![]() |
|
[25.06.1972] Please don't burn the house down - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [25.06.1972] Please don't burn the house down (/showthread.php?tid=2542) |
RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Stanley Andrew Borgin - 09.04.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/44/b8/69/44b8696d0f4ac79705d0766c3846d706.jpg[/inny avek] Dlaczego nadal trzymali stronę Persephony? Może dlatego, że to nie ona zniknęła bez słowa, a w dodatku miała na siebie trud wychowania Megajry i Hadesa? Czy to naprawdę było takie ciężkie do zrozumienia? Gdyby się tak jednak zastanowić to próba - bezskuteczna - wychowania jej męża była zadaniem o wiele trudniejszym. W porównaniu do tego dryblasa, wszystkie McKinnon były niczym bezbronne aniołki. Pojedynek zamiast zmierzać ku końcowi, rozpędzał się na nowo. Nikt nie chciał się poddać. Rosie gdzieś tam próbowała coś zdziałać, ale Hades miał to gdzieś, po prostu odsuwając ją na bok i rozbrając ją z broni. Nazwanie tego "odsunięciem", było jednak trochę umniejszaniem tego jak nią pierdolnął bez ksztu wychowania. To jednak nie powstrzymały Ambrosii od kolejnej próby ataku. W tym momencie należało się zastanowić nad podstawowym pytaniem, który brzmiało - "Rosie była wróżbitką czy płatną morderczynią?". Ona na każdym rogu miała jakieś narzędzie zbrodni w postaci świecznika czy innego wazonu. Strach było się bać tego, do czego była ona zdolna, a żyłka to jej prawie wybuchła za pewne. Trzeba było też przyznać jej to, że wkurwianie się na Alexandra, przynosiło efekty. Ćwiczenia i praktyka, którą podejmowała na Mulciberze, musiała teraz przynieść korzyści. Gdyby Borgin nie musiał teraz martwić się o swoje zdrowie, przyglądałby się temu z uśmiechem na ustach. W życiu nie chciałby być na miejscu Hadesa, który właśnie wyrwał listwę na dziąsło przy użyciu jakiegoś świecznika. Role się odmieniły i to Stanley musiał się teraz bronić, co próbował skrzętnie zrobić. Tym razem postanowił zgasić próbę McKinnona w zarodku - tak, aby nic mu przypadkiem nie zrobił, wszak rycie ryjem po podłodze było czymś niefajnym. W tym akurat był dobry przez całą szkołę i liczył, że może się uda. - Bo nic złego nie zrobiła do kurwy nędzy?! - odpowiedział na pytanie, pewnie jakoś chwilę po Rosie, a następnie skupił się na tyle, na ile potrafił. Musiało mu się udać obronić, bo jak nie... cóż, będzie wesoło. Dwie próby na rozbicie czarów Hadesa. Korzystam z rozproszenia. [roll=PO] [roll=PO] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Hades McKinnon - 09.04.2024 A nie mówiłem, że szczęście nie zwykło się trzymać McKinnonów jakoś szczególnie długo...? Jakieś oznaki farta były, bo udało mi się wyrzucić bezbłędnie ładne zaklęciątko, mimo że za często tego nie robiłem, od wieków nie ćwiczyłem, więc te moje gnaty, mięśnie, stawy się zastały to rzucania śmiesznych zaklęć, ale ewidentnie coś w ich pamięci pozostało. I bardzo dobrze. Z chorą satysfakcją obserwowałem jak podmuch mknie w kierunku Borgina, ale nie na długo to trwało. Uśmiech spełzł z moich warg z dwóch prozaicznych powodów. Pierwszym powodem było zaklęcie Stanleya, które zbyt sprawnie pozbyło się mojego pięknego podmuchu z drogi. Pac! I nawet chuj nie pozostał z mojego arcydzieła... Dlatego właśnie uważałem, że rzucanie zaklęciami było przereklamowane. Już łatwiej było rzucić typem o ścianę niż przewrócić go wiatrem. Trudno. Człowiek uczył się na własnych błędach. Może kiedyś nauczę się na własnych błędach, a może nie...? Bo drugi powód też był prozaiczny. Odwróciłem się do siostry plecami, bo z reguły była jak taka uciążliwa pchła... Tylko że ta