![]() |
|
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921) |
RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Philip Nott - 26.09.2023 — W jakimś stopniu tak powinno być, zważywszy, że poruszyliśmy temat napaści dokonanej na oczach wszystkich zebranych tu osób. — To mogło wydawać się naiwne podejście z jego strony, ale oczekiwał odrobiny zdrowego rozsądku ze strony swojego rywala i to nawet jakby chętnie zobaczyłby moment jego aresztowania. Za wcześniejszą próbę pobicia go mu się to należało. — Zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo mało prawdopodobne. — Westchnął jedynie. Nie był to właściwy moment na to aby poruszać to, co stało się podczas tegorocznego Beltane. Zwłaszcza, że to miał być wieczór rozrywki. — Liczę na Ciebie. — Zakończył w ten sposób swoją wypowiedź, uśmiechając się przelotnie. — Nie odmawia sobie szampana, co zdążyłem zauważyć i nie jest to takie nieprawdopodobne, jak się może wydawać. — Stwierdził. Nie ukrywał tego, że byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Nie musiałby przykładać ręki do upokorzenia swojego rywala, z którym wówczas nie musiałby się pojedynkować albo bić się na pięści. — Zrobię wszystko, aby tak było. Oczywiście, według zasad. — Nie było to żadna tajemnica, że Philip uwielbiał wygrywać. Zwycięstwo miało przecież słodki smak. Jego wygrana przyniesie także coś dobrego, o ile Lestrange nie uchyli się od uiszczenia pokaźnej, imiennej darowizny na szczytny cel, jakim jest walka o prawa charłaków. Nie uszło jego uwadze to, że jego sekundant wodzi spojrzeniem po loży dla VIPów. Nie zamierzał jednak pytać o to, kogo szuka. On również miał osoby, które chciał zobaczyć na widowni. — Graliśmy zatem w barwach tego samego domu, tylko w innych rocznikach. To żadne zaskoczenie, ale byłem szukającym od drugiego roku i kapitanem od czwartego. — Stwierdził z uznaniem w głosie. Podobne doświadczenia mogą stać doskonałą okazją do rozmowy podczas kolejnego spotkania. Byli z tego samego domu i grali w szkolnej drużynie. Zupełnie inny przedział czasowy nie miał tutaj znaczenia. Philip dobrze wspominał czas swojej nauki w Hogwarcie i nie zmieni tego nawet fakt, że miał taki moment, że był skłonny porzucić swoją karierę zanim ta ruszyła z kopyta. Quidditch stanowił jedną z jego pasji, ale jego droga do sławy nie była usłana różami. To nie było coś, o czym opowiadał głośno i chętnie każdemu, tylko nielicznym i również z trudem. — Masz rację, za to emocje są znacznie większe. Do tego ta sława, wywiady, sesje zdjęciowe, spotkania z fanami, klubowe imprezy. — Philip dobrze wiedział, jak wielkie emocje potrafi wywoływać Quidditch u wszystkich czarodziejów. Sława zapewniała to wszystko, o czym mówił, ale miała sporo wad i niosła ze sobą chociażby brak prywatności. Jednak on uwielbiał żyć w ten sposób i z tym się w żaden sposób nie krył. Nawet najlepszego sportowca kariera nie będzie trwała wiecznie, dlatego tak ważne było zapisać się na kartach historii tego sportu. Po zakończeniu swojej zamierzał zostać trenerem. Zawsze mogła czekać na niego ciepła posadka w ministerialnym Departamencie Magicznych Gier i Sportów, jednak praca za biurkiem sprzyjała zasiedzeniu się. Nie dało się nie spostrzec tego, że w momencie pojawienia się Bella, Erik wysunął się na przód i był gotów zareagować w razie jego kontaktu z potencjalnym psychofanem albo kimś z obozu jego rywala. Byłby dobrym ochroniarzem, gdyby tylko byłby skłonny rozważyć zmianę pracy na mniej niebezpieczną i zdecydowanie lepiej płatną. Wymiana uprzejmości między jego sekundantem a przyjacielem przebiegła bez żadnych zarzutów. W jakimś stopniu spodziewał się takich pytań. — Erik został mi polecony jako sekundant przez kilku członków klubu pojedynków, do którego obaj przynależymy. Podobnie jak do klubu podróżniczego. — W tych dwóch zdaniach podsumował całą ich znajomość, która dopiero teraz mogła zacząć ewoluować w przyjaźń. Zamierzał po wszystkim zaprosić go na wypad do pubu, podczas którego wypiją coś mocniejszego, niż szampana. — To ja dziękuję, że je przyjąłeś. Nie zawiedziesz się. — Zapewnił go ze szczerym uśmiechem. Miewał różnych znajomych - jedni nie przepadali za przemocą, inni za spotkaniami towarzyskimi. Jednak osoby z ich kręgów społecznych powinny raz na jakiś czas gdzieś się pojawić pośród elit. Nadejścia Laurenta nie dało się przeoczyć, dlatego zatrzymał na nim spojrzenie.