![]() |
|
[lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116) +---- Wątek: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć (/showthread.php?tid=1761) |
RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Norvel Twonk - 18.09.2023 Mavelle, Atreus, BrennaPatrząc na stojącą przy balustradzie upiorną kobietę, Atreus widział… w sumie sam nie wiedział na co patrzy. Czy była połączona ze statkiem? Była. Była jego nierozerwalną częścią. Ale czy chłonęła ich energię? Nie. Była jak spotkany piętro niżej żywy trup. Była istotna, o wiele potężniejsza od nie dającego się pokonać nieumarłego, ale nie była centrum. O tym o ile była potężniejsza od przeciwnika, którego spotkali niżej, mogli się przekonać, gdy Brenna i Mavelle próbowały czarować. Zaklęcie Longbottom nie przyniosło żadnych skutków. Zaklęcia Mavelle zostały rozbite nawet nie – uniesieniem różdżki i spleceniem zaklęcia – ale niedbałym poruszeniem ręki. Skierowała na nich ciemne, matowe spojrzenie. Uniosła różdżkę. Dla Mavelle, Atreusa i Brenny czas jakby zwolnił, niemal zupełnie się zatrzymał. - Przestań! Dość! Nie krzywdź już nikogo więcej! – krzyczał przywiązany czarną energią duch małej dziewczynki. Dalej wierzgała i próbowała się wyzwolić. - Śmierć boli tylko żywych – powiedziała czarownica, kompletnie ją ignorując. Pełną uwagę poświęciła dwóm brygadzistkom i aurorowi. – Śnijcie. Całą trójką poczuli, jak zakręciło im się w głowie. Oczy uciekły im do góry, świat przyśpieszył i nie poczuli nawet, jak ich ciała opadły bezładnie na posadzkę atrium. 21 CZERWCA 1907 ROKU, GDZIEŚ NA OCEANIE W DRODZE KU WIELKIEJ BRYTANIIBrennaBrenna Sedley siedziała przy toaletce w swojej kajucie. Ubrana była w czarną, koktajlową suknię. Na jej szyi, w uszach i na lewym nadgarstku pobłyskiwały perły. Była śliczna. Tak, zbliżała się już do trzydziestki, ale wciąż jeszcze udało jej się zachować sporo młodzieńczej urody. Być może nie doceniał tego jej mąż, Neville Sedley, ale już sobie postanowiła, że albo tej nocy, podczas balu, po raz ostatni spróbuje się zbliżyć do Neville’a, albo się rozwiodą. Tak, matka z pewnością dostanie zawału a ojciec powie jej, że niczego więcej się po niej nie spodziewał, ale zrobi to. Neville był… był idealnym pozorantem. Publicznie ją adorował, trzymał za rękę, całował w policzek, chwalił jej sukcesy i pozwalał trwonić pieniądze, ale gdy tylko wracali do domu, całkowicie się zmieniał. Nie bił jej, ale jej nie widział. Traktował ją jak ładną ozdobę, ale nie obchodziło go, że ta ozdoba mogła mieć własne zdanie na jakiś temat. Zaraz po tym jak zaszła w ciążę wyprowadził się z ich wspólnej sypialni i nigdy do niej nie wrócił. Mógł z nią tańczyć na balu, ale tylko ona wiedziała, że patrzył na nią takim wzrokiem, jakby tańczył z donicą ogrodową. Czuła, że najwidoczniej coś robiła źle, bo przecież przed ślubem był inny, ale nie miała pojęcia co. Ciągle był miły, szarmancki, przystojny i zazdrościły go jej wszystkie koleżanki. To tylko dla niej i w ciszy domowego ogniska bywał okrutny. Przed tym jak wsiadła z Nevillem i córeczką Maddie na statek, otrzymała list z wydawnictwa: przyjęto do druku jej pierwszą powieść. Jeśli wszystko się dobrze ułoży będzie miała dość pieniędzy by razem z córką zamieszkać w wiejskiej posiadłości pod Londynem i wieść wygodne życie. Zwłaszcza, że ostatnio, po poznaniu Marka Cavendisha, przypomniała sobie jak to jest stać obok kogoś, kto dotyka jej ręki, bo chce dotknąć jej ręki – a nie dlatego, że w towarzystwie wypada dotknąć ramienia żony. Drzwi do kajuty otworzyły