglądając się na boki. Jednocześnie poprowadził Alastora do kilku sporych pniaków, które na sabacie służyły za krzesła. — Ktoś z tobą przyszedł na... — Obchód? Czuwanie? — Patrol? Otaksował uważnym wzrokiem twarz Moody'ego. Czy aurorzy w ogóle mogli teraz pracować na własną rękę? Po Beltane powinni wręcz wymagać tego, aby pracownicy poruszali się w dwójkach. RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Theon Travers - 12.12.2023 Wiedział, że sprawa, z którą zwrócił się do Camille nie była prosta. Miał czas na to, żeby zebrać na ten temat nieco informacji. Bardzo pomocną okazała się w tym przypadku wiedza, którą w zakresie klątwołamania posiadała jego matka. Niezadowolona - swoją drogą jak zwykle, kiedy w grę wchodziły kontakty z tym konkretnym dzieckiem - nie odmówiła Theonowi pomocy. Ostatecznie przecież był wciąż jej synem. Biorąc pod uwagę powyższe, logicznym jest, że od blondynki nie oczekiwał rzeczy niemożliwych. Theon nie liczył na to, że samo spotkanie, stanięcie z nią twarzą w twarz, zdoła rozwiązać problem. Chciał jedynie aby wreszcie zainteresowała się jego osobą. Faktycznie spróbowała udzielić mu obiecanej pomocy. Albo po prostu poleciła poszukać jej gdzieś indziej. Kiedy podała mu kolejnego papierosa, przyjął go. Pierwszego zdążył w międzyczasie wypalić, jego resztki zrzucając na ziemię. Gasząc z pomocą buta. Nieszczególnie przejmował się przy tym, w jaki sposób ten brak poszanowania dla matki natury miałby zostać odebrany przez innych, którzy pojawili się na sabacie. - Nie oczekuje cudów. - rzucił w jej stronę. Następnie przy pomocy swojej benzynówki spróbował odpalić papierosa, którego końcówkę umieścił pomiędzy wargami. W jednej dłoni trzymał zapalniczkę, drugą papierosa osłaniał. Dla ułatwienia sprawy. Kiedy wszystko mu się udało, zapalniczka wróciła z powrotem do kieszeni spodni. - Powiedzmy, że za szpitalami jakoś tak nieszczególnie przepadam. - co miał jej na to powiedzieć? Inni na jego miejscu już dawno zgłosiliby się ze swoim problemem do Munga. Theon na to nie mógł sobie pozwolić. Pojawienie się w tym miejscu, mogło wiązać się ze zbyt dużym ryzykiem. Nie chciał go podejmować. - Rozumiem, że tych niezbędnych narzędzi nie byłabyś w stanie zorganizować na jutro? - dopytał, przenosząc spojrzenie na jakąś parę, która akurat teraz zaczęła się obściskiwać. Następnie na matkę, przemierzającą teren sabatu ze swoim dzieckiem. Na młodego mężczyznę, który usiłował zarobić, prezentując jakieś proste sztuczki. Nie wyglądał znowu najgorzej. - Ile by to miało potrwać? - musiał to wiedzieć, potrzebował otrzymać wreszcie z jej strony jakieś konkrety. Ciągłe zbywanie męczyło go bowiem równie mocno co sama więź. Jeśli miał czekać, musiał być w stanie Camille zaufać. Musiał widzieć jakiekolwiek postępy w sprawie. Spojrzał ponownie na Camille, kiedy zaproponowała namiary na sklep z eliksirami. Rozwiązanie nie najgorsze, ale nie chciał być od nich uzależniony przez dłuższy okres czasu. Ostatnim czego potrzebował, było dorobienie się jakiegoś uzależnienia, które dodatkowo odbiłoby się na jego życiu. Wbrew temu, co na jego temat mówiono, posiadał jakiś rozum. Potrafił od czasu do czasu skorzystać z głowy. Nie było tak, że wykorzystywał ją tylko do tego, aby jeść. Poza tym istniało też inne