Secrets of London
[29.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [29.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas (/showthread.php?tid=2456)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7


RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 11.01.2024

Stał pomiędzy dwójką abraksanów, trzymając dłoń na szyi Michaela, a zaraz położył ją i na szyi Gabriela, uśmiechając się z rozmiłowaniem do stworzenia. Był z nich dumny. Były jego dumą. Jego przyjaciele, jego powiernicy. Istoty, którym mógł ufać w pełni, przy których mógł być sobą w pełni. Tak samo jak przy stworzeniach z tego magicznego lasu, przy którym się znajdowali i z którego dobiegał do nich trel ptaków. Chmury przetaczały się po niebie i kto wie? Może zaraz zacznie padać? Może zmęczone oczy Laurenta poczują krople inne niż te płynące spod powiek? Sądził, że deszcz nie złapie ich w trakcie przejażdżki, ale pogoda, szczególnie nad morzem, potrafiła być równie zdradliwa co samo morze. I tak teraz chciał, żeby Nicholas tej dumy doświadczył. Nie namawiał nikogo, kto nie wyrażał zainteresowania tematem do zbliżania się do tych stworzeń, a tym bardziej jazdy na nich. Tylko że Nicholas przyszedł tutaj, bo... był zainteresowany abraksanami. I już wtedy proponował mu przejażdżkę, choć została ona odłożona i odsunięta. Patrząc na to z perspektywy czasu to na całe szczęście.

Na abraksanach jednak dotąd Nicholas nie jeździł. A na koniach? Laurent spojrzał na blondyna, ale nie dojrzał tam żadnych oznak niepewności czy strachu przed czymś, jakby nie patrzeć, nowym. Ciekawe, czy w ogóle się w nim takowy pojawił, ale pewnie nie. Pewnie co najwyżej się zastanowił, czy to dobry pomysł, albo czy ma możliwość podjęcia nauki czegoś nowego. Nie zamierzam się zmieniać. Czym była zmiana dla tego człowieka? Tym samym, czym czułość? Czyli jakimś abstrakcyjnym... wyidealizowanym słowem przez poetów? Niezrozumiałym?

- Nauczę cię. - Powiedział spokojnie i lekko pchnął dłonią Gabriela, żeby ten się odsunął i ustawił bokiem do Nicholasa. Przesunął dłoń na nozdrza Michaela i przesunął go tak, żeby ten się wycofał i zrobił miejsce. Nie było w tym żadnych gwałtownych gestów ani ciągnięcia za lejce. - Konno w ogóle jeździłeś? - To już było istotne pytanie w przypływie wiedzy, że mężczyzna nie jeździł na abraksanach. - Jazda sama w sobie jest podobna do jazdy konnej, dopóki nie unosisz się w powietrze. Podejdź. - Zaprosił Nicholasa i złapał teraz uprząż Gabriela, żeby go przytrzymać w miejscu. - Skrzydła abraksanów są bardzo wrażliwe, dlatego należy uważać, żeby podczas wsiadania nie zahaczyć ich nogami. - Poinstruował mężczyznę. Przesunął się na bok konia, stając obok Nicholasa, żeby odgiąć klapy siodła i sięgnąć do sprzączki, by ściągnąć strzemiona bardziej w dół. Pewnie będą wymagały jeszcze dostosowania, ale akurat już wiedzy na ten temat nie wymagał i nie spodziewał się jej. Ważne, że on wiedział, co robi. Obszedł rumaka od przodu. - Abraksany, tak jak konie, mają szerokie pole widzenia. Jednak za sobą mają ślepy punkt. Dlatego nie należy się do nich zbliżać od tamtej strony. Zaniepokojenie rumaka może wywołać jego naturalny instynkt obronny. - Czyli kopnięcie, ot co. Nawet jeśli Gabriel nie zamierzał i nie planował krzywdzić Nicholasa, to pozostawał instynkt. Tak jak człowiek instynktownie się cofający przed ogniem, albo chowający głowę między ręce, kiedy coś nagle na niego spada czy leci. Poprawił również strzemiono z drugiej strony i powrócił do Nicholasa. - Jeśli wolisz, mogę wsiąść z tobą. - Na jednego abraksana. Nie chciał tu naruszać żadnej strefy komfortu Nicholasa czy testować jego pewności siebie względem abraksanów.




RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 13.01.2024

Magiczne stworzenia. Piękniejsze niż zwyczajne zwierzęta zamieszkujące planetę. Świat magiczny potrafił być niesamowity. Abraksany, podobne do Granianów. Końskich stworzeń zamieszkujących Norwegię. Były do siebie podobne, ale jednak coś ich wyróżniało. Stojąc w bezpieczniej odległości, ale blisko abraksanów, Nicholasa bardziej interesował z tych dwóch Michael. Jak się jednak okazało, to nie z nim przyjdzie mu pierwsza lekcja przejażdżki. A z kolei Gabrielem. To dlatego został mu przedstawiony. No nic. Może niech tak zostanie. Większe będzie miał szanse na przeżycie.

Dla Laurenta, te magiczne stworzenia były w sumie wszystkim. Widać było jego przywiązanie i to jak o nie dbał. Nicholas miał styczność z wieloma istotami na swojej drodze. Ze względu na nazwisko i odziedziczoną umiejętność rodową po rodzicielce. Co warto jeszcze dodać. Nie mieszkał z Abraksanami jak Laurent. A z kolei z wilkołakami. Czarodziei, zmagających się z klątwą. Na swoje szczęście, nie odziedziczył genu z linii ojca.

Na abraksanach nie jeździł. Na koniach już tak. Lecz w dawnych czasach. Kiedy jeszcze mieszkał w rodzinnej posiadłości. Kiedy też polował z matką lub udawał na wycieczki, w celu odkrywania nowych gatunków i poznawania obecnych. Aby swój dar udoskonalić. Jak ich rozpoznawać. Jak wyczuć, że istota ludzka, czarodziej, nie jest nim w pełni, jak Laurent.

