Secrets of London
[1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings (/showthread.php?tid=2102)

Strony: 1 2 3 4


RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 17.11.2023

Jak to było? Kurwikleszcz? Nie trzeba nawet poznać Flynna, żeby zobaczyć, jak bardzo trafne to było określenie. Latał z podwyższonym popędem seksualnym jak kot z pęcherzem, problemem (choć zależy jak dla kogo problemem) z nadmiarem libido, a jak już się zadowolił to się wpijał w człowieka jak taki kleszcz. I chciał, potrzebował, żeby wszyscy byli do niego przywiązani, ale jednocześnie wcale niekoniecznie chciał samego siebie przywiązać. Musiałby sobie nazbierać jeszcze kilka minusowych punkcików na lodówce, tym sławetnym kawałku papieru, gdzie wpisywano zalety i wady naszego minionego dnia (albo minusy i minusy Flynna, no bo kto szukałby w nim plusów?), żeby Cain zaczął go takimi epitetami określać. To, co między nimi było, nie było zdrowe i czarnowłosy miał za uszami całe stosiki poukładanych minusików, jeden na drugim, popakowane jak świąteczne prezenty pod choinką. Chore przyzwyczajenie czy to rzeczywiście chora samotność drążyła jego ciało? Największym jego dramatem nie było to, że w ogóle się temu poddał, tylko to, że to się znowu rozpłynie i będzie musiał utrzymywać się na powierzchni poukładanego życia (istnego burdelu) wmawiając sobie, że wszystko jest w porządku, że trudno, że nie ma nad czym płakać. Wszystkie te shit pierdoły, które wciska sobie człowiek, kiedy zdaje sobie sprawę, że jeśli przechyli się jeszcze o parę milimetrów to już nie będzie czego z niego zbierać. Ten wtulony w niego Flynn zniknie, wróci do swojego życia i tyle z tego było. Albo będzie chciał się zadowolić przygodnym seksem. Tylko czy człowiekowi, z którym chcesz dzielić tylko sypialnię (albo trawnik) mówisz takie rzeczy? Chcesz go wpuścić do swojej głowy? Cain nie był pewien, czy Flynn sobie z nim tak pogrywa, czy naprawdę czuł to przywiązanie. Czy ta nić... jednak między nimi istniała? Czy Flynn ją odnosił, splatając czerwone niteczki?

Taki kurwikleszcz przykleił się właśnie do niego - i pot mu nie przeszkadzał, bo bardziej przeszkadzało mu zimno. Zrozumiałe? Nie bardzo. Gdyby Bletchley nie wiedział, jaka fobia tłoczyła ciało tego mężczyzny to by go od siebie uparcie odsuwał, bo kurwa - śmierdzieli! Albo to tylko wymówka, że to "on chciał, więc co ja, biedny, poradzę!" Cain nie nazwałby Flynna kurwikleszczem - nazwałby go kotem. Czarnym kociakiem, który ciągle prosi się o mizianie i zabawę, a w końcu przychodzi do ciebie, żeby wleźć ci na kolana i pomruczeć. Nawet jak chcesz iść do kibla to przecież nie zrzucisz tego kota, bo tak słodko śpi... W ostateczności możesz go podnieść na rękach i zabrać ze sobą, ale bez przesady - nie był człowiekiem dwa na dwa, żeby jeszcze nosić Flynna, który wcale taki malutki nie był, jak małpkę. Albo kota. I przez myśli tego kota przelewały się słowa takie, które poruszyłyby Cainem, albo wręcz wstrząsnęły. Takie, które ustawiłby w świętej księdze jako słodycz skapująca z powiek i ust swego ulubionego chłopca, jak to sam Flynn wspomniał. Niestety żadne z nich nie padło. Zatrzymały się na niechęci i strachu, że to wszystko będzie nieodpowiedni, zagubi się w podmuchach wiatru, straci sens i znaczenie. Jaka szkoda... tak bardzo chciałby to wszystko usłyszeć. Być częścią tych myśli, woli i w końcu - świata Fleamonta Bella. Choć... nazwiska swojego nawet nie znał.

Prychnął śmiechem. Durnowate poczucie humoru było na szczęście czymś, co łączyło ich poza emocjonalnym spierdoleniem i jakimś chorym postrzeganiem rzeczywistości. Cain przynajmniej zdawał sobie sprawę z tego, że byli zwyczajnie chorzy na uboczu tego społeczeństwa, ale społeczeństwo wcale nie pozwalało im daleko odstawać. Płynęły przez nie rzeki jadu i toksyn, których opary doprowadzały ludzi do szaleństwa. Delikatnie poklepał swoją dłonią Flynna po boku, rozluźniając uścisk, jaki przez moment zmiął jego koszulkę.

- To nie przywiązanie do ciebie jest żałosne. - Poprawił go, przesuwając rękę po jego ciele, żeby trochę potargać mu włosy. Jak naprawdę takiego psiaka, chociaż w tej metaforze to nie Flynn miał być psem. - Żałosne jest uganianie się za kimś, kto cię zostawił jak psa. I jak pies w zasadzie chciałem podkulić ogon i odejść jak cię zobaczyłem. To, że żyjesz i masz się dobrze... zadowoliło mnie. To jest żałosne, a nie? - Postawił mu pytanie, bo chciał usłyszeć, co sam Flynn o tym myślał. W ogóle chciał słyszeć, o czym myślał, ale zdawał sobie sprawę, że dla Flynna organizowanie myśli w słowa to nie było pstryknięcie palców. Jak słodko by było, gdyby Flynn kiedyś poczuł się tak swobodnie, żeby nie filtrował słów od myśli, żeby zaufał. Bardzo wielkie marzenie - jeszcze większe pragnienie. - Miło widzieć, że nie masz kolejnych ran na sobie. - Złapał jego dłoń, przesunął palcami po rękawie, żeby zaraz przesunąć palcami po bliznach, które mu pozostały po tamtym życiu. Smutne wersety tego "życia najgorzej, jak się dało". Maść na blizny. Pomyślał, że powinien mu kupić maść na blizny, może chociaż część mogłaby zniknąć? Wyczuwał jego niepewność, a to sprawiało, że teraz już jego obie ręce wylądowały na jego ciele, jakby mógł tymi ramionami obronić go przed wszystkim, co go rozstrajało i podtrzymać cały ten rachunek sumienia, którego paragon był bardzo długi - Flynn owijał się nim jak najpiękniejszą z kreacji. Chciał go z niego rozebrać i ubrać w jeden ze swoich za dużych na niego swetrów, zapakować w kocyk, dać herbatę do rąk i wytulić na kanapie. Ponieważ miał tylko swoje dłonie to zostawało opatulanie go łopatologiczne i wybrakowane.

Był tym psem, który patrzyłby na odchodzącego chłopca wielkimi oczami nawet nie szczekając. Bo przecież wrócisz, prawda?

