![]() |
|
[23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent (/showthread.php?tid=2550) |
RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 20.02.2024 Łatwo było przekroczyć granice drugiego człowieka. Nawet kiedy poruszasz się ostrożnie po ścieżce wyznaczonej przez świetliki może się okazać, że parę z nich odleciało na bok nie po to, żeby wskazywać ten bok, to rozdroże, a to był jedynie ułudny ruch twoich własnych gałek ocznych. Plamki, jakie na nich zostały, tylko dlatego, że za szybko obróciłeś to spojrzenie. Wymalowały się pod powiekami, mrugnąłeś. Nie wiem, co się wydarzyło. Wiem, że zbłądziłeś. Ty też wiesz, że zbłądziłeś. Okazuje się, że zamiast stąpać po równym gruncie to twoja noga wpadała w błoto. Obrzydliwe? Ha... dopóki nie budzisz potwora, dopóki to tylko błoto - w porządku, trudno, na pewno uda ci się przeprosić, wycofać. Niezręczność jednak pozostanie, tak samo jak zostanie ślad na obuwiu. Nie wszystko dało się zetrzeć z materiału, kiedy raz został uszkodzony. Nie każda plama była tylko odbarwieniem. Niektóre kolory zostały pochłonięte, inne zdrapane, w skórze dziura, obcas starty. Tą samą nogę potem postawisz na dywanie domu, do którego cię zapraszano. Nie. To nie było w stylu Laurenta - chodzenie tak nieuważane, takie... toporne. Jednocześnie człowiekiem był, nic co ludzkie, nie było mu obce. Błędy. Człowiek popełniał błędy i nawet najlepszy tancerz potrafił się poślizgnąć. Tak powstawały kontuzje. Potem czarodziej lądował w Mungu i musiał się tłumaczyć, że nie, to nie przez to, że spadł z miotły. To tylko dlatego, że nie spojrzał pod swoje nogi... W krainie, gdzie magia była realiami, gdzie mogłeś latać, mogłeś też zostać uziemiony przez coś tak banalnego. Relacje międzyludzkie były czystą magią. Ilość czynników, która lśniła w półmroku, a w końcu przeplatała się przez całkowity wzrok, łatwo zwodziła na manowce. Nie, Laurent nie chciał popełniać błędów, choć i tak to robił. Niee było człowieka nieomylnego. Nie chciał być toporny i nie chciał zniszczyć ślicznego dywanu miejsca, do którego wkroczy. Tak jak nie chciał brudu na spodniach Guinevere, ani skrzywienia na jej twarzy. Bardziej naturalnie i z większą pewnością siebie przychodziło mu dotknąć jej, niż powiedzieć parę słów prawdy. Niż zadać pytania, które mogłyby się okazać niewygodne - dla niej, dla niego, nieistotne nawet dla kogo. Mógł tu popełnić błąd. Mogło się okazać, że kobieta miała swojego branka, że wcale nie szukała już kontaktu fizycznego, że nie śpieszyło się jej do tego, żeby zaznać czegoś... więcej. Granica. Gdzie była? Gdzie się znajdowała? Gdzie mogły go poprowadzić świetliki, które teraz otworzyły nową drogę? Nową i jednocześnie taką już poznaną. To było miłe uczucie, kiedy mogłeś zaznać czegoż dawnych lat w zupełnie nowej odsłonie. Kiedy byli innymi ludźmi, w innym miejscu, na innych zasadach. Czy te lata naprawdę ich podzieliły, czy może to było tylko cięcie kliszy? Mógł mówić o oddaleniu się od siebie, jeśli spojrzą wstecz na wydarzenia, które potrząsnęły ich życiorysami jak dziecko trzęsie grzechotką w swojej piąstce. Mogliby. Tego w ogóle nie było czuć. On tego teraz nie czuł, gdy ona się uśmiechała, kiedy sam czuł ciepło i się uśmiechał, kiedy słońce świeciło, a czereśnie rozpływały się na wargach. W swoim mistrzostwie tworzenia i korzystania z okazji mogliby napisać całą książkę i wielu by z niej skorzystało. - Pomyślałem o tym dopiero po wypowiedzeniu tego zdania. Niebezpiecznie jest mówić bez uprzedniego przewidzenia przynajmniej dziesięciu wypadkowych, jakie mogą zostać spowodowane ich wypowiedzeniem. - Mówił to żartem, bo nie czuł się przy Guineveere tak spięty, żeby tak funkcjonować, ale jednocześnie właśnie rozmowy z nią mogły być jedną wielką grą słów, gdzie każdy przecinek, każda