Nauczy go.

Niby Nicholas nie chciał lekcji. Raz już odmówił Prewettowi. Ale tego nie mógł. Teraz byłoby niegrzecznie odmówić, skoro zgodził się przyjąć zaproszenie. Abraksany przygotowano. Nicholas przybył i zgodził się na przejażdżkę. Stoi przed nimi. Nie może się wycofać.

- Konno tak.
Potwierdził. Odpowiadając na pytanie. Niby stworzenia były w budowie do siebie podobne, to jednak były cechy ich różniące. Abraksany posiadały skrzydła. Niczym pegazy. Trzeba było umieć dosiąść skrzydlate stworzenie a dalej, wiedzieć gdzie chwycić i utrzymać się w powietrzu.

Na polecenie Laurenta, Nicholas podszedł bliżej i stanął z tej strony, gdzie mu kazał. Słuchał przyglądając się budowie ciała i uskrzydlenia Gabriela. Przyglądał się również temu, co robił Laurent.

- Rozumiem.
Przytaknął jednym słowem, przyjmując do wiadomości ważne i istotne sprawy związane z tymi stworzeniami, podczas przejażdżki.
- Nie trzeba. Poradzę sobie.
Zapewnił. Nie chciał wyjść na dupka, który potrzebowałby jeszcze opiekuna na tym samym grzbiecie magicznego stworzenia. Jeżeli było to wszystko, Nicholas chwycił za przedni i tylny łęk, wsadził stopę w strzemię i podciągnął się, aby odpowiednio usiąść, pilnował jedynie tego, aby drugą nogą nie zahaczyć o skrzydło. Nicholas był wysoki, więc pewne elementy trzeba byłoby pod jego wzrok zapewne dopasować. Czy mu się powiodło i Gabriel nie zwalił go? Czy siodło dobrze było zamocowane? Czy może Nicholas nie zrobił czegoś dobrze?



RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 14.01.2024

Skinął głową, kiedy Nicholas potwierdził, że już konno jeździł. To im oszczędzało bardzo dużo czasu na naukę samą w sobie i pozwalało naprawdę pojeździć. Lub wręcz - polatać. Spoglądał, jak Travers wspina się bez problemu na grzbiet wielkiego wierzchowca. Bo i abraksany były o wiele większe od przeciętnego konia. To było zadziwiające, że taka masa stworzenia mogła unieść się w powietrze z taką gracją. Z drugiej strony widzieli wielkie, potężne smoki, które swoim uderzeniem wzburzały ziemię do drżenia. Magia. Magiczne stworzenia były niesamowite i nie ważne, jak groźne były poszczególne gatunki - Laurent szanował i kochał je wszystkie po kolei.

Puścił lejce stworzenia, kiedy mężczyzna się usadził ufając, że teraz już sobie poradzi. A nawet jeśli będą problemy to on sam będzie obok, a i ufał Gabrielowi, że ten pomoże dosiadającemu go mężczyźnie i nie będzie utrudniał całej podróży. W przeciwieństwie do Michaela, którego najpierw w ogóle trzeba by było przekonać, że Nicholas wcale nie będzie się zasadzał na jego życie, kiedy na nim usiądzie... Laurent nawet nie próbował tego przerabiać. Podszedł do swojego rumaka, a Michael zgiął swoje nogi i położył się na ziemi, pozwalając Laurentowi usiąść w siodle bez najmniejszego wysiłku. Podniósł się następnie jednym ruchem i potrząsnął łbem, jakby chciał się otrząsnąć z drobin trawy, które mogłyby przylgnąć do jego śnieżnobiałej sierści. Delikatnym ruchem obrócił Michaela w kierunku plaży, kiedy już Nicholas umościł się wygodnie i dopasował do siebie wygodę siodła, i stworzenie ruszyło wolnym krokiem w tamtym kierunku.

- Minęło trochę czasu odkąd miałem przyjemność udać się z kimś na przejażdżkę. - Naprawdę to lubił. Jeździć - niekoniecznie samemu, chociaż w towarzystwie Michaela nigdy nie mógł powiedzieć, że jest "sam". Drugi człowiek jednak nie był do zastąpienia abraksanem, przynajmniej tak uważał Laurent. Tak jak nie zastąpiłby abraksana człowiekiem. Nie ważne było, jak byli mądrzy, czy jak gadatliwi. - Ostatnio nawet moje zdrowie nie sprzyja samotnym przejażdżkom. - Ten ciągły stres i napięcie odciskały piętno nie tylko na jego psychice. Poczekał, aż Nicholas się z nim w miarę zrówna i spojrzał w jego kierunku. - A co ciebie właściwie skłoniło do nauki jazdy konnej?




RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 15.01.2024

Było to dość dawno, ale podstawy Nicholas jeszcze pamiętał. Wystarczy po prostu wsiąść na wierzchowca i utrzymać równowagę. Jazda nie jest problemem. Schody mogą zacząć się na wzbijaniu w powietrze, lub w czasie galopu. Wtedy należy zachować szczególną ostrożność. Do wszystkiego trzeba podejść powoli.

Istotna różnica między wierzchowcem zwykłym a abraksanem. Te drugie były wyższe. A może raczej większe?. Może ze względu na swój wzrost, nie bardzo Nicholas to zarejestrował. Lecz jeżeli Gabriel chciał ułatwić mu dosiedlenie siodła, pozwolił na to. Siedząc już, zahaczył drugim butem o drugie strzemię. Odebrał przerzucone lejce, poprawił się i dopasował wszystko pod siebie. Był gotowy.

