Secrets of London
[17.06.1972] This is a man's world - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [17.06.1972] This is a man's world (/showthread.php?tid=2007)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 30.10.2023

Umrze na tej podłodze przez uduszenie... Florence zdecydowanie przesadzał z oceną sytuacji. Byle rozpacz spowodowana byle powodem nie mogła przecież kogoś zabić, w tym przypadku Laurenta. Nie był małym chłopcem, tylko młodym mężczyzną i tylko rozmawiał z ojcem - nic złego mu się nie działo, a oni tu zaraz o jakichś napadach paniki, o uduszeniu, o śmierci. Gdybym widział, że Laurent mi schodzi, to przecież bym zareagował, nawet jeśli miałaby ucierpieć na tym moja duma oraz boskość.
Poruszyłem się by obserwować tę marną maskaradę mojej córki chrzestnej. Traktowała Laurenta jak dziecko, którym już nie był. O to właśnie chodziło. Za bardzo wszyscy mu nadskakiwali, głaskali po główce, a ten potem nie był zdolny do podejmowania prawdziwych, trudnych decyzji. Przede wszystkim nie był w stanie być prawdziwym, twardym mężczyzną... I teraz pytanie najważniejsze - kogoś takiego miałbym posadzić na prewettowskim tronie, kiedy mnie już dopadnie starość? Nigdy!
A jeszcze kolejny cios dostałem od Laurenta, kiedy na pytanie Florence odpowiadał, a na moje chociaż jedne, wybrane nie zamierzał, nie był w stanie czy co tam sobie wymyślił. Ciekawe, czy będę mu równie chętnie do rozmowy ze mną, kiedy zamknę go na te dwa tygodnie w wieży. Ciekawe, czy taki chętny będzie do żalenia się Florence... A nie, chwila! Na to miałem już żałosną odpowiedź, że poleci do niej z płaczem i żalem, i pretensjami na ojca, poskarżyć się, jakby Florence miała jakąkolwiek moc sprawczą.
- Obawiam się, że nie mam czasu, Florence, na perswazje z tobą. Mam przed sobą inne, bardziej palące sprawy do załatwienia - stwierdziłem niby tu znudzony i wychyliłem się nieco by ujrzeć tego małego zdrajcę, ale niestety wielki tyłek wciąż-panny Bulstrode zbyt umiejętnie mi go zasłaniał z tej perspektywy. Poddałem się niepocieszony. Nie zamierzałem wstawać ze swojego dumnego miejsca, bo jeszcze utraciłbym wyimaginowaną koronę. Albo co. - Zmykaj do swojej nory, mam ważną rozmowę do przeprowadzenia z moim synem - rozkazałem właściwie takim ot spokojnym tonem, trochę władczym, trochę znudzonym. Nie zamierzałem pokazywać tej chrześnicy, że jej obecność w jakimkolwiek stopniu wprawiała mnie w zazdrość. W niezadowolenie już tak. Była tu mile widziana tylko i wyłącznie na moje zaproszenie... Albo chociaż odrobinę zapowiedziana, a weszła tu właściwie jak do siebie.