- Nie wiem. - Mógł go okłamywać, że niee, na pewno byłby nieszczęśliwy! Ale to byłoby duże przekłamanie, a niekoniecznie chciał go w tym temacie zwodzić. W tym... tak jakby w każdym innym już mógł. - Byłbym na pewno bardziej szczęśliwy, gdybyś mi ufał. - Myślał o tym, że mógłby skończyć w Lecznicy Dusz i zapomnieć o tym wszystkim. Że wtedy byłoby lżej. Ale jakoś... nie mógł się na to zdobyć. - Utrata tych wspomnień, jakie ze sobą dzielimy, jest zajebiście smutną wizją. - Właśnie, jak można było oczekiwać stabilności po kimś zupełnie niestabilnym? Miłość była bardziej skomplikowana w wydaniu Fleamonta - szybka, płonącą intensywnie. I chyba szybko się wypalająca. Ale to nic, rozumiał to, nawet jeśli samemu tego nie akceptował. Nie akceptował siebie w takiej wersji i miał nadzieję, że uda mu się jednak podsunąć gdzieś wyżej i nie zanurzać w wiecznej tragedii uczuć. Bo zanurzanie ich w piwnicy, która miała jeszcze nad sobą piwnicę, albo i nawet z dziesięć piwnic, było bardzo niebezpiecznym przedsięwzięciem.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 19.11.2023

Flynn spojrzał na niego dziwacznie, zupełnie inaczej niż wcześniej. Uniósł do góry jedną z brwi, a później odkleił się od niego delikatnie po to, żeby złapać go rękoma za twarz i pocałować w policzek.

- Cain, powiedziałeś właśnie, że to nie przywiązanie do mnie jest żałosne, a później opisałeś przywiązanie do mnie i określiłeś je żałosnym. - I po powiedzeniu tego pocałował go jeszcze raz. Uganianie się za kimś, kto go porzucił, to przecież było dosłownie uganianie się za nim. Mógł oczywiście czegoś w ich relacji nie zrozumieć, ale coś mu mówiło, że jednak odczytał ją poprawnie... - Ale to nie jest żałosne, to jest normalne. Dbanie o ludzi, na których ci zależy. Po prostu każdy robi to na swój sposób. - Albo po prostu oboje byli żałośni, a dwa minusy dawały plus. Przecież Flynn wcale od niego dużo lepszy nie był, może ciężko mu było do kogoś faktycznie wrócić, ale wciąż bardzo mocno takie rozstania przeżywał - nikt zdrowy by się przecież nie użalał nad kompletną psychopatką.

Jedna z dłoni opadła w dół, żeby się mógł na powrót o niego oprzeć, druga już w tym miejscu została, przesunęła się tylko na bok, żeby mógł jeździć mu palcami za uchem i po żuchwie. Ta teatralna mimika sprzed chwili ustąpiła znów spokojowi, ale wpatrywał się w niego teraz nieustannie, z głową wtuloną w jego ramię. Chyba powoli to do niego docierało, kiedy jeździł wzrokiem po tej ślicznej buzi i zdał sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy, nawet oczywistych dla innych, dla Flynna były kompletną zagadką. Jaki Cain miał kolor włosów? Były ciemne, ale czy czarne, takie jak jego, czy brązowe, jakkolwiek wyglądał brązowy? A oczy? Nie miał pojęcia, mógł tylko założyć coś i być może wierzyć w coś, czego nie ma. To właśnie robił Cainowi od lat.

- Mhm.

Coś jednak o nim wiedział. Wiedział o jego bliznach, wiedział też pewnie o tym, że wiele z nich zadał sobie sam. Bell zdał sobie sprawę z tego, że było to dla niego trochę krępujące - bo kiedy się wiedziało, że na wskutek doświadczeń ranił sam siebie, to tych pięćdziesiąt warstw ironii, te wszystkie żarty rzucane, żeby zamaskować wewnętrzny ból - jakie to miało znaczenie? Człowiek się na powrót stawał tym małym dzieckiem, które bardzo potrzebowało być kochane i bezpieczne, ale rzeczywistość zawodziła je na każdym możliwym kroku. Ten przyjemny ból, jaki od dawna wymierzali swoje z pasją, nabierał przy tym innego wydźwięku, a on nie chciał słyszeć, że powinien przestać - nigdy nie przestanie, lubił kiedy to nad nim wisiało i mieć nad tym pełną kontrolę.

- Wydaje mi się, że gdybyśmy sobie zupełnie nie ufali, to albo ja siedziałbym teraz w Azkabanie, albo ty byś gryzł piach. - Mógł sobie wmawiać, że to nie wymagało zaufania, wystarczyła mu do tego miłość, ale to też nie była prawda - temu uczuciu bardzo, ale to bardzo blisko było do nienawiści. Nie wystarczyło kogoś kochać. - Powiedziałem ci tamte rzeczy, bo spanikowałem, a ten saprofit mnie strasznie wkurwił. Naprawdę pobił mnie bez żadnego powodu, nie przestawał walić we mnie pięściami nawet kiedy mu powiedziałem, że się zwyczajnie pomylił. - Mówił to bardzo cicho, wracając tonem do momentu leżenia razem naprzeciw siebie na trawie. To był ten ton, którym lubił szeptać komuś na ucho rzeczy i faktycznie chociaż trochę się przy tym otwierał, bo mu to przypominało czasy, kiedy mógł szeptać Alexandrowi rzeczy na ucho, a on powtarzał to głośniej. - Ale teraz już wiem, skąd go znasz. Z Biura Aurorów. - Czy plotkowali o tym w Biurze? Pojawiła się w nim jakaś niepewność, ale została szybko wyparta przez zmartwienie. Bo do niego dotarło, że odkąd zniknął z Londynu, zmieniło się tam wiele. Odciął się od tego na tyle jak się dało, ale wiedział przecież, że tam panuje wojna. - Kurwa, zawsze myślałem, że jesteś detektywem w tej magicznej policji. Jakbym wiedział, że się zajmujesz łapaniem czarnoksiężników, to bym ci dał za nic namiary na typa, który mnie notorycznie wyzywał od szlam i pedałów, chociaż beze mnie w pięć minut zgubiłby się w katakumbach. - Próbował być dowcipny, ale nie przyszło mu to tak naturalnie jak zawsze. - Cain, czy ciebie wysyłają w takie miejsca jak Beltane?