się i do środka wszedł Neville. Już był przebrany na bal. - Gdzie jest Madeleine? – zapytał. – Wydawało mi się, że powinna już wrócić z niańką ze spaceru, ale w ich kajucie jest pusto. Jeśli nasza córka znowu jej uciekła, zwolnię ją jak tylko dopłyniemy do portu. - A Brenna wiedziała podskórnie, że tak naprawdę powiedział: Jesteś tak niekompetentna, że nie potrafisz zatrudnić nawet odpowiedniej niańki. AtreusBycie utracjuszem nie było takie złe. Zwłaszcza, gdy kieszenie miało się pełne od wygranej w pokera i istniała spora szansa, że zanim statek dopłynie do portu, w tych kieszeniach będzie nawet kilka tysięcy funtów. Atreus Cavendish stał przed lustrem i wiązał sobie muszkę. Dzisiejszy bal miał być miłym wydarzeniem, choć nie spodziewał się raczej po nim więcej niż kilku wypitych za darmo drinków i paru tańców z kilkoma ładnymi pannami. A potem oczywiście pójdzie grać w karty, jak niemal każdego wieczoru i najpewniej, jak każdego wieczoru, wygra trochę gotówki. Jego brat, Mark Cavendish, nakładał właśnie koszulę. - Mam dobry plan, na którym sporo zarobię – zaczął Mark. – Ostatnio poznałem pewną damulkę. Śliczna, ponętna, całkiem miła. Ma na imię Brenna i co najlepsze: ma męża. I to takiego… - Mark skrzywił się ostentacyjnie. – Och, znasz ten typ. Najlepszy do obrobienia w karty: Moja Reputacja Jest Najważniejsza. Pomyślałem sobie, że ją dzisiaj pocałuję. A ty masz dopilnować, żeby zobaczył nas ten jej mąż. Podniósł się z łóżka. Zajrzał do szafy i wyciągnął stamtąd muszkę. Skrzywił się, mając wyraźnie problemy z jej zawiązaniem. - Nie wiem na ile to kwestia wyrachowania, nudy czy naiwności, ale Brenna wydaje się wyjątkowo łatwa. Jej mąż zapłaci krocie, byle jego reputacja nie ucierpiała. MavelleMavelle Bishop zdążyła zrozumieć, że życie najwięcej do zaoferowania miało ładnym pannom. A powszechnie wiadome było, że najładniejsze panny to takie, które mają największe wiano. A ona i jej siostra Anne, nie miały żadnego wiana. Anne była jeszcze naiwna, wydawało jej się, że jak się zaprzyjaźni z Aveliną to zainteresuje się nią Augustus Arrow, ale Mavelle czuła podskórnie, że nic z tego nie będzie. I co, nie miała racji? I nic. Avelina zaręczyła się z sir Howardem a Arrow ani myślał się choćby uśmiechnąć do Anne. - Zauważyłaś, że od kiedy popołudniu twoja siostra wróciła do kajuty to zachowuje się jakoś dziwnie? – zagaiła ich matka. Ponieważ zbliżał się bal, miała już na sobie swoją najlepszą sukienkę. Całkiem podobną (i jak widziała Mavelle, niestety już nie tak modną) położyła dla niej na łóżku. Natomiast Anne… Anne siedziała przy toaletce i patrzyła bez zainteresowania na swoje odbicie. - Marianne, Marianne… - mamrotała pod nosem. Tura trwa do 21.09.2023 roku do godziny 21.00 RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Brenna Longbottom - 18.09.2023 Musnęła palcami perły, błyszczące na jej szyi, z pewnym namysłem: być może po balu, jeśli nie uda się jej ułożyć spraw z mężem, powinna schować je w walizce. Między gorsetami najlepiej, gdzie Neville nigdy w życiu by nie zajrzał. Były piękne, ale przede wszystkim wiele warte, a jej córeczka przywykła do życia na określonym poziomie, który pierwsze pieniądze z powieści niekoniecznie będą mogły zapewnić. To głównie dla niej Brenna była gotowa spróbować jeszcze raz, spędzić ten wieczór wiernie u boku męża, nie szukając spojrzeniem Marka. Nie chciała, żeby dziecko wychowywało się bez ojca, żeby musiała rozstać się z ukochaną nianią, by ludzie wytykali je na ulicy jako córkę rozwodniczki, zwłaszcza, że uzyskanie