RE: [17.06.1972] This is a man's world - Florence Bulstrode - 30.10.2023

Nie traktowała Laurenta jak dziecka. Kiedyś, owszem. Póki nim był i może parę miesięcy po tym, jak nim być przestał. A mimo wszystkich opiekuńczych zapędów wobec młodszych krewnych próbowała pamiętać – że każde z nich jest dorosłe. Orion, Vincent, Laurent, nawet Atreus, było dorosłe. Każde z nich miało prawo podejmować własne decyzje. Popełniać własne błędy. I podążać drogą, którą ona nie poprowadzi ich za rękę.
Ale bycie dorosłym nigdy nie oznaczało, że nie masz prawa poprosić o wsparcie. A tego zawsze była gotowa udzielić każdemu z nich, na tyle, na ile tylko potrafiła. Mogła być zdystansowana, mogła być chłodna, ale jej chłód topił się, kiedy miała do czynienia ze swoją rodziną.
- Jak nazywa się magiczne stworzenie, które tańczy dla księżyca? - spytała Florence, tym samym, stanowczym tonem, jakiego używała, kiedy przepytywała stażystów. Nie odrywając od młodego Prewetta skupionego spojrzenia jasnych oczu. Jedyna różnica polegała na tym, że zwykle nie ściskała dłoni stażysty, którego wypytywała - chociaż pewnie niektórym przydałoby się wtedy takie wsparcie, to gdyby udzieliła go ona, byliby tylko jeszcze bardziej przerażeni...
Skup się. Na mnie. Na tych pytaniach. Nie na nim.
Udziel odpowiedzi.
Nie mogła mu pozwolić po prostu zwinąć się w kłębek i płakać. Musiał się pozbierać. Może dałaby mu czas i spokój, gdyby siedzieli w salonie przy Horyzontalnej, ale tutaj, w posiadłości Prewettów, nikt nie mógł pozwolić sobie na coś takiego.
– Edwardzie, jak już wspomniałam, nie mam w tej chwili dla ciebie czasu. Na twoje wszelkie uwagi, odpowiem, kiedy już go znajdę. Jeśli wtedy nie będziesz miał ochoty rozmawiać, zapewniam, że będę bardzo szczęśliwa tej rozmowy unikając – rzuciła, nie odwracając się do niego. Wciąż kucała przy Laurencie, celowo ustawiona tak, by oddzielać ich nawzajem od siebie. Uniemożliwiać Laurentowi patrzenie na Edwarda i Edwardowi na Laurenta. Złość wciąż tliła się w niej, buzowała pod powierzchnią, ale Florence nie zamierzała pozwolić, by wydostała się na zewnątrz. Trudno ją było rozgniewać i nie zamierzała dawać Edwardowi satysfakcji, że jemu się udało.

(Dalej jasnowidzenie)
[roll=Z]


RE: [17.06.1972] This is a man's world - Laurent Prewett - 30.10.2023

Skup się. Takie proste i jednocześnie takie trudne zadanie. Skupiał. Próbował przynajmniej. Feniksy - przemielał je przez myśli, rozciągał jak gumę, zbyt starą, żeby ją po prostu odczepić i jednocześnie zbyt świeżą, żeby nadal się nie lepiła. Przelewały się trującą rtęcią i chyba odmierzały temperaturę jego ciała lub tylko głowy. To tam w końcu te pioruny przenikały do pseudo-słodkiej codzienności. Tej, którą żył, a nie tej, która została podarowana mu teraz. Pytanie się jednak zmieniło. Przesunęło dalej i sprawiło, że tamta książka z dziennika zdarzeń była niepotrzebna. Albo w ogóle cała biblioteka? Nie, to miejsce odpowiednie. Odpowiednie? Przerażające. Puste. Echo tu drgało jak kolibało się serce w jego chudej klatce piersiowej. Mury tego zamku nigdy nie były w pełni przyjazne, inaczej nie szukałby z nich ucieczki na drugi koniec kraju. Nigdy nie były miejscem, w którym czuł się w pełni dobrze, bo bezpiecznie - a i owszem. To tylko teraz ten gwałt na jego poczuciu bezpieczeństwa wysypał wszystkie mechanizmy odpowiadające za zdolność komunikacji, a każde kolejne zdanie ojca tylko pchało ten stan w objęcia zupełnej destrukcji. Bo pchane były nawet tam, gdzie Laurent gotów był zrobić sobie krzywdę, byle tylko skupić się na bólu, którego tak nienawidził, a nie na tym spustoszeniu, które działo się w jego sercu.

Chciał się odsunąć i zniknąć, nie skupiać na niczym ani na nikim. I jednocześnie chciał się skupić, żeby w końcu sprostać temu, co przed nim postawiono. Chaos nigdy nie służył, a Florence nie lubiła przecież chaosu. Jeszcze bardziej nie trawił go jego ojciec. I chyba tak by to wyszło, że gdyby wskazać osobę, która mogłaby zasiąść na tym tronie... byłaby to Florence Bulstrode. Podoba wręcz szokująco do Edwarda i jednocześnie tak różna we wrażliwości na drugiego człowieka. Pewnie dlatego, że ona kształciła się, by ludziom pomagać, Edward - by ludźmi władać i wykorzystywać ich każdy atrybut. Włącznie z wykorzystywaniem ich słabości przeciw nim samym. To było hartowanie. W oczach Edwarda ten cały proces wydawał się po prostu hartowaniem zbyt podatnego syna na bodźce. Słabego... a może po prostu obnażonego przed swoją słabością? Bo ludzie łatwo potrafili doprowadzić go do płaczu, ale nikt nigdy nie doprowadzał go do takiego stanu. W nikogo nie był też tak wpatrzony, jak wpatrzony był w Edwarda. Od nikogo nie pragnął aż tyle uwagi i pochwał, jak pragnął od niego. Wiedział to. Inaczej większość ich spotkań nie byłaby taka bolesna i nie wybrałby opcji znalezienia swojego życia, w którym nie musiałby się na Prewettów oglądać.