Obserwował, jak Laurent dosiada Michaela. Następnie ich stworzenia skierowały się w stronę plaży. Dawno nie podziwiał otoczenia z takiej wysokości, podczas poruszania się. Wspólny spacer z Laurentem. W dodatku pierwszy. Ostatnim razem Nicholas odmówił. Zrobił to dlatego, że nie chciał się przyznawać do braku umiejętności w przejażdżce na abrakssanach, nie spodziewając się wtedy spotkać Lukrecji jako Prewetta. Nie chciał tym samym nadużywać mu gościnności, widząc w nim strach wobec swojej osoby. Teraz było dobrze. Skoro Laurent sam, osobiście zaczął go zapraszać do siebie. Zaczął jakby w pewnym stopniu, ufać.

Podczas wstępnej i spokojnej przejażdżki, mogli porozmawiać. Laurent wspomniał o tym, że jak dawno nie jeździł. Czemu się tu dziwić? Mieszka sam. Co zdążył Nicholas zarejestrować. Poza pracownikiem, skrzatem i stadem abraksanów. Czy miał członków rodziny, którzy by chętnie odwiedzali i odbyli wspólne przejażdżki? Albo znajomych? Przyjaciół? Miał kogokolwiek?
Powód mógł okazać się także inny. Zdrowie.

- Coś poważniejszego?
Zapytał Nicholas, przenosząc na moment wzrok w jego kierunku. Fizycznie wyglądał w miarę dobrze, psychicznie… Może jeszcze nie w pełni, po tym co doświadczał lata temu. Trauma, lęki czy obawy jeszcze mogły się go trzymać. Sądząc po ich pierwszym spotkaniu po latach. Bał się Dantego.

Uniwersalny temat o jazdę konną. Co go skłoniło do jazdy konnej? Jakoś nigdy nie zastanawiał się co go do tego mogło skłonić. Po prostu uznawał to za ciekawość, nowe doświadczenie, zwyczajność. Czy może było coś więcej. Czy powinien odkryć przed nim swoje tajemnice? Swoje karty? Unikatowe zdolności? Laurent nie chciał kłamstwa. Chciał żyć w prawdzie.

- Ciekawość? Może doświadczenie czegoś nowego? Matka od dziecka odpowiadała nam o magicznych stworzeniach. Przez to może konie wydawały mi się być szlachetnymi stworzeniami należących do arystokratów? Może to mnie skłoniło, aby się nauczyć jazdy na nich? Matka mi kiedyś powiedziała, że jeżeli chcę dosiąść magiczne stworzenie jak Graniany, Abraksany, powinienem mieć styczność na początek z czymś prostym jak konie.
Wzruszył lekko ramionami. Sam nie wiedział jak miał mu inaczej odpowiedzieć na to pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. To po prostu było. Zobaczył konia, zobaczył stadninę. Potem matka z kimś rozmawiała. Dostał pozwolenie na przejażdżkę i tak jakoś poszło. A dlaczego on? Bo odziedziczył jej geny rodzinne. Rozpoznawał magiczne stworzenia. W ten sposób poznał gatunek Laurenta. Przyciągnął go do siebie jak magnes. Pólselkie.



RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 15.01.2024

Gabriel zamierzał ułatwić bardzo wiele, ale choć rozumny abraksan potrafił nawet samodzielnie, bez woźnicy, przewieźć swoich panów, to nie znaczyło, że zamierzał zmierzać bezwiednie do celu. Ponieważ to nie był ten rodzaj podróży, w którym ten cel był najważniejszy. Cel mógł skończyć się równie dobrze w momencie, kiedy dojadą na plaże. Mógł się skończyć kilometr dalej. Mógł poprowadzić ich do lasów New Forest, którego bezpieczne ścieżki Laurent znał jak własną kieszeń. Mogła ich poprowadzić wszędzie i skończyć się wszędzie. Dlatego wymagało to odrobiny więcej niż wejście do powozu, który potem bezpiecznie doleci do celu.

Zaufanie było bardzo skomplikowaną, a jednocześnie banalnie prostą rzeczą. Wszyscy rozumieli, czym jest zaufanie. Nawet jeśli sumienie ich zawodziło, nie potrafili go w sobie odnaleźć, nawet jeśli szkiełko w oku pchało się do serca to pojęcie zaufania w relacjach tkwiło w głowie człowieka. Okłamiesz kogoś i przyłapie cię na tym - zawiedziesz zaufanie. Nie stawisz się na spotkanie, choć się umówiłeś - zawiedziesz. Zranisz, a zaufanie stracisz. Ono jednak mogło być budowane od różnych stron. Niektórzy zaczynali znajomości i już ufali, inni potrzebowali do tego dojrzeć. Pielęgnować ten owoc, dokarmiać go, poić wodą. Laurent i jego brak zaufania do Nicholasa miał tendencję odbudowy. Co jednak ciekawe w tej pielęgnacji nie wystarczyła chęć jednej strony. Potrzebne były dwie pary dłoni, a czasem nawet więcej. W tym wypadku dłonie Nicholasa były wystarczające. Czy powinien ufać? Ile miał wspólnego z Dante? Czy nadal robił z nim interesy? Ha... chciałby usłyszeć, że nie. Że już nie miał z nim kontaktu od lat. Że rzeczywiście napotkał tylko ciemne, zapuszczone Rose Noire, które kiedyś pieściło zmysły i oczy swoimi atutami. Chciał więc odpowiedzi... która by go usatysfakcjonowała. I jednocześnie nie chciał usłyszeć kłamstwa. Już wystarczy nazywania siebie samego Słodkim Kłamstewkiem. Wystarczy życia w obłudzie. Bo rzeczywiście - Laurent zaczynał Nicholasowi ufać. Przy tym niekoniecznie ufał samemu sobie, a na pewno nie ufał temu paskudnemu zagraniu, jakie robił. Tak jakby chciał mieć ciastko i zjeść ciastko. Jakby chciał złapać wszystkie sroki za ich ogony. Nawet on myślał, że to w jakiś sposób nie było sprawiedliwe... i jednocześnie myślał, że tego potrzebował. Jak wiele można usprawiedliwić własnymi potrzebami i do jakiego stopnia wolno było być egoistą?

