Secrets of London
[Litha 1972] Krąg ognisk - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Stonehenge (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=149)
+---- Wątek: [Litha 1972] Krąg ognisk (/showthread.php?tid=2316)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38


RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Sebastian Macmillan - 07.01.2024

Odpowiadam na ten post.

Gdyby nie sama intensywność ich ''powitania'' Sebastian być może określiłby zachowanie Alastora desperackim. Oto, na Lithcie w roku 1972 znany Auror uczepił się pierwszego z brzegu kapłana, jakby stanowił jego ostatnią deskę ratunku przed odpłynięciem w ciemność. Iście poetyckie. Na takie rozważania Macmillan nie miał jednak czasu. Wysnuł tylko jeden prosty wniosek: coś było nie tak. Nie wiedział co dokładnie, co było tego przyczyną i czy mógł w jakikolwiek sposób pomóc. Ale to był Alastor, a pomięcia na szacie nie miały w tej chwili najmniejszego znaczenia, w porównaniu z tym, że Auror wyraźnie potrzebował jakiegoś wsparcia.

Nic się nie stało. To ja przepraszam. — Instynktownie zdzielił go chwilę wcześniej po ręce, a przecież po prostu potrzebował pomocy. — Zdarza się.

Robił, co mógł, aby zachować pozory opanowania, podczas gdy Alastor dochodził do siebie. Siedział wyprostowany na pieńku, z dłońmi opartymi na kolanach. Co rusz chwytał za materiał spodni tylko po to, aby zaraz go wygładzić. Może podświadomie próbował sobie w ten sposób zapewnić poczucie komfortu, kontroli nad przebiegiem tego nieoczekiwanego spotkania, w jakie został uwikłany? Wypuścił powietrze z płuc. Samo to, że ich ścieżki ponownie przecięły się było dla niego sporym zaskoczeniem.

Jak dotąd aktywnie nie dążył do spotkań z Moodym. Dla własnego dobra trzymał się na dystans, o ile istniała taka możliwość. Dzięki temu utrzymywał emocje na wodzy, nie pozwalając przeszłości wypłynąć na wierzch w najmniej spodziewanym momencie. Pokusa, aby dać się porwać jej falom, mogłaby wtedy okazać się nie do zniesienia. Bądź co bądź, każdy człowiek nosił w sobie mniejsze lub większe pokłady arogancji. W przypadku Sebastiana wiązało się to z przeświadczeniem, że odrobina inicjatywy z jego strony mogłaby na nowo powołać do życia to, co oboje postanowili pochować pod koniec tamtego gorącego, parnego lata.

Wydawało mu się, że go zna. Może nie byli obecnie dla siebie nawzajem bohaterami pierwszego planu w swoich opowieściach, jednak pamięć o tym, jaki powinien być Alastor, nie była dla Sebastiana czymś odległym. Ilekroć obraz Aurora pojawiał się w jego głowie, najpierw widział tamtego młodego czarodzieja, który odbierał go z dworca w Edynburgu. Pełnego życia, zdecydowanego i wypełniającego każdy kąt energią, przed jaką nie można było się ukryć. Pobudziła do życia nawet takiego introwertyka jak ja, więc musi być potężna, zauważył bezwiednie. Alek, którego miał teraz przed oczami nie wpisywał się w tę wizję. Zazwyczaj diabeł tkwi w szczegółach, jednak w tym momencie to całokształt podpowiadał, że coś było nie w porządku.

Uspokoić się. — stwierdził, pochylając się w jego stronę. Najprostsza, a zarazem najtrudniejsza rzecz na świecie, czyż nie? Bo kontrola emocji była czymś, co każdej istocie ludzkiej przychodziło nie tylko z łatwością, ale wręcz przyjemnością.— Na dobry początek wystarczy kilka głębokich oddechów. A potem szklanka zimnej wody.

