![]() |
|
[1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów (/showthread.php?tid=1778) |
RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Laurent Prewett - 01.09.2023 Z lekkim niepokojem i zdziwieniem osunął się razem z nią, kiedy wyceniła, że nie będzie ufała własnym nogom, a może to własne nogi przestały ufać jej. Zabrakło jej siły na stanie - to jedne było pewne. A on nie bardzo miał siłę na to, żeby wisiała bezwładnie w jego ramionach, kiedy ją trzymał przy sobie i przytulał. Tak oto klęknęli. Klęknął on, a z jej nogami nawet nie bardzo widział, co się dzieje. Victoria była przeciążona wszystkim, czego doświadczała. Voldemort i poczucie, że może mieć jego oddech na karku, wspomnienia babki, które jej wykradła, zimne ciało, które sprawiało, że ludzie potrafili dziwnie reagować, problemy z narzeczonym, z rodziną. Problemy nie ulegały rozwiązaniu, gdy przychodziły nowe - one się tylko nawarstwiały. Tak się nie dało funkcjonować, żyć. Tak można było tylko zwariować. I co było po tej chwili spokoju, gdy przyszła nowa, tak niepokojąca? Znów przeniósł dłoń z jej pleców na głowę, by wtulić palce w jej miękkie włosy. - Chcesz zostać? - Nie pytał od razu. Trzymał ją w swoich ramionach, pozwalał poczuć swoje ciepło, chociaż ono całkowicie się rozpływało i nie było w stanie przejść na jej ciało. To tylko jego traciło na temperaturze do stopnia, w którym zaczął mieć dreszcze. Powrót do jej rodzinnego domu nagle nie wydawał się wcale atrakcyjny, w ogóle nie wydawał się dobrym pomysłem. A mógł jej zaoferować nocleg - nawet i we własnym łóżku. Bez żadnych podtekstów. - Mogę ci pokazać lunabelle, lubią wychodzić nocą. Widziałaś je kiedyś? - Odsunął się od niej delikatnie i znów przesunął palcami po jej twarzy. Zmęczonej twarzy, a tak pięknej. Po tych zmęczonych oczach, teraz przeszklonych i czerwonych od płaczu. - Albo mogę cię utulić do snu, żebyś zasnęła spokojnie. - Wiedział przecież, jakie miała problemy z zasypianiem, jak ciężko przychodził sen. Tam, w rodzinnym domu, gdzie nawet dom nie istniał poza instytucją budynku, zasypianie wydawało mu się koszmarem. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Victoria Lestrange - 01.09.2023 Nie była jakaś masywna, krępa, „zbita” – raczej średniego wzrostu, dość szczupła, choć o bardzo kobiecych kształtach; nie ważyła więc przesadnie wiele, ale dla takiego chuchra, jakim był Laurent pewnie była takim ciężarkiem, zwłaszcza, że nie bardzo miała siłę utrzymywać swój własny ciężar ciała. Nie miała Laurentowi za złe, że jej nie zatrzymał w pionie, a opadł na podłogę razem z nią. Nawet nie bardzo zwróciła na to wszystko uwagę. Cóż z tego, że wiesz, że wcale nie wariujesz, że nosisz w sobie wspomnienia własnej babci, że potrafisz je odróżnić, skoro kiedy odtwarzane są w głowie i przepływają przed oczami, traktujesz je jako własne, nie widzisz krańców, które jasno wskazują, że to nie tyle puzzle z innego miejsca obrazu, co całkiem inna układanka. W tamtej chwili wydają się takie prawdziwe, rzeczywiste – i były takie! Tylko nie były jej wspomnieniami. Wiedziała to. Wiedziała. Ale dostrzegała te granice dopiero po chwili, później, nie od razu. A to „od razu” było problemem. Im więcej czasu mijało, tym większy był kontrast pomiędzy spokojnymi pociągnięciami pędzla własnych wspomnień, a bez ładu rozlaną czerwoną farbą tych drugich. Ukojeniem było tylko to, że dusza babci nadal była w Limbo. Że nadal tam czekała… a jej istnienie nie zostało zniszczone. Zjedzone. Pożarte przez własną wnuczkę. Pokiwała głową w odpowiedzi, bała się, że głos ją już całkiem zdradzi i rozryczy się jak dziecko. Z bezsilności. Tak, chciała