- Hmm... - Spojrzał na swoją własną dłoń. Delikatną, słabą. Za słabą. Naprawdę pora było o siebie zadbać. Tylko jak o siebie dbać, kiedy wszystko jest przerażające, a jednocześnie czas pędził na złamanie karku? Nie mogłeś się zatrzymać. Nie mogłeś sobie na to pozwolić. - Bardzo poważnego, ale... nie nieuleczalnego. - Opuścił rękę i odwrócił głowę w kierunku mężczyzny, żeby uśmiechnąć się do niego ciepło. - Czasami ciężko wygrać z własnymi słabościami. Przynajmniej ja nie radzę sobie z tym najlepiej. - Nie było ideałów i każdy miał wady. Niektórzy po prostu dobrze te wady akceptowali, a inni nosili je jak krzyż za grzechy swoje i wszystkich wokół. Laurent miał niestety skłonności do tego drugiego, chociaż ostatnio z gniewem i poczuciem zdrady spoglądał w niebo. To Niebo, które łatwo zrzucało i paliło pióra, a rzadziej chciało je oddać.

- Mądra kobieta. - Przynajmniej jeśli chodzi o magiczne stworzenia. Czy nadal "jest" czy jednak "była"? Powinien o to pytać? Czy były w ogóle rzeczy, które poruszały Nicholasa? Normalnie byłoby mu głupio, strasznie by się przejmował, a przy Nicholasie czuł tą ciekawość. Chciał się przekonać, co jest w stanie go poruszać i nim wstrząsać. To też było egoistyczne. I podobało mu się to. - Miała całkowitą rację. Nad koniem jest o wiele łatwiej zapanować niż nad abraksanem czy granianem. - Choć te drugie były trochę łagodniejsze, zdaniem Laurenta, w swojej naturze. - Parę dni temu do mojej stajni wkradł się Śmierciożerca i chciał skrzywdzić moje abraksany. - Uśmiechnął się smutno i przesunął czule dłonią po cienkiej skórze Michaela, który na moment obrócił łeb w jego stronę. - Nic się nie stało, bo nie spodziewali się tego, że to miejsce, po artykule, będzie na to gotowe. Sprawca uciekł, zanim któremukolwiek ze stworzeń coś się stało. Ale... byli tu. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Tak jakby tym aktem chcieli przekonać do tego, że wcale nie są terrorystami... - Jego uśmiech zmienił się na gorzki.




RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 16.01.2024

Aby przypomnieć sobie jazdę konną, Nicholas zgodził się na zaawansowany poziom, dosiadając abraksana. Choć podstawy miał opanowane w wieku młodzieńczym, przerwę miał dość dużą. Kilkuletnią. Przypomnienie sobie jazdy, bez odpowiedniego zabezpieczenia swojego ciała, było dużym ryzykiem i wyzwaniem. Nie przejmował się tym, jak na razie. Laurent, gdyby chciał go zabić, zapewne nie miałby oporu dać mu przejechać się na Michaelu, który już z początku żywił do niego jakąś urazę? Wyczuwał coś, jak wiele stworzeń, potrafi rozpoznać w człowieku dobrego i złego. Nicholas był co prawda chodzącą zagadką. Niby wewnętrznie chłodny, bezlitosny, z sekretami, tak zewnątrz wyglądał zwyczajnie. Zdystansowany od społeczności samotnik. Wina pracy, jaką podejmował w Departamencie Tajemnic? Czy coś więcej.

Zaufanie, miało wiele podejść, znaczeń, interpretacji. Często odnosiło się do istoty ludzkiej. Jej osobowości, charakteru i co sobą prezentowała. Ale też brane pod uwagę były czynności. Działania. Czy ufało się tej osobie w celu wykonywania czegoś. Podania. Jak choćby teraz. Nicholas zaufał Laurentowi, że dosiadając wybranego przez niego abraksana, nie stanie mu się krzywda. Pomimo braku zaufania do jego osoby, nie zabije go. Skoro mieli umowę i podjęcie próby, odbudowania tego, co przeszłość pogrzebała w Rose Noire. Choć dla Traversa nie było to złym wspomnieniem, przeciwnie odnosiło się do Prewetta. Zmagającego się z lękiem i traumą tamtego miejsca. Gdyby zdecydował się zapytać o Dantego, sam zaznaczyłby powrót do przeszłości. Nicholas zgodnie z jego prośbą, nie wracał do tego tematu. Dla jego dobra. Chyba, że wydarzyło się coś, o czym nie wiedział, a powinien.

Poważna choroba. Lecz uleczalna. Niepokojąca wiadomość, ale też z drugiej strony ukazująca słabość Laurenta. Choroba osłabia nas, albo wzmacnia. Nicholas przyjął do wiadomości. Kolejna rzecz, która mogła ich łączyć. Bo i on, ze swoimi dolegliwościami się zmagał. Choć w jego przypadku, choroby genetycznej, nie sposób wyleczyć od razu. Może być tylko wstrzymana, spowolniona, albo przejść łagodnie przy odpowiednich eliksirach. Nie powinien o tym myśleć.

- W takim wypadku nie powinieneś mieszkać sam. Podejrzewam, że Twój stajenny, tylko przychodzi do pracy?
Stwierdził. Nie z troski, a może z bezpieczeństwa? Laurent odsłonił przed nim swoją słabość. Łatwa do wykorzystania, złamania. Przejęcia. Pół-selkie. Był cenny. Jak drogocenna porcelana. Niczym cesarski paw biały.