pauza, mogła zostać wykorzystana przeciwko tobie. Wystarczy zła intonacja, albo jakieś głupiutkie zapomnienie. Spojrzał na ten fragment koszuli, który teraz niemal lśnił dzięki pomocy Guinevere i zwrócił na nią zaraz swoje spojrzenie. Tak, przyzwyczajenia. Przyzwyczajenie z jego strony go teraz trochę rozbawiło, czy może bardziej to, że kobieta zwróciła na to uwagę. Bot o było machinalne. Prawie tak samo bez zastanowienia jak to, że idziesz i oddychasz. - O ile odwdzięczę się tym samym i opowiem o Ugadou? - Tak apropo łapania za słówka. - O czym chciałabyś posłuchać? Jestem pewien, że sam więcej usłyszałbym o swoim kraju i ziemiach od ciebie więcej, niż mógłbym ci opowiedzieć. - Niee, historia nie była jego mocną stroną. Znał podstawy, orientował się w świecie, ale nie był z nią obeznany. Nie przychodziły mu też do głowy żadne porywające opowiastki, które mogłyby ją zaciekawić, zachwycić, miejskie jakieś... cokolwiek. Jakoś nie załapał w tym tego podtekstu, który mówił, że to nie chodziło o tego typu historie, że chociaż to leżało w jej centrum zainteresowania, to nie było teraz tym, na co chciała spoglądać. Tak, to były wielkie odległości. Wielki kraj. Zdecydowanie nie było co porównywać do Anglii i do Hogwartu, gdzie położenie torów kolejowych nie było problematyczne. Tutejsze ziemie nie były też tak dzikie jak to, co prezentował sobą kontynent, z jakiego pochodziła Guinevere. - Jeździłem wozem z abraksanami. Nie żałuję, nie chciałbym przeżywać podróży pociągiem. - Uśmiechnął się trochę gorzko, nawet nie chcąc sobie wyobrażać jakie to byłoby trudne przeżycie, skoro czasami przetrwanie w pokoju wspólnym wymagało prężenia się, albo odpowiedniego wyczucia czasu, żeeby schować się za plecami takiej Victorii Lestrange, która sobie w spokoju czytała. - Większość uczniów jednak najbardziej lubiła ten moment. Wasza szkoła była z tego obdarta, magii podróży, gdzie w zasadzie spędzasz kilka godzin tylko ze znajomymi ze szkoły, możesz pojeść słodycze i podzielić się opowieściami z wakacji. - Sam tego nie doświadczył, więc może trochę za bardzo o tym fantazjował w pozytywnej wersji tego doświadczenia? Tej, o której się słuchało. Zaraz obok tego, jak ktoś narzekał, że nie znosi jeździć pociagiem, bo ma chorobę lokomocyjną, albo że zawsze kradną mu karty Bertiego Botta, jak tylko wyjdzie z przedziału. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 21.02.2024 Ten, kto nie przekraczał granic – nic nie osiągał. Ten, kto nie próbował, nie dostawał tego, czego pragnął. Ten, kto próbował też niekoniecznie, natomiast czasami po prostu trzeba było dopomóc szczęściu, popchnąć sprawę do przodu, zrobić ten krok dalej. Śmiało. Nie koniecznie robić cały rozbieg i wbiegać szarżą, taranując wszystko wokół, razem z osobą, do której chciało się dostać, ale ten krok… Zawsze go można było cofnąć, bo krok, delikatny, nie zrywał tego cienkiego sznurka wyznaczającego granicę. Bieg – owszem. Ale krok… Ten wykalkulowany kroczek tancerza był wystarczający, nawet jeśli miałby tasiemkę naciągnąć, naprężyć… Ale to, co zrobił Laurent, niczego nie zerwało, niczego nie zarysowało. Nie popełnił żadnego błędu i nie dostał po łapach za ten dotyk. Błędów nie popełniał tylko ten, kto nic nie robił, a chyba nie taką osobą był panicz Prewett? Nie jawił się w głowie Guinevere jako ktoś, kto siedzi bezczynnie i czeka na zbawienie, albo na to, by wszystko przyszło do niego samo. Opowiadał jej przecież trochę o swoim rezerwacie, o pracy, jaką w niego włożył, zafascynował ją wtedy – te kilka lat temu i fascynował ją też teraz. Lubiła na niego patrzeć, bo był jej dokładnym przeciwieństwem; niebieskooki (niebiańskooki?), blondwłosy, jakby w tej swojej pozornie niedbałej i jednocześnie wypielęgnowanej czuprynie złapał i zachował blask gwiazd i