Nerwowy uśmiech sugerował niepewność, jednak spojrzenie ciemnobrązowych oczu zdradzał przede wszystkim troskę. Pomimo rezerwy, nie potrafił po prostu odwrócić się do Alastora. Instynktownie chciał wyciągnąć do niego rękę; tym razem dosłownie i w przenośni. Jego dłoń zawisła w powietrzu, jednak po chwili zacisnęła się w pięść, aby zaraz wrócić na kolano. Sebastian chwycił za pieniek, na którym siedział i uniósł się nieznacznie, aby zaraz zbliżyć się do Moody'ego. Nie uderzył go zapach alkoholu czy innych używek, jakie byłby w stanie rozpoznać po zapachu. Mimowolnie pomyślał, że stan Aruora mógł mieć z tym związek, jednak gdy nie znalazł na to fizycznego dowodu, poczuł się skonfundowany.

Powinienem kogoś poszukać, czy poradzimy sobie z tym razem? — Mimowolnie przeklął się w myślach za taki dobór słów. Nie mógł ich jednak cofnąć. — Możemy tu po prostu posiedzieć. Nie spiesz się. Nie jesteś zobligowany do tego, aby robić cokolwiek. — Miał do czynienia z kompletną niewiadomą, a na horyzoncie nie widział Harper Moody, ani nikogo kogo kojarzył, chociażby z widzenia z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Longbottom i Steward to jednak mieli świetne wyczucie czasu. Próbował jednak trafić jakoś do Alastora, licząc, że dzięki temu się uspokoi, a nie jeszcze bardziej nakręci. — Nie musisz nawet nic mówić. Jeśli nie chcesz.

Mówił cicho i łagodnie, nie spiesząc się z żadnym słowem. Jego głos był niski i spokojny; podświadomie wrócił do tonu, jakie używał w rozmowach z wiernymi, gdy opiekował się miejscem kultu Matki lub po prostu miał do czynienia ze stałymi bywalcami głównej siedziby kowenu. Spojrzał ponad ramieniem Alastora w dal. Starał się nie łapać kontaktu wzrokowego z innymi gośćmi, jednak czasem nie dało się tego uniknąć. Skupili na sobie uwagę innych. Ilekroć spojrzenie Macmillana krzyżowały się z czyimś wzrokiem, kiwał tej osobie głową, aby zaraz przekrzywić głowę w bok.

Ktoś przyszedł tu z tobą? — ponowił po jakimś czasie pytanie.



RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Septima Ollivander - 07.01.2024

Jej oczy zaogniły się paniką.
Timmy obserwowała poczynania nieznajomej z paprotką na głowie, dziergając w drutach wyobraźni historię zrodzoną z horroru, którego nie chciała być bohaterką.
—Och...— wydała z siebie mimowolnie, widząc jak rzucone przez dziewczynę zaklęcie nie przynosi żadnego efektu... chyba, że zamierzonym efektem było nic, wtedy chapeau bas.
Timmy nie miała już czasu ryzykować kolejnym zaklęciem rzucanym w ferworze emocji — w cieniu sabatowego ogniska, gdzie płomienie tańczyły jeden z wielu tańców, podwinęła sukienkę i kucnęła zbliżając się do żarzących się węgli. Jej oczy, lśniące skupieniem niczym drobne gwiazdy, uważnie obserwowały migoczące iskry, szacując dystans między ogniem, palącym węglem a bransoletą. Ściągnęła wianek, w duchu żegnając się z kilkoma ważnymi kosmykami na głowie i rozłożyła się na ziemi, wyciągając rękę. Ruch jej dłoni był ostrożny, acz daleki od powolnego, gdy sięgała po drewniany przedmiot, który spoczywał tuż pod rozżarzonymi resztkami drewna. Powietrze wokół było ciężkie od zapachu palonego drewna i żywicy, a ciepło ognia oplatało jej skórę niczym buchający, piekielny oddech smoka (mówiąc o smokach, cholera, lepiej żeby Levi z Sarką jej teraz nie widzieli).
Kilka oddechów, rozciąganie ręki i opuszki palców, smyrające po trawie i sięgające węgielków. Bransoleta nagle zaczęła mienić się czerwoną wiązką, ale!!
Udało się!
Złapała ją, parzącą i ubabraną między palce, które bardzo chciały puścić, ale nie dopóki była bezpieczna, z dala od jadowitego ognia.
Wtedy też, jak na złość podłego losu, jej oczom ukazała się przerażającą twarz samej Szeptuchy. Timmy o mało znów nie wypuściła przedmiotu z łap, ale tym razem udało się jakoś zachować pozory rezonu.
— Uczucia wypalają się jak świece; z twoim będzie tak samo. Wkrótce pojawi się nowa iskra; dzika, niebezpieczna i brudna. Bądź ostrożna.
Gdy zamrugała nieprzytomnie oczyma, jej już nie było.
Dzika i niebezpieczna iskra?! Uczucia wypalają się jak świece?!
Otarła dłonią zroszone potem czoło i policzki; bransoleta zaś, wylądowała w kieszeni, bezpieczna.
— Przepraszam — przebąknęła nieswojo, po raz pierwszy patrząc w oczy nieznajomej. Wyglądała młodo, wręcz młodzieńczo, nawet z tymi dzikimi cieniami szalejącymi po jej twarzy. Timmy nawet nie była już pewna jak i kiedy się to wszystko zaczęło — czuła niemożebną ulgę w sercu wiedząc, iż jej talizman był wciąż bezpieczny. Dlaczego jej tak na tym zależało? Przecież mogła zrobić nowy. Levi o niczym by nie wiedział... o ile w ogóle nosił swój. Miał powody dla których równie dobrze mógł odłożyć przedmiot na półkę z czystego sentymentu. A może powinno było wylądować w koszu?
— Dziękuję za pomoc. Mam na imię Septima— podała dziewczynie usmoloną rękę, usta wykrzywiając w pociesznym uśmiechu  — może się czegoś napijemy?