Odnosząc się do decyzji i słów swojej matki, Nicholas użył czasu przeszłego, przenosząc się wspomnieniami do czasów młodości. Gdy był dzieckiem, nastolatkiem. Kiedy jeszcze podejmował edukację. W wakacje spędzał z rodzicielką na podróżach, zagłębianiu wiedzy o magicznych stworzeń i opanowywaniu swojego daru rodowego. Rozpoznawaniu i odszukiwaniu magicznych stworzeń. Obecnie żyła i miała się dobrze. Nie rezygnując z tego co do tej pory robiła. Choć łatwo w życiu nie miała, podejmując się związku z... wilkołakiem.

Słuchając dalszej wypowiedzi Laurenta, Nicholas dowiedział się czegoś bardzo interesującego. Wzrok Nicholasa powędrował na Laurenta, a następnie na Michaela. "Przypuścił atak na abraksany? Idiota…" - pomyślał. I to jeszcze zakładając ze słów Prewetta, że był jeden. Samotny śmierciożerca. Być może wysłali kogoś z niższego szczebla. Naśladowcę? Bardzo możliwe. Travers nie odzywał się, pozwalając wypowiedzieć się Prewettowi do końca. Przenosząc spojrzenie na swojego wierzchowca. Gładząc szyję Gabriela. Analizując przy okazji słowa, jakie do niego dotarły. Nie okazywał po sobie jakiegoś znacznego przejęcia sytuacją. Ani nie zdradzając po sobie niczego, co by mówiło, iż ma jakieś pojęcie na temat tego ataku. "Uciekł? Może to i dobrze." - stwierdził w myślach. A że był oklumentą, zabezpieczał swój umysł.

- Przewidziałeś, że po tym artykule mogą zaatakować i poprosiłeś o ochronę?
Zapytał zainteresowany i spojrzał na Laurenta, jakby zastanawiając poważnie nad działaniem zamaskowanego sprawcy próby ataku.

Coś mu jednak nie pasowało w tej wypowiedzi. Był jeden, czy było ich więcej? Czy może Laurent określił słowem "ich" jako organizację, która wysłała jednego przedstawiciela od siebie? Ten temat wymagał ostrożnego doboru słów.

- Boisz się?
Zapytał po chwili, kiedy padła odpowiedź na wcześniejsze pytanie. Obserwował go przy okazji, aby wyłapać reakcję organizmu. Jeżeli ten wywiad, faktycznie był przerobiony, targnęło to na jego życie. Ktoś mógł zrobić to celowo. Aby mu zaszkodzić. Ewentualnie, miał na celu dokonać zastraszenia. Może odniosło to sukces?

Ta informacja, dała Nicholasowi także czerwony alarm. Wzbudziła wewnętrzną czujność. Ale także zastanowienie. Laurent wspomniał o ataku na abraksany, które miało miejsce kilka dni temu. Od opublikowania artykułu, dostał nagle ochronę. Albo z góry przypisaną, albo sam o nią wystąpił. Przychodząc tutaj dzisiaj, Nicholas nikogo nie dostrzegł. Ani aurorów, brygadzistów, innych czarodziei mogących pełnić rolę ochrony. Pokazówka? Ustawka? Czy byli tu tylko na czas odparcia ataku śmierciożercy i się zwinęli? Co w sytuacji, jeżeli atak zostanie ponowiony? Aż chciało się uśmiechnąć na ten cyrk. Lecz nie zrobił tego. Nicholas będąc tutaj, mógł tego dokonać. Poprawić, co zostało źle wykonane. Lecz nie. Nie miał nawet takiego polecenia. Dzisiaj był tutaj w innym celu. Prywatnym. Towarzyskim. Budującym zaufanie. Spełnianiu i dawaniu tego, co Laurent oczekiwał. Swojej wyjątkowości i zrozumienia. Laurent, potrzebował Jego. Jak osłabiony anioł, potrzebował siły diabła.




RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 16.01.2024

Michael żywił urazę do niemal każdego. A do niektórych osób po prostu trochę bardziej, kiedy mu nie podpasowali. Zimny jak lód Nicholas należał do takich osób, bo, no właśnie, wcale nie budował zaufania. Wystarczyło trochę ciepła, kostka cukru i dobry błysk w oku i abraksan gotów był dopuścić tego człowieka do siebie i swojego stada. Swojej rodziny. Mieli na ten temat nie raz i nie dwa pogadankę z Laurentem, bo w wielu kwestiach się nie zgadzali, ale to nie miało znaczenia. Michael nie słuchał innych - ale zawsze słuchał Laurenta. To on był, koniec końców, przewodnikiem tego stada, głową tej rodziny. Nie zamierzał zresztą odpędzać potencjalnych klientów, skoro nie robili szkody i szanował to, że jego towarzysz miał skłonności do dobierania sobie dziwnego towarzystwa, chociaż mu się to nie podobało. Za wielu ludzi skrzywdziło już Prewetta. I ciągle dawał sobie robić to samo, naiwny i głupi. Cóż zrobić, jeśli te dwunożne ssaki potrafiły być podstępne jak zakopujące się w pustynnych piaskach pająki, gotowe wyskoczyć z nory po wabioną ofiarę.