rozwodu wcale nie było łatwe, a w inni mieli zwyczaj zrzucać w takich sytuacjach winę na kobietę. Coś przewracało się w żołądku Brenny ze strachu (chyba nigdy nie bała się tak bardzo) na samą myśl o tym, co powie ojciec i prawie słyszała w głowie jego głos jesteś beznadziejna, do niczego się nie nadajesz, miałaś zrobić w życiu dwie rzeczy, być dobrą żoną i urodzić syna, a nie wyszła ci ani jedna. Być może dlatego zawsze tak lubił Neville’a. Byli do siebie bardzo podobni. I może dlatego ostatecznie Brenna, gdyby ta ostatnia próba się nie powiodła, była całkiem zdecydowana zejść z tego statku z córeczką, za to bez męża – bo nie chciała też, aby Maddie kiedyś usłyszała od Neville’a podobne słowa. Gdy drzwi kajuty skrzypnęły, odruchowo skuliła nieco ramiona. Łatwo było być odważną i zdecydowaną, kiedy Neville’a nie było w pobliżu, bo w jego obecności cała śmiałość Brenny jakoś pryskała. Choć kajuta nie była tak mała, kiedy on przekroczył próg, mogłaby przysiąc, że ściany zaczęły się przybliżać i że brakuje jej tchu. Chciałaby być tak odważna, jak bohaterka jej powieści – ale nie potrafiła – i wiedziała, że nie znajdzie w sobie dość tej odwagi, aby poinformować męża o decyzji osobiście. Raczej czmychnie niczym mysz, i później wyśle mu list, modląc się o to, by nie chciał ich odnaleźć. Chciałaby powiedzieć coś w obronie niańki Maddie, ale do tego też zabrakło jej odwagi. Może faktycznie wybrała źle, nadmiernie zasugerowała się tym, że córka tę kobietę lubiła? – Po… poszukam jej. Jestem pewna, że są w atrium – wykrztusiła, powoli podnosząc się z miejsca. Mieli jeszcze trochę czasu, a była już gotowa. Zawahała się, zarówno dlatego, że on stał w drzwiach, jak i ponieważ zbierała się przez chwilę na śmiałość… – Neville? Po balu chciałabym porozmawiać. RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Atreus Bulstrode - 18.09.2023 Spojrzenie jasnych oczów wpatrywało się w lustrzaną taflę, kiedy próbował usilnie zawiązać muszkę. Palce poruszyły sie znowu, próbując wykonać węzeł, ale coś kolejny raz poszło nie tak i efekt był zwyczajnie średni. Westchnął więc i rozplótł materiał, by ponownie, tym razem wolniej, zacząć go wiązać. Czuł pewnego rodzaju ekscytację, tak dobrze znajomą i pojawiającą się, kiedy czekał go wieczór przy stoliku do kart. Jak do tej pory rozgrywki przynosiły zyski, na tyle by w kieszeniach pobrzękiwały przyjemnie wygrane pieniądze, które sprawiały że czuł się niczym król. Spojrzał w bok, na moment odrywając się od swojego kołnierzyka, kiedy odezwał się do niego Mark, szybko jednak powrócił do lustra, skończył wiązać i wreszcie odetchnął z ulgą, wyraźnie zadowolony z osiągniętego efektu. - Nie mogę ja jej pocałować? - spojrzał na brata w ten charakterystyczny dla siebie sposób, z szelmowskim uśmiechem przyczepionym do ust. - Wydajesz się, jakbyś wszystko już sobie obmyślił. Wiesz jak wygląda jej mąż, do czego ma skłonności, a ja... - podszedł do brata, widząc jak ten siłuje się z muszką podobnie do niego. - Ja zawsze radziłem sobie z kobietami lepiej od ciebie - zawyrokował wreszcie, kiedy udało mu się zawiązać ją za pierwszym razem, a potem z zadowoleniem poklepał Marka po ramieniu. Parę tańców z pannami, a potem znalezienie się przy stoliku z kartami brzmiało absolutnie pysznie, jednak skoro już brat dzielił się z nim jego pomysłem, to w grę nie wchodziła odmowa. O wiele bardziej jednak wolał pouganiać się za Brenną, jak zaganiać jej męża na miejsce zbrodni. RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Mavelle Bones - 19.09.2023 Więc to