![]() |
|
1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Limbo (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=62) +---- Wątek: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV (/showthread.php?tid=1246) |
RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Mavelle Bones - 08.06.2023 Ryzyko zawsze było obecne w życiu Mavelle. Ryzyko i poświęcenie – ktoś musiał czuwać, by ktoś inny mógł spać. Miała to wręcz we krwi; i choć teraz zaglądała w oczy śmierci tak głęboko jak nigdy dotąd, to opcja, w której rezygnowała, po prostu nie istniała. Ani teraz, ani nigdy, zwłaszcza że szczerze wierzyła, iż postępowali teraz słusznie. Że droga, jaką obrali, naprawdę prowadziła do przeszkodzenia Voldemortowi w jego planach i zapobieżenia skutkom, przed którymi ich ostrzegano. Im dalej w to brnęli, tym dziwniej się robiło. Wir wszystko wciągał, lecz oni sami zdawali się być całkiem na niego odporni. … dlaczego? I jeszcze te płomienie! Zamarła na chwilę – zapewne zbyt długą – mimowolnie dając się zahipnotyzować. Płomienne kształty. Własne odbicie, odbicie bliskich, w końcu swego rodzaju ból, gdzieś w środku, gdy zdała sobie sprawę z tego, iż ujrzała również i jego. Wybrała go tej nocy, ale i też wybrała dawno temu, a w przyszłości…? Och, o ile będzie przyszłość. Smak swoistej tęsknoty prawie przytłaczał – prawie, bo w ogniach kryło się o wiele więcej niż tylko to. Cała przeszłość, wybory, jakie podjęła, gorycz i słodycz mieszające się ze sobą… Pojawienie się postaci wytrąciło ze stanu transu, ale to nie tak, że odruchowo nie wyciągnęła dłoni w stronę jakże znajomej postaci. Wujek?! Co on tu robił, czyżby nie tylko ich trójka wbiegła w ognie…? Zaraz. Zaraz. Slowa Victorii. Inni też tu kiedyś przyjdą. Poczekacie. Cofnęła się, czując, jak zaczyna brakować tchu. Nie. Nie. Nie. - Jesteś złudzeniem – wyrwało się jej, niemalże błagalnym tonem – bo przecież chciała usłyszeć zapewnienie, że tak naprawdę to jakiś wytwór umysłu, iluzja, a nie bolesna prawda. Bo to nie mogła być prawda. - Kto…? – niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu, gardło się zacisnęło. Świat zaczął się rozmywać; zamrugała szybko parę razy, łapiąc gwałtownie oddech. Była Brygadzistką. Była członkiem Zakonu. Nie mogła się rozsypać tu i teraz, nie, gdy… … zmusiła się, by spojrzeć dalej. Dwie sylwetki pośród płomieni. Gniew. Poczucie niesprawiedliwości. Zatrzymać to szaleństwo. Nie wiedziała, czy to coś da. Może to daremna próba, skazana z góry na niepowodzenie, a może… musiała spróbować. Wyminęła płomienie, skupiając się na tamtych sylwetkach. Machnięcie różdżką, nadające kształt zaklęciu… Rzuty na kształtowanie: lina, która ma opleść widziane sylwetki i wyszarpnąć je spośród płomieni i z wiru. [roll=Z] [roll=Z] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Eutierria - 11.06.2023 Victoria próbująca oczyścić swój umysł z wpływów z zewnątrz musiała pogodzić się ze smakiem porażki – bo te wszystkie sceny, których doświadczała, wcale nie chciały zniknąć. Nie słyszała już żadnych podszeptów, nie czuła nagłej potrzeby wbiegnięcia w jakieś miejsce, zrobienia czegoś. Kontrolowała swoje ciało, swój umysł, swoje poczynania, ale wciąż widziała. I wszyscy inni też widzieli, te postacie kształtujące się w ogniu, te płomienie tańczące wokół Śmierciożerców. Patricku, widziałeś ich pomiędzy tymi płomieniami dosyć wyraźnie. Śmierciożercę rzucającego jakieś zaklęcie i Lorda Voldemorta kontrolującego