drobne uśmiechy słońca. Zawsze podobali jej się blondyni i tutaj było nie inaczej. Nie była jednak typem zdobywcy, kimś, kto idzie po trupach wszędzie tam, gdzie jest to, co jej się podoba i czego by chciała. Nie była osobą, która szuka jedynie jednorazowej zabawy – choć nie było jej to obce. Laurent nie był zbiorem jej kolekcji, zdobyty, zapomniany, bo nie w ten sposób kategoryzowała ludzi. Mogła dać się pokochać i mogła spróbować tego samego, gdyby tylko ktoś tego chciał. I gdyby chciała tego ona. Teraz jednak się uśmiechała, nie myśląc o tym co było i gdzie nastąpiło to nieuniknione cięcie, skoro w tamtym czasie żyli tak daleko od siebie, że żadnemu nawet przez myśl nie przeszło, by można było to powtórzyć… A można było? Delikatne błyski w oczach McGonagall nie mówiły nie, wręcz zachęcały do zrobienia kroku w przód, rozluźnienia się, zatracenia… Do otworzenia. Bo Ginewra była otwarta; tak na doznania, jak i na słowa; na pytania, które widziała gdzieś na krańcach rzęs Laurenta, choć nigdy nie zadał ich na głos, jakby bał się odpowiedzi. Czego tu jednak było się bać? Przecież nie gryzła… chyba że by chciał. – Wszystkiego i tak nie da się przewidzieć – odpowiedziała spokojnie. – Nie ma więc powodu, by próbować wyśnić każdą możliwą opcję, bo rezultat i tak pewnie nas zaskoczy – zmrużyła oczy w rozbawieniu, bo wiedziała doskonale, że teraz Laurent obracał to w żart. Nie było się co spinać, ona te zrobiła z tego żarcik, nawet jeśli to, co powiedziała, miało jakieś drugie dno. Ale absolutnie nie chciała Laurentowi psuć nastroju, skoro już udało jej się złapać jego pełną uwagę i okręcić go wokół swoich długich paluszków tak bardzo, że teraz uśmiechał się szczerze i promieniował takim wewnętrznym szczęściem. Zupełnie inaczej, niż jak tutaj przyszedł Wyglądał, jakby z barków spadł mu jakiś ciężar i mógł się w końcu wyprostować; jakby mógł w końcu odetchnąć pełną piersią. Zwracała na niego uwagę, bo miał jej pełna atencję – tylko on, tutaj, teraz, nikogo więcej. Nic więc dziwnego, że zauważyła jego przyzwyczajenie, pewnie jedno z wielu. Uśmiechnęła się, unosząc leniwie kąciki ust. – Bardzo jestem ciekawa, co mógłbyś mi o Uagadou opowiedzieć – ach, oczywiście, że pociągnął ją za słówko, ale to nie mogło zostać bez odpowiedzi! Musiał dostać za to… klapsa. Delikatniutkiego. Ale prawda jest taka, że była ciekawa, jak wyobrażał sobie Uagadou. – O Hogwarcie twoimi oczami – nie interesowały ją historie, które miała na wyciągnięcie ręki. Nasłuchała się od ojca, dziadka, babci, siostry dziadka i innych ciotek i wujków. Od Cathala, Lety, Nell… Nie. Chciała wiedzieć, co myślał Laurent. Co widział, co czuł. Na co zwracał uwagę. Nie opowiastki, jakie mogła wyczytać w książkach historycznych. Chciała posłuchać jego. I tylko jego. – Chcę zobaczyć kawałek twojej duszy – powiedziała znacznie ciszej, w leciuteńkiej zadumie… i na koniec uniosła wzrok, by spojrzeć w te piękne, niebieskie oczy. Może pozwoliła sobie na zbyt wiele… Ale czasami nie potrafiła się ugryźć w język. A czasami nawet nie chciała. – Lot to znacznie przyjemniejsza podróż, niż kilka godzin z rozwrzeszczanymi dzieciakami – powiedziała w końcu, po usłyszeniu tych kilku zdań od Laurenta, a sama aż machnęła dłonią, jakby odganiała się od jakiejś irytującej muchy. – Gdzie tam obdarta. Było o czym rozmawiać w szkole, w pokojach, albo na przerwach. Nie trzeba było sobie wszystkiego poopowiadać po drodze do szkoły, żeby potem móc obgadywać tylko rzeczy związane ze szkołą – ona o tym nie fantazjowała, bo jakoś zupełnie nie leżało to w jej polu jakichkolwiek marzeń. Ale mieli inne doświadczenia, te odległości i inne sposoby podróżowania robiły swoje. – Słodycze przemycaliśmy do szkoły, wtedy było zabawniej – niż dostać wszystko na tacy w pociągu. Czy w życiu też