— Cześć, Laurencie. — Odezwał się do młodszego mężczyzny, do którego uśmiechnął się delikatnie. — Erika Longbottoma możesz znać, jeśli nie osobiście, to z mediów. A to Bellamy Dupont. — Wskazał na jednego, to na drugiego mężczyznę. Ten świat był naprawdę bardzo mały. Zwłaszcza ten socjety świata czarodziejów. — Nie mamy nic do ukrycia — Stwierdził niefrasobliwie. — To ja dziękuję, że zgodziłeś się je przyjąć. Wszystkich na widowni czeka wspaniałe widowisko. — Odparł na słowa blondyna, którego akurat chciał widzieć na widowni. Gdyby kogoś nie chciał zobaczyć na widowni to po prostu nie wysłałby tej osobie zaproszenia. — Dziękuję za życzenia. Nie każ czekać na siebie tej damie. — Podziękowania z jego strony były szczere. Nie wypadałoby aby zatrzymywał Laurenta na dłużej, skoro przyszedł z osobą towarzyszącą. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurent Prewett - 26.09.2023 Niby powinien być przyzwyczajony do tego, że Philipa otaczali ochroniarze, ale zupełnie się nie spodziewał, że tym będzie też jego sekundant. Erik Longbottom. Nie tak całkowicie nieznany, kiedy miał okazję mu się przyznać z bliska, ale zdecydowanie bardziej z posłuchu i widzenia, niż faktycznego poznania. Morskie oczy selkie śledziły jego twarz z zainteresowaniem, jego spojrzenie, napięte ramiona, jakby gotów był bronić... kogo właściwie? Zaraz miało to zostać zdradzone. I to dość szybko. "Przyjaźń" w wydaniu Philipa miało bardzo różne wymiary, więc do tego słowa Laurent się nie przywiązywał zanadto. Łatwo się jednak było zapomnieć w tym dziwacznie bajkowym świecie, że rzeczywistość prezentowała się o wiele bardziej ostro dla sławy, jaką sobą prezentował Nott. Kroki Laurenta były nieco bardziej ostrożne. Napięcie wzrosło tylko w nim i to tylko z powodu fal myśli, które przesuwały się pod jego platynowymi włosami. Chyba to tak miało teraz wyglądać - niby rozluźniła się ich znajomość z Philipem, niby zmieniła, a jednak pozostała ta czerwona nitka zawieszona na paluszkach. Jak przekleństwo. Albo to tylko on był tutaj przeklęty mimo swoich odważnych słów, jakie wobec niego wystosował. Miał wrażenie, że krzywdzących słów. Kiedyś usłyszał, że ktoś nazwał Atreusa "adwokatem bezsensownej przemocy", Laurent się zdecydowanie do tego grona nie zaliczał i nie miał problemów z tym, żeby mówić o tym głośno i wyraźnie. Mimo to jakoś mu się to przypomniało, kiedy usłyszał słowa Philipa skierowane do Bella, że się "nie zawiedzie". Nie bardzo znał kontekst rozmowy, ale jego mózg automatycznie poniósł te słowa w kierunku pojedynku. - Rzeczywiście, kojarzę pana. Tym bardziej miło mi poznać. - Wyciągnął dłoń w kierunku Erika, mając nadzieję, że ta nie zostanie zmiażdżona w prawdziwie męskim uścisku. Z jakiegoś powodu spoglądając na tego mężczyznę dokładnie takowego się spodziewał. Wrażenia potrafiły jednak bardzo mylić, a już na pewno te z niepoprawnie bogatej wyobraźni Laurenta. - Mieliśmy się okazję poznać z Bellem. - Odparł nieco lakonicznie, w zasadzie nie chcąc nawet ciągnąć tematu. Poza tym - kogo to obchodziło, doprawdy? Nie chodziło to, czy w ogóle nie było interesujące, a raczej - czy było w obliczu rosnącej ekscytacji, że zaraz rozpocznie się prawdziwe przedstawienie? Laurent bardzo szczerze w to wątpił. Jego ciekawiło natomiast to, że Louvain oraz Phili, Atreus i Erik - cała czwórka zachowywała się tak... spokojnie. Jakby nic się tutaj wielkiego nie miało wydarzyć. I obie grupy były tak samo pełni siebie. Wewnętrznie Laurent wręcz kręcił głową, ale to tak z sympatią i uznaniem dla panów. - Nic? - Zapytał z figlarnym błyskiem w oku, spoglądając na obu panów. Rozbawienie pobrzmiało w tym krótkim pytaniu. - Więc jestem zmuszony wrócić z pustymi rękoma bez informacji o tajnych taktykach i niecnych sztuczkach? - Akurat Philip był ostatnią osobą, którą podejrzewałby o niehonorowe zagrania przed oczami publiczności. Głównie dlatego, że jego wielkie ego nie pozwalało myśli o przegranej nawet przemknąć po jego głowie, więc po co w ogóle do tanich, brudnych sztuczek miałby się odwoływać? Jego partner zaś? Nie miał pojęcia. Kojarzył Erika chyba głównie z czynności charytatywnych. Chciałoby