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 19.11.2023

Chciałabym napisać, że w Cainie narosła irytacja. Taka bardzo ludzka, bo przecież nikt nie lubił wytykania mu błędu w jego rozumieniu. Wytykania logiki tam, gdzie ta osoba była święcie przekonana o swojej racji. Irytacja, bo przecież to ja mam rację, bo to moje słowa, moje emocje - po co się w nie wpierdalasz z butami, skoro już raz je zgniotłeś w bardzo paskudny sposób. Teraz zachowywałeś się, jakby nic się nie stało, śliczny Fleamoncie. Chciałabym - ale chyba konstelacje nie są w odpowiednich gwiazdach. Czy tam gwiazdy w konstelacjach - nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. Cain w zasadzie też był. On zarabiał się w popierdolonych sprawach, ale zawsze miał trochę za dużo serca do tego świata, dlatego postanowił skrócić swoje życie - i poza pracą pomagać jeszcze bardziej. Wierzę, że bohaterstwo drzemało w tych najmniejszych gestach, jakich można było dokonywać na co dzień. Dlatego Flynn nie był podły - wzrastał do rangi bohatera. Ze swoją brzydotą i ze swoim pięknem - z tym drobnym ułożeniem ust na ciepłym, nadal splamionym rumieńcem policzku. Jeśli bohater chce cię pocałować przecież nie odpychasz go od siebie, a tym bardziej się nie irytujesz. Szczególnie, że nie było się na co irytować. Prostota tego, co kręciło mu się w głowie kompletnym spierdoleniem, a zostało wyciągnięte słowami Flynna i tak prosto podstawione przed jego oczy - bo tak, widział te słowa. Prawda objawiona, mógł ją objąć rękoma bardziej delikatnie niż potrafił trzymać Flynna momentami. Przedstawiona tak delikatnie, jakby jej krzewiciel bał się, że odbiorca może być z porcelany, która stłucze się przy wypełnieniu go nią. Chciał się w pierwszej chwili sprzeczać. Nie, to nie jest normalne, to tak nie powinno wyglądać, że są w chorej relacji, która dla Flynna jest normalna, ale dla niego? Dla niego jest... czym? Wspomnieniem? Ciągle istniejącym uczuciem, które tylko wygładzał, żeby udawać, że nie ma, nie było, a żaden ból i żal straty się nie pojawił? No tak, to kolejna rzecz z cyklu: chcę o tym napisać, która gładko tym razem pokrywała się z chcę to powiedzieć. Niestety pokrycie trwało sekundę - i zaraz się rozpłynęło. Bo w zasadzie - po co? Po co zaprzeczać. Po co podważać? Skoro to, co powiedział Flynn z taka słodkością rozlało się po jego skórze, skoro popieściło jego skórę jego wargami, skoro... Skoro ten diabeł znowu nim manipulował - tak pomyślał przez moment. A może nie - szeptało serce - może jest szczery? Nigdy wcześniej nie podejrzewał go o najgorsze, a teraz nie wiedział. Nie był pewien... A jak miał być pewien Flynn tego, co się będzie działo?

- Czemu tak na mnie patrzysz? - Obrócił w końcu ku niemu głowę. Przez dwie minuty siedział bez słowa i mrużył oczy pod dotykiem, wręcz się nadstawiając podświadomie pod ten dotyk w odpowiednich miejscach. Nie, jeszcze chwila i naprawdę był zasnął. Dlatego zerknął na niego i się odezwał. I zobaczył to. To spojrzenie, takie pieskie, że sam pochylił się, żeby dotknąć krańcem swojego nosa jego nosa, żeby jedną rękę przesunąć na jego kark, opierając palce na szyi. Nie mówił, bo jego dotyk mówił za niego. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów - ciągle mu ich brakowało, a przecież znał ich tak wiele.

- Bardzo dobrze ci się wydaje. - Miał do niego nadal tyle zaufania - i nie ufał tylko jednemu. Temu, co widział. Temu, że jednak ten róż był prawdziwy. Temu, że nie był ofiarą oszustw i mamienia. Że to coś między nimi mogłoby coś znaczyć. Jeśli wstanie, jeśli będzie chciał stąd odejść to już... wydawało mu się, że to się skończy zupełnie, kompletnie. Nie powinien korzystać z tej dziwnej zapowiedzi, że przecież będą cyrkiem w Londynie. Pseudo-zaproszenia. - Flynn, czynisz mnie zupełnie bezbronnym człowiekiem. - Bycie otwartym i opowiadanie o wszystkim i o niczym to jedno, a zaufanie jakoś potrafiło być nieco rozłączne. Za to jedno drugiego jednocześnie wymagało. Właśnie dlatego, że tak zaufał mu jak głupi (to chyba nazywają miłością od pierwszego wejrzenia) to byli tu, gdzie byli. Nie pytał maniakalnie. Nie podważał. Nie wątpił. A Flynn miał o nim naprawdę abstrakcyjne wyobrażenie jako o tym dobrym i bardzo miłym gościu. Romantyzowali siebie wzajem - może to był ich "problem", a może to właśnie była ta "miłość".

Ton, którym posługiwał się teraz Flynn - uwielbiał go. Aż poczuł dreszcz przebiegający po plecach i uśmiechnął się znów mimo tego, co Flynn do niego mówił. Ton głosu Fleamonta i jednocześnie jego przekaz słowny rozjechały się w jego świecie. Czarnowłosy poczęstował go zarówno słodyczą jak i kwasem cytryny - ale jego uwielbienie dla tego cukierka było większe niż kwasek, jakim został wypełniony.

- Jak mówisz do mnie tym nosem to morda mi się sama cieszy mimo tematu. - Nie chciał, żeby Flynn sądził, że teraz go cieszy to, co się między nimi stało. Między nim i Atreusem. - Przykro mi. - Tak, to też mogło wywołać dysonans, ale uśmiech mu zbledł, kiedy ta opowieść (krótka) się zakończyła tym, jak mocno Atreus wpierdolił Flynnowi. Inaczej się tego nie dało nazwać w zasadzie. Bardzo go bolało? Zajęli się nim tutaj? Spoglądał na jego twarz i szukał oznak bólu, albo jeśli nie bólu teraźniejszego to wynikającego z tamtych wspomnień. Żal? Niechęć? Czy to go prześladowało? Bo chyba miał swoje "ale" względem Atreusa, natomiast nie wiedział nawet (znów), co mógłby mu powiedzieć na jego temat. Albo co byłoby dobrym sposobem na zatarcie tych wspomnień. Natomiast w ogóle nie wątpił w jego słowa. - Atreus jest porywczy. Bardzo. - Takie przeciwieństwo Caina, który mógł tygodniami łazić koło jednego punktu, żeby tylko wyczekać idealny moment... ale potem przychodził Flynn, szepnął dwa słowa i taki Cain dostawał pierdolca, jakby był mnichem od lat w celibacie. No i jak żyć, Pani Minister, jak żyć?

Być może żart był nieudolny, ale Cain jednak trochę śmiechnął. Tak trochę.

- Gość nie dotarłby już do więzienia. -Żarty żartami, co? Haah. Był jednak jakiś cień powagi w jego oczach. Albo to po prostu był cień? Zastanawiał się, co go teraz zmartwiło, że zmarszczył trochę brwi, że znów wpatrywał się tak intensywnie. Ooch, ile by dał, żeby móc siedzieć w jego głowie i widzieć (i słyszeć) co się tam dzieje, jakie burze i wichry nim targał, jakie mleko z płatkami różanymi obmywało jego skórę w przyjemnościach i jaki ból spowijał go w największej ekstazie istnienia. Wszystko. Flynn sprawiał, że Cain znów miał tą ekscytującą potrzebę życia, żeby wiedzieć wszystko. Tą, która kiedyś popychała go do poznawania tego świata i ludzi we wszystkich kolorach. - Tak... wysyłają. - Odparł, wpatrując się w niego zastanowieniem. - Ale raczej moja praca to infiltracja. - Ktoś by powiedział, że najbardziej spierdolona, niewdzięczna, niebezpieczna praca. Tak, niebezpieczna - bo wymaga pilnowania się co do minuty. Bo jedno potknięcie i nagle pyk... nie było cię. - Czemu pytasz?


