Secrets of London
[7.07.1972] Rejs Rodziny Crouch, Atlantyk - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26)
+--- Wątek: [7.07.1972] Rejs Rodziny Crouch, Atlantyk (/showthread.php?tid=1718)

Strony: 1 2 3 4


RE: [7.07.1972] Rejs Rodziny Crouch, Atlantyk - Laurent Prewett - 19.09.2023

Czasem chyba ludzie liczyli na cuda? Tak, czasem naprawdę na to liczyli. Siedzieli ze złożonymi dłońmi do modlitwy i te modły wznosili - prosto do Nieba. Może usłyszy ich jeden z drugim aniołem zasiadającym na puchatej chmurce, a może modły te sięgną jeszcze wyżej? Zaśpiewają o nich dęby, zaszumią wierzby? Matka Natura zlituje się i ześle swoje błogosławieństwo. Nie, to tak nie działało. Szczęście do nikogo nie trafiało samo z siebie. Trzeba było wyjść mu naprzeciw. Jeśli tylko nagim okiem i przez lupę spoglądasz na człowieka, nie poznasz prawd żywych. Nie zajrzysz w głąb człowieka i nie poznasz jego prawdziwej natury. Podchodzenie do osoby wycofanej i nieśmiałej było doprawdy jak próba zbliżenia się do szlachetnego jednorożca. Z tym, że nie każdy człowiek był z natury tak czysty, jak one. Martin Crouch czysty jak łza w końcu nie był. Robił rzeczy, które w świetle prawa nie były uznawane, a moralność niektórych czynów mogłaby podpaść pod sąd tych wywołanych już aniołków. Jak szybko można się przekonać, że nad aniołami też ktoś czuwa? Pojawiał się wtedy archanioł z płonącym mieczem, by nieść sprawiedliwość i przygniatać zdradliwe węże swoim butem do ziemi. Miażdżyć je i przypominać, że tak Bóg stworzył ten świat, by pełzały brzuchem po ziemi i nigdy nie stały o własnych siłach. Nie, Martin nie błyszczał, w zasadzie był całkiem niewidzialny. Znikał w tłumie, wtapiał się w niego. Więc podchodząc do niego - liczysz na cud? Na to, że przywitasz się, zapytasz o pogodę i co? Pociągnie temat? Tacy ludzie wyciągali z człowieka energię, kiedy nie mogłeś z nimi złapać nici porozumienia. Czasem samo klikało, a niekieeedy trzeba się było natrudzić. Laurent był ciekawy, czy Martin gotów był podjąć rozmowę, żeby "zabawić gościa" czy może faktycznie dlatego, że poczuje się swobodnie i jakoś tak... w miarę dobrze. Chociaż trochę. Obawiał się tylko tego, że nie będzie w stanie wyczytać tych niuansów z bardzo oszczędnej mimiki Martina i tych jego... ach, te oczy. Takie piękne i tak dogłębnie smutne - bo puste. Jakby jego dusza opuściła już ciało i błąkała się teraz między falami, chcąc płynąć razem z syrenami daleko stąd. Tylko... gdzie? Czego szukała? I czemu opuściła swojego właściciela?

- Nie będę dopytywał, są to wyłącznie państwa sprawy. - Wystawił dłoń do przodu w znaku "stop", ale nie dlatego, że chciał zatrzymać Martina. Przy słowach, jakie dobrał i uśmiechu był to symbol, że zatrzymywał samego siebie. Stawiał tutaj linię zarówno dla kultury rozmowy jak i jej swobody. Można dociekać i pytać o różne rzeczy, przekraczać progi wścibskości. Być jak dziecko, które kijem trąca mrowisko i niszczy je, żeby tylko poobserwować mróweczki przy pracy. Ale żeby być destrukcyjnym w swej niepozorności (jak wilcza jagoda) Laurent potrzebował dostać odpowiedni bodziec. Bardzo negatywny bodziec. Tutaj go nie było. - Mam nadzieję, że nie będzie to przekroczeniem tej krótkiej znajomości, ale podziwiam ogrom pracy, jaki przyjął pan na swoje barki. Zaoferowałbym pomoc w kryzysowych sytuacjach społecznych, ale to już na pewno byłoby przekroczeniem pewnej swobody relacji, prawda? - Pytanie zostało zadane luźno, nawet trochę śmiechem, by spokojnie można było zbić to jako żart, machnąć dłonią. Rozgonić na wzór tytoniowego dymu z ulubionych cygar szlachty. I owszem, Laurent chętnie by pomógł, ale kiedy kogoś nie znasz nawet nie wypadało przyjmować tego typu pomocy. No bo właśnie - nawet tej osoby nie znasz. Szkoda. Świat byłby naprawdę lepszym miejscem, gdyby ludzie skorzy byli sobie wzajem częściej pomagać niż mówić "spierdalaj". - Rozumiem. - Nie był ani zawiedziony, po prostu przytaknął tej opowieści, krótkiej, prawdziwej, rzeczowej. Ach, prawdziwy statek piracki... okradający, łupiący - to byłaby prawdziwie romantyczna opowieść! Laurent mógłby się w niej rozmarzyć - gdyby tylko nie to, że piractwo było, no właśnie, całkowicie niepoprawne. Kradzież była niepoprawna. Potrafiła czasem całkowicie zniszczyć czyjeś życie. Co jednak naprawdę zainteresowało Laurenta to słowa, które wypłynęły z ust Martina później.

