Secrets of London
[18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 (/showthread.php?tid=1675)

Strony: 1 2 3 4


RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Sauriel Rookwood - 04.08.2023

Och, w Ministerstwie teraz było aż nadto roboty jeśli chodzi o Beltane - tego Sauriel był całkowicie pewny, chociaż tam nie zaglądał... pod tym kątem. Wystarczyło zobaczyć, jak świstały te kopertki z boku na bok, latając jak szalone. Tak z boku to było troszkę bardziej szalenie niż zazwyczaj. A i zazwyczaj nie było chyba idealnie? W każdym razie w to, że Victoria miała zajęcie nie wątpił ani troszkę. Że miała różne zmartwienia i to przeróżne na głowie, a jej czas był ograniczony, kiedy jeszcze wepchnąć w to musiała coś tak absurdalnie koniecznego jak sen. I przy tym wszystkim miała jeszcze dowalone martwienie się o niego o wiele bardziej fizyczne, niż miałaby fundnięte bez tej absurdalnej więzi między nimi. Przysłuży się zerwanie tego zarówno jej jak i jemu. Sauriel był o tym święcie przekonany.

- Ohoho, no to co teraz, co teraz, skoro mam takie niecne intencje! - Victoria czasem bywała bardzo dziwna. Nie potrafił połączyć tego, jak potrafiła być dla niego miła z tym, że potrafiła również przyjebać komuś ogniem w mordę. Wiedział przecież, jak takie zaklęcia działały - niedobrze. Niszczyły. Zastanawiał się, jak często to robi i jak bardzo jest przez to zepsuta. A jeśli jest - jak sobie z tym radzi i jak to skrywa? Aurorzy, ci, którzy odchodzili na emeryturę, a zazwyczaj była ona bardzo wczesna, byli zawsze zniszczeni. Niektórzy wręcz uciekali i zwalniali się, zanim dotarli do odpowiedniego wieku, nie mogąc wytrzymać presji, a inni właśnie tego, co ta praca z nimi robiła. Jak z dobrych ludzi robiła kogoś... kogoś nie do końca dobrego.

- Daj spokój. - Głupio pyta - nie, to nie było w zasadzie głupie pytanie. - To była tylko chwila. Dostał w łeb, moja bohaterko. - Poklepał ją delikatnie po pleckach w ramach uznania. - Jakkolwiek dramatycznie to nie zabrzmi, to się przyzwyczaiłem. W pewnym sensie. - W pewnym sensie, bo do tego się nie da przyzwyczaić. Ale i uczyłeś się, jak sobie z tym bólem radzić. Szczególnie jak się było takim kłębkiem agresji, który chciał się z tego wyrywać, jak sądzę. - Nie mówmy o tym. Mam dobry humor, nie chcę go sobie zepsuć. - Z jednej strony chciał to usłyszeć, z drugiej strony go to wkurwiało. To jest - nie to, że to powiedziała, tylko to, że w ogóle takie sytuacje istniały. Że były.

- Nawet mimo ich puchatości - zrezygnuję. - Głównie dlatego, że wszystko, co by miało krępować, stawiało dęba włoski na karku Sauriela i zaczynał się stroszyć, prychać i drapać. Mniej więcej. Niektórzy drapanie lubią, ale... - To chyba do tej imprezy ci postawię te drinki. Bo na trzeźwo to będzie o wiele mniej zabawne, niż powinno być.

Sauriel w końcu się zatrzymał. Spoglądali na kamieniczkę, przy której bramie rzeczywiście wymalowany był ten symbol - ale schowany w taki sposób, że niekoniecznie zwracał uwagę. Chyba, że dokładnie go szukałeś. Sauriel spojrzał na pozasłaniane i pozabijane dechami okna. Miejsce wyglądało jak wyjęte z horroru, jakby się zaraz miało rozpaść i runąć na ulicę.




RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Victoria Lestrange - 04.08.2023

Różnica była taka, że Victoria nie atakowała w ten sposób sama z siebie, ani pierwsza. Broniła się. Broniła też kogoś dla niej bliskiego i ważnego – wtedy pozwalała sobie na więcej. A niestety, ale klątwa łaskotek czy tańczących nóg może i były irytujące i przeszkadzały w walce, ale nie były gwarantem tego że samemu zachowa się zdrowie, a czasem i życie. Dlatego nie wahała się strzelić komuś skrzynką w głowę. Ani nie wahała się buchnąć komuś ogniem. Nie wtedy, kiedy próbowano zrzucić im na głowy cały sufit albo i cały budynek. I po co? Przecież nic tam nie było.