[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 22.11.2023

Dostrzegał, że robi się coraz szarzej. Nie podniósł spojrzenia do góry, żeby zbadać, jak wyglądało teraz niebo, ale czuł, że powoli pierwszemu czerwca kończy się czas. Kiedyś musieli stąd iść, rozdzielić się gdzieś. Za jakiś czas ta ręka puści jego bok i wtedy co - kiedy i czy w ogóle znowu go złapie? I dlaczego przejmował się tym aż tak bardzo, skoro dał radę żyć bez niego kilka lat?

Było łatwiej odciąć się od drugiego człowieka, kiedy nie trzeba było robić tego twarzą w twarz. Kiedy można było żyć urojeniami...

- Bo jesteś śliczny - odpowiedział od razu, przybierając flirciarski ton, ale wisząca pomiędzy nimi atmosfera sprzyjała też czemuś innemu - wezbrał się więc w sobie, wydusił z siebie krótkie - Myślałem o... - i zamarł znów, bo to jednak było jakieś takie nędzne, takie kompletnie trywialne myśli, jakie go nachodziły w losowych momentach, miały tę jedną, ważną cechę - były jego. Raczej nieczęsto się nimi dzielił, bo po co, komu i dlaczego? Może czasami jak był pijany, albo bardzo długo nie mógł zasnąć, w przeciwnym razie - nie mógł się odezwać, nawet gdyby spróbował, to z jego ust wydobywał się co najwyżej nieokreślony, zduszony pisk. Tym razem spróbował, ale mówił to bardzo powoli, z przerwami w nieodpowiednich momentach, jak dziecko nieudolnie czytające jakiś tekst, nie wiedzące, gdzie wziąć oddech, gdzie zrobić pauzę, a gdzie przeciągnąć się ze słowami na jednym wdechu. - Nie umiem się domyślić, jaki masz kolor oczu. Myślałem kiedyś, że są brązowe, ale te brązowe wyglądają jednak inaczej. Twoje są jak... - Do czego można było je porównać? Nie potrafił wyobrazić sobie nic o zbliżonej tonacji, ale znał miejsce, które posiadało ich wiele, gdzie światło gasło powoli i znalazłby się tam ten jeden moment, kiedy otaczałby go on. - Jak taka toń wodna, to miejsce, gdzie jeszcze dociera światło, ale już zaraz pochłonie cię ciemność. - Nie znał innego życia niż uczenie się tego wszystkiego na pamięć. Wodę ludzie określali nie jedną barwą, a całą ich paletą. Woda odbijała kolory, tak samo jak odbijała światło. Ostatecznie nie mówiło mu to więc absolutnie nic, no bo przecież nie mógł sobie tego wyobrazić.

Słysząc to o bezbronności, wypuścił z siebie powietrze w sposób sugerujący, że chciał się zaśmiać, ale coś go jednak przed tym powstrzymało.

- Wolałbym, żebyś przy innych trzymał gardę.

To był żart, ale jak każdy wypowiedziany dzisiaj żart niósł ze sobą jakąś dawkę prawdy. Bo to pytanie o zawód, o to czym się zajmował, nie było przecież przypadkowe - coś go w tej wizji silnie irytowało - ten ciepły człowiek obejmujący go ręką, uśmiechający się do niego tylko dlatego, że byli blisko i się przed nim otwierał z jakimiś głupotami, on miał gdzieś tam walczyć i umierać?

- To zadawaj mi te pytania.

Miał najlepszą dzisiaj okazję, żeby uzyskać faktyczną odpowiedź, a nie próbę wydukania czegokolwiek, zwieńczoną porażką i zaciśnięciem oczu.

- Porywczy to jestem ja, on jest po prostu popierdolony. Aaaa i widzę, że masz z nim coś wspólnego. - Nawiązywał do tego braku trafienia delikwenta do więzienia. - Może minąłem się z powołaniem, bo zaczynam dostrzegać wzór rekrutacji. - Ale do tego potrzebowałby oczywiście dokumentów, których nie posiadał.

Przeszło mu przez myśl, żeby tego dodać coś durnego, coś typu jak wywalą mnie z cyrku, to kupię sobie papiery i złożę je do Biura Bezpieczeństwa, na każdej mojej zmianie będziesz musiał zmierzyć się z przeszukaniem spodni od munduru, ale to dopiero była mocna deklaracja. Cain się ledwie co pojawił tutaj i rozgrzebał te wszystkie emocje, a to brzmiało jak próba uszczypnięcia go, żeby się opamiętał (a na tym etapie Flynn bardzo nie chciał opamiętania się którejkolwiek ze stron). Poza tym nie lubił mówić takich rzeczy o czymś nieosiągalnym, a wątpił, żeby mu się w tych czasach udało coś takiego zrobić. Przed wybuchem wojny - pewnie tak. Dzisiaj musiałby liczyć na cud i to, że Crouch by mu w tym pomogła i... Kiedy sobie o niej przypomniał i o tym dziecku co miał dla niej odnaleźć, to w zestawieniu ze słowami o Beltane zrodziła się w nim jakaś taka szalona myśl, że wiedział już, czego od niej chce w zamian za „przysługę”, o ile można tak nazwać coś, do czego cię ktoś przymusił szantażem.

- Czytaliśmy o tym w gazecie - zaczął, poprawiając swoje usadowienie na trawie u jego boku, ale nie odklejając się, chociaż nawet jemu zaczynało robić się gorąco. - Nikt się ze mną nie zgodził, ale dla mnie te artykuły brzmiały, jakby was tam wysłali na śmierć.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 25.11.2023

Bardzo wiele rzeczy można było sobie usprawiedliwić w ścianach własnej głowy. Wiele rzeczy przychodziło łatwiej, kiedy nie widziało się emocji w ludzkich oczach. Bezkarnie, kiedy nie musieliśmy konfrontować się z człowiekiem, którego świat burzyliśmy. Ta miłość kiedyś była bardzo intensywna - bo rozgrywająca się w czasie obecnym. Cain to odtwarzał w swojej głowie raz po raz, a teraz, kiedy się tutaj znajdowali, odtwarzało to jego serce, porównując, zastanawiając się i zastanawiać jednocześnie nie chcąc. Pytanie o to, co będzie dalej, było naturalnym następstwem. Wręcz oczywistym. Tak bardzo, że aż żaden z nich nie miał odwagi tego pytania zadać na głos. Nie potrzebuję go - taka myśl rodziła się w odpowiedzi całkiem naturalnie - tyle lat minęło - nie potrzebuję go. Błąd. Nawet świadom tego błędu nie mógł nic poradzić na to, że musiał sobie tak to wszystko tłumaczyć i zacząć pakować całkowicie rozburzone emocje, a tym bardziej przyswoić myśl, że teraz przyjdzie mu z tym żyć. Więc - czy Flynn był błędem? Z perspektywy czasu mógł to tak określić. Z perspektywy czasu mógł też powiedzieć, że te dobre i intensywne doznania, jakie mu oferował, że te intensywne emocje, które pozwalał mu z siebie czerpać, były tak mordercami jego świata jak i czymś miłym, przyjemnym, jeśli tylko nie skupiałeś się na tym, że tego już nie było. Jeśli się troszkę oszukiwałeś, że jednak może będzie.