- Alexander? Och nie, nie tylko on... pracuje to naprawdę dużo ludzi. - Chociaż niekoniecznie byli widoczni na pierwszy rzut oka. - Alexander nawet nie jest stajennym, bardziej moją prawą ręką. - Nazwanie go tak, per "Stajenny" nie było niepoprawne i sam Alexander nawet wolał, niż taki dumny tytuł jak bycie Zastępcą. Nie był to człowiek, który był inteligentny, który by się zajmował księgowością i tym podobnymi, ale nie musiał być. Wystarczyło, że był mądry i miał wielkie serce. Laurent bardzo mu ufał. - To dobry człowiek, jest tu ze mną od początku. Nie miał domu, nie miał pracy, ale miał miłość do zwierząt. Pasja, jak widać, potrafi łączyć ludzi. - I to miało drugie dno, bo chociaż nie powiedziałby, że magiczne stworzenia były pasją Nicholasa, to widział zainteresowanie w jego oczach, widział szacunek, kiedy spoglądał chociażby na abraksany. To był wyjątkowy przejaw emocji jak na tego człowieka. - Ojciec próbował mnie namówić do pozostania w Keswick, ale tamto miejsce nie sprzyja mojemu zdrowiu. Poza tym nie mogę zostawić New Forest. - Chociażby chciał, o tym właściwie przelotnie rozmawiali na spotkaniu w domu Nicholasa. Laurent zdradził wtedy, że myśli o przeprowadzce. I myślał o tym bardzo poważnie. - W każdym razie na miejscu raczej zawsze jest ktoś na miejscu, żeby mi pomóc, kiedy dzieje się coś złego. - A działo się zdecydowanie zbyt często. Fakt, że jego dom był odsunięty, ale miał Migotka, który bez problemu sprowadzał chociażby Aleksandra czy Vincenta. Sam blondyn nie myślał o rozmowie o tym jako "odsłonieniu słabości". Dla niego to była informacja, którą należy dać, skoro już z kimś się wybierasz na przejażdżkę. I coś złego się może stać. - Dam ci szybką instrukcję, gdyby coś się złego działo. - Mignął uśmiech przez jego twarz. - Zajmij moje myśli. Chociażby powtórką z zasad Numerologii. - Dziwne na radzenie sobie z chorobą? Ach, jak najbardziej. Człowiek bliżej spodziewałby się jakichś mikstur pochowanych po kieszeniach... ale to nie była tego rodzaju choroba. Coś więc ich łączyło - tylko dolegliwości były inne.

- Nie musiałbym nawet prosić. Sprawiam wrażenie takiego bezradnego? - Zapytał to trochę zaczepnie, trochę psotliwie, ale właściwie to tak się czuł. Jak zdany na łaskę świata, rzucony na pożarcie krukom i wronom. Ale miał bardzo silnych przyjaciół, którzy nie pozwalali mu wyrządzić krzywdy. Bardzo się przy tym starali. - Moim ojcem jest Edward Prewett. To nie jest człowiek, który pozostaje bierny w takich sytuacjach. Tak jak zresztą reszta mojej rodziny. - I przyjaciół. - Poza tym - tak. Sprawa jest oficjalnie w biurze aurorów. - Pomijając prywatne środki, w które mógł zainwestować. I to zamierzał.

- Pomyślmy... - Kiedy się od tego odcinał to było wręcz zabawne. - Na początku czerwca dwa razy ktoś napadł na moje życie, później wezwało mnie morze na pełen nieumarłych statek, potem moje New Forest odwiedzili jacyś naśladowcy terrorystów. Ten miesiąc wcale nie wyglądał wiele ciekawiej, wiesz? Obyło się bez dwóch prób morderstw. - Pokiwał głową sam do siebie i swoich myśli. - Najwyraźniej jeszcze czeka mnie ponowne spotkanie z Dante. Słowo strach... wydaje mi się niedopowiedzeniem. Ale kiedy tak o tym myślę to wydaje mi się wręcz zabawne.




RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 17.01.2024

Wyglądało na to, że Nicholas był w małym błędzie, sądząc że Laurent mieszka tutaj sam. Sam wszystko ogarnia z pomocą niejakiego Alexandra. Dla Nicholasa, wyglądającego na stajennego. Nie spodziewał się tego, że wspominany mężczyzna, pełnił tutaj znacznie wyższą rangę. Bo właśnie zastępcy, prawej ręki. Travers musiał przyznać, że był nieco pod wrażeniem takiej decyzji. Choć po tym człowieku nie widział nic co by wskazywało na takiego, randze odpowiadającego. W dodatku byli też inni pracownicy, lecz mało widoczni. Pochowani. Zajmujący się widocznie ogarnianiem terenu od środka, lub w innym miejscu, nie dostrzegając ich na pierwszy rzut oka.

- Na pierwszy rzut oka jakoś mi na takiego nie wyglądał.
W swojej odpowiedzi, Nicholas odniósł się do rangi pełnionej przez Alexandra. Był szczery w tym przypadku. Błędne myślenie, może było spowodowane tym, czym się zajmował przy abraksanach?

Dalej już Laurent tylko go wychwalał. Szanował i opowiedział krótko, kim jest i że tutaj mieszka. Niczym przygarnięta zabłąkana owca. Pasja łącząca ludzi. Te słowa dały Nicholasowi do myślenia, na jego temat, spoglądając z góry na tył głowy Gabriela. Pasja. Czy to możliwe, że do jego zainteresowań można zaliczyć magiczne stworzenia? Że potrafił je zrozumieć, wytropić, rozpoznać w ludzkich ciałach? Laurent miał bystre spojrzenie. Choć Nicholas do tego się nie przyznawał. Nie dostrzegał?

Później Laurent wspomniał o decyzji swojego ojca. Namowie do zamieszkania w innym miejscu. Być może rodzinnym. Zdrowie bywało problematyczne. Przez które Prewett był zależny od miejsca zamieszkania. Upierdliwą musiał mieć chorobę. W przypadku przekazania szybkiej instrukcji, Nicolas spojrzał na Laurenta z zainteresowaniem. Co takiego miałby zrobić, gdyby to on był świadkiem, objawów choroby? "Zajmij moje myśli…" - powtórzył w myślach. Banalnie prosta zasada. Ale czy łatwa i skuteczna? Numerologia. Travers uznał to za przykład. Bo raczej z numerologią nie miał nic wspólnego.