- L-lunaballe... - Powiedział na wydechu. Te cenne chwile mijały i choć wzrok mu skoczył w bok, chcąc znaleźć źródło ojcowskiego głosu to wrócił nim do Florence, nawet w końcu odnalazł jej spojrzenie. Nawet po tych cennie mijających minutach w końcu sięgnął po chustkę do kieszeni czując, jak fatalnie szczypią go oczy. I że łzy już się skończyły. Albo nie... nie skończyły. Po prostu zostały na granicy czekając na dogodną chwilę. - Kla-syfikacja stwo-rzenia jako łatwo oswa-jalne... - Próbował mówić dalej. Ta dłoń pomagała. Ta, którą chciał zabrać, żeby się zupełnie skulić w sobie. Czuł się tak intensywnie wypruty z energii i emocji, że oczy same mu się niemal zamykały. Skronie go uciskały. - Wychodzą... z do-domu... wychodzą tylko w czasie pełni. - Oddech mu się już uspokoił.




RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 01.11.2023

Tego było zdecydowanie za wiele, tej bezczelności Florence, wylewającej się z niej, brudzącą mi czystą podłogę, tak czystą, że mogłem się w niej przeglądać i mogłem podziwiać swoją dumną, siwowłosą grzywę, a teraz? Zalewała się mdłym błękitem jej jeszcze bardziej mdłej spódnicy. Ta mdłość, ta impertynencja docierała do moich wypastowanych pantofli, zalewała mi je obrzydliwą wręcz beznadzieją sytuacji.
To było zdecydowanie za wiele, więc pochwyciłem swoją różdżkę z biurka, zachowując pełną pewność siebie, i wstałem. Nie zamierzałem pozwolić Florence na szydzenie ze mnie i moich działań w moim własnym gabinecie. To było moje święte miejsce, miejsce władzy nieograniczonej. I niechybnie wydawała się zapominać, z kim miała do czynienia. Kiedy była mała, bezbronna i wrzeszcząca, ja już prowadziłem poważne biznesy i znalazłem czas, aby stać się jej - jakże niedumnym - ojcem chrzestnym. Mała, bezczelna... Kompletnie nie pasowała do naszej rodziny. Więc wstałem, zły na nią i na całą tę jej maskaradę.
- ZGRZEBKU, ZAWOŁAJ SZEFA OCHORNY WRAZ! NAGLĄCO! - odezwałem się, właściwie wrzasnąłem z mocą, do ścian gabinetu. On zawsze słuchał, zawsze nasłuchiwał. Był mi wierny jak żaden inny skrzat.
- Poczekam na czas, kiedy łaskawie zechcesz porozmawiać z moim majestatem. W innym przypadku, nie jesteś tu mile widziana - dodałem, zbliżając się powoli w ich kierunku.
Nie podobało mi się, że Florence zmieniała mojego syna w miękką plamę, wypytywała go o jakieś dyrdymały, a on grał, jak mu zagrała. Potrzebował prawdziwego, męskiego wsparcia, na pewno nie kobiety, a już na pewno nie takiej jak Florence.
Głowę swą niosłem dumnie, wysoko, ale nie spuszczałem z niej wzroku. Mimo wszystko wiedziałem, że Florence to sprytna lisica była. Zawsze musiała stanąć na swoim, za nic sobie miała mając troski. Doskonale pamiętałem jej ostatni list, pełen ignorancji. Nic kompletnie nie wniosła by pomóc Laurentowi, a teraz nagle wydawała się wielce zainteresowana.
- Opuść w ten dom w trybie natychmiastowym. Kolejną wizytę proszę wcześniej zapowiedzieć - zakończyłem, stając obok niej i Laurenta. Nie zamierzałem naruszać jej przestrzeni osobistej. Przynajmniej jeszcze nie...
Diabli niech ich... Mój wzrok padł na Laurenta. Wyglądał naprawdę żałośnie, kuląc się w tym kącie mojego gabinetu. Oferowałem mu tak wiele, a jedyne na co było go stać, to rzewne łzy, panika, zagubienie. Co miałem z nim zrobić? Wysłać do magipsychologa czy do jakiejś szkoły... dla dżentelmenów. Może go czegoś nauczą? Jakiejś ikry? Wewnętrznej siły?
- Laurencie, czy możesz już wstać? Czy potrzebujesz pomocy? - zapytałem już syna bezpośrednio, mniej nagląco niż to robiłem w przypadku chrześnicy. Nie patrzyłem na nią już zresztą. Florence, jakby nie patrzeć, już wychodziła.