tak nie było? Że jeśli trochę się nad czymś postarasz, nie dostaniesz wszystkiego od razu, to i przychodzi ci na to większa ochota i satysfakcja? RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 24.02.2024 Kto nie czyni kroków do przodu - zaczyna się cofać. Znaliśmy to powiedzenie aż za dobrze, a prowadziło ono do wymuszenia zrobienia ruchu. Jakiegokolwiek. Musiałeś stanąć na wysokości zadania, musiałeś wysilić się do poruszenia, bo jeśli za mocno miną cię wszyscy wokół to już nie będzie przy kim stać, kogo podziwiać, z kim nawiązywać kontaktu. Wszystko się zepsuje i koniec końców zepsujesz się ty sam. Człowiek chciał marzyć i stworzony był do tego, żeby poszukiwać i o coś walczyć, szczególnie mężczyźni. Mieli to zapisane w swojej głowie, ale koniec końców - dlatego byliśmy ludźmi, że poddawaliśmy się też czemuś więcej niż zwierzęcym, banalnym popędom. Laurent zdecydowanie nie należał do osób, które by usiadły i czekały na zbawienie. Nie był osobą, która chciałaby szczęścia i w tym celu założyła nogę na nogę i doglądała paznokci, wypatrując książąt z bajki. Aktywnie uczestniczył we własnym życiu, żeby go nie omijało. Z tymi marzeniami, żeby jednak wnieść w ten świat kroplę siebie. W życie Ginny też chciał tę kropelkę podtrzymać. Ten kwiat, to ziarenko, to połączenie, które między nimi zostało stworzone, a jego most ewidentnie nie został nadburzony. Jej towarzystwo wsunęło się w pojęcie miłych, które rzeczywiście odrywały od rzeczywistości. Mogło być to wręcz uzależniające, gdyby tylko sobie na to pozwolić. To, czego kto szukał, czego potrzebował, rozmywało się w aktualnej chwili, bo liczył się tylko ten kroczek naprzód, jaki został wykonany z jednej i drugiej strony. Świecie - spójrz! Nie było tu równych i równiejszych. Ten urok owijał się wokół kibici i ciągnął ku sobie. A egzotyczny hibiskus, jaki właśnie się do niego uśmiechał i błyskał oczami był bardzo dobrą zachętą, żeby robić kolejne kroczki. Guinevere nie dało się pominąć idąc ulicą, nie dało się jej nie zauważyć, bo nawet jeśli nie promieniowała wielką charyzmą, to wyróżniała się pośród bladych, londyńskich twarzy. - Wszystkiego nie, to prawda. - Skinął głową w uznaniu, bo tak - słowa wypowiedziane z dobrym humorem, ale niosące ze sobą banalną prawdę. Jeśli tam tkwiło drugie dno to Laurent się nawet go nie doszukiwał. Niektóre rzeczy były podane na srebrzystej tacy i nie zawsze udawało nam się zastanowić, czy czegoś nie podłożono pod samą tackę, kiedy to, co miała na wierzchu, tak bardzo cieszyło nasze oczy i zmysły. Guinevere należała do tych osób, które łatwo rozpraszały - i łatwo mogłyby to wykorzystać na czyjąś niekorzyść, ale tego Laurent nie zauważył. Nawet gdyby to zrobił to chociaż spojrzałby na nią pod innym kątem, to wątpliwość nie zabiłaby względem niej pozytywnych uczuć. W takich czasach człowiek się mocno zastanawiał, komu mógł ufać i komu na ile pozwolić. - Na szczęście niektóre rzeczy przewidzieć możemy... jak twój piękny uśmiech w odpowiedzi na moją dłoń na twoim udzie. - Spojrzał na Guinevere z góry (bo z perspektywy drabiny, na której teraz był). Te chochliki w oczach były zaraźliwe, ale znów - nie uśmiechał się jednocześnie tak, jakby to był żart. Uśmiechał się tak, jak każdy człowiek, który wierzy w swoje słowa. - Mógłbym powiedzieć, że widziałem tam piękne lotosy, ołowniki, malwy i aksamitki, a ze wszystkich tych kwiatów i roślin najpiękniejszym jest Hibiskus, który przywędrował do Anglii o własnych siłach. - Lotos był symbolem Egiptu, ale dla Laurenta nie kojarzył się z Guineevere. Za to czerwony, intensywny i jednocześnie tak delikatny w swoich płatkach hibiskus - owszem. Szczególnie, że jego sok był przecież cenny w medycynie, tej bardzo podstawowej, domowej, nie wkraczającej na poziom alchemii. - Wybrałaś