Victoria nie odpowiedziała mu „co teraz” – po prostu zmierzyła go udawanie obrażonym spojrzeniem i nie komentowała dalej. Bo nie przeszkadzały jej te wszystkie czekoladki – lubiła je nawet. I w zasadzie to się cieszyła, że Sauriel zawsze coś wymyślał i o niej po prostu myślał.

- Nie wiem nawet czy to był on – no bo szczerze to nie widziała za dobrze kto rzucał co, ani który z nich dostał czym. Było zbyt ciemno, za dużo pyłu, za wiele i za szybko się działo. - Więc rozumiem, że to nie był pierwszy raz – nawet tak nie zakładała, raczej spodziewała się, ze w tych ulicznych porachunkach… ta obrzydliwa klątwa latała częściej niż by sobie tego życzyła. Częściej niż miała nadzieję. Och na Matkę… gdyby tylko wiedziała. - Dobrze, że tak krótko. Szkoda, że w ogóle – bo tutaj też to Crucio nie trwało długo, również raptem kilka sekund – całe szczęście. Nie chciała sobie wyobrażać co z człowiekiem musi robić dłuższy kontakt z tym bólem. - No dobrze – dobry humor? Po czymś takim? Victoria pokręciła głową, jeszcze bardziej mierzwiąc już rozwaloną fryzurę. Kobieta, której aparycję przyjęła, miała krótkie włosy i Victoria nie mogła się przyzwyczaić, że nie ma swoich długich pukli.

- Całe szczęście – że nie chciał tych paskudnych kajdanek. Victoria zanotowała w głowie, że trzeba się w ogóle tego pozbyć, bo na co jej taki śmieć w domu. - Dlatego proponowałam tobie połowę moich drinków – właśnie dlatego, ze na trzeźwo to na pewno nie będzie śmieszne.

Zatrzymali się. Victoria rozejrzała się na boki po okolicy, chcąc się upewnić gdzie są, czy ktoś nie jest w pobliżu – zapamiętać szczegóły otoczenia.

- To tu? – upewniła się jeszcze, bo z kolei ona nie miała pojęcia gdzie szukać czego. Chociaż… jakby tak się przyjrzeć bramie… Lestrange nawet przekrzywiła trochę głowę, żeby lepiej widzieć i wyciągnęła z kieszeni różdżkę. Miała sprawdzić to miejsce – więc dokładnie to zrobiła. I zamierzała zrobić to dokładnie, biorąc pod uwagę, że to miejsce raczej opuszczone nie było. - Bardzo proszę. Czysto – mruknęła do Sauriela.


Rozpraszanie
[roll=PO]
[roll=PO]
[roll=PO]


RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Sauriel Rookwood - 04.08.2023

Nie chciał, żeby się obrażała, wręcz przeciwnie! Ale dobra, przedrzeźniał się z nią i jednak spodziewał się, że może być taka reakcja. I może teraz nie wyglądała ładnie, ale nadal reakcja była przesłodka! Nic tylko jej puci-puci zrobić, ale się powstrzymał. Jeszcze bardziej by się napuszyła czy coś... Już trochę wyczuwał, gdzie była jakaś granica żartów i gdzie lepiej nie przeciągać stronu. Przynajmniej na trzeźwo. A teraz, jak na siebie, był porażająco trzeźwy. No i "wybawiony". Jak pies wyprowadzony na spacer, który sobie pobiegał, więc teraz zamiast łazić wokół pana i merdać ogonem to nawet potrafi usiąść na podłodze i sobie posiedzieć. A nie, moment. Teraz był jeszcze bardziej aktywny, więc...

- Żartuję, wiesz o tym, prawda? - Upewnił się, patrząc na jej minę. - Kupuję ci to, bo... chcę, żeby ci było miło. I jest ci miło. Więc mi jest miło, że tobie jest miło. - I nie było w tym żadnej interesowności, nie było w tym oczekiwania czegoś w zamian. To znaczy - poniekąd było. Bo oczekiwał, właśnie, że będzie jej przyjemnie, ale gdyby widział, z drugiej strony, że jej się to nie podoba, to nie kontynuował by tego... dziwactwa. Nazwał to już swoim dziwactwem, jednym z tych swoich kocich rytuałów, jakie pielęgnował. W każdym razie było to właściwie bezinteresowne. Raz jej coś bardziej smakowało, innym razem mniej. Sam z tego zrobił sobie jakieś hobby i nagle zaczął zwracać uwagę na słodycze. Dowiedział się o istnieniu sklepów, które wcześniej mijał i nigdy ich nie widział. Resztę tematu zostawił. Do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć, a Sauriel dojrzewał powoli. A to było wstydliwe. I przykre. Po prostu przykre. Więc to nie tak, że nie chciał jej mówić. Chciał się z nią podzielić w końcu mnóstwem spraw. Ale nie dzisiaj. Słodki Boże, nie dzisiaj... i był wdzięczny, że zgodnie z prośbą to zostawiła.