się powiedzieć: no i tacy ludzie są dobrzy! Tak, oczywiście - jeśli tylko wierzyło się przy tym, że Królowa Anglii to tak naprawdę Baba Jaga w przebraniu. Potwory są wśród ludzi zazwyczaj bardzo dobrze ukryte - bo kto szuka pojedynczego liścia w koronach drzew? - Nie mówcie o tym mojemu kuzynowi, Atreusowi, ale będę wam kibicował. - Pół-żartem, pół-serio. Bo Atreusowi kibicował tak samo... gdyby Philip i Atreus byli w jednej parze przynajmniej nie miałby tych problemów. Skinął zarówno w kierunku Erika jak i Bella i skierował się już na swoje miejsce. Czyli - usiadł tuż obok Vakela. - Dobry wieczór. Laurent Prewett, miło mi. - Przywitał się krótko z mężczyzną oraz towarzyszącą mu niewiastą, przesuwając spojrzeniem po ich twarzach i wyciągnął dłoń na powitanie. Choć w gruncie rzeczy trochę żałował, że Dolohov nie był zajęty rozmową, żeby "mu nie przeszkadzać". Zażenowanie paniką Edwarda Prewetta nadal i nieustannie kręciło się po jego brzuchu. - Który z zawodników cieszy się w tym towarzystwie największymi względami? - Zagadnął, tak czysto grzecznościowo. Jak to w Anglii - tete-a-tete, które pozwalało ustalić, czy druga strona patrzy na ciebie pod tytułem "spierdalaj", czy jednak jest chętna do pogawędzenia o wszystkim i niczym. Albo i o czymś całkowicie konkretnym. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurence Lestrange - 26.09.2023 Louvain sam postanowił przejść się wśród zaproszonych gości, szczególnie tych, którym wysłał zaproszenia, swojej rodzinie. Z niektórymi zamienił jedno lub więcej słów. Trybuny się zapełniały, podobnie było w loży dla vipów. I kiedy brat do niego dotarł, Laurence uścisnął Louvaina również w braterskim uścisku. - Może zmienią zdanie i pojawią się w ostatniej chwili.Pocieszył brata, posyłając mu także uśmiech wsparcia. Laurence także zauważył, że z ich rodzeństwa, na pojedynek brata był tylko on. Liczył że to się zmieni. Niektórzy potrafią mieć swoje magiczne wejście smoka w momencie rozpoczęcia wydarzenia. Louis przytulił się do wujka i oczywiście zapewnił, że będzie trzymać kciuki. Wujek był dla niego gwiazdą dzisiejszego wieczora i chciał, aby wygrał. Skoro ich loża była w innym miejscu, być może bliżej pozostałej rodziny Lestrange, Laurence zabrał syna i przenieśli się tam. Mały Louis postanowił podbiec do cioci Bellatrix, nie przejmując się tym, że może być zajęta rozmową z wujkiem Rabastanem. Chciał się przywitać. - Cocia! Wujek! Tsymam kcuki! Wparował się do nich mały Lestrange, pokazując skrzyżowane dwa palce, wskazujący i środkowy, jakby chciał dać tym szczęście i powodzenie wujkowi Louvainowi. Laurence się uśmiechnął i zbliżył, aby zabrać małego, jeżeli im przeszkodził. - Mam nadzieję, że Louis nie przeszkodził Wam w rozmowie? Zapytał Laurence ze spokojem i uprzejmością w głosie, zwracając się do Bellatrix i Rabastana. Nie dostrzegał Rudolfa, więc pewnie i ze strony kuzynostwa zbyt wielu nie przybędzie. Albo jeszcze nie dotarło. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Atreus Bulstrode - 26.09.2023 - Nie martw się, zawsze będę tam, gdzie mnie potrzebujesz. No, przez większość czasu - poklepał go po ramieniu, odpowiadając na uśmiech Louvaina dokładnie takim samym, pełnym zadziorności. Zawsze uważał, że Lestrange miał nieco tunelowe widzenie, przynajmniej jeśli chodziło o latanie na miotle, ale tak samo jak bywało to irytujące, tak czasem zwyczajnie potrzebne, szczególnie kiedy jego rolą było złapanie tego zakichanego znicza. Palców obu rąk pewnie by mu nie starczyło, gdyby miał zliczyć te razy, kiedy Louvain zamiast dostać tłuczkiem w cymbał, całkiem nieświadomy odleciał gdzieś dalej, cały i zdrowy, bo jego pałkarz był dokładnie tam gdzie powinien, czyli ochraniając jego plecy. - Dokładnie tak - uśmiechnął się, spoglądając na Laurenta, kiedy wreszcie do nich podszedł, a i Louvain zdążył wrócić ze swojego obchodu po zaproszonych przez siebie gościach. - Mam nadzieję, że za mnie też potrzymasz, jeśli okaże się nagle, że Louvain padnie niedysponowany - posłał Victorii szelmowski uśmieszek. Potem z obydwojgiem pożegnał się skinieniem głowy, kiedy postanowili udać się dalej. Na całe szczęście, dołączył do nich Stanley. - Nie wygłupiaj się, kto by się stresował czymś takim - machnął ręką, by zaraz pokiwać głową z łaskawą miną wymalowaną na twarzy. - Nie ma za co, doszedłem do wniosku, że może chciałbyś być świadkiem tak wiekopomnego wydarzenia, jak wycieranie parkietu twoim idolem - uśmiechnął się, jak gdyby właśnie nie postanowił chociaż odrobinę pograć Borginowi na nerwach. Nie wątpił, że ten chociaż przez chwilę nie wahał się przed tym, z czyim transparentem wymalowanym w serduszku powinien przyjśc na to wydarzenie, ale jednocześnie wierzył, że wybrał jedyną właściwą w tym sporze stronę. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Eden Lestrange - 26.09.2023 Jeśli sam Vakel Dolohov obiecał, że będzie się tu bawić dobrze, to kim była Eden, by kwestionować wyroki gwiazd? Czy jakichkolwiek substancji, które pomagały mu je widzieć. Musiała mu przyznać rację - przyszłaby i tak. Walczyłaby ze sobą, czy szopka tego kalibru powinna w ogóle ją interesować, bo mimo wszystko trąci prymitywnością, ale jak bardzo bolesna prawda by to nie była, niestety ją interesowała. Urodziła się zbyt wścibska dla swojego dobra, a tym razem miała ku temu fantastyczną wymówkę: honor rodziny. Nawet jeśli w pierwsze nie wierzyła wcale, a drugiego coraz mniej chciała być częścią, tak długo jak pozostawało to wiadome tylko jej, mogła się tymże powodem zasłaniać. Ostateczną zachętą był list Elliotta, co dla wielu osób, łącznie z samą Eden, mogło być nie lada zaskoczeniem. Wszakże tej dwójce nie było po drodze od urodzenia, w Hogwarcie ich rówieśnicy zakładali się co roku, które wepchnie które pod pociąg wjeżdżający na peron 9 i 3/4, toteż nikogo chyba nie ominęła niechęć, jaką darzyły się wzajemnie bliźnięta. A jednak, paradoksalnie, jak bardzo się nawzajem nie znosili, tak czynili tego typu wydarzenia dla siebie znośnymi. Prawdopodobnie była to kwestia wspólnego, jednakowo skrzywionego poczucia humoru i znajdowania powodu do szykany tam, gdzie innym nie przyszłoby to na myśl. Wszakże niedaleko pada jabłko od jabłoni. Przybyła na miejsce sama, nie chcąc czekać na brata - wierzyła, że jest dużym chłopcem i trafi sam, a jak zginie po drodze i nikt już go więcej nie znajdzie, to też na plus. Weszła do środka bez obwieszczania swojego przybycia nikomu, nawet nie była ubrana zbyt wyjściowo - nadal wyglądała na elegancką w skrojonym na miarę burgundowym żakiecie i spodniach, ale zdecydowanie nie wydawało się, by był wybierany specjalnie na tę okazję. Wydawało się, że Lestrange nie chce się rzucać w oczy tego wieczoru, choćby może po to, żeby w razie przegranej Louvaina móc wcisnąć kit, że nie była jej świadkiem. Rozejrzała się przelotnie po zebranych gościach, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z Atreusem, machnąć ręką, co by dać znać, że udało jej się dotrzeć i dziękuje za zaproszenie. Bez względu na to, czy ją spostrzegł, czy nie, czmychnęła od razu w kierunku Vakela, chcąc się tam znaleźć jak najszybciej. Zauważyła, że ktoś przysiadł się akurat do niego i nawet przemówił (odważne posunięcie, tak po prostu zagadać do Dolohova), ale nie miała zamiaru czekać na swoją kolej. Miała wyryte w głowie, że zawsze należy prosić o wybaczenie, a nie pozwolenie. - Nie znalazłam Williama - oświadczyła w ramach powitania, wyłaniając się nagle zza pleców Dolohova, po czym wyciągnęła do niego rękę. Piła do jego listu, w którym polecił, by małżonka przyprowadzić. W domu niestety go nie było, a ona jest zbyt zajęta i zrezygnowana, by za nim ganiać. - Następnym razem musisz mi wywróżyć, gdzie mam go szukać, acz obawiam się, że tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. - Uśmiechnęła się kwaśno, nie wydając się przejęta brakiem męża u boku, po czym przesunęła się w kierunku Lyssy. - Dobrze cię widzieć - zwróciła się do dziewczyny o wiele cieplej niż do jej ojca, tracąc niesmak z wyrazu twarzy. Niewiele o niej wiedziała, toteż nie widziała powodu do zgryźliwości. Jeszcze. Zwróciła oczy w kierunku Prewetta, mrużąc je nieco. Nie odezwała się, ale obdarzyła go spojrzeniem z rodzaju "czy ja powinnam cię znać?", po czym przesunęła je na Vakela, licząc, że jeśli faktycznie powinna, to wróżbita może ją łaskawie oświeci i przedstawi. - Lada chwila powinien dołączyć do nas Elliott. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko? - Zapytała, wodząc wzrokiem to po jednym, to po drugiej, próbując doszukać się choćby grymasu świadczącego o niechęci. - Jeśli macie, nie bójcie się powiedzieć. Poczekam na odpowiedni moment i wepchnę go na arenę - oświadczyła, przy czym uśmiechnęła się perliście i machnęła ręką, jakby to naprawdę nie był najmniejszy problem i wystarczyło tylko słowo, które będzie dla niej rozkazem. Następnie od ręki obejrzała się przez własne ramię, jakby chcąc się upewnić, że wilk, o którym mowa, nie stoi tuż za nią zainspirowany zasłyszanym planem, czekając niecierpliwie, aby zaciągnąć ją na arenę ze sobą. Nie bała się Elliotta, po prostu ich walka przed oczami setek nie była w tym momencie najlepszym pomysłem. Nie dlatego, że nie potrafili walczyć; wręcz przeciwnie, obawiała się, że byłoby to tak widowiskowe, że skradliby show dla siebie i gwóźdź programu, jakim było starcie Louvaina i Philipa, nie byłoby już tak ekscytujące dla publiki. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Lyssa Dolohov - 27.09.2023 - A ty chcesz? - zapytała ojca, spoglądając na niego zza oprawek ciemnych okularów, które wciąż miała na nosie. To wcale nie tak, że jej zależało, ale Dolohov wyglądał trochę, jakby chciał bawić się w znajdowanie jej towarzystwa, a kimże ona była, by stawać mu na drodze? Równie dobrze mógł ją wysłać na obiad do jakiejś ciotki i powiedzieć 'baw się', a ona nawet nie mrugnęłaby okiem. Lyssa uśmiechnęła się wesoło, kiedy pojawił się przy nich Louvain, mimowolnie wygładzając sukienkę, którą na sobie miała, ale w sumie nawet nie musiała tego robić, bo ta leżała na niej perfekcyjnie. Był to jednak odruch, który zawsze wykonywała, kiedy chciała się komuś podobać. Kiedy pierwszy raz go poznała, pamiętała że przyjęła to z ogromną dozą zawodu, głównie ten aspekt, że był jakąś tam rodziną. Może nie bezpośrednio spokrewnioną, ale wciąż traktowaną jako takowa. A szkoda, bo był nieziemsko przystojny. Był również starszy, ale na tym etapie każdy kto się Lyssie podobał, a był młodszy od Alastora, świadczył o niej lepiej. - Ja również bardzo się cieszę, że cię widzę, wujku - powiedziała z niewinnym wyrazem twarzy, spoglądając na Louvaina psotnie. - Przepraszam, mam wrażenie, że papa niezbyt przepada za faktem, że mogłabym cię tak nazywać i zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać - rzuciła do niego półszeptem, jakby Vakel wcale nie stał obok nich i wszystkiego doskonale nie słyszał. Na to akurat już za późno, pomyślała tylko Lyssa, sięgając po podarowaną jej chusteczkę i przez moment przyglądając się jej z grzecznym uśmiechem. Miała się w nią wysmarkać czy może ocierać nią płochliwie łzy...? Przez moment wyraźnie nie wiedziała czego właściwie się od niej oczekuje, a potem natomiast nie była pewna, czy to tak na poważnie. Cały czas jednak jej wyraz twarzy pozostawał ten sam, miły i spokojny. W końcu jednak przytuliła szmatę do serca, jak najlepszy prezent, jaki został jej kiedykolwiek złożony na ręce, kiwając tylko głową i mając nadzieję, że ten gest wystarczy, żeby nie musiała się teraz gimnastykować i jeszcze bardziej kryć zwątpienia. - Powodzenia! - powiedziała na sam koniec wesoło, czekając przez moment aż Louvain odejdzie by nachylić się nieco do ojca i przysłonić dłonią usta. - On tak na poważnie? Ja mam naprawdę to rzucić na parkiet? - zapytała, spoglądając na Vakela jakby wyraźnie była zagubiona w tym momencie. - Kiedy ostatni raz sprawdzałam, średniowiecze skończyło się jakieś sześćset lat temu - jakby to był jakikolwiek argument. Ale może Anglicy faktycznie byli jacyś obskurni i zacofani. Kiedy dołączył do nich Laurent, uśmiechnęła się do niego grzecznie, przez moment zezując na ojca, kiedy im się przedstawił. - Lyssa Mulciber - kiwnęła mu krótko głową, to czy jej też było miło, zostawiając sobie do późniejszej oceny. Prewett wyraźnie chciał podjąć jakąś rozmowę, ale że siedział obok Vakela, Lyssa zostawiła odpowiadanie na pytania właśnie jemu. - I ciebie też - uśmiechnęła się do Eden, nawet faktycznie zadowolona z jej obecności. - Ależ oczywiście, że nie. Im więcej, tym weselej. Przynajmniej na ogół. - złożyła chusteczkę ładnie, na cztery, tak żeby była niemalże idealnie wyrównana. - Jesteś pewna, że nie będzie walczył? - zapytała, posyłając Eden psotny uśmiech. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Vakel Dolohov - 27.09.2023 Ta część posta jest jeszcze tylko dla Lyssy. - Zaproponowałem to właśnie - odpowiedział jej, mrużąc przy tym oczy, ale przecież i tak nie było tego widać zza zaciemnionych szkieł, które opadły mu na nos. Rzeczy, które Lyssa przekazała Louvainowi, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu, wywołały w nim potężną falę irytacji. Czy udało mu się ukryć to za maską permanentnego uśmiechu, jakim częstował publikę? Tak. Bo jak się zwykło kłamać całe życie i występować przed tłumami, to zduszenie czegoś takiego nie było wcale takie ciężkie, jak by się mogło wydawać, ale Dolohov należał do ludzi porywczych. Kierowany frustracją był w stanie zrobić absolutnie wszystko, co podpowiadała mu drzemiąca w głębi duszy agresja. Nim odezwał się do córki, poczekał aż Lestrange odejdzie. Następnie chwycił ją pod ramię, bardzo przyjaźnie się do niej przysuwając i wciąż wyglądając pozytywnie, pochylił się nad jej uchem, jakby przekazywał dziewczynie smakowitą plotkę. - Zachowaj ją na później, bo już czuję, jak mi się ulewają wymiociny, właśnie nazwałaś wujkiem brata tej... - tej kurwy, tej jędzy, tej szmaty, która zrobiła ze mnie kompletnego idiotę, a ty się tym w ogóle nie przejmujesz i w takim momentach marzę o tym, żeby ta arena była na tyle wysoka, żeby nikt kogo z niej zepchnę, nie miał szans przeżyć upadku z wysokości. - Jeśliś masz krzty rozumu, nie prowokuj mnie publicznie, bo może to być najboleśniejszą rzeczą, jakiej pożałujesz tak głęboko. Dbaj o moją reputację, jeżeli nie chcesz pójść ze mną na dno. Prawo do niszczenia swojego dorobku dawał tylko i wyłącznie sobie. Zbudował to sam i to runie razem z nim. A później się zaśmiał. Zupełnie tak, jakby jej opowiedział jakiś dobry dowcip. Od tego momentu to już Dolohov zagadywany przez Laurenta. Wybaczcie za taką korektę czasową w środku posta, ale bardzo dużo się zadziało i musiałam to sensownie ułożyć. Laurent Prewett nie był nikim, kogo Dolohov kojarzył z twarzy. Za to z nazwiska... owszem. - Dobry wieczór... Vasiilij Dolohov, a to moja córka Lyssa... - Przywitał się, co było czuć w tonie głosu, z czystej grzeczności. Nie dlatego, że irytowała go obecność koniarza (no dobrze, irytowała go, ale nie śmierdziało od niego jednak, więc ta irytacja nie była aż tak głęboka i opadała z każdą sekundą, w której Laurent zachowywał się elegancko). Po prostu Dolohov nie uważał, że trzeba było go przedstawiać komukolwiek na tej sali. No, chyba że żył pod kamieniem. - Jesteś synem Edwarda, czyż nie? Jeżeli wciąż gnębią cię jakieś pytania, czuj się zaproszony do Praw Czasu. - Jeżeli miał nadzieję, że Dolohov zapomniał o tym liście, to mylił się - pamięć miał o wiele lepszą niż serce. Uścisnął mu rękę. Był to uścisk delikatny i chłodny, a jego perfekcyjnie zadbana, choć koścista dłoń, była idealnym podsumowaniem tego, jak mało Dolohov miał wspólnego z fizyczną pracą. - Brat mojej żony - tej szmaty - Louvain - najwyraźniej kolejny obiekt idealny do wytarcia nim podłogi - rzecz jasna. Wróżbita zabrzmiał oczywiście tak, jakby był z Annaleigh niezwykle dumny. Ba, nawet uśmiechnął się trochę szerzej, w taki uprzejmy sposób, w jaki uśmiechał podczas udzielania wywiadów dotyczących palących spraw, gdzie nie wypadało ani zachować grobowej miny, ani wyszczerzyć się zbyt mocno, bo zła prasa przyklejała się do ciebie jak rzep do psiej dupy. To powiedziawszy, ściągnął wspomniane wcześniej okulary z oczu i oparł je na swojej głowie. Ewidentnie chciał coś powiedzieć, jakoś tego nieszczęsnego Prewetta zagadać, ale dołączyła do nich żona Williama. - Eden, jeśliś górale tego nie wiedzą, to pewnie dlatego, że twój mąż zwykł ukrywać się w piwnicy. - Nie żartował wcale. Ba, całkiem niedawno wymienili sobie na ten temat kilka listów, ale celowo wysilił głos tak, żeby to jednak zabrzmiało jak żart. - Wielka szkoda, ale też żaden koniec świata... Annaleigh - ugh - kazała przekazać wam, żebyście czuli się w najbliższym czasie zaproszeni na obiad. I gdzieżbym miał - wręcz przeciwnie, relacja kanclerza z Erikiem Longbottomem przyciągała jego uwagę nie od wczoraj - mam za to przeczucie, że kibicujemy przeciwnym drużynom. Jeżeli się nie znali, to przedstawił ich sobie. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Victoria Lestrange - 27.09.2023 Sorry, trochę się pogubiłam kto gdzie jest i z kim. Jeśli przez to kogoś pominęłam, to niespecjalnie :< Uśmiechnęła się nieznacznie na komplement, rzucony niebezpośrednio do niej, ale o niej. Czy był prawdziwy, czy nie – było to miłe. Tak samo jak miłe było stwierdzenie Louvaina, że bije od nich gust i elegancja. Victoria uważała, że na takim wydarzeniu nie wypada się pojawić w byle czym, wiec… oto byli. – Ach, rozumiem. W takim razie mam nadzieję, że wsparcie naszej rodziny i innych bliskich ci osób, dzisiaj wystarczy – skoro nie będzie Loretty… Cóż, może to i lepiej, może ten konflikt w takim razie nie zaogni się jeszcze bardziej pomiędzy tą trójką. Tak, uznała, że to zdecydowanie lepiej. Przywitała się też ze Stanleyem, gdy pokazał się tuż obok, jak inni chcąc przywitać się z Louvainem i Atreusem. – Oczywiście, Bulstrode – odparła Atreusowi i nawet się uśmiechnęła, chociaż nie od razu, przez co można było pomyśleć, że mówi śmiertelnie poważnie – ale Victoria często to robiła, roztaczając wokół siebie tę… aurę chłodu i zdystansowania. Niespecjalnie, tak już po prostu miała. Tym niemniej – uśmiechnęła się. – Nie martw się, kciuki będą trzymane za tę część sporu – sporu, który nijak ją nie interesował, tak mówiąc całkowicie szczerze. Victoria odsunęła się, nie chcąc robić niepotrzebnego korku, przy okazji przez chwilę tylko patrząc jak Laurent odchodzi „na przeszpiegi”. Czy raczej żeby przywitać się z innymi ludźmi. Sama wymieniła jeszcze kilka słów, nim zajęła swoje miejsce, pozwalając innym się przywitać i porozmawiać. Obserwowała otoczenie – kto jeszcze przyszedł, kto do kogo podchodził. Tu skinęła głową, tam się uśmiechnęła, podpiła małe łyczki alkoholu z kieliszka i w końcu dołączył do niej Laurent. – I jak tam przeszpiegi? – zapytała go, a potem dopiero zauważyła obok siebie Vakela i Eden, i usłyszała coś o Williamie i piwnicy. Przy tym nie wytrzymała i nawet parsknęła pod nosem. Zdaje się, że po Beltane to właśnie w piwnicy się biedaczek znalazł. Tylko nie swojej. A jej. Dopiero potem kiwnęła do nich głową. – Miło was widzieć. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Louvain Lestrange - 01.10.2023 Kolejne minuty upływały, a gości przybywało. Zdecydowana większość zaproszonych gości odpowiedziała na zaproszenie, co dodawało mu otuchy. Co prawda brakowało kilku twarzy, jak choćby jego najbliższego rodzeństwa; Williama i samej Loretty dla której zorganizował całe to przedsięwzięcie. Mentalnie był odpowiednio przygotowany na tą walkę, nie obawiał się niczego, właściwie to we własnych myślach już otwierał szampana na afterparty, by uczcić zwycięstwo. Nawet jeśli trafiłby mu się niefartowny wypadek, to był całkowicie, że Atreus dokończy to co Louvain zaczął. A gdyby był to pojedynek dwójkowy, no to oponenci nie mieliby żadnych szans. Na Philipa był przygotowany już od kilku lat, nie sądził by miał stwarzać jakieś większe problemy. Jeśli ktoś z przeciwnej strony miałby pokrzyżować jego plany to był to zdecydowanie bardziej Erik. Dlatego rozsądniej byłoby obchodzić się z Nottem nieco delikatniej, by pozostał sprawny do końca całego spotkania. Z drugiej strony pulsująca w jego piersi pycha podpowiadała mu, żeby wyprowadzać jak najsilniejsze zaklęcia, a nóż Philip upadnie na twarz i do fotografii będzie pozował z rozkwaszonym nosem. A co do nieregulaminowych zagrywek, to nie miał takowych w planach. Może i Lou był śliskim typem od nieczystych zagrań, ale bez przesady, miał w sobie odrobinę instynktu samozachowawczego. Jeśli miał odzyskać honor własnej bliźniaczki, to kretyńskim rozwiązaniem byłoby trzymanie się taktyki wygranej za wszelką cenę. Nie po to zbierał tu połowę Londynu, by strzelać salwami czarnej magii, byleby znokautować przeciwnika. Bo gdyby chodziło o brutalną przemoc dla samej przemocy miał od tego nieco inne szaty oraz maskę, niż tradycyjny strój pojedynkowy. Liczyło się przede wszystkim to by zamknąć pysk wszystkim tym, którzy ujadali na temat Loretty. Żeby każdy kto publicznie wyrażał się niepochlebnie na temat jego siostry zrozumiał, że może to mieć swoje konsekwencje. Powitał Stanleya serdecznym uśmiechem. - Stres możesz zobaczyć, o tam. - wskazał palcem w stronę Philipa oraz Erika, a potem uśmiechnął się