RE: [17.06.1972] This is a man's world - Florence Bulstrode - 01.11.2023

Gdyby los miał splątać ścieżki tak, że Pandora i Laurent nie przejęliby pozycji głowy rodu, a Florence przyszłoby przyjąć nazwisko matki i jej dziedzictwo, pierwszym co by zrobiła, byłoby spalenie tego tronu i rozsypanie popiołów na wszystkie strony świata.
Edward tkwiąc na nim nie wiedział, w którym momencie należy wstać. A ona? Czemu miałaby potrzebować takich ozdobników?
Wszak królowa nawet na zwykłym krześle pozostanie królową.
Kundel choćby usiadł na najwspanialszym tronie wciąż będzie tylko psem.
Florence zaś może i była trochę niepozorna, nudna w swojej schludności, umiłowaniu porządku, w życiu toczącym się ściśle według harmonogramu. Pozostając trochę z boku, nie mająca wielu znajomych i skupiona głównie na pracy. Ale już gdy miała dwanaście lat, głowę nosiła tak, jakby spoczywała na niej korona.
Zamykanie w wieży, na litość Merlina. Ten człowiek kompletnie już oszalał.
– Może wezwiesz od razu szefa ochrony, Edwardzie? – spytała, nim choćby jedno słowo padło ze słów mężczyzny, bo jasnowidzenie tym razem doskonale zadziałało i wiedziała, co chciał wykrzyczeć. – Bo chyba trochę się boisz zostać tutaj ze mną sam na sam? – podjęła, wciąż bardzo spokojnie.
Nie oderwała jednak w tym czasie wzroku od Laurenta. Nie lękała się, że dostanie zaklęciem w plecy, choć przed oczyma stanął jej obraz Edwarda chwytającego za różdżkę – tak jakby była jasnowidzem, w tej chwili całkiem skupionym na przewidywaniu każdego posunięcia Prewetta. Zdąży rozproszyć magię.
Bo nie. Nigdzie się nie wybierała.
- Dobra odpowiedź. A teraz wstań, Laurencie Prewett - poleciła, sięgając wolną dłonią, by pomóc młodzieńcowi się podnieść. Być może Laurent musiał jeszcze się zahartować i nauczyć stawiać czoła takim sytuacjom, i tak, bardzo chciała, by posiadł tę umiejętność. Ale nie zamierzała zmuszać go do tej nauki teraz, posypując solą rany.
W tej chwili Florence chciała przede wszystkim go stąd wypchnąć, ale musiała najpierw przekonać się, czy w ogóle zdoła się podnieść z podłogi.


RE: [17.06.1972] This is a man's world - Laurent Prewett - 01.11.2023

Zamknął powieki i podkulił ramiona z drżeniem ciała, kiedy po pytaniu Florence nastał ojcowski krzyk. Przedarł się do jego ciężkiej, pustej głowy, która przez kilka dobrych chwil nastawiona była na poszukiwania informacji o istotach magicznych. Odpłynął, przyciągnięto go do brzegu. Upadł kolanami na plażę, ale tam nie było piasku. Były tylko kamienie i odłamki szkła, które przyniosły fale. To nic, to nic. Fizycznie blizn już nie przybywało.

Laurent nie lubił spotkań z Aydayą i Edwardem, a przynajmniej znielubił je od jakiegoś czasu, kiedy zaczęło do niego docierać, że w zasadzie to jest lost cause. Przegrana sprawa, nie warto, tu już nie włożysz więcej energii, która cokolwiek zbuduje. Nie sprawi, że macocha spojrzy na niego inaczej, skoro do tej pory tego nie dokonał. Spotkania Florence i Edwarda były jednak zupełnie innym poziomem spotkań. Zazwyczaj kulturalne na granicy ich spojrzeń i nieprzyjemnych, pasywnie-agresywnych słów, choć oni sami upierali się, że wcale tak nie robią, nie, nie, skądże znowu. To też był inny wymiar. Mógł być mądrzejszy (w kolejnej sprawie) i nie prosić Florence o pomoc, tylko poradzić sobie samemu, ale spanikował. Nie myślał. Nawet teraz myśli przychodziły ciężko, rozmiatane na boki i wyciągane z tej oleistej, smolistej wręcz cieczy. Nawet wyciągnięte były oblepione poczuciem porażki. Byciem porażką.