sobie jeden z brzydszych kawałków mojej duszy, ale nie widzę powodu, żeby ci odmówić. - Temat, którego jak wielu - nie lubił poruszać, bo nie był w nim taki, jakim chciał być odbierany. Teraz jednak nie było z tym problemu. On nie miał z tym problemu. - Było to miejsce, do którego nigdy nie chciałbym wrócić i czuję ogromną ulgę, że nie muszę. - To mówiło już bardzo wiele. Więcej niż dziesiątki przypowiastek. Uśmiechnął się trochę krzywo. - Miałem wyjątkowo paskudny charakterek za dziecka, więc nie dziwię się, że prawie nikt nie mógł ze mną wytrzymać. Czułem, że muszę wyjść naprzeciwko wymaganiom rodziców, a tak wysoko noszona głowa nie przyprawiała o pozytywny wizerunek. Wynikały z tego scysje... a ponieważ nie potrafiłem się bronić to wplątywałem w to osoby trzecie, które czasem potem też miały mi za złe. - Bycie manipulacyjną kurwą - ale czegoś takiego by przecież nie powiedział! Wystarczyło, że o czymś takim pomyślał. - Samo odkrywanie siebie pośród takiej ilości dzieci niekoniecznie kojarzy mi się dobrze, prawdę mówiąc. Szczególnie, że w zamku mieliśmy parę dusz, które po swojej śmierci ciągle tam wędrują. W tym nadmiernie złośliwego poltergeista, do którego z jakiegoś powodu nadal nie wezwali egzorcysty. - Pokręcił sam do siebie głową i swoich wspomnień, wkładając kolejne czereśnie do koszyka. - Nie pozwalano wam trzymać słodyczy? - Aż przerwał zrywanie, rozbawiony i zdziwiony jednocześnie. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 25.02.2024 Bo tak naprawdę nikt nie chciał być samotny. Nikt tak naprawdę nie chciał iść przez życie całkiem sam, by w ostateczności żyć bez drugiej osoby. Niekoniecznie musiało chodzić o wspólne mieszkanie, codzienne poranki i wieczory wspólnie – bo ileż to było małżeństw, które wolało się mijać, nie mając ze sobą nic wspólnego. Ale mieć to poczucie emocjonalnej więzi z drugą osobą… Nawet jeśli prowadzi się swoje życie, swoją pracę i spotyka co kilka dni, by wrócić do tych swoich pasji przeżywanych na co dzień. Czy to nie było pełniejsze niż te czystokrwiste wymuszenia małżeństw pomiędzy ludźmi, którzy często sobą gardzili, nienawidzili się? Ginewra sama chciała w którymś punkcie założyć rodzinę, ale wiedziała, że nie byłaby w stanie zrezygnować z wykopalisk i tego dreszczu emocji i podniecenia, które się z nimi wiązało. Z zagadkami, szyframi, pułapkami… I nie wyobrażała sobie, że miałaby drugą osobę obedrzeć z własnych pasji i potrzeb. Księcia więc nie szukała, księżniczki też nie; żeby ktoś za nią coś robił, dookoła niej, jakby sama nie miała rąk, albo własnej woli, by wyciągnąć rękę po to, czego potrzebowała. Ale daleka była od tego, by zmuszać drugą osobę do tego, czego by nie chciała. W końcu każdy miał swoje potrzeby. Większe, mniejsze, takie, siakie. I to było w tym świecie właśnie piękne – że wszyscy byli różni. Że byli tak barwni. To ludzie sami nauczyli się tego nie dostrzegać, odwracać oczy, nazywać innością wszystko, co dobiegało od „norm”, które ktoś tam ustalił i zaczął wpajać w ludzkie głowy. A czy to nie ta różnorodność właśnie była najpiękniejsza? Kolory, te ostre, i te pastelowe, a nie ciągła monochromatyczność otoczenia, gdzie każdy w ten sam sposób schyla głowę i w ten sam sposób stawia krok? To była prawda, dużo gadała, i jak już mu kiedyś powiedziała – lubiła błyszczeć, ale nie w ten przesadny sposób, by przyćmić drugą osobę. Może i rozpraszała… i pewnie ktoś, kto miał nieczyste zamiary chętnie by to wykorzystał, ale McGonagall naprawdę takich nie miała; chciała dla wszystkich jak najlepiej, ale zdawała sobie też przy tym sprawę, że nie do końca jest to możliwe, że to utopia, że tam gdzie jest światło, jest również cień. Ale nie tutaj i nie teraz. Jedynymi cieniami były te ich własne, rzucane na trawę, gdy oświetlani byli promieniami