ten ogień kamieniem wykradzionym z domu rodziny Shafiq. Skała, która rzekomo pochodziła z kosmosu, była opleciona tym, co Voldemort czerpał z ziemi wraz z błękitnymi płomieniami – jasnymi nićmi, przywodzącymi ci na myśl, przynajmniej kolorystycznie, odcień szarości, z jakich zbudowane były ciała duchów. - Cierpliwość jest cnotą, Victorio. Powinnaś rozumieć to, skoro doszłaś do kresu swojego materialnego istnienia. Jak inaczej oddawać się sztuce alchemicznej, niż dając substancjom czas? - Tak skupiony, tak oddany sprawie, nawet do swojej ostatniej chwili... Zawsze będziesz moim synem, nawet gdybyś bardzo tego nie chciał. - Nie jestem złudzeniem, po prostu wszyscy doznaliśmy końca, Mavelle. Nie musisz już przejmować się tym wszystkim, co zajmuje twoją głowę, możemy zaznać spokoju. Złapali was za przedramiona i wtedy poczuliście się dziwnie. Momentalnie zasłabliście, oddając się uczuciu słabości, ale i spokoju. I na ten krótki moment to wydawało się takie proste – pójść tam z nimi i zobaczyć co jest dalej, ale z marazmu wyrwały was ich wspomnienia. Victoria ujrzała swoją babkę, ostrożnie przenoszącą ciemnoczerwony kamień do rąk nieznanego jej mężczyzny. Stworzyła coś, czuła dumę i chciała podzielić się tym z kimś jej bliskim. Kim był ten starzec...? Pochyliłaś się nad tym kamieniem i zobaczyłaś w nim wir. Nowe doświadczenia pozwoliły ci zrozumieć, że była to płynąca w nim energia. Patrick ujrzał samego Grindelwalda, od dołu, tak jakby klęczał. Wyglądał niemal tak samo jak na zdjęciu, które widziałeś w gazecie, ale jego oczy były inne – czuł dumę, podawał ci rękę, aby pomóc ci wstać z kolan. Mavelle ujrzała Śmierciożerców. Jeden z nich, niemal zwierzęco rozwścieczony, ciskał zaklęciami, od których zapachu robiło ci się niedobrze. I to mógł być jakikolwiek wieczór, gdyby nie to, że dostrzegłaś rozwieszone wokół latarenki Beltane, płonące od żywego ognia zajmującego coraz większą liczbę drzew. To było świeże wspomnienie. Wszystkie te myśli były tak realne, tak namacalne, jakbyście stali się jednym i wtedy to do was dotarło – byliście jednym, a ten ogień was wciągał. Od was zależało, czy zechcecie utonąć w tych wspomnieniach, czy odwrócić ten cykl – czuliście energię przepływającą przez swoje ciała, gdybyście tylko odwrócili ten wir, moglibyście odzyskać to, co już utraciliście. A jeżeli nie? To co, znikniecie, tak po prostu tu i teraz, chociaż przed chwilą mówiliście, że chcecie zachować swoje życie? - Jakież to odrealnione uczucie... Słyszeć ich wszystkich, wszystkie te historie... – rzekł Voldemort, a Louvain mógł wreszcie poczuć, że faktycznie – znowu coś słyszał, ale tym razem nie podszepty do swoich uszu. Słyszał dźwięki, słowa – różne wspomnienia rozmów, płynące z jego wnętrza, rozbrzmiewające w jego głowie niczym szum. Mógłbyś w tym utonąć, gdyby nie fakt, że momentalnie zapiekło cię przedramię. To Czarny Pan dawał Śmierciożercom sygnał do ucieczki z Polany Ognisk, a to znaczyło, że jego cel dobiegał kresu. Tarcza Louvaina odbiła pierwsze z zaklęć wycelowanych w niego przez Mavelle. Druga – pękła, przepuszczając błysk światła, to jednak zostało skutecznie wyciszone przez zaklęcie Lorda Voldemorta. Czarnoksiężnik nie zrobił jednak nic więcej. Ogień krążący wokół nich ucichł. Kurczył się i kurczył, aż wreszcie wrócił do swoich normalnych rozmiarów – do rozmiarów niskiego, łysego krzewu, który porastał swoimi płomieniami niczym liście. Kiedy opadł, kiedy ten wir