Otworzył oczy i spojrzał na Florence. Widział ją. Teraz ją przynajmniej dostrzegał, a jej oczy mogły być jego oczami na ten świat chociaż przez kilka chwil. To spojrzenie wcale nie były miękkie. Było zdecydowane i zdeterminowane, było poważne i zrównoważone. Nie musiało być miękkie, bo jej spojrzenie zawsze miało w sobie ten wyraz, że wszystko jest pod kontrolą. Ono wymagało, ale jednocześnie rozumiało. Pomagało uspokoić rozedrgane nerwy, bo pozwalało zrozumieć, że nie ma niczego wstydliwego w tym, że upadając uszkodziłeś sobie kolana. To była naturalna kolej rzeczy. Wstydem byłoby tylko nie wstać z kolan. Tak samo jak jej słowa i ton, choć wcale nie był współczujący i domagał się w pewnym stopniu wykonania polecenia... a może to kwestia zaufania? Bo jak rozróżnić jedno od drugiego? Kwestia tego, że Laurent nie bał się odpowiadać i nie bał się tego, że podpierając się jedną ręką Florence, a drugą ściany zaczął w końcu dźwigać ciało w pion. Bo wiedział, że nawet jeśli Florence nie wyrazi aprobaty dla jego zachowania, może go nawet zbeszta to nigdy nie zabroni mówić do siebie pieszczotliwie, nie zagrozi, że jeśli wyjdzie to nie będą mieli o czym więcej rozmawiać, nie zamknie w wieży, nie będzie gróźb, ponieważ dowiedział się, że jego córka chyba znalazła miłość, a on chciał, żeby porozmawiał z nią o tym osobiście. Kiedy cofałeś się w tej sytuacji do samego początku to można dotrzeć do szoku, z czego ona powstała. I dokąd doprowadziła.

Opuścił wzrok, kiedy podszedł Edward, bojąc się spojrzeć mu w twarz. Pokiwał głową, podnosząc się na drżących nogach i zachwiał przez moment, zanim błędnik zaskoczył na swoje miejsce. Uderzył kilka razy w swoją klatkę piersiową, jakby to mogło jakoś ulżyć bólowi serca. Jakkolwiek. Niestety nie pomagało. Uścisk ja był tak pozostał. Przynajmniej płuca pracowały, jak należy i nie poddawały się dalej tej reakcji na stres, w której organizm był bliski wyłączenia się.

Ale kiedy już wstał to powoli podniósł wzrok na Edwarda. Teraz wydawał się taki obcy. Taki odległy. Wstydził się tego. Tego, jak tutaj przed nim stał. Tego, że przerażała go myśl, że Florence musiałaby wyjść i jednocześnie chciał ją wygonić jak najszybciej, żeby czasem przez niego nic złego się tu nie stało. Spojrzał na różdżkę w dłoni Edwarda, a potem znowu na jego twarz. Dreszcze przechodziły jego ciało od zmęczenia i poczucia zimna, wzdragając nim.

- Nie kłóćcie się... przeze mnie... - Jego głos był bardzo, bardzo cichy.




RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 07.11.2023

- Dobitnie żałosne, że do spotkań ze mną musisz używać trzeciego oka... Ale kiedy prosiłem cię o podpowiedzi w związku z atakiem na Lorka, to elokwentnie napisałaś, że nic mi nie wyjawisz. Niezłe są te twoje priorytety, Florence - odparłem, zachowując pozory niewzruszenia, choć w rzeczywistości wewnętrznie gniewałem się na jej oddalenie się od rodziny, na jej butę i brak współpracy. Razem moglibyśmy osiągnąć więcej, ale ona zamykała się w swoim małym świecie Świętego Munga i unikała mnie jak ognia, marnując przy tym swoje umiejętności. Było to żałosne i smutne.
Odchrząknąłem i powiedziałem to, co zamierzałem powiedzieć. Wezwałem skrzata do intensywnej pracy, by przyciągnął ochronę jak najszybciej. Nie obawiałem się konfrontacji z Florence, po prostu uważałem ją za zbędną. Swój czas na walkę poświęcałem rzadko, a gdy już to robiłem, to tylko przeciwko naprawdę nikczemnym typom. Florence, upsik, nie była w tej kategorii i nie była warta otrzymania tytułu mojego nemesis.
- Nie dam ci się sprowokować, Florence. Wyrosłem dekady temu z gówniarskiego zachowania - odpowiedziałem, kierując swoje spojrzenie na Laurenta. Wstał - to było jedynym plusem całej tej sytuacji. Niestety, przy jej pomocy. To z jej oferty skorzystał - minus. Kolejnym minusem były jego decyzje, które wydawały się być nierozważne. Cóż, mimo wszystko powinien opanowywać umysł, a nie swoje ciało. To uderzenie się w pierś było zbyteczne. - Siły szukaj w swoim umyśle, Laurencie, a nie fizycznej powłoce - pouczyłem go, choć wiedziałem, że to nauka na długie godziny, a nie jedno zdanie. Nie spodziewałem się, że przyswoi ją szybko. Nie miałem takiego wpływu na ludzi, takiej mocy sprawczej.
- Chodź, synu, pomogę ci usiąść w fotelu... I nie martw się. Nie będziemy się kłócić, bo Florence wychodzi i zamyka za sobą drzwi - zauważyłem ponownie, ale prawdopodobnie po raz ostatni, ponieważ już słychać było kroki na schodach. Wyciągnąłem wolną dłoń w stronę Laurenta, oferując mu moją siłę i zapewne też ostatnią szansę na skorzystanie z mojej pomocy. Więcej nie zamierzałem się zniżać do takiego poziomu.


RE: [17.06.1972] This is a man's world - Florence Bulstrode - 08.11.2023

Florence nie odpowiedziała na żadną zaczepkę Edwarda. Spojrzała tylko na niego, po raz pierwszy od momentu gdy go przywitała, i zaledwie na krótką chwilę - a na jej usta na moment zabłąkał się uśmiech. Nie był wesoły i nie sięgał oczu.
Raczej... pełen politowania.
Edwarda chyba bardzo bolało, jak mało miał nad nią władzy, jak odmawiała mu informacji i że to nie na jego wezwanie była gotowa wszystko rzucić i się tu pojawić.
Chwilę później jej spojrzenie powróciło do Laurenta. Wstał. Dobrze. Ale wciąż widziała - i nie musiała patrzeć w przyszłość, by to potwierdzić - że w każdej chwili mógł znów się rozsypać. I jednocześnie, że chociaż to ojciec doprowadził go do takiego stanu, to rozpaczliwie chce chwycić tę wyciągniętą ku niemu dłoń.
- Mój drogi, twój ojciec nie jest wart tego, żeby się z nim kłócić. Nie jestem tu dla niego, nie marnowałabym na to energii - powiedziała, wciąż z tym samym spokojem. - A ja, oczywiście, nie jestem przestępcą, aby zostawać na cudzym terenie, gdy jestem proszona o wyjście, zresztą przebywanie w tym miejscu nie dostarcza mi ni grama przyjemności. Ale podobnież Edward nie ma prawa zatrzymywać tu ciebie. Nie muszę być jasnowidzem, by wiedzieć, co zrobisz. Niemniej na przyszłość zastanów się, czy naprawdę właśnie tego chcesz. Tkwić posłusznie w miejscu, gdzie jesteś traktowany w taki sposób.
Sama puściła Laurenta. Nie wyciągała ku niemu ręki – bo gdyby zrobiła to teraz, wyglądałoby to tak, jakby kazała mu wybierać. Między sobą a ojcem. A przecież nigdy by tego nie zrobiła. Niezależnie od tego, co by zrobił, nie miały z jej strony paść wyrzuty ani żadne groźby. Tutaj idąc za ojcem odrzucał coś innego – poczucie własnej wartości i wolność wyboru, przynajmniej w oczach Florence. I chociaż chyba nie miała prawdziwej nadziei, że w tej chwili młody Prewett tę dłoń, która ku niemu sięgała – poniewczasie i by wydobyć z ciemności, w którą sama go wrzuciła – to Florence chciała pozostawić tu rysę. Zmusić, by przynajmniej przez moment zastanowił się nad tym, czy aprobata ojca naprawdę jest tego wszystkiego warta.
Odpowiednio wiele rys prędzej czy później zostawi pęknięcie.
A potem? Pozostawało poczekać na odpowiedź Laurenta i faktycznie wyjść.