ryzyko - cholera jedna wiedziała, jak wpłynie na niego jednoczesne przyjmowanie dwóch różnych eliksirów. - Podejrzewam, że dzisiaj sklep i tak byłby zamknięty. - zauważył. Święto było świętem. Ludzie mogli odpocząć od pracy, spędzić czas z rodziną, znajomymi. On pewnie też powinien wreszcie o tym pomyśleć... - Rozumiem, że proponujesz swoje towarzystwo? - zareagował, kiedy wskazała na namioty. Co miał do stracenia? O ile gorszy mógłby okazać się ten dzień? Jedna czy dwie kolejki. No dobra, może trzy albo dziesięć. Głowę miał raczej mocną, a procenty mogły nieco poprawić humor. Kiedy Camille postanowiła mu odmówić, pożegnał się, decydując na odwiedziny u brata. Postać opuszcza sesję RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Bard Beedle - 12.12.2023 - Naprawdę? - zapytała, unosząc nieco brwi. Nie oczekiwał cudów, więc przylazł za nią jak stalker na sabat? Camille pokręciła głową, rozluźniając mięśnie karku. Zaczynał ją boleć od tego ciągłego wpatrywania się w oczy Yaxleya, który był od niej dużo, dużo wyższy. Blondynka westchnęła i spojrzała w stronę namiotów, ściągając nieco brwi. Udało jej się uciec przed jednym psycholem, trafiła na kogoś gorszego. A może i nie? Ponownie zadarła głowę. Kim był Theon Yaxley, który przed nią stał? Kim się stał i co robił do tej pory? Jakie skrywał tajemnice? W zastanowieniu zaciągnęła się papierosem. I tak będzie musiał jej wszystko powiedzieć. Jak na spowiedzi. - Nie jestem. To mój czas wolny, cenię sobie oddzielanie pracy od życia prywatnego. Dla ciebie, Theonie, robię wyjątek ze względu na łączące nasze rodziny stosunki - chciała, by to wybrzmiało, by ta granica została jasno nakreślona. Nie robiła mu przysługi, bo go lubiła. Nie robiła mu przysługi, bo chciała go polubić. Poświęcała mu czas tylko i wyłącznie dlatego, że nie miała innego wyjścia. W innym przypadku przegoniłaby go jak natrętną muchę, każąc wrócić jutro. - Nie wiem. Najpierw muszę z tobą porozmawiać. Potem zbadać, ale do tego potrzebuję narzędzi. Dwa dni, góra cztery. W międzyczasie będę myśleć nad twoim przypadkiem. Możliwe, że będę musiała kupić kilka rzeczy, na które będzie trzeba poczekać. Powiedziała spokojnie, robiąc odpowiednie pauzy między zdaniami. Nie chodziło o to, by jej wypowiedź nabrała dramatyzmu. Pragnęła po prostu zachować jednolity, chłodny ton. Papieros zdążył wypalić się do połowy, a ona dopiero co przed chwilą zaciągnęła się nim po raz pierwszy. Strzepnęła z irytacją popiół na ziemię. - Możliwe, że będzie, ale nie mam nic przy sobie - wzruszyła ramionami. Ona nie uznawała czegoś takiego jak zamknięty sklep z eliksirami. Gdy potrzebowała, to wchodziła oknem. Metaforycznie, oczywiście. - Rozwiązanie twojego problemu może potrwać kilka dni lub kilkanaście, w zależności od tego, co ci dokładnie jest. Nie mam zamiaru cię okłamywać, Theonie, musisz mi zaufać, że zrobię wszystko co mogę, by skrócić czas oczekiwania. Powiedziała, nieco łagodząc rysy twarzy. Jeżeli miał jej zaufać - a przecież nie miał wyjścia - to nie mogła patrzeć na niego wilkiem. Chociaż ciężko jej było panować nad mimiką w tym tłumie, wśród biegających i dokazujących dzieci czy obściskujących się par. - Nie, nie będę ci towarzyszyć. Czekam na kogoś, poza tym od dzisiaj jesteś moim pacjentem, mam