- Pocałunek też wystarczy? Czy musiałbym serio kombinować?
Zapytał wprost. Bez zawahania, bez emocji, jakby to było coś zwyczajnego. Jak to mugole nazywają w metodach leczenia, ratowania życia ludzkiego. Ust-usta? Pierwsza pomoc? Jakoś tak. Zabawne dopytywanie się o ratowanie Laurenta podczas objawów choroby, czy zaś ataku. Nie wiedząc raczej, jak się może objawiać.
- W moich oczach? Tak.
Potwierdził jego słowa. Nawet jeżeli brzmiały zaczepnie. Tutaj Nicholas nie zamierzał tego ukrywać i stwierdzać, że Laurent świetnie sobie radzi. Nie znał jego umiejętności, poza urokiem selkie. Porcelanowym ciele, które przykuwało uwagę. Nie znał jego innych umiejętności w walce, zaklęciach i tego podobnych. Także był dla Nicholasa zagadką. Mały jednak szczegół można było dostrzec, że kącik ust u Traversa uniósł się ku górze. Ukryte rozbawienie?

Prewett był bardzo otwarty w tej rozmowie. Bez problemu coraz więcej opowiadał. W tym o swoim ojcu. Czy zrobił to dlatego, że Nicholas wspominał o swojej matce? Wymiana informacji o jednym rodzicu?

Zadając pytania, Nicholas chciał wiedzieć, jak cały ten atak wyglądał, pod względem przewidzenia sytuacji. Odpowiedzią było, przekazanie sprawy w biurze aurorów. Dał Laurentowi moment na pomyślenie, zastanowienie się nad odpowiedzią w sprawie lęków. Czy obawia się kolejnych ataków? Czy ogólnie boi się o siebie? O abraksany to na pewno.

Z jego słów wynikało, że to nie pierwszy atak, jak wcześniej wspomniał. Jego życie było zagrożone już w czerwcu. Przygodę życia miał także na jakimś statku na morzu. Kolejne próby morderstwa. Nic nadzwyczajnego, aby Nicholasa poruszyło. Zaniepokoiło. Laurent żyje. Zatem szczęśliwie oszukiwał ciągle przeznaczenie. Co więcej, w jego słowach pojawiło się znane im dotąd imię.

- Dante?
Nicholas zmarszczył brwi i skupił uwagę na Laurencie.
- Kontaktował się z Tobą? Sądziłem, że zaszył się szczurzej norze i nie wychyla od tamtego incydentu.
Zapytał zwyczajnie. Skoro już Laurent o tym wspomniał, Nicholas pociągnął temat. Sam sobie był winny, że poruszył temat przeszłości, do której nie chciał wracać. Nie chciał wspominać. Ona do niego przyszła widocznie sama.

Ile Nicholas wiedział o Dante? Niewiele. Nie interesował się zbytnio jego dalszą egzystencją, póki przyjaciel kuzyna nie zaprosił go na pierwsze spotkanie Kongresu, gdzie omawiana była część sieci biznesowych na Nocturnie. Czy Nicholas miał pojęcie o reaktywacji dawnego Rose Noire? Tak. Wiedział o tym.




RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 18.01.2024

Uwielbiał prostoduszność Alexandra. Jego ciepło, szczerość. Nie uważał, żeby to, że nie radził sobie z samodzielnym planowaniem było czymś złym. Że nie radził sobie z rachunkowością, nie był wspaniałym mówcą i że po prostu wykonywał zadania, ale nie nadawał się na kogoś, kto je będzie wydawał. Nie było ludzi doskonałych, a w gruncie rzeczy wydawało mu się, że Alexander ze swoją prostotą jest o wiele bardziej szczęśliwy od niego. Mimo tego, że nie miał wspaniałego nazwiska, nie był czystej krwi, nie był nawet półkrwi... ale niekoniecznie ktokolwiek musiał o tym wiedzieć. Miał swój mały domek, dostawał regularną pensję, robił to, co kochał i co chciał zawsze robić. Był odpowiednim człowiekiem na dobrym miejscu i dowodem na to, że każdy zasługuje na drugą szansę. Że każdy może się zmienić na lepsze. Stanowił dla Laurenta inspirację.

- To prosty człowiek. Bez niego jednak bym sobie tu nie poradził. Jak pewnie zauważyłeś nie jestem najsilniejszy. - Och, do tego nawet nie trzeba było siłować się na rękę, żeby to stwierdzić. Ktoś takiej budowy po prostu nie mógł być mocarzem, najzwyczajniej w świecie. To również nie powinno być ujmą, nawet zostało powiedziane w lekkim tonie, ale była to zmora jego przeszłości. Dzieci uważano za szczere, ale potrafiły być niezwykle okrutne. I kiedy nie jesteś wystarczająco silny to stajesz się celem tych okrucieństw. Dlatego Laurent by za nic nie chciał wrócić do Hogwartu. Bardzo źle wspominał czas nauki.

- Nikt jeszcze tego nie próbował. - Ze zdziwienia nawet nie odpowiedział od razu na to pytanie, bo nie pomyślał o takim rozwiązaniu. Prychnął cicho śmiechem na tę propozycję, nim się odezwał. Fakt, nikt tego nie próbował, ale może dlatego, że jak dotąd pomagały mu osoby, które niekoniecznie były przy tym skłonne dawać buziaki. W jakiś dziwaczny sposób pomyślał, że to nawet urocze. Tak, na pewno urocze. Mieć napad paniki, przy którym nie możesz oddychać i ktoś ci daje buziaka. To może samo w sobie nie, ale jak sobie tak człowiek wyobrażał możliwość schowania się w pewnych, męskich ramionach... Laurent zamknął oczy, uśmiechając ciepło. Samo wyobrażenie tego było rozluźniające. Powodowało cieplejszy rumieniec na policzkach i rozpływające się po ciele ciepło, które kolidowało z chłodnym morskim wiatrem. Abraksany wjechały na plaże i kopyta Michaela częściowo podmywały morskie fale, kiedy skierowali się wzdłuż brzegu i wzdłuż samego lasu New Forest. Dla Nicholasa w nieznane, dla Laurenta w bardzo znane tereny. Otworzył jednak powieki słysząc następną odpowiedź i znów cicho się zaśmiał.