słońca. – Nie tylko piękny uśmiech – odpowiedziała mu, wciąż unosząc głowę do góry, choć teraz zamiast gapić się na jego tyłek, to patrzyła mu w oczy. Nie, nie wyczytała w nim żartu, raczej… brzmiało to jak ciche badanie gruntu i jak… całkiem śmiała obietnica. I ona też teraz nie żartowała, chociaż się uśmiechała, w ten sam sposób co wcześniej. Nie, to nie była groźba i Laurent miał rację, że to wywołałoby jej uśmiech… Ale nie tylko. Byłaby też reakcja zwrotna. Całkiem przyjemna dla obojga z nich. To też mogła być obietnica, chociaż bardzo w tym momencie niewerbalna. – Hahaha – roześmiała się już w głos i przymrużyła oczy. Nie, to nie był kpiący śmiech, to było bardzo miłe co mówił, jak nadal ciągnął ten flirt, choć weszli na temat absurdu, w którym to Laurent „opowiadał” jej o Uagadou, którego nigdy w życiu nie widział na oczy. A tak naprawdę to nadal ją bajerował. I czy działało? Oczywiście, że działało. – Widziałeś tam prawdziwe piękno. Powiedziałabym też, że ten Hibiskus musiał ci przysłonić oczy na inne rzeczy – i gdyby nie stał na tej drabinie, to by się już chyba nawet nie powstrzymała i wyciągnęłaby dłoń do jego twarzy. Ale było to niemożliwe, bo to ona trzymała drabinę, by się Prewettowi żadna krzywda nie stała, choć i ją kusiło, by przejechać dłonią po jego nodze, dokładnie tak, jak wcześniej robił to on – nienachalnie, a jednak z odpowiednią intencją. Na razie jednak wystarczał ten kontakt wzrokowy. Ale tylko przez chwilę, bo Laurent w końcu się odwrócił i powrócił do zrywania czereśni, przy okazji mówiąc o tym, że wybrała sobie ten brzydszy kawałek… Nie uważała tak. To znaczy może był brzydszy, ale składał się na całość, jaką był Laurent. Na to, co go budowało, co sprawiało, że był kim był. Miał rację, te słowa mówiły wszystko. Że źle czuł się w szkole, że źle wspominał tamten czas. Przez nauczycieli? Kolegów? Przez siebie…? Te myśli przebiegły przez głowę Ginewry, ale nie zostały tam na długo, bo mężczyzna o urodzie anioła zaczął mówić i rozwiewać te wątpliwości. Ale Ginny nie potrafiłaby go za to potępić, bo dzieciaki… ach, no dopiero się kształtowały. Do pewnego momentu siedziały z rodzicami tylko i wyłącznie, a dopiero w szkole mogły rozwinąć skrzydła i to często było zderzenie z szybą. Kobieta westchnęła cichutko i już się nie powstrzymała, przejechała delikatnie palcami po jego łydce, chociaż był to dotyk bardziej uspokajający, mający dodać otuchy. Nie pomyślała sobie wcale, że był manipulacyjną kurwą. Ot… Wykorzystywał sytuację, po prostu. Jak to dzieciaki. Miał do tego odwagę, więc to robił. Nie pochwalała tego, ale… kto nigdy nie popełnił błędu, zwłaszcza, gdy był dzieckiem, niech rzuci kamieniem. A rzuci tylko ktoś, kto nadal pozostał nadęty i ślepy. – Żadne dziecko nie jest idealne. Ja też byłam w szkole nieznośna – odparła po chwili, chcąc… trochę mu pokazać, że to, jaka była przeszłość, nie definiowała od razu tego, jaką wartość miało się teraz. Ale ona też nosiła głowę wysoko. Nie dlatego, że była panienką z czystokrwistej rodziny, śpiącej na całych kopcach galeonów, a dlatego, że potrafiła rzeczy, które się wielu dzieciakom nie śniły, a które były w Uagadou pochwalane i nagradzane. Bywała zarozumiała, psotliwa, ogrywała dzieciaki w karty i przede wszystkim szczyciła się tym, że szybko zdała trudny egzamin, co pozwoliło jej podjąć nauczanie indywidualne. Ależ wtedy obrosła w piórka… Dosłownie. A czy teraz ktoś by powiedział, że była taką paskudną osobą? Chyba… niekoniecznie? – Hmm… Słyszałam o Marcie? Tej nastolatce? Opowiadał mi o niej Cathal – Cathal – znaczy Cathal Shafiq, szef grupy archeologicznej. – Że umarła w łazience – dodała. Cathal całkiem wyraźnie zarysował jej historię o tej dziewczynie, zresztą trochę o tym porozmawiali. O śmierci ze strachu, być może