- Ja sobie przyniosę całą flaszkę. - Prychnął, już czując, że to będzie mocny i wspaniały wieczór. - Ay. Ten sam symbol, widzisz? - Nie chciał go chamsko pokazywać paluchem wszem i wobec, ale skinął lekko głową w tamtą stronę spodziewając się, że Victoria zauważy. A potem pozwolił jej działać. Już się wyciszył i przestał trajkotać. Znów się wsłuchiwał w miasto, jego odgłosy i upewniał, że przynajmniej w tej chwili są sami. Całkowicie nie byli. Ale nikt, kto gdzieś przemykał uliczkami nie wydawał się nimi zainterresowany. Jednak wzbudzali niepokój. Bo gdzieś tam w głowie była myśl, że "a co, jeśli jesteśmy śledzeni"? Sauriel ciągle się zastanawiał, kim byli tamci goście i żałował, że nie zdążył im się przyjrzeć czy ich przeszukać. W tamtym chaosie to nawet nie potrafiłby ich opisać. - Dzięki, Różyczko. Teleportujesz się? - Zapytał półszeptem. Bo mógł ją odprowadzić. Na pewno nie był chętny do tego, żeby puszczać ją samą, skoro akurat mógł jej potowarzyszyć.




RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Victoria Lestrange - 04.08.2023

- Wiem, wiem, spokojnie – nabrał się? Ewidentnie się nabrał na jej srogą minę – być może był to wynik tego, że to nie była twarz, jaką mógł oglądać na co dzień. Być może przejmował się tym, co myśli. Być może jedno i drugie. Teraz jednak nuty w głosie mogły ją zdradzić, bo Victoria próbowała się nie zaśmiać. - Tylko się z tobą droczyłam – dodała, by nie mieli już żadnych wątpliwości.

Z tą interesownością lub jej brakiem to… Cóż. Wiele ich gestów było pozornie interesownych, gdzie wiadomym było, że jednak o coś im tutaj jednak wzajemnie chodzi. No cholera jasna, ich rodziny uznali, że również mają w przyszłości taką tworzyć, interesowność była więc tutaj oczekiwana. Ale było w tym też coś bezinteresownego z obu stron – kiedy ona się martwiła, albo wymyślała różne rzeczy, które mogłyby sprawić mu przyjemność, bo po prostu miała go w myślach i życzyła mu dobrze, i to samo robił on. Metody się między sobą różniły, ale intencje były podobne. Bezinteresowność mieszała się więc tutaj z interesownością, ale to nie było wcale złe. Nie, gdy wyciągnięci ze swoich bajek zmuszeni byli żyć obok siebie, dogadywać się… i tak dalej.

- Tylko jedną? – zresztą… ładnie to tak do lokalu jakiegoś przynosić swój alkohol? Bo jakoś Victoria wątpiła, że Sauriel jej będzie robił drinki, a ona się na tym nie znała zupełnie.

Chwilę zajęło jej sprawdzenie terenu, tym bardziej, ze chciała to zrobić najdokładniej jak potrafiła – żeby Rookwood miał choć trochę łatwiejsze zadanie… cokolwiek chciał robić. A już zaczynała się domyślać co. Może faktycznie lepiej, żeby tego nie widziała.

- Obiecaj mi jedno. Cokolwiek zamierzasz zrobić, to nie rób nic na szybko i na hura, żeby później nie trzeba było i tego zamiatać – była tutaj właśnie dlatego, że czarnowłosy poddał się emocjom, chwili i najpierw zrobił, a potem pomyślał. I teraz musieli wyprzedzić działania brygadzistów, by nie wdepnął przy tym w większe bagno. - I daj mi znać, że nic ci nie jest – to była prośba… ale taka mało prosząca. - Tak. Muszę gdzieś przeczekać i tak dalej – poczekać aż eliksir przestanie działać. Doprowadzić się do normalności. Dopiero wtedy wróci do domu i pozbędzie się sukienki, którą miała na sobie. Powiedziała mu to na ucho, tak na wszelki wypadek. Potem klepnęła go delikatnie w policzek, całkiem czule, dopaliła papierosa… - Uważaj na siebie – przypomniała mu i teleportowała się z cichym trzaskiem.


Koniec sesji