- Śliczny? - Prychnął śmiechem, uśmiechając się, kiedy usłyszał ten komplement. - Mam się obrazić? Mężczyzna powinien być przystojny. - Przyjął podobny ton do niego, ubawiony tym nagłym komplementem, na który nie był gotowy. Bardziej nie spodziewał się jednak tego, że Flynn zdecyduje się pociągnąć myśl, odpowiedzieć na pytanie, że otworzy przed nim trochę swojego świata. Tego, do którego mógłby wtargnąć, zaproszony nawet przez niego samego, żeby zobaczyć, co skrywa jego głowa. Na ile to było rozsądne dla nich samych - na to odpowiedzi nie odnalazł jak na razie. Nikt jeszcze nie porównał jego oczu do wody z prostego powodu - była niebieska, lazurowa, przejrzysta. Jasna. Lub mętna w swoim dnie, łącząc zielenie, niebieski i nawet brąz. Czasem pojawiała się biel na morskich falach, ale tak czy owak żaden z tych kolorów nie wpasowywał się w jego oczy. Dlatego nie porównywali. Ale Flynn kolorów nie widział. Jego umysł nie funkcjonował tymi porównaniami - więc czym? Skąd wzięło się u niego to porównanie w tym momencie? Czarno-biały, przykry świat. Zastanawiał się, czy dałby radę mu to pokazać. Te kolory. Czy dałby radę pokazać obrazy nie bezpośrednio przed nim, a w jego umyśle. Odwrócić niemalże działanie zaklęcia Legilimes. Był niemal pewien, że dałby radę. Tylko to, co możesz zrobić a to, co powinieneś to dwie różne sprawy. Bo chociaż Cain miał tendencje do robienia czegoś, co uważał za słuszne nie pytając drugiej strony o zgodę to nie uważał, że to mogłoby być słuszne. Czy gdyby sam nie widział barw - chciałby je zobaczyć? Chyba tak. Chciałby potem mieć te porównania, wyobrażać sobie to wszystko. A może istniała szansa, z odpowiednim zapleczem finansowym, żeby wyleczyć ten daltonizm mężczyzny? - Mam dokładnie taki kolor oczu, jakimi je widzisz. - Ha... to było całkiem zabawne w tym wszystkim. Wcześniej jakoś o tym nie pomyślał, że to może być takie proste dla samego Flynna. Zaskakujące zapewne. - Moje oczy są szare. - Coś całkowicie realnego i prawdziwego w świecie Flynna. Szary świat. I szare oczy, które spoglądały na niego ze zmęczeniem, ale jednocześnie uwagą.

Pół żartem, pół serio. Jeśli jesteś wystarczająco bystry wyłapiesz ten balans. Zrozumiesz te różnice. Dojrzysz, gdzie kończył się dowcip, a zaczynała szczera prawda, która wypowiedziana z inną tonacją pewnie uderzyłaby w nieodpowiedni dzwon. Stapiałaby się z tą szarugą, jaka zapadała nad światem i prowadziła do rozmemłania twojej rzeczywistości. Zostawiłaby cię w jakimś melancholijnym nastroju, a tego nie chcieli osiągać mimo częstotliwości, w jakiej się o niego ocierali. Nie każde pytanie było proste. Wręcz padło tu wiele NIE prostych pytań, które wzmagały w człowieku zastanowieniem o sobie samym. Lub o sobie wzajem. Też wolałby, żeby Flynn się pilnował. Ale to już było oczywiste, prawda? Żeby było happily ever after, chociaż akurat nie takie własne zakończenie sobie wyobrażał. Sądził, że jeszcze trochę i umrze. Gdzieś, gdziekolwiek. Na jednej czy drugiej misji. Coś pójdzie nie tak, gdzieś popełni błąd. Przecież nie było o to trudno. I nie będzie więcej Caina Bletchleya. Zostanie tylko nagrobek i może ze dwa wieńce pod nim. Zgasił w ziemi resztę tego papierosa. Zdecydowanie pora była się zbierać. Umyć. Ogarnąć. Zjeść coś. Wypić przede wszystkim - gardło go już wręcz swędziało.

- Nie dzisiaj. Chcę się na tobie w pełni skupić, a teraz mam papkę z mózgu. - Był na tyle zmęczony, że nie chciał wysilać mózgu do stopnia bólu, bo potem zapamięta tą chwilę jako moment, w którym on prawie zasypiał, kiedy Flynn mu opowiadał o wszystkim tym, czego dowiedzieć się chciał. Jeśli druga okazja nie nadejdzie - trudno. Choć akurat Edge mógł być pewien, że auror będzie go trzymał za słowo w tym przypadku. Bo to w końcu brzmiało jak kolejna zapowiedziana wizyta, prawda? Jak jakakolwiek obietnica na przyszłość. - Co mam wspólnego? - Ściągnął na moment troszkę brwi, bo nie spodziewał się porównania go do Atreusa.

Chyba by się uśmiechnął, nawet zaśmiał, na to przeszukiwanie spodni od munduru i wyobrażenie Flynna w Ministerstwie. To byłaby pierwsza reakcja. To było całkiem nienormalne jak ktoś taki jak Flynn, najpierw gangster z miłości, potem cyrkowiec z wyboru, mógł ubrać na siebie mundur i stać się poprawnym obywatelem tego kraju. Zmiana tak mocna, że do czego innego mogła doprowadzić, jeśli nie do smutku w drugiej chwili. I ten smutek byłby zdecydowanie silniejszy od rozbawienia. Tak to było właśnie, że czasami trzeba uważać na to, co się mówi. Jednocześnie jakim skarbem jest osoba, do której mógłbyś powiedzieć wszystko? Bez stosowania filtru myśli? To chyba zupełna utopia - świat, w którym Flynn nie wstydzi się swoich ułomności i nie denerwuje na siebie samego, tylko stara się przekazać to, co ma w głowie, nie myśląc o konsekwencjach, bo nie musiałby się nimi martwić.

- Wszędzie, gdzie pójdę, liczę się z tym, że już nie wrócę. Kiedyś się potknę i zrobię błąd. Nie wysyłają nas na śmierć, ale każdy się liczy z tym, że mamy szansę ją spotkać. Niezależnie od chęci. - Flynn był... bardzo blisko ze swoją myślą. Tylko nie bardzo wiedział, jak dużej ilości dramaturgii jej nadaje. - Szczególnie w tych czasach...