zawale, bo zobaczyła parę wielkich oczu, usłyszała męski głos… Ginny strzelała, że dziewczyna musiała się czegoś wystraszyć. Ale to były tylko niewiele warte przypuszczenia. – Być może jest zbyt sprytny, uparty i silny, by go egzorcyzmować i wyrzucić. Niektóre poltergeisty takie są. A może jest w jakiś sposób potrzebny w szkole? Chyba ciocia Minerwa kiedyś mi o nim opowiadała – mruknęła i zmarszczyła brwi, przeszukując pamięć. Pamiętała, że po pierwszym roku przyjechali na miesiąc na wakacje do Anglii i widziała się wtedy z siostrą dziadka, więc rozmawiały o różnych rzeczach związanych z nauką. A że w Uagadou dużo uczono o duchach, duszach, poltergeistach, spirytystach i tak dalej, to siłą rzeczy musiało zejść na te tematy. – Czekaj, on miał takie śmieszne imię. Wkurzacz? Eee... Nie. Złośnik? – oczywiście, że coś tam jej dzwoniło, tylko nie w tej świątyni, w której trzeba. – Nie no, pozwalano. Ale nie było gdzie robić zapasy, a słyszałam, że w pociągu do Hogwartu można było kupić słodycze od takiej pani z wózeczkiem – ktoś jej o tym mówił… Może właśnie Cathal? Albo ciotka? Albo Avelina? Już sama nie pamiętała. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 29.02.2024 Niesamowite, jak ludzie w barwach i ich braku potrafili się między tym wszystkim pogubić. I kiedy już się zgubili, a potem brali za tworzenie, to ludzie z zewnątrz tę imperfekcję potrafili docenić, polubić, a nawet - pokochać. Coś niedoskonałego, błąd w zasadzie, mógł zostać wyniesiony do roli najwspanialszego z obrazów. Guinevere nie była doskonała, ale dla Laurenta na taki ideał się jawiła. Lecz przecież on miał tę brzydką skłonność do wynoszenia ludzi dobrych ponad codzienność. Niezdrową, bardzo niezdrową! Tylko jak tu myśleć o tym, że to wszystko było niezdrowe, ze ta adoracja była zbytnio przykryta zapachem czereśni (które zbliżały się niebezpiecznie do wiśni, a wiśnie do..?) i letnim słońcem to tylko dyrdymały ludzkiej głowy, nadmiar energii do przetracenia? To piękno wygrywane było na strunach braku dosłowności, a jednak o zrozumienie nie było trudno. Było wręcz dziecięco łatwo. Obietnica, otworzenie drogi, możliwości. Historia powinna nauczyć, że niektóre drogi jednak bezpieczniej byłoby zamknąć. Zabezpieczyć siebie i innych na nieprzyjemności, jakie tylko jeden człowiek drugiemu mógł zafundować. Problem ze społeczeństwem był taki, że w nim zawsze było aż nader dużo osób, które kamieniami chciały rzucać. Całe stosiki poukładane jeden na drugim. Przy tych klocuszkach śmiech tej kobiety i jej dotyk były prawdziwą osłodą. Pewnie miała rację, że hibiskus przysłonił mu oczy - jego płatki stały się jego powiekami, ale chciał, żeby nimi były. Chociaż dzisiaj, chociaż przez chwilę. Za kilka godzin rozejdą się i każde pójdzie w swoją stronę, czynić swoje dole. W jej ustach nawet nie brzmiało to jak krytyka! Jakby mogła, krytykować za to, że nie widzisz nic, poza pięknym kwiatem? Więc mogli kamienie rzucać. Na pewno by trafili. Nie było zawsze idealnie niewinnych, nie istnieli ci całkiem winni. Nie w sytuacjach społecznych, w emocjach, gdzie nadanie przekazu nie równało się z idealnym jego odebraniem. Czynniki przeplatały czynniki i zamiast pięknej fryzury tworzyły motłoch na głowie. Gniazdo dla wróbla, bo bociany już dawno odleciały. - Dzieci są niezwykle interesowne i okrutne, choć ludzie lubią wierzyć w ich bezinteresowność. - O tym, jak łatwo było zastąpić dziecku rodzica przekonał się najlepiej. Oraz o tym, jak najłatwiej odsunąć od siebie takie dziecko. Więc to nie było tak, że dziecko zawsze rozpozna rodzica, że kocha go BEZINTERESOWNIE. Człowiek był najbardziej okrutną istotą znaną światu. Im dłużej studiował biologię, animalistykę, humanistykę i psychologię w tym większe zdumienie go wprawiała. Pokazywała nowe, chociaż