przestał krążyć wokół nich, zorientowaliście się, że obok stała jeszcze dwójka Śmierciożerców, ale otumanieni nie wymierzyli w was żadnego ciosu. Snuli się wokół, trzymając się za zamaskowane głowy, jakby nie wiedzieli, co robić, jakby ten chaos wżarł się do ich umysłów i nie chciał ich opuścić. Obraz wokół was się rozsypał. Wszystkie drzewa znajdujące się nieopodal, zostały wciągnięte do wiru, ten zaś – utkwił w kamieniu runicznym, który drżał teraz i próbował wyswobodzić się z ręki Czarnego Pana. Czarnoksiężnik walczył z tym przez moment, ale w końcu puścił. Ten potoczył się po ziemi i dygotał, kręcąc się wokół płonącego krzewu niczym księżyc wokół swojej planety. Lou, twoja karta postaci została edytowana przez mistrza gry.
Część dla Atreusa
Spadałeś w bezkresną przepaść, w której widziałeś jedynie ciemność. Wokół ciebie nie było nic, oprócz tej nicości i leciałeś już tak długo, że mogło pojawić się w tobie silne zwątpienie, czy na pewno dobrze zrobiłeś wkraczając w żar tych ognisk. Pamiętałeś, jak wchodzisz do środka, jak rozżarzone drewno pali twoje stopy, a potem spadałeś w dół, jakby zarwała się pod tobą ziemia. I spadałeś. I spadałeś. Nagle, po dobrych kilkunastu minutach, usłyszałeś kobiecy głos. „Nie powinno cię tu być”, szepnął, a po dłuższej przerwie dodał: „a jednak jesteś”. I znów nastała cisza. Jeszcze kilka minut bezwładnego spadania, nim uderzyłeś ciałem o taflę wody. Wyłoniłeś się ze strumienia w tym samym miejscu co Mavelle, Patrick i Victoria. Całkowicie przemoczony, widziałeś wyraźnie po śladach na wilgotnej ziemi, że nie byłeś pierwszą osobą, która wylądowała w tym miejscu – w bajkowej oazie, w której nic nie miało sensu, w której musiałeś minąć wiele dziwactw, nim dojrzałeś największe z nich – martwą kobietę leżącą na posłaniu z drewna i kamieni, otoczoną przez trzy, wielkie basiory... o ile dało się tak nazwać karykaturalne stwory porośnięte mchem i korą. „Czuję twój ból, czuję to, jak twoja dusza pulsuje, ale to nie był czas na twoje przybycie, Atreusie. Zawróć, póki jeszcze możesz to zrobić” „lub spiesz się, zanim ostatnia z prób sprawi, że nigdy nie powrócisz do tego, co zostawiłeś za sobą”. Twoje ciało nie było poparzone, twoje ręce nie były połamane, ale czułeś się słaby. Czułeś, jak opuszcza cię życie. Wszystkim w sesji liczbę akcji na post zmniejszam do jednej.
RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Mavelle Bones - 11.06.2023 Próba spełzła na niczym. Posmak goryczy stawał się coraz silniejszy; trafili tu w pogoni za Voldemortem, a koniec końców nie mogła się pozbyć wrażenia, że wszystko okazywało się daremne. Że cokolwiek robiła – robili – było spóźnione. Skazane na porażkę. I po co to wszystko było…? Ryzykowali w sposób, o jakim się nawet nie śniło, a i tak jedyne, co pozostawało, to patrzenie, jak podejmowane wysiłki w ostatecznym rozrachunku… cóż. Nie udało się ich związać, nie udało się przerwać tego, co robili, nie udało się, najwyraźniej, zapobiec niczemu. A co gorsza… Nie jestem złudzeniem. Naprawdę miała do czynienia z Derwinem? Wujka nie powinno tu przecież być! … tak samo jak i jej, Victorii, Patricka. I wielu innych, zapewne, tych, co przybyli na Beltane. Wiedziała przecież, jaki finał może mieć ta noc, wiedziała, że wszyscy, którzy się tam pojawią, będą ryzykować. Że świt nowego dnia może zastać rodziny Longbottom i Bones – oraz wiele innych, oczywiście – w składzie boleśnie pomniejszonym. - Nie – wykrztusiła