koniec? Nie było mowy o tym, żeby Mavelle zostawiła Brennę – ani w tym, ani w jakimkolwiek innym życiu, nie z własnej woli. I, co gorsza, bardzo szybko okazało się, jak potężna była ta kobieta, z którą mieli teraz do czynienia. Nie tylko nie dało się jej skrzywdzić, najwyraźniej, ale nawet i powstrzymać. … czy zatem nie opuszczą nigdy pokładu tego statku…? Myśl rozbłysła i znikła. Chwilami miała ochotę potrząsnąć swoją siostrą. Wiecznie jej się wydawało, że wystarczy się do kogoś zbliżyć, strzelić uśmiechem tu i tam – i jakoś to będzie. Oczaruje mężczyznę, zyska męża. Ale wiano, to przeklęte wiano! Mavelle już od dawna się nie łudziła, że w tym świecie miłość nie miała znaczenia, że opowieści z bajek są tylko opowieściami. Książę nie zakochiwał się w panience, która miała do zaoferowania jedno, wielkie nic; a nawet jeśli jakimś cudem udałoby się pozyskać względy… … to w najlepszym razie dość szybko zostanie się odstawioną na boczny tor (wszak skandal, mezalians i Matka jeszcze wie, co), w najgorszym – skończy się jako panna z dzieckiem. A wtedy to już całkiem szanse na złapanie przyzwoitego męża całkiem przepadały. Och, nie, zdecydowanie nie życzyła Anne takiego losu; miała nadzieję, że w końcu dziewczę przejrzy na oczy, zwłaszcza teraz, gdy zderzyła się z rzeczywistością. Może w końcu do niej dotrze, że mężczyźni tacy jak Arrow to za wysokie progi dla nich, panienek bez wiana? Taka panna mogła być nawet najpiękniejsza na całym świecie, mogła szczycić się urodą godną samej bogini, ale jeśli za nią nie stało wiano, to… cóż. - Cóż… jest zdecydowanie cicha, mamo – stwierdziła, podchodząc do łóżka. Obrzuciła dość krytycznym spojrzeniem sukienkę – cóż, na lepszą raczej nie miała co liczyć – Anne, co jest? Już nie myślisz o Arrowie? I co tam pod nosem mamroczesz? – rzuciła do siostry i zaczęła naciągać na siebie sukienkę – Zresztą, ruchy, bo jeszcze przegapisz bal. A potem będziesz przeżywać, że nie skosztowałaś tych lawendowych ciasteczek. Nie, nie przemycę ci ich – oświadczyła dość kategorycznym tonem. RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Norvel Twonk - 21.09.2023 BrennaNeville posłał Brennie obojętne spojrzenie, ale zamiast patrzeć na jej twarz, skupił uwagę na bransoletce z pereł, którą nałożyła na dzisiejszy bal. Regularnie tak robił, i Sedley nie mogła być wcale pewna czy chodziło o to, że po prostu nie mógł na nią patrzeć, czy też okazywał w ten sposób lekceważenie. - Przecież rozmawiamy teraz – zauważył idealnie pozbawionym emocji głosem. Wyglądał nienagannie, idealnie przygotowany na uczestnictwo w balu. Lubił pozory, ale nawet one nie przekonały go, by podczas rejsu dzielili jedną kajutę. W towarzystwie mówił, że to dla ich wspólnej wygody, co rozpuszczona żona Heinzela przyjęła z zachwytem (ba, Danielle głośno pogratulowała Brennie tego jakiego ma dobrego i opiekuńczego męża). – Wiesz, że ostatnim razem wezwał mnie młodszy oficer, bo przyłapano Madeleine na myszkowaniu w kajutach pracowników? – zapytał, wreszcie kierując spojrzenie prosto w oczy Brenny. Miał ciemne, pozbawione wyrazu tęczówki, z których jak z księgi dało się wyczytać: Masz dwa zadania: dobrze się prowadzić i pilnować dziecka. Do tego drugiego wzięłaś sobie nawet niańkę i dalej ci nie wychodzi. – Mam nadzieję, że nie biega teraz w jakiejś kotłowni albo pralni. Przesunął się w drzwiach, jakby rozważał czy wypuścić Brennę na korytarz, czy jeszcze coś jej powiedzieć. Wreszcie złapał żonę za ramię. Miał lodowato zimną rękę. - Musimy znaleźć ją przed początkiem balu. Powinniśmy