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 26.11.2023

Perspektywa zbliżającego się wielkimi krokami końca tej rozmowy, w kimś takim jak Flynn generowała nieco inne emocje niż w innych. Tam, gdzie inni odnaleźliby wyciszenie po i tak wyczerpującej wymianie zdań, on czuł się kompletnie nienasycony, pełen potrzeby nowych doznań. I wiedział o tym dobrze. Wiedział, jaki potrafił stawać się przytłaczający, kiedy oczekiwał coraz więcej i więcej, ale co też miał niby poradzić na to, że on się wypalał o wiele wolniej niż wszyscy inni. Nawet wiedząc, że przelanie kwiatka wodą go zabije, wlałby do niego za dużo wody, bo nie potrafił się powstrzymać. Był tym człowiekiem, który bardzo nie chciał upuścić szklanki, więc zaciskał na niej palce za mocno, aż pękała - wiecznie rozedrgany, pełen wszystkiego aż się z niego ulewało, na początku tej rozmowy wyglądał, jakby chciał stąd uciec, jakby to wszystko nie miało dla niego znaczenia - przy jej końcu wyglądał, jakby nie chciał stąd uciec już nigdy, jakby miał dać temu drzewu ich pochłonąć, jeżeli tylko Cain zostanie tu z nim na zawsze.

Ale takie rzeczy mu mijały. Szarpał i gryzł, domagając się uwagi i bliskości, a później do niego docierało, że znowu to robi, zaczyna się do kogoś za bardzo przywiązywać, więc uciekał, choćby i na skraj wspólnego łóżka, ale tak, żeby sobie pozwolić, chociaż na kroplę myślenia o dystansie i niezależności. Miał na koncie wiele grzechów o wiele gorszych niż skłonność do autodestrukcji, ale ten był z pewnością najbardziej intensywny - grzech zdradzania samego siebie w wiecznej, chaotycznej pętli, przez którą nie potrafił zaznać spokoju. Jego aura nie kłamała - była prawdziwa, kochał go, on nigdy nie przestawał kochać, ale nawet w pustym teatrze, naprzeciwko rzędów pustych siedzeń i w kompletnej ciszy, on wciąż grał. Przed samym sobą.

Z tym się trzeba było mierzyć, jak się igrało z ogniem.

- Ah no tak, powinien tak dużo rzeczy i tak wielu nie powinien, na przykład prosić się o to, żeby przeleciał go inny facet, albo ubierać się jak ciota. - Wciąż miał siłę na żarty i z niego i z samego siebie. - Ktoś, kto spróbował ograniczyć mi tak słownik i osobowość, nigdy by nie zrozumiał, jak bardzo i w jaki sposób mnie kręcisz.

W pierwszej chwili tego nie zrozumiał. Zrobił taki zdziwiony wyraz twarzy, który jasno mówił, że absolutnie nie pojmuje tego, o czym Cain mówi, może nawet chciał delikatnie zasugerować „o czymś zapomniałeś”, ale kiedy ten dokończył wypowiedź, twarz Flynna rozbłysła w ten charakterystyczny sposób zwiastujący przyjście momentu iluminacji - rozbłysło w nim to Ah!, wyjątkowo niespodziewane, ale mile widziane.

- Nie miałem pojęcia, że można mieć szare oczy - przyznał, zbliżając ich twarze do siebie. Bardzo mu się to podobało, nie omieszkał tego okazać, wpatrując się w Bletchleya nieco natrętnie, ale ciężko by go było pewnie teraz od siebie odrzucić, bo było w nim widać taką nieco dziecinną radość z nowego odkrycia. No bo przecież ten idiota nikomu o niczym nie mówił, a skoro nie poruszył tematu na głos, no to nikt go nigdy nie skorygował. Mógł o tym gdzieś przeczytać, albo usłyszeć, ale przecież czytał głównie książki dotyczące konstrukcji mechanizmów, a usłyszeć... Od kogo on miał to usłyszeć, skoro dzieciństwa nie pamiętał, a gdzie niby na drodze jego życia ktokolwiek by podjął temat kolorów oczu - Bellowie byli bandą złodziei i oszustów wyjętych spod prawa, a z ich rąk wpadł w ręce jeszcze gorszych bandytów - tam się o tym raczej nie rozmawiało.

Na informację, że nie chciał zadawać żadnych pytań, Flynn po prostu przytaknął. Gdzieś w kościach czuł jednak, ze Cain tego bardzo pożałuje.

- To, że koleś by nie dotarł do więzienia.

A później wszedł temat śmierci i pierwszy raz w swoim życiu Bell poczuł takie dziwaczne uczucie niepokoju, którego nie potrafił do niczego porównać. Jak się bardzo mocno skupił, to dostrzegał strzępki tego w informacji o śmierci Tully'ego, ale wtedy to nie potrafiło się w nim do końca ułożyć, bo zaraz po tym Alexander uderzył go pięścią w twarz. Teraz kiedy tak sobie leżał oparty o człowieka, którego zasypywał komplementami i którego dotykał nieprzyzwoicie, chociaż nie powinien (nie chodziło tu o konwenanse, bardziej o to, że Bletchley zasługiwał nie na kogoś, do kogo można było wrócić, tylko na kogoś, kto wcale nie uciekał), to go tak kurewsko denerwowało, wyobraźnia podpowiadała mu najgorsze z możliwych scenariuszy. Ogólnie mało mówił, ale tym to już się w ogóle nie powinien dzielić. Tym, że te szczury, które uprzykrzały Brygadzistom życie w Podziemnych Ścieżkach, to był między innymi on. Ba, on wymyślał pułapki, które miały wykorzystywać takie potknięcia, żeby Fontaine była bezpieczna. Kiedy wyobrażał tam sobie kogokolwiek innego, to nie czuł się aż tak źle jak teraz, kiedy wyobraźnia podpowiedziała mu obraz Caina wchodzącego we wnyki.

Wygiął się niespokojnie, bo uderzyło to w niego teraz dwa razy mocniej. Przez to, że Bletchley tu przyszedł, zbiór osób, o które chciał się troszczyć, poszerzył się o jeden. Wydawało mu się, że nagle każdy wstrzymał oddech, tylko rdzenne plemiona Amazonii i Pigmeje w dorzeczu Konga byli jakoś dziwnie obojętni i spokojnie łowili ryby, kiedy cały jego świat zadrżał, dokładnie w tej sekundzie, kiedy dotarła do niego waga tych uczuć, a nie jedynie ich obecność.

Nie odsunął się od niego, ale przestał się w niego wpatrywać. Opierał się o niego jak o oparcie fotela.

- Myślisz, że tam dalej coś jest?

To był jedyny sposób, w jaki potrafił zapytać go o to, czy czuje strach, co go w ogóle łączyło z tymi słowami. O to dlaczego wybrał zawód, w którym się codziennie mierzył z czymś takim... nie zapytał, chociaż w pierwszej chwili chciał. Wydawało mu się to być oczywiste: rodzina. Jeden się wychował w rodzinie przestępców, a drugi odwrotnie, przez moment mu się nawet przypomniał Szekspir, ale wtedy do niego dotarło, że tam to były zwaśnione rodziny, a on był kundlem bez rodowodu.