cicho, protestując. Przeciwko zaznaniu spokoju – wiedziała wszak, iż ma jeszcze zbyt wiele do zrobienia, przeciwko wizji, nadal zaprzeczając, iż, nie chcąc przyjąć do wiadomości, iż ojciec kuzynek… na Matkę, jak ona to przekaże?! O ile już go nie znaleźli. I jeszcze ten smród zaklęć, skręcający się niemiłosiernie żołądek, żal, zaprzeczenie, złość. Dlaczego? Na niektóre pytania nie istniała odpowiedź. I koniec końców protestowała też przed zlaniem się z ogniem w jedno. Zbyt wiele miała jeszcze do zrobienia. Zbyt wiele walk do stoczenia. Tu ponieśli porażkę, tego była pewna, ale przegrana bitwa nie oznaczała przegranej wojny. Ta wciąż trwała, tego była pewna… … choć to nie tak, że poddanie się nie kusiło. To było takie proste. Wystarczyło nie robić nic, zatopić się w tych wszystkich wspomnieniach, które widziała, czuła, wystarczyło popłynąć na fali energii, jaką czuła, jaką… mogła na pewien sposób dotknąć? Oddychała coraz ciężej, usiłując się skupić. Chciała… tak wiele rzeczy chciała. Wszystko zdawało się przepływać przez palce niczym piasek. Cokolwiek chciała, jak podejrzewała, nie urzeczywistni się, jeśli ulegnie ogniowi. Jeśli się mu podda, rozpłynie w nim. Cokolwiek chciała… musiało poczekać. Voldemort, kamień, krążący śmierciożercy… … poczucie niesprawiedliwości narastało. Jak i wiele innych emocji. Ale odpuściła. Nie rzuciła się w stronę wrogów, gotowa rozszarpać ich choćby gołymi rękoma, nie. Zamiast tego skoncentrowała się na wyczuwanym wirze, próbując odwrócić cykl i odzyskać, co utraciła. Jedno było pewne: teraz nie mogła się poświęcić, nie, gdy w ten sposób nie ochroniłaby już niczego. A walka przecież wciąż musiała trwać. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Victoria Lestrange - 11.06.2023 Cokolwiek się tutaj działo – nie było żadna ułudą. Było całkowitą prawdą, rzeczywistością i to przeraziło czarownicę niemalże do serca, zmroziło, bo nie codziennie widzisz swoją zmarłą prababkę, która mówi ci, by tu poczekać na innych. W tym świecie, gdzie duchy były powszechnością, być może taki widok nie powinien dziwić, ale prababka przecież nie została przykuta do wiecznego błąkania się po ziemi – po śmierci niczego takiego nie było. Więc… tutaj? Dwie pozostałe postacie, te które mówiły do jej towarzyszy… Sądząc po słowach Patricka i Mavelle, to również nie chcieli tutaj czekać, a działać. I to też musiały być na swój sposób bliskie im osoby, przecież gdyby nie, to Mavelle brzmiałaby tak, jakby właśnie pękło jej serce. - Trudno oddawać się alchemii po śmierci – odparła tylko swojej prababci. Tak, kochała eliksiry, potrafiła rozkładać świat na czynniki pierwsze, była ciekawa co się stanie, jeśli złączy się różne substancje. Była też przy tym aurorem – bo na świecie było tyle ciekawych rzeczy, że zbrodnią byłoby skupiać się tylko na jednej dziedzinie, nie liznąwszy innych – inaczej przecież nie poznasz siebie i nie znajdziesz dla siebie miejsca. Jednak nie dało się ukryć, że Victoria była z krwi i kości Lestrange – i była zafascynowana alchemią. Te wszystkie emocje zaczęły się w niej kotłować, poczuła dziwną słabość i… spokój. A może naprawdę trzeba odpocząć i po prostu… co? Czekać? Patrzyć na innych? Nie widzieć niczego? Teraz zaś widziała – dziwny kamień, swoją prababkę, obcego mężczyznę i… wir. Energię. Zaczynała dostrzegać schemat – w kamieniu i w… kamieniu, tylko że większym i w rękach Voldemorta. Te wspomnienia nie były jednak jej – a widziała i