się pojawić na nim razem. Kiedy wyszli na korytarz zamigotało światło. AtreusMark Cavendish wzruszył ramionami. - Myślisz, że jest aż tak znudzona, że pozwoli się pocałować byle pierwszemu mężczyźnie, który spróbuje to zrobić? – zapytał z wahaniem. Nie reagował, gdy Atreus pomagał mu w zawiązaniu muszki. Potem sam podszedł do lustra i zapatrzył się na swoje odbicie. – A pewnie, że wiem jakie ma skłonności. Kiedy ty łoisz w karty, ja od tygodnia ich obserwuję – przyznał się bezczelnie. Mark narzucił na ramiona marynarkę. - Zresztą, kojarzysz ją w ogóle? Jest całkiem ładniutka – dodał, kierując się w stronę drzwi. – O, mam lepszy pomysł. Załóżmy się o pięćdziesiąt funtów. Przegrany idzie do Sedleya i donosi mu, że ma niewierną żonę. Dam ci fory i jak ją zobaczę to przynajmniej powiem ci która to. Zaczekał aż Atreus wyjdzie na korytarz a potem zamknął drzwi do kajuty na zamek. Światło znajdujące się na korytarzu zamigotało. - A wydaje się, że to taki wspaniały i bogaty statek – rzucił kwaśno. MavelleAnne uniosła głowę i popatrzyła na Mavelle. Nie była ładną dziewczyną: zbyt chuda, dość blada o dłuższym niż wypadało nosie, wąskich ustach i dużych migdałowatych oczach przypominała czaplę. Ale Augustus Arrow był bogatym kaleką i chyba Anne wydawało się, że wystarczy mu kilka ciepłych spojrzeń, parę dłuższych rozmów i obecność, by wreszcie porzucił swoje uczucia do Aveliny i popatrzył na nią. - Sir James Howard nie powinien tak traktować Marianne – powiedziała powoli. Zmarszczyła brwi, jakby myślała o czymś intensywnie i to myślenie sprawiało jej ból. – Ja… Byłam dzisiaj z Aveliną i jej matką w… - urwała, dotknęła ręką czoła. – Biedna Marianne – powtórzyła. – Szkoda mi Marianne tylko… ja chyba nie pamiętam… - Czy to jest na pewno najrozsądniejszy moment byście obie teraz rozmawiały o jakieś Marianne? Jedyna, którą kojarzę to panna Fawley, mieszka razem z matką trzy kajuty dalej od naszej kajuty – wtrąciła ich matka. Kobieta zbliżyła się do stolika, na którym stała szkatułka z biżuterią. Otworzyła ją w poszukiwaniu czegoś, co podpasowałoby im do sukienek. Szkoda, że wszystko się w środku znajdowało było tanimi podróbkami. - Miałaś tańczyć na balu, będziesz płakać na pogrzebie – wymamrotała pod nosem Anne. Tura trwa do 23.09.2023 roku do godziny 21.00
RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Brenna Longbottom - 21.09.2023 To nie jest rozmowa, Neville, bo rozmowa polega na tym, że dwoje ludzi mówi, co ma do powiedzenia, i sluchają się nawzajem, miała ochotę odpowiedzieć i przez moment poczuła irracjonalną chęć walnięcia mu pięścią prosto w nos. Nie dlatego, jak mówił do niej, ale z powodu tonu, jakim wyrażał się o córce. Maddie miała dziewięć lat, na litość boską. Nudziła się na statku, gdzie wszelkie rozrywki przeznaczano dla bogaczy. Brenna zdusiła jednak w sobie ten impuls, bo przecież porządne kobiety nie robią takich rzeczy i prawdopodobnie tylko połamałaby sobie palce. W milczeniu przyjmowała kolejne zarzuty, niezdolna się im przeciwstawić. Ale każde następne zdanie sprawiało tylko, że chciała uciekać coraz bardziej i bardziej, najlepiej już, teraz, natychmiast, a postanowienie, by spróbować, chwiało się w posadach. Co z tego, że Danielle zazdrościła jej troskliwego męża? Heinzel tak naprawdę bardziej dbał o żonę i córkę, nawet jeśli nikt go specjalnie nie lubił. Mimo to nic nie powiedziała, jak zwykle w ciszy wysłuchując wszystkiego, co miał do powiedzenia, póki nie ruszyli do wyjścia z kajuty i nie położył dłoni na jej ramieniu. Ten chłód nią