Postacie opuszczają sesję



RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Persephona Degenhardt - 07.01.2024

Nie byłaś pewna jego nowej pracy, nie za bardzo wiedziałaś, czy nie przysporzy ci to problemów w końcu twój biznes, który prowadziłaś na Nokturnie był przykrywką do tworzenia niebezpiecznych i podłych klątw. On miał być teraz przykładnym obywatelem świata czarodziejów. Nie wnikałaś w jego plany, nie wnikałaś w jego umysł, bo wiedziałaś, że będzie cię chronić za wszelką cenę, tylko to jedyne nie sprawiało, że chciałaś go wykopać ze swojego życia.

Prychnęłaś na jego słowa, gdy zakpił sobie z twoich pazurów i poprosił o drapanie. Zamiast tego po prostu przejechałaś bardziej delikatnie po jego plecach, aby zaswędziało go bardziej. Uśmiech na twoich ustach, którego nie mógł zobaczyć stał się bardziej podły. Nie mogłaś mu zrobić tutaj krzywdy, bo patrzyli na was ludzie, ale mogłaś mu przysporzyć dyskomfortu.

Gdy majtał tobą zbliżając się do ognisk próbowałaś się utrzymać w normlanej pozycji, ale to nie było proste, bo mężczyzna po prostu z ciebie kpił, żartował. Z ust wydostało się ciche, niezadowolone warknięcie, ale ostatecznie wylądowałaś na ziemi tuż przy płomieniach. Chciałaś go znowu zbesztać, wbić mu pazura w oko, ale spojrzałaś w płomienie i po prostu ukazała ci się twoja przyszłość.

– Chodźmy stąd. Wolę być w domu. Ci ludzie są tacy żałośni, że ich sama obecność w tym miejscu powoduje u mnie mdłości – nie mówiłaś cicho, zapewne ktoś mógł cię usłyszeć, spojrzeć na ciebie nieprzychylnie, ale cię to nie obchodziło. Złapałaś mocno za dłoń twojego męża i ruszyłaś z tego przybytku niedoli, aby przenieść się na Nokturn.


!płomienie

Razem z Hadesem
Postacie opuszczają sesję



RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 07.01.2024

Persephona Degenhardt


Kiedy tylko spojrzałeś w ogień, płomienie buchnęły w górę. Z początkowego chaosu wyłonił się rydwan ciągnięty przez dwa konie. Przez twoją głowę przemknęła myśl o podróży; dokąd chcesz się udać? Jakie wspaniałości zobaczyć? Co ze sobą przywieźć? Kogo zabrać?



RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.06.2024

Geraldine siedziała sobie przy stoliku i piła piwo. Jej nowy kolega Lucky Luke gdzieś uciekł, została więc sama ze swoim nowym życiowym towarzyszem. Cukier, psidwak którego sobie przywłaszczyła okazał się być wspaniałym kompanem. Nie zastanawiała się szczególnie nad tym, co czuła dziewczynka, która go zgubiła, średnio ją to obchodziło. Lepiej dla tego zwierzaka, że znalazł sobie właściciela, który będzie potrafił o niego zadbać - przynajmniej w ten sposób tłumaczyła sobie swoje zachowanie, a że była zmęczona, nie do końca była sobą, to skorzystała z okazji. Pierodła na pewno ucieszy się z towarzystwa, nie będzie się sam nudził w domu. Dwa psy, czy tam jeden - żadna różnica. Będzie musiała poinformować Triss o tym, żeby przysyłała im więcej jedzenia dla psów. Skrzatka dbała o to, aby u niej w domu nikt nie był głodny. Miała szczęście, że tak chętnie o nich dbała.

Może Cukier nie odpowiadał na jej żadne pytania, jednak siedział z nią przy tym stole, jakby znali się od lat. Jak na to, co przeżyła na tym statku było to naprawdę oczyszczające. Głaskała psa i piła przy tym zimne piwko, nie myślała o wszystkich problemach, które ostatnio ją przygniatały. Było jak dawniej, jak wtedy kiedy faktycznie była szczęśliwa. Jej myśli zaczęły wędrować ku tym sabatom, które pamiętała. Bardzo często pojawiała się w tym miejscu ze swoim bratem bliźniakiem, to już nigdy nie wróci, okazało się bowiem, że sprawy nieco skomplikowały.

Wczoraj dowiedziała się, że nie ma dla niej przyszłości, że ona nie istnieje. Było to nieco wstrząsające, bo nawet obojętna i odważna jak sam skurwysyn Geraldine przejęła się tymi słowami. Przytuliła mocniej psa do siebie, bała się. Cholernie bała się, że to jeden z jej ostatnich sabatów, że nigdy więcej nie pojawi się na podobnym wydarzeniu, że ludzie o niej zapomną. Było to przecież prawdopodobne.  Nie miała pojęcia, jak ogarnąć ten temat, znaczy zaczęła pytać znajomych, byli chętni do pomocy, ale co jeśli nie zdąży o czasie wszystkiego załatwić. Jeśli nie ustali informacji przed tym, jak to coś, co na nią polowało ją zabije.

Sięgnęła po papierosa i wsadziła go sobie w usta. Chciała przestać o tym myśleć, korzystać z tego dnia, święta. To jednak wcale nie było takie łatwe. Te myśli ciągle ją nawiedzały. Do tego wszystkiego w tłumie nie znalazła żadnej znajomej twarzy, czuła się więc okropnie samotna. Pozostawiona sama sobie. Dobrze, że znalazła tego psa, który był tak przyjemnie ciepły, gdy siedział na jej kolanach. Troski uciekły chociaż na chwilę, gdy go głaskała.

Dopaliła papierosa i dopiła piwo, rozejrzała się jeszcze po okolicy. Nadal nie widziała nikogo znajomego. Może był to znak, że nic tu po niej, że może powinna zmyć się z tego miejsca i udać do domu, żeby trochę odetchnąć. Rzadko kiedy wybierała taką opcję. Nie lubiła siedzieć w domu, bo w domu przecież umierali ludzie, a ona chciała żyć.

Wreszcie wstała od stolika, postanowiła się przejść jeszcze po okolicy z psem, chociaż nie chciała spędzić tutaj zbyt wiele czasu. W końcu wyszła z terenu sabatu, aby wreszcie teleportować się do swojego mieszkania. - Słońce, to może być niezbyt przyjemne, ale w ten sposób znajdziemy się tam najszybciej, przedstawię ci twojego nowego braciszka, i nowy dom. - Powiedziała jeszcze do psidwaka nim się deportowała.


Postać opuszcza sesję