nadzieję że rozumiesz, czemu odmawiam - nie miała wyrzutów sumienia, to on ja śledził, nie ona go zaprosiła. Dopaliła papierosa i strzepnęła żar, tlący się przy filtrze. Zgniotła go obcasem. Zanim Yaxley odszedł, chrząknęła znacząco. - Jeszcze jedno. Mam nadzieję, że to był ostatni raz, kiedy mnie nachodzisz w takiej sytuacji - jej oczy były niezwykle poważne, ciepło gdzieś zniknęło. Nie było w nich jednak agresji czy groźby. Wyłącznie determinacja. - W innym przypadku drzwi mojego domu zawsze będą dla ciebie otwarte, lecz musisz się zapowiedzieć, żebyś mnie tam zastał. Nie zatrzymywała go dłużej, pozwalając odejść. Jeszcze przez chwilę patrzyła na plecy odchodzącego Theona, bezwiednie sięgając po kolejnego papierosa. Miała zapalić góra dwa, paliła już czwartego dzisiaj. Nieco trzęsącą się z emocji dłonią, bo było to dla niej ogromne wyzwanie, by w ogóle przeprowadzić tę rozmowę w należyty sposób, odpaliła ćmika i odeszła z powrotem w stronę płomieni. Czas było w nie w końcu zajrzeć, to co się działo dzisiaj przechodziło jej pojęcie. !płomienie RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 12.12.2023 Camille DelacourKształt był niejasny i zdeformowany - dopiero po dłuższej chwili udało ci się dostrzec w płomieniach charakterystyczną dla magów Wizengamotu togę. Rodzi się w tobie przeczucie, że wreszcie dokona się sprawiedliwość. Pozostaje tylko jedno kluczowe pytanie - czy dosięgnie ona ciebie, czy twoich wrogów?
RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Leon Bletchley - 12.12.2023 — Bo tak jest. — Nie zaprzeczył. Przez wzgląd na długą znajomość z Olivią chciał wierzyć, że jego wszystkie dziwactwa nie są postrzegane przez nią jako coś negatywnego. — Raz udało ci trafić i tu już można mówić o szczęściu. Co się stało? Nie powinnaś przeklinać. — Jeśli o kimś mógł powiedzieć w kwestii bycia pechowcem to o sobie. Następnym razem z pewnością pójdzie jej lepiej, on natomiast nie będzie w stanie trafić niezależnie od tego, ile razy będzie próbować. Samymi chęciami nie wygra dla niej tej maskotki. Chciał zrozumieć, co się stało i dlaczego tak zbladła jakby zobaczyła ducha. O wyczynach swojej przyjaciółki nic nie wiedział. Przekleństwa nie pasowały do kobiet. Dotyczyło to również Olivii. — Co mam zrobić w takim razie? — Jak przystało na rycerza na białym koniu chcącego wybawić z opresji księżniczkę postanowił spełnić jej prośbę. — Kto dokładnie? Wystarczająco w prawo? Teraz dobrze? — To nie powstrzymało go przed zadaniem tego pytania, czemu towarzyszyło przesuwanie się we wskazanym przez nią kierunku. Liczył, że będzie to wystarczająco. — Od razu mogliśmy tam iść, jak tylko pojawiła się ta osoba. Chyba nie umiem ci odmawiać. — Stwierdził z cichym westchnięciem. Odejście stąd było prostsze, niż podejmowanie próby schowania się za nim. Zgodził się na to, by odeszli w stronę ogniska. Bez tego chciał do niego podejść, spojrzeć w płomienie i poznać swój los. !płomienie RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 12.12.2023 Leon BletchleyW pożodze dostrzegasz dwa skrzyżowane ze sobą w walce miecze; zdaje ci się, że nawet płonące polana trzaskają w tym samym momencie, w którym klingi się ze sobą ścierają. Czujesz, jak wypełnia cię determinacja - twoja walka jeszcze się nie skończyła.
|