wstrząsnął na tyle, że odruchowo cofnęła rękę, czego nigdy nie odważyła się dotąd zrobić. Chociaż przecież nie powinien, zawsze miał zimne dłonie, prawda? Jakby wyrwano z niego całe ciepło. Neville nigdy tego nie miał w sobie ani grama, nawet jeśli przed ślubem uważał inaczej. - Jeśli poszukam jej sama, zwrócę mniejszą uwagę - powiedziała, nie chcąc sobie nawet wyobrażać, w jaki sposób spojrzałby na Maddie, gdyby dziewczynka faktycznie siedziała w kotłowni. Wolała znaleźć ją sama I potem wmówić mu, że była gdzieś indziej. Chociaż... córkę może przynajmniej by dostrzegł, bo na własną żonę patrzeć nie chciał. Zadarła głowę, spoglądając na mrugającą żarówkę. - Czyżby mieli problemy z prądem? - mruknęła, chyba bardziej do siebie niż do niego ale nie poświęciła temu więcej uwagi. Musiała znaleźć kogoś z obsługi i spytać, czy widzieli Maddie. RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Mavelle Bones - 21.09.2023 Rzuciła Anne mało rozumiejące spojrzenie. Prędzej by się spodziewała, że będzie rozpaczać nad Arrowem, nad tym, że nadal nie zwraca na nią uwagi - że da jakiś znak, iż zrozumiała nareszcie, że z tego nic nie wyjdzie. Nie mogło wyjść, bo jak? Naprawdę, Arrow to były za wysokie progi dla kogoś takiego, jak Anne czy Mavelle. Gdyby chociaż za nimi stała jakaś pokaźna sumka, to jeszcze... - Czyli niby jak? - spytała odruchowo, zastanawiając się, co jej strzeliło do głowy. Naprawdę, dlaczego nagle skupiła się na Marianne? I... dlaczego nie pamiętała? Zmarszczyła brwi, wygładzając fałdy założonej właśnie sukienki. Nie pamiętała. Dlaczego nie pamiętała? Nic jej nie było wiadomo, żeby siostra cierpiała na zaniki pamięci, a zresztą - wciąż była jeszcze młoda, zaś zapominalstwo to jednak domena starszych, czyż nie? Zerknęła nieco bezradnie na matkę. Tak. Anne zdecydowanie była dziwna, bardzo dziwna i... nie wiedziała, co z tym fantem zrobić. Nie czekała, aż matka wybierze jakąś błyskotkę - ładną, ale w rzeczywistości nic niewartą - którą miałaby założyć. Kwestię balu jednak odsunęła na dalszy plan, podchodząc po prostu do siostry. Przykucnęła przy niej, ujęła za dłoń, próbując złapać Anne kontakt wzrokowy. - Spokojnie, zastanów się. Byłaś z Aveliną i jej matką, i co dalej? - przemawiała łagodnie, niczym do małego dziecka, ignorując teraz matkę. Tak. Teraz, przed balem, może to nie był najlepszy moment na rozprawianie o jakiejś Marianne, ale siostra... mogła mieć o niej takie zdanie, jakie miała, ale jednak była siostrą. - ... co masz na myśli? - spytała po chwili, marszcząc brwi. Pogrzeb...? RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Atreus Bulstrode - 22.09.2023 - A to przepraszam co, ty od tygodnia zabierasz ją na randki, że taki pewny jesteś, że tobie się akurat uda bez problemu? - zapytał, spoglądając na brata z wyraźnym powątpiewaniem i unosząc lekko brew ku górze. - Jeśli jest tak znudzona jak wydajesz się twierdzić, to nie powinno pójść z nią aż tak trudno. A łoję w karty - zaczął, krzywiąc się lekko. - Bo nie bawi mnie zgłębianie tajemnic jakiegoś nowobogackiego tuczeńca. Nie łatwiej by już go było oskubać przy stoliku? Może nawet wtedy udałoby się ściągnąć z niego więcej, niż to co gotowy jest rzucić, byleby tylko zachować twarz - zapytał jeszcze, klepiąc się po kieszeniach marynarki, kiedy podążył za bratem, żeby sprawdził czy na pewno wsunął do nich papierośnicę i zapalniczkę. - Pięćdziesiąt? Masz w ogóle takie pieniądze, czy może wydałeś już dawno na stawianie tej jego żonce drinków? Ale niech będzie, niewiele do stracenia. - wyszedł przed