pchła waliła na ślepo, więc kiedy szczęście obróciło się na jej stronę, zasiadło dumnie na jej szali zwycięstwa, to trafiła raz, a porządnie. Tak, że momentalnie pociemniało mi przed oczami. Jakieś takie odrętwienie poczułem, nawet pustkę, przy czym ujrzałem jakąś pustą myśl w swojej głowie o Persephonie. I tyle mnie było. Już nie słyszałem subtelnego uderzenia różdżki Ambrosii o podłogę, a tym bardziej jebitnego walnięcia mojego ciała o podłogę. Tam na dole w Podziemiach to na drobną chwilę świat musiał się zatrząść w posadach... Ta, chciałbym. Ale fajnie byłoby sobie tak opowiadać, gdyby nie było się akurat przegranym w tej bitwie, no nie? Dla podtrzymania własnej legendy w obijaniu mord, zapewne lepiej było przemilczeć ten incydent. Nie dawało dobrych preferencji to, że pokonała mnie smarkata siostra i jakiś chłystek, co tam mógł sobie dziewiczego wąsa wciąż zapuszczać. To co? Koniec imprezy? Przeniesiecie mnie chociaż na kanapę? Czy zostawicie na podłodze? Fajnie by było wezwać może jakiegoś medyka... Czy od razu kołujecie trumnę? Bo wiecie, prawdziwych ludzi Podziemia to raczej zagrzebywało się w prawowitej błotnistej ziemi rynsztokowej. Ta kostka może da nam pogląd na to, jak długo będę nieprzytomny w skali od 1 do 100, przy czym 1 to chwilę, a 100 to nawet kilka dni...? [roll=1d100] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Ambrosia McKinnon - 22.04.2024 Rosie już, już się zamachiwała tym cholernie ciężkim świecznikiem jeszcze raz, ale Hades padł wreszcie na ziemię, wreszcie pozbawiony jakiejkolwiek świadomości. Pytanie tylko, ile właściwie miało to trwać, bo coś jej podpowiadało, że jej starania to nie były niestety długotrwałe. Przez chwilę jeszcze stała tak nad nim, z podniesionym nad głową narzędziem zbrodni, trochę wciąż wściekła, a trochę zwyczajnie zdziwiona, ale w końcu opuściła dłonie. Zachwiała się przy tym odrobinkę, zamaszystym ruchem odstawiając świecznik na najbliższą powierzchnię płaską, a potem odetchnęła głęboko i spojrzała na Staszka. Potem natomiast, zaśmiała się histerycznie, wyglądając przy tym jakby utracenie ostatków poczytalności to była cena, jaką przyszło jej zapłacić za całe to starcie z tytanem zwanym Hadesem, jej zasranym bratem. - Nic ci nie jest? - zapytała, kiedy już wreszcie jej przeszło, chociaż wciąż uśmiechała się nieco spazmatycznie i nerwowo, trochę może niezdecydowana czy zamiast sprawdzać czy wszystko dobrze, to nie powinna rozporządzać Borginem, żeby się przygotował na rundę drugą. - Jestem za tym, żeby go związać jakimś zaklęciem i zostawić gdzie leży. Może jak się obudzi, to mu chociaż odrobinę przejdzie. I wysłać sowę do Persephony, bo cokolwiek nie zrobimy i tak do niej pójdzie... - rzuciła szybko, przez chwilę jeszcze stojąc w miejscu i zerkając to na Stanleya, to na swojego brata, aż w końcu przeszła nad Hadesem, jakby był tylko uciążliwym elementem wystroju. Zarzuciła Borginowi ręce na szyję, przytulając go. - Dziękuję - powiedziała cicho, przez dłuższą chwilę stojąc tak, przyciskając go do siebie, zanim wreszcie cofnęła się, dłońmi przecierając policzki i poprawiając rozwichrzone od tego ciągłego miotania nią włosy. Znając życie, to gdyby nie Stan, to Hades przestawiłby ją o jeden raz za dużo i faktycznie zrobił jej krzywdę, bo jeśli mieli ze sobą coś wspólnego, to momentami brak pomyślunku. Nie ważne ile razy ją popychał, czy za dzieciaka, czy też i potem w życiu, to zawsze wstawała i bez chwili refleksji stawała mu znowu na drodze, kiedy chciał zrobić coś, co jej się nie podobało. W ten sposób robili krzywdę nie tylko sobie wzajemnie - bo oprócz tego, że przed nim stawała, to jeszcze mu czasem oddawała, świecznikiem albo inną małą klątwą - ale też niszcząc co popadnie. Do licznych tego przykładów można by zaliczyć chociażby fakt, że przejście w jej mieszkaniu do Zamtuza było efektem bicia się o zaklęty przedmiot ich ojca w schowku na miotły. Teraz jak tak sobie na Hadesa patrzyła, to żałowała, że to jego w kosmos ta klątwa nie posłała, zamiast tego schowka. RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Stanley Andrew Borgin - 05.05.