RE: [17.06.1972] This is a man's world - Laurent Prewett - 08.11.2023


Ich scysja była straszna. Nie był już jednak dzieckiem, które by nie rozumiało, że niektórych ludzi się po prostu nie da pogodzić i nie mogą znaleźć między sobą języka wspólnego. Nawet to rozumiał. Nie potrafiłby traktować przecież tak samo Śmierciożercy co... co kogokolwiek innego? Porównywanie zbrodniarzy, którzy mordują do rodziny, heh. Ale oni dogadać się nie potrafili. Na żałowanie swoich decyzji i swojej słabości jeszcze miał przyjść czas. Tu i teraz była przestrzeń na bardzo niewielką ilość odczuć i myśli. O ile była na cokolwiek. Rozległa przestrzeń wydawała się być morzem, które obmywało samotną plażę z dala od domów, z dala od wsi i wielkich miast. Tylko wiatr, twoje ślady na piasku i sól, która wżera się w rany. Nigdy nie będzie już nic tak samo w tym domu. Nie będzie też takie samo poza nim.

Chciał się wtrącić między ich słowa, zaprzeczać, że przecież Florence nie jest tu niemile widziana, bo on ją zaprosił. Z tą małą różnicą, że to było rozpaczliwe wołanie o pomoc, a nie zaproszenie. To on jednak ją tu ściągnął - czy miał prawo? Zgodnie ze słowami Edwarda żadnego, bo to w końcu nie był jego dom. Dobrowolnie go opuścił, bo nawet kiedy tu był to nigdy do końca nie był jego. Czuł się tu obco. I nie zmieniło się to również teraz, kiedy zdecydował się wrócić sądząc, że znajdzie tu schronienie i spokój, którego nie mógł znaleźć w swoim własnym domostwie. Bardzo się pomylił. Nie miał więc prawa jej tu zapraszać ani prosić o zostanie, a nawet lepiej, żeby odeszła. Nie będzie jej szargać nerwów, ani Edward nie będzie się dalej pieklił. Nie chciał rozmawiać z ojcem sam na sam, nie chciał, żeby Florence zostawiała. Nie chciał odejść, ale nie chciał zostać.

Wyciągnięta do niego dłoń była jak mała iskierka, która rozpalała świece. Przy której było ci zimno, ale wystarczyło wyciągnąć dłonie do płomienia. Na razie to była tylko iskra, ale jego wyobraźnia już mówiła, że przecież mogłoby powstać z tego cokolwiek więcej, jeśli tylko odpowiednio mocno się postara. Florence znała go aż za dobrze. Chciał złapać tę dłoń z nadzieją, że magicznie coś się zmieni. Ale nie zdążył nawet unieść swojej ręki, kiedy rozległy się jej słowa. Słowa, które były jak ostry odłamek kamienia przesuwający się krawędzią po szkle. Drgnął. Patrzył się na wyciągniętą w jego kierunku dłoń i zwątpił. Jakie to wszystko było... marne. Całe to żałosne życie uganiania się za miłościami i spojrzeniami, żeby... skończyć w takim punkcie, gdzie chyba nie jest się niczego wartym nawet w oczach ojca. Ach, albo nie - jest się wartym! Dopóki było się takim, jakim on chciał, żeby się było. Dopóki tańczyło się do jego melodii. Zawahał się. Czy to było warte? Ha... Nie chcę tu być. Nie chciał zostawać w tym gabinecie, nawet nie chciał zostawać w Keswick. Poczucie własnej wartości zostało zmiażdżone już ojcowskim butem, co pozostało z niego zbierać? Edward sam porył to szkło swoimi pazurami. Florence dołożyła kolejną część.

Czuł się prawie tak, jakby zdradzał Florence, kiedy wyciągnął dłoń, by dotknąć ojcowskiej dłoni. Ciepłej. Silnej. Chciał się na niej uwiesić, uczepić niej, chciał, żeby była jego siłą. Ale nią nie była. Co by go bardziej unieszczęśliwiło? Brak jego akceptacji czy może... ale czy w nim w ogóle była jakakolwiek akceptacja? Może to po prostu nie miało sensu - te ciągłe próby.