- Jest pan romantykiem, panie Crouch? - Znów Martin zabrzmiał tak... poetycko. W taki sposób, że serce Laurenta było poruszone, że poruszało się i zabiło jak migotało słońce na płatkach śniegu. Sam nie potrafił jeszcze powiedzieć, co to takiego było. - Czy ta błękitna przestrzeń morza jest wyzwalająca, czy może wiatr, który porywa wszystkie znoje i smutki?




RE: [7.07.1972] Rejs Rodziny Crouch, Atlantyk - Martin Crouch - 20.09.2023

Laurent otwarcie stawiał granice. Nie wślizgiwał się jak wąż, spijając co się dało spomiędzy wierszy. Crouch poczuł się bezpiecznie w jego towarzystwie. Być może jeszcze nie całkowicie swobodnie, za bardzo poczuwał się do stanowiska gospodarza.

Skinął głową słysząc komplement, obrał go za szczery.

— Zdaje mi się, że nie byłoby panu ciężko wejść w tą rolę, ale nie byłoby to dobrym rozwiązaniem, obarczać gościa pracą — odpowiedział spokojnie. — Lubi pan tego typu wydarzenia?

Chciał poznać jego doświadczenie, być może Laurent podsunie mu jakąś inspirację.

Czy jest romantykiem? W pierwszej chwili zaprzeczyłby ale zdawał sobie sprawę, że byłoby to kłamstwo.

— Tak, zapewne można mnie tak określić — odpowiedział po chwili zawahania. — Sam jednak nazwałbym to bardziej wrażliwością na piękno otaczającego świata.

Taka mogłaby być definicja romantyka, lecz zbyt często wiązano ją z uniesieniami międzyludzkimi. A te tak bardzo go już nie interesowały.

— Jedno i drugie. Bycie na morzu jest jak bycie poza przestrzenią, w zupełnie innym wymiarze. Dotyk wiatru potwierdza jednak ciało w świadomości, że to wszystko wciąż się dzieje, że to nie sen. Jednocześnie interesująco jest poznać wiatr wiejący swobodnie, nie stłamszony przez kamienice Londynu.


Koncert ustał. Martin Crouch przeprosił rozmówcę i stanął obok Rhiannon, której występ zwieńczony był oklaskami.

— Bardzo dziękujemy za ten piękny koncert, panno Pettigew — zwrócił się do czarownicy, po czym odwrócił się do zebranych. Na moment go zamurowało. Tyle osób patrzyło się właśnie na niego. Skupił wzrok na ścianie za nimi. — Dziękuję państwu za wzięcie udział w tej części rejsu. Zapraszam teraz do baru lub poczęstunek w jadalni. Do zobaczenia jutro na śniadaniu, które podawane będzie od siódmej do dziesiątej.

Skłonił lekko głowę i usunął się w cień. Goście zaczęli rozchodzić się w różne miejsca statku, by miło spędzić resztę wieczora.




RE: [7.07.1972] Rejs Rodziny Crouch, Atlantyk - Cameron Lupin - 24.09.2023

Zamrugał parokrotnie, z coraz to większym zdziwieniem słuchając wyjaśnień Heather, która potwierdziła, że faktycznie dobrze powiązał nazwisko Prewett z zaproszonych na bal kobiet. Kiedy jednak wplątano w to jeszcze brata Brenny i cały klan Malfoyów, Cameronowi nieco zakręciło się w głowie. Tyle nazwisk, tyle powiązań... Jak ludzie to ogarniali? Dobrze, że nigdy nie planowałem zostać historykiem, pomyślał, wzdrygając się na samą myśl. To, że pamiętał kilku pacjentów z oddziału, było cudem, a co tu dopiero rozeznanie się w koneksjach czarodziejskiej ''arystokracji''.

Masz zaskakująco dobrą pamięć, jak na to, ile wypiliśmy tamtej nocy — stwierdził, bo poniekąd był pod wrażeniem. Po tym, ile szampana i wina w siebie wlali, Cameron ledwo kojarzył, gdzie skończyli tę noc, nie mówiąc już o szczegółowych opisach wszystkich gości. No i bóbr. Tak, o tym nie dało się zapomnieć. — Zazdroszczę. Chociaż my się chyba bawiliśmy lepiej, niż reszta.