kajutę, spoglądając sceptycznie w górę, na migające światła. Odwrócił się, kierując w stronę najbliższych schodów, wsuwając w kieszenie spodni dłoni. - Miejmy tylko nadzieję, że nie rozpadnie się przed tym, jak dzisiejszego wieczoru znowu ogram jakichś frajerów w karty. I oczywiście, przed tym jak wyciągnę od ciebie moje 50 funtów. - zaśmiał się krótko, oglądając na Marka. Wizja, że Perle Morza cokolwiek miałoby się podczas tego rejsu stać, była wręcz niemożliwie zabawna, biorąc pod uwagę ile pieniędzy zostało w nią wpakowane. RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Norvel Twonk - 23.09.2023 BrennaNeville zacisnął usta w cienką linię. Niby patrzył na małżonkę normalnie, ale tak naprawdę jego oczy zwęziły się. Pokręcił głową. - Jeśli zrobimy to razem, będzie szybciej – pouczył ją jakby była małym dzieckiem. Sam podniósł głowę i popatrzył na migające lampki nieufnie. – Chyba tak. Wydaje mi się, że ostatnio częściej pojawia się problem z elektryką. Mam nadzieję, że nie czeka na nas jakaś większa awaria – zauważył. I jak na Neville, była to dość długa wypowiedź. Żadnego: co mnie to obchodzi? Normalne zdanie, może nawet zdradzające, że nie do końca podobały mu się problemy z prądem. Albo też uświadomił sobie, że jeśli Madeleine znowu zakradła się na dolny pokład i prąd zgaśnie, to ich córka pozostanie całkiem sama, pochłonięta ciemnościami w miejscu, z którego może nawet nie będzie wiedziała jak wyjść. Ruszył za żoną korytarzem ku drewnianym schodom prowadzącym w dół. Przez sekundę, może dwie nawiedziła Brennę dziwna myśl, że wcześniej te schody były mokre i śliskie i ich wspaniałość dawno minęła. Ale to nie była przecież prawda, bo nawet teraz, schodząc po schodach mogła oprzeć rękę bogato zdobionej balustradzie a jej buty miękko grzęzły w przymocowanym do stopni czerwonym dywanie. Dostrzegła, że z jednej z kajut drugiej klasy właśnie wychodziła dwójka mężczyzn. AtreusMark Cavendish przewrócił ostentacyjnie oczami. - Właśnie dlatego ty jesteś hazardzistą a ja szantażystą – zażartował cicho. Chyba zażartował? Choć właściwie do tego sprowadzał się jego cały plan: pocałuj żonę na oczach męża a potem postaw na szalę jego reputację. – Ale dobra. Ustąpię ci. Mam tylko nadzieję, że naprawdę ją pocałujesz a nie zaczniesz udawać księcia na białym koniu i ostrzeżesz przed moją intrygą – rzucił ciszej. Za to jego widok migającego światła widocznie wprawił w konsternację. Wzdrygnął się, chyba jednak nie dość przekonany co do niezawodności statku, na którym przyszło im płynąć. - Dobra. Pokażę ci która to i działajmy – wymamrotał. Tylko, że Mark nie musiał niczego pokazywać Atreusowi. I to nie tak, żeby Atreus Cavendish rzeczywiście znał Brennę Sedley. Tak, widział ją – ale trudno było nie widzieć kogoś, z kim od kilku tygodni płynęło się w jednym rejsie, jadało obiady w tej samej restauracji i chodziło po tym samym pokładzie. Nie znał jej jednak z imienia, a z małżeństwa bardziej kojarzył Neville’a – nieszczególnie przyjaznego mężczyznę, który choć sam nie grał w karty, spędzał całe wieczory obserwując cudzą grę. Z jakiegoś powodu poczuł jednak, że cały plan brata dotykał akurat tej schodzącej po schodach kobiety. A on chciał ją ochronić. I to jakby nie do końca była jego własna myśl? To znaczy na pewno była jego własna, ale do tej pory chyba nie był aż tak rycerski? A może? - To jak? – zapytał go półgębkiem Mark. – Mam przejmować jej męża? Czy opuściła cię odwaga? MavelleAnne zmarszczyła brwi. Na ogół nie była jakąś wyjątkowo tępą dziewczyną, ale dzisiejszego