- To dobrze. Bardzo mnie to cieszy. - Bo bardzo lubił na takiego wychodzić. Nie uważał, żeby to mijało się z prawdą. Nie był wspaniałym czarodziejem. Nie był sprawny. Miał wiele ułomności i słabe ciało. Lubił to uczucie, że ktoś może o ciebie zadbać. Mógł być księżniczką w wieży i chciał czekać na swojego rycerza. Ten mógł przyjechać nawet na smoku zamiast na jednorożcu. Nie miało to znaczenia, bo przecież ludzie się zmieniają. I jak było powiedziane - każdy zasługiwał na drugą szansę.

- Najwyraźniej z niej wyszedł.. - I gdzieś tutaj kończyło się to rozbawienie. Ale na ten moment czuł się tak wydrylowany z tego strachu i wszystkich negatywnych emocji po wczorajszym dniu, że nie potrafił się nad tym spiąć, załamać rąk, nie potrafił z siebie wykrzesać tych naturalnych odczuć, które normalnie mu towarzyszyły. Każdy miał swój próg wytrzymałości. A Laurent nie chciał się nawet skupiać na tym, co złe. Natomiast i tak dobrze było móc o tym otwarcie powiedzieć. - Prawdę mówiąc sądziłem, że nie żyje.




RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 19.01.2024

To było właśnie zastanawiające. Prosty człowiek, który nie ma pojęcia o rachunkowości, administracji i być może innych ważnych sprawach na swoje stanowisko w tym miejscu, został prawą ręką Laurenta. Nie był znany z nazwiska, a raczej Nicholas go nie znał. Jakiej krwi był ów człowiek? Jeżeli nie czystej i nie półkrwi czarodziejem, to czy możliwe, że Laurent miał tutaj mugolaka? Charłaka? Zwyczajnego mugola? Mugol na usługach czarodzieja brzmi dobrze. Ale nie o statusie prawej ręki, zastępcy tego miejsca. Na razie nie zaprzątał sobie tym myśli, nie chcąc psuć sobie dobrej chwili w towarzystwie Laurenta.

Nicholas przyznał rację Laurentowi zwyczajnym nawet skinieniem głowy, że nie jest najsilniejszy. Widział jego ciało. Dotykał. Prewett nawet przyznał się do swojej choroby. W takich tematach nie było co kłamać, kiedy sama prawda była dość widoczna. Choć tylko Nicholas, ukrywał swoje słabości. Nawet przed własną rodziną.

Propozycja pocałunku była widocznie zaskoczeniem dla Laurenta i nic dziwnego, że nikt tej metody nie próbował. Bowiem zamiast kombinować z jakimkolwiek odwróceniem uwagi, najlepiej byłoby złożyć pocałunek na ustach Laurenta. Ciekawe, czy by pomogło. Kusiłoby to nawet spróbować. Towarzysz przejażdżki wyraził tym zainteresowanie. Warte zastanowienia. Nicholas jak chciał, potrafił zaskakiwać bezpośrednimi pytaniami.

Podobno, pocałunek to też lekarstwo. Jeżeli nie dla ciała. To dla duszy.
- Nie masz oporu przyznawać się do swojej słabości. Nie obawiasz się, że może to być wykorzystane?
Zapytał przy okazji tego tematu. Jemu to powiedział. Czy Laurent kierował się sprawdzeniem zaufania, że Nicholas zachowa dla siebie te informacje i nie sprzeda tego dalej? Jeżeli ktoś jeszcze o tym wie, to czy możliwe iż ten atak był chujowo przemyślany? Jeżeli "atakujący" wiedział o jego słabości i chciał go zastraszyć, nie spodziewając się obstawy inkwizycji ochronnej, po opublikowanym wywiadzie? Pytanie zostało zadane z ciekawości, ale też z nieukrywanym zastanowieniem o jego lekkomyślności. Choć kto wie, czy Laurent faktycznie mu podświadomie ufał, ale nie przyznawał do tego otwarcie. Jakby wierzył że Nicholas nie zrobi mu krzywdy.
W kolejnej dyskusji właśnie wpadł temat Dantego. Największego postrachu Laurenta. Przez którego z początku, miał prawo podejrzewać o współpracę z Nicholasem. Odpowiedzi jego okaleczonego przez przeszłość Laurenta sugerowały, że złożył mu wizytę.
- Czego chciał?
Zapytał poważnie. Nie skupiając się obecnie na otoczeniu, gdzie wyszli na samą plażę. Gdzie rozpościerał się przepiękny widok na morze z jednej strony i mogli zmierzać dalej w kierunku lasu. Temat Dantego, koszmaru Laurenta z przed lat, zainteresował Nicholasa. Obecność czarodzieja, który według Prewetta, powinien  leżeć pod ziemią. Traversem kierowała w tym momencie też ciekawość, poznania przyczyny odwiedzin byłego właściciela Rose Noire. Liczył, iż otrzyma odpowiedź, jako że to dawne miejsce i ta osoba, były im obu znane. Może Laurent, potrzebował lepszego wsparcia? Obserwując go, nie wyglądał na takiego przejętego, wystraszonego. Obawiającego się o swoje życie. Przy tym temacie nie reagował tak, jak spotkali się oni sami po latach. Jak dawno Dante go odwiedził? Czy może Laurent, już z kimś na ten temat rozmawiał? Czy może przez ten czas, zdążył się psychicznie uodpornić na wspomnienia o tej osobie?