Było mu to chyba wszystko już jedno.

Ile musiałby być wart, żeby zadowolić Edwara Prewetta?

Pozwolił swojej dłoni wyślizgnąć się z dłoni ojca.

- Dziękuję ojcze, ale pójdę się położyć. Przepraszam za... kłopot. - Za siebie? W zasadzie... Spojrzał w te piękne oczy wyrażające siłę i teraz odrobinę irytacji - zapewne względem Florence i niego samego. Chciał powiedzieć, że Florence ma rację, że to niesprawiedliwe, że na to nie zasłużył, że przecież tak się stara, więc zasłużył na coś lepszego. Zamiast tego z jego ust wydobyło się inne zdanie. - Nikt nigdy nie zranił mnie tak jak ty. Wiesz, dlaczego? Bo śmierć uczucia jest o wiele dotkliwsza niż śmierć cielesna. - Opuścił wzrok i obrócił się w stronę drzwi, żeby stąd wyjść. I niech to będzie nawet ucieczka. Trudno. Nie wytrzymałby powrotu na tamten fotel i nawrót tych wszystkich pytań, które były dla niego zbyt trudne. Minął się z Kevinem w drzwiach.

I tylko bilet został na podłodze tam, gdzie był.




RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 11.11.2023

Słowa wypowiedziane przez Florence jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że mąciła i, to nie pierwszy raz, w umyśle mego małego, biednego Lorka. Mamiła go słowami, wizjami, zmieniając moje intencje na swoją korzyść, odgradzając go ode mnie, od naszej rodziny. Nie był to widok, który mi się podobał. To wstrząsnęło moją wiarą w niego, skłaniając mnie do zapisania w głębi duszy, by zakazać Laurentowi wszelkich kontaktów z tą wiedźmą. Nie wróżyło to niczego dobrego, jedynie kłopoty.
Poczułem się, jakbym otrzymał bezczelny policzek od własnego syna. Z jednej strony chciał przyjąć moją pomoc, próbując wyrazić lojalność, pokazać, po czyjej stał stronie, a z drugiej strony zadać niemalże śmiertelny cios. To było zwykłe znieważenie. Cios ten był tylko - i aż - ciosem zniewagi.
- Przemyśl to, synu - powiedziałem zimnym tonem, odprowadzając go wzrokiem. Był biedny i przygarbiony, ale nauczony bezczelności, zmanipulowany przez tę przebrzydłą Florence. Traciłem go, a ona jeszcze śmiała mi się w twarz, jak gdyby nigdy nic. Bezczelna. - Jesteś jedną z tych trzech osób, które powinny bez wahania opowiedzieć się po mojej stronie - dodałem z nutką grozy między słowami. Niech odejdzie i niech zniknie z mojego pola widzenia. Zamierzałem porozmawiać z nim ponownie, kiedy tylko uporam się z Florence, a potem z Pandorą.
- Czy jesteś usatysfakcjonowana, Florence? Sianie niezgody między moimi dziećmi i mną. To się nie uda - rzuciłem i obróciłem się niespiesznie w jej kierunku. Kevin stał już w drzwiach, więc Laurent najprawdopodobniej minął się z nim w drzwiach. Kevin zapewne przepuścił go pierwszego. - Jak myślisz? Co takiego bezlitosny, zły, wielki i potężny Edward Prewett robiłby z takimi insektami jak ty? - zapytałem Florence, skoro tak wiele o mnie wiedziała, o moim życiu. Kobietę, która się tak mądrzyła. Kobietę w wielkim świecie mężczyzn. Kobietę nudną, bez iskry pasji w oku. Samo przez się... Roześmiałbym się prosto w jej twarz, ale i tak by tego nie zrozumiała. Marna istota.
Podniosłem różdżkę, celując prosto w jej serce. Jeden ruch i po niej. Tyle wystarczyło, jeden ruch, by Laurent zaczął traktować mnie jako bezdusznego, deptającego jego uczucia człowieka, a przecież zawsze byłem jego ojcem, zawsze jego oparciem. Teraz stałem się jedynie hartownym mieczem. Nic nie zagrażało mu tutaj, w Keswick, które było jego domem, więc dlaczego chciał uciekać? Odpowiedź była przed moimi oczami - Florence, moja niesławna córka chrzestna.