popołudnia myślenie ewidentnie zaczęło sprawiać jej pewną trudność. Tak jakby czegoś nie pamiętała, jakby coś usunięto z jej pamięci i zrobiono to na tyle nieudolnie, że wciąż zdawała sobie sprawę z tego, że czegoś brakowało. - I przyszła mama Marianne – zaczęła powoli, z wyraźną trudnością w głosie Anne. A potem pokręciła głową. – Nie, to bezsensu. Przyszła Marianne. Czemu ja tam poszłam? To nie ma sensu – ostatnie dwa zdania wyszeptała ciszej, jakby sama do siebie. – Pan Arrow też tam był. Matka Mavelle i Anne sapnęła ciężko. - Poszłaś wypić szampana z Aveliną i jej matką. Zgodnie z oczekiwaniami, sir Howard wreszcie się jej oświadczył – przypomniała poirytowanym tonem. – Zupełnie nie rozumiem czemu teraz udajesz, że tego nie pamiętasz. Trajkotałaś o tym od tygodnia. Jeśli przyszła do was w restauracji Marianne to jest bardzo głupią dziewczyną. Kobieta powinna mieć dumę. Wolał inną? Trudno. Ona znajdzie lepszego od niego – cała tyrada matki była dość długa i właściwie to Mavelle nawet nie potrafiła powiedzieć, czy nawiązywała w niej rzeczywiście do sytuacji Marianne i sir Howarda czy też mówiła o sobie i o ich ojcu, który dla młodszej kobiety przehulał większość ich majątku. Anne złapała Mavelle za rękę. - Chodźmy do Marianne – poprosiła niespodziewanie. Tura trwa do 25.09.2023 roku do godziny 21.00
RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Brenna Longbottom - 23.09.2023 Nie chciała, żeby Neville znalazł Maddie razem z nią, jeżeli ta krążyła gdzieś, gdzie nie powinna. Wiedziała, że nie będzie krzyczał – na statku zbyt trudno było o prywatność, aby pozwolił sobie na coś takiego – ale będzie po prostu… patrzył. Mówił tym specyficznym tonem, niby normalnym, ale w którym tkwiło coś więcej, zwłaszcza w połączeniu z doborem słów. I patrzył na nią w taki sposób, w jaki patrzył teraz na Brennę, zwężając oczy. Gdy tak spoglądał, czasem myślała, że ją uderzy. Ale nigdy tego nie zrobił. Może powinna się z tego cieszyć, nie mogła jednak oprzeć się myśli, że po prostu nie chciałby, aby ktokolwiek zobaczył siniaki. Już niedługo, obiecała sobie, myśląc o powieści, o naszyjniku z pereł i o nowym życiu, które niedługo zaczną z córeczką gdzieś pod Londynem. – Jak uważasz, Neville – ustąpiła na razie, tłumiąc westchnienie. Jeżeli upierałaby się przy swoim, tylko zdenerwowałaby go jeszcze bardziej. Zerknęła jednak na niego zaraz z pewnym zaskoczeniem, bo… odpowiedział jej – naprawdę jej odpowiedział, i to wytrąciło ją z równowagi do tego stopnia, że omal się nie potknęła. Chciała mu odpowiedzieć, nagle z jednej strony zbita tym z tropu, z drugiej zaniepokojona na myśl o Maddie, uwięzionej w ciemnościach… ale spojrzała odruchowo w dół i przystanęła, spoglądając na schody. Zamrugała. Były mokre i śliskie, i wyglądały, jakby miały się pod nią zapaść… Może za mało spała. Zamrugała, raz, drugi, ale widziała znowu tylko dywan, i bogato rzeźbioną balustradę. Coś wzdrygało się w niej przed wejściem na te stopnie i może nawet by tego nie zrobiła, gdyby Neville nie był tuż za jej plecami, ale w tej chwili zrobiła to, położyła dłoń na poręczy i powoli ruszyła w dół. Nie zwróciła większej uwagi na wychodzących z kajuty mężczyzn, chociaż w innych okolicznościach Mark na pewno ściągnąłby jej spojrzenie – on przynajmniej zdawał się patrzeć na nią, nie na bransoletki, jakie nosiła – ale w tej chwili skupiała wzrok na stopniach, a myśli błądziły wokół Maddie. Chciała ją znaleźć i upewnić się, że nic jej nie jest... miała jakieś nieprzyjemne przeczucia, może z powodu tej awarii. |