nieco cynicznie. Wyglądali na przynajmniej odrobinę przejętych, cały czas dyskutowali między sobą, no i właściwie niezbyt wielu gości ich otaczało. Trochę jakby tamta strona nie była zbyt interesująca dla publiczności. Zaryzykowałby nawet stwierdzenie, że ich miny sugerowały jakby czegoś się obawiali, czegoś nieprzewidywalnego. To nawet dobrze, niech się obawiają nawet jeśli, wyjątkowo, Louvain nie planował niczego podstępnego. Potem dostrzegł swoją szwagierkę, Eden, więc jej też skinął głową na powitanie z nienachalnym uśmiechem. Liczył, że pojawi się w towarzystwie swojego męża Williama, ale najwidoczniej na nią mógł bardziej liczyć, niż na własnego brata. Zdążył też skrzyżować spojrzenie z Severine, które mimowolnie wywołało na jego ustach niewielki uśmiech, ale szybko go stłumił, by pozostać w poważnym tonie. Z kamienną twarzą puścił jej jedno oczko, by wiedział, że cieszy się na jej przybycie. Najwyższa pora by zacząć się koncertować, bo lada chwila nastąpi otwarcie wydarzenia. Dlatego zignorował już nędzę zaczepki Vakela, czy grzecznościowe smalltalki od strony zaproszonych gości. W końcu w pewnym momencie światła na hali przygasły, oświetlając wyłącznie arenę walki w centrum wielkiego pomieszczenia, co było sygnałem do rozpoczęcia widowiska. - Najwyższy czas przyjacielu. - zwrócił się w stronę Atreusa, poklepał go po plecach i zachęcił by podążył za nim. Po było przywitać się ze wszystkimi zgromadzonymi. Od tej pory przestaje obowiązywać podział na tury oraz limity. Zachęcamy do podkreślania imion postaci z którymi chcecie wchodzić w interakcję. Dzięki za przybycie i przyjemnej dalszej rozgrywki! Postać opuszcza sesję
RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurent Prewett - 02.10.2023 Odpowiedział na spojrzenie Eden z minimalną dekoncentracją, kiedy osoby wokół przewijały się i próbował prześledzić panujące tutaj nastroję oraz atmosferę, szybko nadążyć kto, z kim i dlaczego, skoro przyszło mu dotknąć tego obcego świata. Niby całkiem bliskiego, bo przecież nie wszystkie z tych twarzy były całkowicie obce, a jednak niekoniecznie wszystkie były poznane bezpośrednio. Można było mówić o obracaniu się w odmiennym towarzystwie, ot co. Uśmiechnął się do kobiety sympatycznie nie wychodząc jej naprzeciw z przedstawieniem się, kiedy jej uwaga bardzo szybko przeszła dalej, na ludzi jej znanych. Głównie chodziło o zachowanie pewnej klasy - nikt nie lubił osób wścibskich, które pchały się ze swoim imieniem czy nazwiskiem wszędzie - i tak, zdecydowanie wypadało wtedy tę osobę przedstawić, tym nie mniej nie oczekiwał tego. Jego wzrok przesunął się na Lysse, która się przedstawiła, została przedstawiona jako córka Vakela i zaraz potem wdała się w wymianę zdań z Eden. Tak, tutaj atmosfera zdawała się zmienić. Na coś lepszego? Panie się chyba znały całkiem nieźle - brzmiały bardzo swobodnie. - Dziękuję za zaproszenie, choć większą przyjemnością będzie zobaczenia profesjonalisty w pracy niż samo szukanie odpowiedzi na pytania, które zadał za mnie ojciec. - Odezwał się do Vakela. Laurent wychowywał się wśród jasnowidzów i nie miał żadnych podstaw do tego, żeby wątpić w przepowiednie. Ba! Nawet skorzystał z usług wróżbitki dla zaspokojenia własnej ciekawości i wróżby te się sprawdziły. Zaskoczyły go tak czy siak, ale pewna dosłowność ich wydźwięku była szokująca, nawet kiedy nie wątpiło się w moc zaglądania w przyszłość. Nie potrafił wróżyć, ale mówił całkowicie szczerze, że rzeczywiście byłby skłonny przyjść. Nie dlatego, że Edwart Prewett naprawdę stawał na głowie (i siwiał, bidulek) przez to, że jego syn ciągle pakował się w kłopoty. Albo był w nie pakowany. Całkowicie zgrabnie odwrócił spojrzenie od towarzystwa, kiedy to pogrążyło się w rozmowie, szukając wzrokiem Victorii. - Fatalny ze mnie szpieg, chyba od początku byłem skazany na porażkę. - Zwrócił się do Victorii, podnosząc się, kiedy ta podeszła - tak w końcu wypadało. Dopiero, kiedy dama usiadła, sam z powrotem zajął swoje miejsce. Zerknął jeszcze tylko na moment na Vakela, Eden i Lyssę, kiedy Victoria się do nich zwróciła, nim znów spojrzał na nią. - Przyjaźnimy się z Philipem. - Wyjaśnił Victorii powód swojego "zerknięcia" do drużyny przeciwnej i przywitania się z nimi. Czyli po prostu przywitanie się. |