zostać. Chciała zostać, nie chciała być sama, bo naprawdę myśli ją zjedzą. Tylko czy zostawać powinna? Czy nie odbije jej i jednak się na niego nie żuci? Ale nie chciała zostawać sama. - W-widziałam – powiedziała cicho po chwili, po tym jak łapczywie łapała powietrze, próbując się uspokoić. - Po pijaku. Z Brenną – to musiało być niezłe połączenie. Victoria, Brenna, po pijaku i lunabelle. Laurent znał Brennę, wiedział, że ta nie za bardzo pijała alkohol… A przynajmniej nie TERAZ. I pewnie nie było trudne założyć, że ta historia miała z tym coś wspólnego. Albo nie miała wcale? Ale chętnie zobaczyłaby je jeszcze raz… Choć tak po prawdzie to pewnie najbardziej ze wszystkiego potrzebowała tego snu. Żeby się ogarnąć, poukładać sobie rzeczy w głowie i udowodnić sobie, że to tylko wspomnienie, nic więcej, nawet nie jej własne. Powinna to sobie zapisać w pamiętniku… Nosiła go ze sobą, właśnie z takich powodów. Nie bała się żadnych podtekstów ze strony Laurenta. Oboje doskonale znali granicę, którą sama wytyczyła, i ufała mu, że nie będzie próbował jej przekroczyć. Zwłaszcza, jeśli była w tak kiepskim stanie psychicznym. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Laurent Prewett - 01.09.2023 Nie pytał już o nic więcej i nie zamierzał dopytywać, czy da radę wrócić do domu, czy chce tu zostać czy nie chce. Jedyną Brennę, jaką Laurent znał dobrze, to ta z Hogwartu. Ta, która istniała dzisiaj... znał ją. Nie była mu obojętna. Ale by wiedzieć, że nie pija alkoholu, że to wykraczało poza normę? Nie. Tego nie wiedział. Więc i zupełnie niczego mu ta wzmianka nie mówiła, poza tym, że kobiety musiały mieć chyba dobry czas imprezując ze sobą wzajem. Pomógł jej się podnieść, delikatnie ją prosząc też o to, żeby wstała i powoli poprowadził ją w kierunku swojej sypialni. Owszem, mógł ją zaprowadzić do pokoju gościnnego, ale na jej miejscu nie chciałby być sam. Choć... nie, nie wiedział nawet, co by na jej miejscu zrobił. Zbyt wiele ich różniło, nawet jeśli znali siebie całkiem dobrze. W tym przypadku chyba "całkiem dobrze" było jednak niedomówieniem. Kroczek po kroczku dotarli więc do zacienionej sypialni, gdzie Laurent pomógł jej przy lustrze oporządzić swoją twarz z pomocą chusteczki, położył ją, nakrył i sam zresztą też położył się tuż obok. Zawołał jeszcze tylko Migotka, żeby poprosić go o sprzątnięcie, odstawienie świec w bezpieczne miejsce i pozamykanie domu. Zamierzał z nią tu zostać, zasnąć, nawet jeśli była taka chłodna. Nie musiał przecież być w nią całkowicie wtulony, a dodatkowo podzieliła ich pościel. Wszędzie było zupełnie cicho, gdy już Migotek przestał się kręcić. Byli tylko oni. Tak kreowała się noc, gdy słońce jeszcze długo malowało promieniami granat. Jak to nad morzem o tej porze roku - niemal słońce w ogóle nie gasło, bo gdy zasnęło, zaraz potem budziło się na nowo. Nocą jednak mewy milczały. Z lasu, gdyby otworzyć okno, słychać byłoby czasem dochodzące odgłosy tego, co tam żyło i budziło się po zmroku. I niekoniecznie było straszne i przerażające. Tak jak życie nie musiał przerażać, niezależnie od tego, jak prowadzone. Ani to przyszłe Laurenta, ani to przyszłe Victorii. Gdy jednak trzeba uciekać to strach nie przemijał. Oj nie, ucieczka nie była sposobem na życie. Może pasowała do niego, na pewno za to nie pasowała do Victorii. Ugłaskał ją do snu, a wczesnym rankiem Migotek przygotował śniadanie z kawą, mocną kawą, żeby Victoria była gotowa na trudy dzisiejszego dnia. Bo przecież, pomimo wszystko, musiała się stawić w pracy. A i on miał dzisiaj bardzo ciężki dzień, nawet pomimo tego, że ten wczorajszy wieczór wcale nie był łatwy. Koniec sesji
|