przeżywała je jakby należały do niej. Gdzie kończyła się ona a zaczynała jej przodkini? Krew z jej krwi? Nie, na odwrót – Victoria była krwią z jej… I wtedy to zauważyła. Jeszcze była sobą. I przecież chciała taka pozostać! Zostanie tutaj… co by to dało? Widziałaby to wszystko, przeżyłaby te rzeczy i poszłoby to na zmarnowanie, bo nikt już nic nie zrobiłby z tą wiedzą. Nawet jeśli byli tutaj… nie mogąc zupełnie nic na to poradzić, zapobiec, przerwać, zrobić. Wiedza to też oręż. Może nawet największy, jaki na tym świecie istniał. Dlatego… skupiła się. Nie, by poddać się nieswoim wspomnieniom, a by odwrócić wir. Odzyskać to, co utraciła. Zaklęcie Mavelle nic nie dało, ale po chwili ogień przestał szaleć – i wtedy Victoria zobaczyła pozostałe dwie postaci (bo w pierwotnej „wizji” widziała przecież czwórkę) – ta dwójka chyba… całkowicie postradała zmysły. Kręcili się bez celu, może nawet nie zauważyli, że nie są już tutaj sami? Wyglądali, jakby to, co przed chwilą miało tutaj miejsce, w ogóle było dla nich nieistotne, albo nie byli tego nawet świadomi. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Patrick Steward - 12.06.2023 Skała. Trzeba było Voldemortowi jakoś zabrać tę przeklętą skałę… Steward starał się myśleć tylko o tym, co w tej chwili wydawało mu się najistotniejsze. Nie mógł zapomnieć po co właściwie wbiegał w ognisko, pływał w jeziorze, przedzierał się przez chaszcze. Nie chodziło o niego, chodziło o obronę świata, który znał i kochał. I może dlatego słowa ojca tak bardzo trafiły do Patricka. Nie, nie w pozytywnym znaczeniu. Były jak cios prosto w szczękę. Nie lekki policzek, który miałby go ocucić, ale potężny prawy sierpowy od którego auror aż się zachwiał. Aż zrobiło mu się niedobrze a wściekłość i konsternacja tylko się nasiliły. - J-jak śmiesz… - zaczął i urwał niespodziewanie. Pokręcił głową. Ta dyskusja nie miała sensu a jednak wypowiedziane przez ducha słowa paliły do żywego. Jak śmiał ich w ogóle porównywać? Jak śmiał zrównywać to, co sam robił z tym, do czego nieświadomie zmusił swojego syna? Tak, obydwaj gotowi byli poświęcić życie, ale… Patrick nie marzył o sławie i potędze. Nie potrzebował władzy nad światem. Nie czuł się lepszy dlatego, że natura obdarzyła go magicznymi zdolnościami. Chciał tylko zmazać z siebie niewidoczne piętno, które swoim życiem wypalili na nim jego rodzice. Wizja dumnego z niego Grinewalda, może i niosła ukojenie, ale brutalnie uświadamiała czyje wspomnienia oglądał. To nie na niego naprawdę spoglądał czarnoksiężnik, ale na jego ojca. I to znowu było jak cios pięścią. Tym razem nie w twarz, ale w brzuch. Na co dzień Patrick mógł się po cichu oszukiwać, że jego rodzice zbłądzili, że popełnili kilka przypadkowych błędów, że dali się omamić, że może jednak babcia miała rację. Ale teraz widział te utkwione w nim zadowolone spojrzenie, wyciągniętą rękę i całym sobą poczuł, że nie chciał jej przyjąć, nie chciał wstawać z klęczek, nie chciał mieć z nimi więcej wspólnego, niż musiał mieć. Chciał się wyrwać z tych wspomnień. Uciec od nich. Zamknąć przed nimi głowę. Nie były jego i buntował się przed oglądaniem ich, przed poznawaniem szaleństwa, które pochłonęło ojca. Chciał odwrócić cykl. Odzyskać to, co utracił. Pozostanie we wspomnieniach nic nie dawało, tylko go niszczyło. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Louvain Lestrange - 13.06.2023 - Szaleństwo... - odpowiedział swojemu panu, a pod maską uśmiechał się złowrogo. Powiedzieć, że to niecodzienny widok, o tym co się wokół nich działo, to tak jakby nic nie powiedzieć. Mógł tylko zgadywać, czy granica między światem żywych i umarłych była kiedyś tak zatarta jak dzisiaj. Wszystkie postaci, ich głosy oraz emocje które były z nimi związane. Poczucie tego wszystkiego było bardzo uderzające. Rozglądając się wokół, błądził po sylwetkach wszystkich zjaw i zaklinał rzeczywistość, by w jednej z nich nie zobaczyć twarzy Loretty. Na szczęście nigdzie takiej nie dostrzegał, co lekko go uspokajało, jednak obawa o zdrowie siostry dalej się w nim kłębiła. Symbol na przedramieniu ponownie dał o sobie znać i chociaż sprawiał on ból, to Louvain odetchnął z ulgą, bo to oznaczało, że akcja dobiegała końca. Udało mu się powstrzymać jedno zaklęcie wymierzone w nich przez intruzów, z drugim na szczęście poradził sobie Lord. Wszystko wydawało się zmierzać ku końcowi, gdyby tylko nie ten cholerny kamień na którym zależało tutaj chyba każdemu. Instynktownie i bez zawahań machnął różdżką, by jak najszybciej przyciągnąć drżący kamień do swojej ręki. Byle szybko, by przeciwnik nie zdążył ich ubiec. rzut na translokacje, aby przyciągnąć kamień do siebie [roll=Z] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Atreus Bulstrode - 14.06.2023 Spadał. Bulstrode zazwyczaj nie miał nic przeciwko spadaniu, o ile było to takie kontrolowane, najlepiej z miotłą między nogami. Tutaj natomiast, sytuacja miała się zupełnie inaczej, bo leciał niczym worek kartofli, myśląc tylko że to może wcale nie był taki dobry pomysł, wchodzić w to ognisko. Bo portal najwyraźniej był otwarty i miał się całkiem dobrze. Ciemność otaczała go ciasno, wypełniając każdy zakamarek przestrzeni i przez pewien czas miał wrażenie, że pobrzmiewała nawet w dźwięku. Przynajmniej do momentu, kiedy przez pustkę nie przedarł się cichy, kobiecy głos. Powiedzieć, że się go nie spodziewał, to powiedzieć mało. Nie miał jednak w zaistniałej sytuacji wielkiego pola do popisu, nie mówiąc o tym, że zdawał się też stwierdzać zwyczajnie fakty. Nie powinno cię tu być, a jednak... zdawało się odnosić do lwiej części sytuacji, w których znajdował się Atreus na przestrzeni swojego życia. A jednak w tym momencie wydawały się one najbardziej prawdziwe. W końcu jego spadaniu nadszedł kres i ciało rozbiło wodną taflę strumienia. Całkowicie przemoczony, wyszedł na brzeg, a szybkie spojrzenie dookoła pozwoliło mu zauważyć znajdujące się na ziemi ślady, świadczące o obecności w tym miejscu innych osób. Nie mając nic lepszego do roboty, ruszył za nimi, aż w końcu jego oczom ukazała się sylwetka kobiety leżącej na swoistym posłaniu w otoczeniu trzech stworów. Przystanął, koncentrując uwagę i na niej samej, uważnie się jej przyglądając, i na jej słowach. W pierwszym odruchu skrzywił się, zastanawiając jak niby miałby zawrócić. Niestety, nie posiadł umiejętności latania, więc wycieczka w górę, tam skąd spadł, nie wydawałaby się zbyt łatwa. Chciał zapytać jej, co to za miejsce, ale jej słowa w połączeniu z tym, jak się czuł, ponagliły go do dalszej wędrówki. Nie spodziewał się po niej jasnej odpowiedzi. Nie takiej, jakiej by sobie życzył. Zaczął się jednak zastanawiać nad czymś innym. Skoro była to ostatnia z prób, to czy możliwe, że reszta też wciąż się tu znajdowała. Mavelle? Spróbował znowu odezwać się do kobiety za pomocą fal, nie będąc jednak jakoś specjalnie optymistycznie nastawionym do tej próby. Szybko ruszył dalej za śladami, przez pewien czas oglądając się jeszcze przez ramię na dziwną kobietę, chcąc upewnić się że ani ona, ani towarzyszące jej basiory nie ruszą za nim, albo przynajmniej nie zrobią tego z wyraźnie złowrogimi zamiarami. Nie pocieszał też go fakt, że czuł się coraz gorzej, mimo że powinno być odwrotnie. W końcu wydawał się nagle pozbawiony nie tak dawno nabytych poparzeń i złamań. Ciało jednak pozornie wydawało się w jak najlepszym porządku. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Eutierria - 17.06.2023 Odwróciliście ten cykl pomyślnie i poczuliście to od razu – zaczęły wracać do was wspomnienia, które nagle wydały wam się tak oczywiste – jak mogliście zapomnieć, że uczyliście się w szkole, jak mogliście zapomnieć o swoich przyjaciołach – a jednak na krótki moment, kiedy te ogniste poświaty was wchłaniały, zatraciliście w tym siebie. Ale im dłużej walczyliście z tym uczuciem, im dłużej próbowaliście odebrać tej energii siebie, tym więcej wracało do was wspomnień, które sprawiały wam wrażenie obcych. Złe domy w Hogwarcie, twarze ludzi, których nie znaliście wcześniej, a nawet wspomnienia was samych widziane z kompletnie obcej perspektywy. Victoria dojrzała w swoim umyśle samą, malusieńką siebie, bujaną w kołysce przez rękę starej kobiety. Jak to możliwe? Odwracając ten cykl, udało wam się nie zatracić siebie, ale zaczęliście wchłaniać życie tych, którzy przyszli uspokoić was przed spotkaniem z końcem. Czy złym byłoby czerpanie z tego źródła dalej, w taki sam sposób, w jaki robili to Śmierciożercy? Bo to właśnie musiał robić Voldemort – wchłaniać energię, tak jak wy teraz, żywić się na tym, co pozostało z tych, którzy odeszli. I faktycznie, wyglądał młodziej, wyglądał tak, jakby z każdą sekundą przepełniała go coraz większa moc. Z zadartym podbródkiem powiedział: - Myśleliście, że możecie coś zmienić? Kamień wciąż kręcił się wokół ogniska, nie reagując na zaklęcie. Kręcił się i kręcił, coraz szybciej, a wokół was zerwał się płynący od tego małego ogniska wiatr. Nie był to wiatr zdolny do powalenia kogoś, ale mogliście wyczuć, że coś się dzieje. W miejscach, po których przetoczył się kreśląc po piasku wielki okrąg, zaczynało pokazywać się płynące spod ziemi, niebieskie światło. Zdawał się ryć w ziemi jakąś bramę, która prowadziła... dokąd? - Niech to będzie waszym dowodem, jak wiele czarodzieje potrafią osiągnąć. Nie ma żadnego powodu, abyśmy żyli w ukryciu! – Jego kruczoczarna szata załopotała na wietrze wydobywającym się ze szczeliny. – Kiedy zapytają was, kto był w stanie zatrzeć granicę pomiędzy światem żywych i umarłych, to zapamiętajcie moje imię – jam jest Lord Voldemort! Niebieska błyskawica uderzyła w pobliżu was, jeszcze szybciej naprowadzając Atreusa na dobrą ścieżkę. Powoli, lecz zbliżałeś się do celu – do tego bałaganu obrazów i myśli, do swoich przyjaciół walczących z błękitnymi widmami, do dwójki Śmierciożerców wpatrujących się w to ognisko jak zaklęci, do... Lorda Voldemorta, przemawiającego do waszej czwórki z obłędem, ale i fascynacją w oczach. Cokolwiek się tutaj działo, nie skończyło się wcale, to wyglądało jak początek przeobrażania się tego wszechświata w ruinę. - Przyłączcie się do nas, podążajcie z nami ścieżką MOCY. „Co powiedziała ci moja siostra o dobrych wyjściach z sytuacji, Patricku?” Szept, który obił się o twoje uszy, brzmiał niesamowicie jak na te okoliczności spokojnie. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Patrick Steward - 18.06.2023 Gdyby Steward nie myślał, że może coś zmienić, nie wbiegłby do portalu. Nie posłałby tam również Mavelle i przeszkodziłby w tym Victorii. Pewnych rzeczy po prostu się nie robiło. A teraz był trochę zagubiony i oszołomiony. Nie wiedział do końca co się właśnie z nim działo, co próbowało do niego przemawiać (ojciec, czy to naprawdę był duch ojca?), czyje wspomnienia przejmował i co powinien zrobić. Wiedział tylko, że nie mógł przyłączyć się do tego szaleństwa, wiedział, że musi je powstrzymać, nawet jeśli nie miał zielonego pojęcia jak to zrobić a jego własny umysł plątał się w mieszaninie cudzych przeżyć i wspomnień. Ścieżka mocy, którą wybrał Voldemort nie była ścieżką, którą powinien kroczyć żywy. To, co się właśnie działo dookoła nich, najdobitniej to udowadniało. Drgnięcie. Spokojny szept, jak niemożliwa do uzyskania podpowiedź. Może chodziło o ten konkretny czas i miejsce, bo przed oczami Stewarda stanęła spotkana na Ostarze Szeptucha. Niemal widział jej koślawe ruchy i oblepione cukrem palce. - Że czasem siłowe rozwiązanie problemu jest dobrym wyjściem z sytuacji. I przyda mi się młotek albo coś innego, czym będę mógł to rozbić – wymamrotał. Jej słowa wtedy brzmiały dziwacznie. Teraz wydawały się szaleństwem. Ale niczego lepszego nie mógł wymyśleć. - Kamień. Próbujmy go rozbić – syknął do Mavelle i Victorii. A potem spróbował ukształtować młot (duże młociszcze, żeby trafić w poruszający się obiekt), którym z całej siły uderzyłby w wirujący i stwarzający bramę kamień. kształtowanie [roll=Z] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Mavelle Bones - 18.06.2023 WYNOŚ SIĘ STĄD! Odpowiedź dla Bulstrode’a była szybka, gwałtowna. PÓKI JESZCZE MOŻESZ. Nie tłumaczyła, nie miała czasu na tłumaczenia, tak samo jak właściwie nie było też czasu na informowanie, że do ich stadka dołączyła kolejna dusza. Za późno; cokolwiek Voldemort sobie zamierzył, to wyglądało na to, że się ziściło. Pewnie, jeszcze pozostawała kwestia wydostania się stąd, ale najgorsze już się stało. Tak samo, jak się stało, iż nagle sama wchłaniała energię, zamiast ją tracić. Wchłaniała więcej niż mieściło się to w pojęciu „odzyskać utracone”. Wchłaniała, choć nie planowała, nie chciała tego robić i gdyby tylko mieli odrobinę więcej czasu, gdyby nie stali oko w oko z Voldemortem i jego towarzyszami, to pewnie mogłaby się nad tym spokojnie zastanowić i spróbować odciąć się od tego już teraz. Bo nie chciała tego. Wydawało się to niewłaściwe. Ale w istocie, gdyby nie sądziła, że mogli coś zmienić, nie byłoby jej tutaj – po prostu by sobie usiadła z założonymi rękoma i przeczekała. Bo po co działać, jeśli naprawdę nic nie dałoby się zmienić? Absolutnie nic? Po co się ruszać, oddychać, żyć…? - A pocałuj mnie w dupę – warknęła w odpowiedzi na jakże wspaniałomyślną propozycję dołączenia do niego – Jeśli myślisz, że możesz sobie robić wszystko co chcesz i jak chcesz... – „to patrz” zawisło niewypowiedziane w powietrzu. Bo tak, dotarło, co Patrick powiedział. Tak, nie wahała się ani sekundy, natychmiast nadając swoim myślom formę, przekuwając je z pomocą własnej mocy w czar, wspomagając to machnięciem różdżką. Starała się stworzyć jak najcięższy blok metalu, który miał spaść na kamień i go roztrzaskać – choć bynajmniej nie narzekałaby, gdyby spadł na głowę Voldemorta czy jednego ze śmierciożerców. kształtowanie – bardzo bardzo BARDZO ciężki blok metalu [roll=Z] |