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/44/b8/69/44b8696d0f4ac79705d0766c3846d706.jpg[/inny avek] Kolos padł. Czyli to prawda. Dawid pokonał Goliata. A może raczej dwóch Dawidów? Nie miało to teraz znaczenia. Zwyciężyli. Wygrali. Dokonali tego po wielu trudach i przeciwnościach losu. Pojawiał się tylko jeden problem - przeniesienie Hadesa. To zadanie wymagało równie dużo gracji i wysiłku, co pokonanie go. Jebany był tak nabity mięśniami, zdenerwowaniem i niewiadomo czym, że równie dobrze mogliby go po prostu zawinąć w dywan, co by im tu przypadkiem nie zmarzł jak tak sobie leżał i odpoczywał. Mijały kolejne sekundy, a do Borgina dochodziło, że żyją i że to koniec. Stanley również spojrzał na Rosie, a w międzyczasie przetarł czoło ze zmęczenia. To był naprawdę męczący pojedynek. - Nie. Na całe szczęście nie, chociaż było blisko... - pokręcił głową. W życiu nie sądził, że interwencja w Ataraxii może się zakończyć w ten sposób. Tego chyba nikt się nie spodziewał - To była najbardziej pojebana interakcja rodzinna jaką przeżyłem odkąd żyje na tej ziemii... - przyznał. Takich imprez to nawet w Teksasie by nie pogardzili. Zawody w to, który osoba ujarzmi byka? Brzmi jak coś co uwielbiają Teksańczycy! A pomyśleć, że oni byli tylko Anglikami. - Masz mój głos. To brzmi jak idealny plan. Persephonę trzeba ostrzeć, że... - przeniósł wzrok na chwilę na ich śpiącą "królewnę" a może bardziej trolla górskiego? - Hades ma z nią do pogadania i może nie być to najłagodniejsza rozmowa na świecie. Mimo wszystko nie wiązałbym go. Nie ma co go rozsierdzać. Zaraz go przeniesiemy zaklęciem na kanapę, przykryjemy - wzruszył ramionami - Rano albo w nocy powinien się obudzić. Wszystko co mogliśmy zrobić to zrobiliśmy - zapewnił, powracając spojrzeniem do Rosie. Już chciał w zasadzie zadbać o zagospodarowanie Hadesa ale zaskoczyła go reakcja McKinnon. Przez krótką chwilę nie bardzo był pewien jak powinien zareagować. Zapewne młody Stanley to by właśnie popłakał się ze szczęścia, a następnie napisał list do Alexa, że ten "tempy chuj przegrał, a Stan wygrał". Na całe szczęście był to starszy Stanley, więc po prostu położył dłoń na jej plecach i przejechał kilkukrotnie, aby ją uspokoić - Nie masz za co dziękować... - zapewnił, chociaż chciał coś jeszcze powiedzieć, jednak zostawił to dla siebie. Tak długo jak będę mógł coś zrobić, tak długo nic Ci się nie stanie... przewinęło się w myślach, ponieważ Rosie miała gdzieś tam szczególne miejsce w życiu Stanleya i na pewno wpłynęła za młodu na to jak kształtował się jego światopogląd. Borgin musiał jednak trochę odsapnąć na swojej kanapie. Uprzednio jednak pomógł Ambrosii rozprawić się z Hadesem, a raczej po prostu przenieść go na jej kanapę. Może i jej brat był durnym tłukiem ale nadal był częścią ich rodziny - należała mu się chociaż odrobina wygody po tym wszystkim. Coś w rodzaju nagrody? Kiedy tylko się uwinęli, Stanley pożegnał się ładnie i zawinął wrotki do Głębiny. Do swojej pieczary. W końcu będzie mógł napić się drinka i oddać się jakiejś intelektualnej rozrywce takiej jak krzyżówki. U człowiek na "M"? A no tak - miednica. Koniec sesji
|