- Te czasy... - jak to beznadziejnie brzmiało - zrobiliście już sobie listę nazwisk paniczyków z dobrych domów i sprawdzacie, czy nie gromadzą w piwnicy zagadkowej ilości napalmu? - On rękawa podwijać nie musiał, tatuaży miał wiele, ale tego najpopularniejszego od 1970 roku nie. Ha, nie przyjęliby go, ciekawe dlaczego.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 28.11.2023

To bardzo niebezpieczne życzenie - by ziemia cię pochłonęła. Drzewa zakryły korzeniami, liście oplotły i zatopiły w przemijającej zieleni. Szczególnie, kiedy myślisz o Śmierci jak o własnym bracie. Zakopać się w pachnącej glebie, której nawet się nie lubiło, pełnej robaków, które cię zjedzą, zostanie po tobie tylko kość, a nawet cały ich stos. Puścić. Puścić siebie. Cain mógłby tę myśl złapać. Tak jak mógłby trzymać Flynna i dać się tym korzeniom wciągnąć. Zaznać absolutnej ciszy. Nie gonić już za nikim i za niczym. Nie bać się o nic. Nie romantyzował śmierci - za wiele jej widział. Ale powitałby ją jak starą przyjaciółkę. Stanowił w tej przyjaźni idealną przeciwwagę dla Fleamonta, który chciał zatrzymać wszystko przy sobie jak najdłużej i jak najbliżej. Przeciwwagę dla jego niecierpliwości i niestabilności. Wszystko to, co kochasz, powinno koło ciebie chodzić swobodnie. Tak jak kot, którego nie ma cały dzień, wróci na noc. A jeśli nie wrócił oznaczało to, że coś złego mu się stało. Lub jak w przypadku Flynna - mogło się stać. Winić siebie czy jego - jaki to miało sens? Flynna nie trzeba było za nic obwiniać, on wystarczająco już winił siebie samego. Trzaskał się batem i kamieniował, sięgał do swoich tragedii i niby przed nimi uciekał, a potem, w ciemnościach, skręcał się z samotności. Nie potrafił uwierzyć, że teraz nikogo nie ma, a jednak nie miał odwagi zapytać przez cały ten czas, czy jednak ma. Wolał udawać, że to tutaj jest okej i że nie będzie jakiegoś złamanego serca (kolejnego) dlatego, że pojawił się obrzydliwy element zdrady. Cain na to przymykał oko prawie tak samo, jak przymykał oko na to, co Wrona robiła w tamtym czasie i udawał, że nie wie, nie widzi, nie domyśla się. Samotność była śmiercią tej Wrony. Nawet nie jej wrogiem, bo żeby nazwać kogoś wrogiem trzeba chociaż mieć nadzieję, że dasz radę tę siłę pokonać. Tymczasem ona była katem. Wyznaczała każdą słabość do doświadczenia i wbijała ją kołkiem w serce, wypalała żelazem, aż mózg nie łapał się w końcu potrzeby, żeby zabić tę samotność w cudzych ramionach. Żeby się przylepić i... dać się zakopać olchom i wierzbom.

- Twoim seksapilem byłoby grzech się nie chwalić. - Uśmiechnął się na ten żart, no dobrze, jeden zero dla Flynna. Mężczyzna niby był taki niewygadany, niby miał takie problemy się dobrze wysłowić, a jak ci puścił wiązankę to człowiek nie wiedział, co powiedzieć i gdzie się podziać. - Łał... ale musiałem sobie zasłużyć na tyle komplementów. - Ten uśmiech przybrał formę niemal błogiego, a na pewno całkowicie odprężonego. No bo właśnie - kto komplementów nie lubił? Ale kiedy szukał w głowie jakiegoś dobrego - nie potrafił go znaleźć. Tak jak nie potrafił wyjaśnić tego, dlaczego Flynn działał na niego w taki, kurwa, zwierzęcy wręcz sposób. Czemu go aż tak uruchamiał i z czego to wynikało. Zastanawiał się nad tym wiele razy, spoglądając na innych mężczyzn jak i na kobiety - nie widział tego. Nie czuł tego. Czego im brakowało? Bycia Flynnem? Jakoś nikt nie był wielce atrakcyjny, potrafił ocenić, że są ładni, ładne, przystojni, urocze - wszystko to było na swoim miejscu. Nazwał więc to w swojej głowie dokładnie tak, jak dzisiaj powiedział - że jest Flynoseksualny. - Gdybym był lepszy w recytacji, może właśnie wychwalałbym twoją urodę jak Kleopatra Antoniusza w dziele Szekspira. - Ale artystyczne pierdy, śpiewania, recytacje... nie czuł się w tym ani pewnie, ani dobry, zawsze to albo przekoloryzowane, albo za bardzo rozdmuchane. Dziwne. Niektórzy mieli jednak do tego talent.

- Jestem takim specjalnym płatkiem śniegu. Chyba niezbyt popularny kolor. - Zażartował z tym płatkiem śniegu, bo wcale się za takowego nie uważał, ale sam nie widział wielu osób z takim kolorem, to był fakt. Pozwolił Flynnowi na te oględziny, sam zaciekawiony jego zaciekawieniem. To musiało być coś wyjątkowego - widzieć prawdziwy kolor. Nie zastanawiać się, do czego te oczy są podobne, bo nie musiał, były dokładnie takie. - Do twarzy ci w dłuższych włosach. - A szarpanie ich to jakaś pojebana przyjemność. Wiadome było, czemu faktycznie Flynn powtarzał, że tylko idioci mają dłuższe włosy. Cain był bardzo monotonny zarówno w garderobie, jak i w strzyżeniu włosów. Gdyby mógł to kupiłby dwadzieścia takich samych koszul na zmianę, ale tylko myśl o tym, żeby nie nazywali go potem jakimś brudasem, że ciągle w tym samym chodzi, go przed tym powstrzymywała. Co powie społeczeństwo - to był prawdziwy koszmar, ta myśl, te uwagi, te poprawki, jakie się brało, kiedy się ubierałeś czy robiłeś cokolwiek. Nie był przewrażliwiony na tym punkcie, ale wymuszał na sobie pewne trzymanie się norm.

Pigmeje byli prawdziwie niewrażliwymi chujami na bolączki i tragedie tego świata, ale co zrobisz. Nie wychowasz ich od zera. Zresztą wystarczająco zachodu było z wychowywaniem jednego Flynna.

- Tam? W Limbo? - Czy może na polanie ognisk. Wyczuł ten niespokojny ruch Edga, więc uspakajająco przejechał parę razy dłonią po jego plecach. - Cokolwiek tam jest jest na pewno ciszej i spokojniej niż tutaj. - Cain widział w lustrze Bletchleyów pokazujących największe pragnienia kiedyś nagrobek. Swój własny. Można to było odebrać całkiem źle, jakby pragnął śmierci, ale to nie było takie dosłowne. On nie miał nic przeciwko niej. Ale tylko śmierć wydawała się cicha w tym wszystkim. Bezgłośna. Nieuchronne zakończenie historii, a on chciał doprowadzić swoją historię do końca. Umrzeć może na jakimś zadupiu chroniąc kogoś. Bezgłośnie. Może nawet nie znaleźliby jego ciała, zeżarłyby go dzikie psy. Nie potrafił odnaleźć strachu w tych wizjach. Były tak samo naturalne jak to, że codziennie wstawało się do pracy czy myło zęby. - Napalmu? - Uniósł jedną brew, patrząc na Flynna. Znając jego to jakaś ciekawostka rodem ze świata mugoli. Ale to nic. Załapała reference. - Gdyby to było takie proste to świat byłby już lepszym miejscem. A ja nawet nie wiem, czy któryś z aurorów kiedyś nie przetrąci mi karku. - I to już było straszne. Zdradza. To, jak ludzie potrafili funkcjonować, jak zepsute potrafiły być myśli i umysły. W końcu ich też były zepsute.