Zanim opuścili salę restauracyjną, Cameron podebrał z tacy dodatkową porcję wina musującego. Nie za bardzo wiedział na co powinien się nastawiać, idąc na ten koncert, więc wolał się jakoś zabezpieczyć, zwłaszcza że był tutaj z Rudą. Na „normalnej” imprezie, pewnie po prostu zaczęliby obgadywać ludzi, ale Lupin miał wrażenie, że tutaj to nie przejdzie. Goście Crouchów mogli być dużo mniej tolerancyjni od tych, których spotkali u Brenny i Erika.

A tą Pettigrew kojarzysz? — spytał, kiedy zaczęli przebijać się przez korytarze statku. — Gra coś nowoczesnego? — W jego oczach zagościł błysk nadziei. — Wiesz gitara, perkusja, czy... Coś w tym stylu? — Skrzywił się lekko. A co jeśli to była jakaś podstarzała śpiewaczka operowa? — Nie, żeby było coś złego w klasyce...

Zaczął oglądać się na prawo i lewo, czy ktoś ich przypadkiem nie podsłuchał. Wolałby nie podpaść organizatorom tym, że obgaduje ich atrakcje, zanim w ogóle wyrobił sobie zdanie na ich temat. Koniec końców Cameron dotarł wraz z Heather na salę.

A więc fortepian... Cóż, mogło być dużo, dużo gorzej. Lupinowi przeszło przez myśl, że gdyby padło na flecistkę, to nie mógłby się powstrzymać przed paroma żartami na temat tego instrumentu muzycznego. A wtedy to już na pewno zwrócono by na nich uwagę, bo zapewne oboje ryknęliby śmiechem. Koncert fortepianowy upłynął więc Cameronowi na dyskretnym popijaniu wina i próbach zrozumienia przekazu utworów, jakie wygrywała gościom panna Pettigrew.

Kiedy występ dobiegł końca, para nie czekała na innych gości, tylko ruszyła w trzewia statku, co by odszukać swoją kabinę i spędzić trochę czasu we własnym towarzystwie. Jak najdalej od zgiełku tworzonego przez resztę zaproszonych na rejs czarodziejów i czarownic.


Cameron Lupin & Heather Wood
Postacie opuszczają sesję



RE: [7.07.1972] Rejs Rodziny Crouch, Atlantyk - Martin Crouch - 01.10.2023

Nowy dzień, nowe atrakcje. Goście mogli raczyć się wybornym śniadaniem. Do wyboru były kanapeczki, naleśniki, jajka w różnej formie oraz bekon i fasola. W którymś momencie kapitan Jack Crouch przeszedł się po jadalni spoglądając na szwedzki stół uginający się od tych smakołyków.

— Tyle jedzenia ten statek w ciągu swoich stu lat nie widział — roześmiał się i już prawie sięgnął po jajko na twardo gołą ręką, gdy pojawił się jego brat i wsunął mu w łapę widelec ratując przed skandalem obyczajowym. Matka by umarła ze wstydu!

Po przyjemnym śniadaniu gości zaproszono do bawialni. Czekał tam już na nich strojnie ubrany jegomość z zakręconym wąsem. Obok niego na stoliku stał kociołek z jakimś specjalnym dołem, który wyglądał na doczepiane palenisko. Kociołek wyróżniał się również pokrywką.

— Panie i panowie! Mam przyjemność dokonać pierwszej na świecie prezentacji Termomiciołka! — oświadczył uroczyście, gdy wszyscy zajęli miejsca. — Gdy nie zadowalają was skrzaty, bądź po prostu sami pragnęlibyście zasmakować przygody gotowania, warto postawić na najlepszego asystenta w gotowaniu. Ten oto kociołek posiada niesamowite funkcje pomagające w przygotowaniu wspaniałego posiłku!

Czarodziej zaczął wychwalać samogotujący produkt, wymieniać wszystkie jego funkcje, takie jak mieszanie, ważenie, gotowanie i tak dalej. Zdradził też kilka przepisów, które Termomiciołek potrafi przyrządzić. Na sam koniec, w formie prezentacji, przygotował gulasz z kurczęcia i dyni, po czym porozdawał porcyjki degustacyjne zainteresowanym czarodziejem. Rozdał też ulotki zawierające informacje o produkcie oraz możliwości zakupu za spore galeony (można płacić w ratach!). Wielu gości zainteresował ten nowoczesny wynalazek.




RE: [7.07.1972] Rejs Rodziny Crouch, Atlantyk - Martin Crouch - 26.10.2023

Po pokazie czarodzieje znów mieli chwilę dla siebie. Czekały na nich jeszcze inne atrakcje podczas tego rejsu. Koncert Oleandra Crouch'a, czy wieczorne opowieści o przygodach kapitana statku, Jack'a Crouch'a.
Goście miło spędzili czas na Atlantyku, z dala od zamieszania spowijającego współczesny im świat. Mieli okazję wziąć udział w degustacji win oraz przystawek z Ameryki Łacińskiej, a także wziąć udział w rytuale odnowienia z tradycji kreolskich czarodziejów.
Rejs zakończył się bez większych przeszkód i tylko jeden pijany gość wypadł za burtę (został uratowany).

Koniec sesji