Cain zaczął powoli się podnosić, czując, że koszula się do niego lepi, że capi, że potrzebuje kąpieli i... snu. Dużo snu. Choć wcale nie był przekonany, że będzie spał spokojnie po tym dniu. Tak, koniec. Nie każdą szklankę można zgnieść i zniszczyć, żeby zostawić na niej krople własnej krwi. Choć na pewno każdą można spróbować. Szczególnie, kiedy samodzielność nie należała do tych dobrych stron.

- Daj znać, kiedy masz ten występ, czy tam... macie. Przyjdę. - Pamiętał. No oczywiście, że pamiętał.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 30.11.2023

Tak bardzo nie chciał tego końca, ale wszystko musiało się kiedyś skończyć. Skończy się ta rozmowa, skończy się ta chwila, ten dzień, ten miesiąc, ten rok. Skończą się ich życia, nieważne jak, po prostu się kiedyś skończą - ludzki czas był czymś wyczerpywalnym i bardzo ulotnym. Zakładając, że nic ich żyć nie przerwie przedwcześnie, to ile lat tu mieli? Mniej niż sto, nawet będąc czarodziejem, a ile to mniej niż sto znaczyło w skali wszechświata? Sama ich planeta miała tyle, że ciężko to było objąć umysłem. Człowiek się zaczytywał w książkach o Kosmosie z fascynacją tylko po to, żeby się dowiedzieć, jak mało znaczącym był pyłkiem. Cain miał rację - był nikim, ale oni oboje byli nikim, nie byli nawet mrugnięciem na kartach świata, mogli się czuć pionkami w jakiejś wielkiej grze, ale ta gra wcale nie była wielka. Nigdzie nikt nie zapisze ich imion dostatecznie dużymi literami, żeby następne pokolenia dowiedziały się o nich cokolwiek. Ale te następne pokolenia też były pyłkami. Ich społeczeństwo było delikatną, mikroskopijną mgiełką, której nie dało się zaobserwować z żadnej innej planety w tym wielkim Kosmosie, bo jeszcze nie doleciało tam ich światło, a jak już doleci, to wszyscy już dawno wymrą, a ich cywilizacja runie. Zanim się ktoś rozpędzi i pomyśli, że może ktoś odkopie ich kości, to według mugolskich naukowców wszechświat miał się kiedyś skończyć, więc i tego nie będzie. Co zostanie? Limbo?

Flynn nie wierzył w Limbo, a przynajmniej nie w takim ujęciu, w jakim wierzyli w nie kapłani Whitecroft. On wierzył w to, że staną się pyłem. Wszyscy będą kiedyś pyłem. W tym samym znaczeniu, co wszyscy byli kiedyś gwiazdami. To było przerażające, to mroziło krew w żyłach, to potrafiło na moment uczynić człowieka kimś bez żadnej wartości, ale była w tym też taka myśl przemycona ukradkiem, że skoro nic z tego nie miało znaczenia, skoro w tej skali wszechświata nie byli nawet maleńką kropką, skoro dotyk nie istniał, a jedynie jakaś opisana przez ludzi w grubych okularach siła zmuszała nas do zatrzymania ręki, kiedy się zbliżyło ją do ręki kochanka, a może do nawet nie do niej, a do jakiegoś wyobrażenia tej ręki - co z tego? Po co się tym wszystkim przejmować? Po co się martwić tym, co myśleli o tobie inni? Dlaczego zakazywać sobie kochania dwóch osób jednocześnie? To było naprawdę mądre, szkoda tylko, że tak trudne do zastosowania w praktyce. Jemu ciężko to było wyrazić mówiąc, ale bardzo dobrze robił to swoim ciałem. Uśmiechem, kiedy wtórował mu ciepłymi słowami. Delikatnym chichotem, kiedy wyobrażał sobie, że Cain mógłby mu recytować Szekspira. Dotykiem ręki powracającym na jego żuchwę.

- Wróciłeś do mnie w najlepszy możliwy sposób.

I pocałował go po tym jeszcze raz, ale już nie w policzek, nie żeby załagodzić ciężar jakichś słów, tylko tak po prostu, żeby go poczuć, zanim sobie ucieknie. W całym absurdzie tej sytuacji czuł się o wiele bardziej intymnie teraz, zamykając oczy i rozchylając usta, niż kiedy klęczał na trawie metr dalej. Bo to było inne. To ciepło rozchodzące się po górnej partii ciała, napięcie w klatce piersiowej, lekkie ciśnienie w żołądku. Bał się wielu irracjonalnych rzeczy, ale w tym jednym był zawsze aż nazbyt odważny - w czuciu. Czuł wszystko. Mógłby tego czucia nawet komuś trochę oddać i niewiele by na tym stracił, może tyle, że by przestał się tak tym wszystkim przejmować, ale to by mu wyszło na zdrowie. Zakończył to jeszcze trzema całusami. W kącik warg i przy uchu, a później odsunął od niego twarz.

To był koniec.

- Ale mógłbym je już trochę przyciąć. A napalm to substancja zapalająca. Mieszasz z nim paliwo napędowe - mówił, kiedy Cain podnosił się z ziemi, bo Flynnowi zajęło to jeszcze kilka sekund - to, czym mugole wprawiają w ruch maszyny. On się sam zapala, przylega do powierzchni. - Spoglądał na niego jeszcze z dołu, aż wreszcie sam wstał, chociaż z wyraźną niechęcią. Wcale nie chciał stąd iść, ale też... Wiedział dobrze, że musi odprowadzić go do Little Hangleton. - Wszystko się jara, nie da się tego ugasić, trochę jak smocza oliwa. - Zdawał sobie sprawę z tego, że człowiek, któremu to przekazał, zapamięta to do końca życia, więc jak to mówił Jim - w imię Ojca i Syna, japierdole, niech on nigdy nie zmienia strony konfliktu, choćby na niego rzucili Imperiusa.

- Występujemy - celowo użył liczby mnogiej - w każdy weekend. Nie powiem ci, jaki mam pseudonim sceniczny. Domyślisz się, jak tylko przeczytasz plakat i się tak słodko zaśmiejesz. - Uśmiechnął się, a potem poprawił jeszcze raz spodnie i podał mu rękę. - Chodź.

Wyprowadził go z tego lasu. I to był już naprawdę koniec. Kiedy wracał, zatrzymał się obok tej ławeczki i było tu jakoś cicho i pusto, Nikt się tu z Nikim nie przytulał, trawa była tak samo szara jak wcześniej, ale wydawało mu się, że ten szary był jakiś taki smutniejszy. To był koniec, ale każdy koniec był początkiem czegoś nowego. Koniec tego świata będzie początkiem kolejnego, tak przynajmniej mówili naukowcy. Koniec tego spotkania był zapowiedzią dalszej historii, tak przynajmniej mówiło mu serce.

Koniec sesji