niby takie banalne rzeczy, które powinny być oczywiste... a jednak pozostawały dla nas tajemnicami i wymagały naprawdę BADAŃ. Zaangażowania naukowców, profesorów, specjalistów, żeby usiedli i latami, a nie raz i nie dwa DEKADAMI nad tym pracowali, korzystając również z tego, co zbadano nawet i przed naszą erą. I to było tym bardziej niesamowite, że człowiek ciągle się zmieniał. Ewoluował. Tak na płaszczyźnie mijanych wieków, jak i na płaszczyźnie dziecko-dorosły. - To prawda, że każdy z nas dorasta... chociaż niektórzy nie zmieniają się jakoś... bardzo. Choć powinni. - Uśmiechnął się bez cienia żalu czy przygany, tak bardziej wesoło, bo pomyślał chociażby o Atreusie. Oczywiście, że ten mężczyzna dojrzał, zmienił się, ale Laurent ciągle widział w nim tego dzieciaka... przyćmionego ogromnym brzmieniem. - Nie chciałbym tutaj łajać, skoro pozostaję w sferze ignorancji względem samego procesu egzorcyzmów. Został mi on przedstawiony zaledwie w zarysie. Powody mogą być różne, po prostu... uważam, że żadna dusza nie powinna się błąkać po tym świecie w ten sposób. Szczególnie wśród dzieci. - To było okrutne. Bardzo okrutne. Nawet jeśli te dusze bardzo "chciały" zostać. - Hahaha... Irytek. Miał na imię Irytek. - Wspaniałe imię wymyśliła dla niego za to Ginny. - Przy okazji zmieniania imion duchom... przyznam ci się, że kiedyś w lekko niezręcznej sytuacji w szkole poplątał mi się język i zamiast "Marta" powiedziałem "Martwa". - Aż przysłonił w zażenowaniu dłonią twarz, delikatny rumieniec się na niej pojawił. - Nawet nie wiem, dlaczego ci o tym mówię, więc niech to zostanie naszą tajemnicą. - To było okropne, tak uważał, bo wcale nie chciał urazić tej dziewczyny! - Zgadza się. Jeździła pani, sprzedawała łakocie, niektórzy specjalnie na nią czekali. - Przynajmniej TAK SŁYSZAŁ. - Chyba wszystkie. - Czereśnie, rzecz jasna. Zszedł powoli i ostrożnie na dół i przywołał do siebie koszyk, żeby wręczyć go w czułe rączki Guinevere. - Gdzie odnieść drabinę? - W końcu nie zostawi jej Ginny! RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 01.03.2024 Czy to było niezdrowe? To ich spotkanie tutaj, w sadzie pełnym drzew, a pośród tego wszystkiego – owoców, ptaków, słońca, rosy, która już zdołała wyparować, zapachu roślin, perfum, kolorów… Myśli? Zwłaszcza pośród myśli, tych grzecznych i tych niekoniecznie, tych dwuznacznych i tych całkowicie jednoznacznych, nie poddających niczego domysłom i wątpliwości. Jak te małe gesty, którymi nie uraczyłoby się każdej osoby, ani tym bardziej nie tej przypadkowej. Czy właśnie to było niezdrowe? Myślenie o przyjemności i pokazywanie drugiej osobie kawałka swojego świata i duszy, nawet tej w tych brzydszych odcieniach, których wcale się nie lubiło. To była tylko chwila, momenty, który pryśnie, jeśli tylko wyjdą z tego sadu? A potem będą udawać, że nikt nic nie miał wcale na myśli, a ten dotyk… Ten dotyk był li tylko przypadkowy. Wcale nie wykalkulowany i oceniony na zbadanie sytuacji. To była prawda, że to ludzie ludziom wyrządzali krzywdę, człowiek człowiekowi wilkiem… I jednocześnie to właśnie wśród ludzi znajdowało się oparcie i powodowali te radości, do których tak chciało się dążyć. Laurent był dla niej swoistą niewiadomą; zagadką i szyfrem, który chciała rozwiązać i zrozumieć, co się za nim kryło, dlaczego tak się opatulał tym wielkim murem, w którym dzisiaj otworzył dla niej drzwi. Ginewra niczym rzucać nie chciała, a przynajmniej nie niczym ciężkim i nie czymś, co mogłoby wyrządzić niepotrzebną krzywdę komukolwiek. A zwłaszcza nie Laurentowi – był przecież taki delikatny, taki eteryczny wręcz i jednocześnie wcale nieprzesadnie kobiecy; skandalicznie dobrze wiedział jak powinien się ubierać, a co mu nie pasuje – wcale nie żartowała (nie tak do końca przynajmniej), gdy porównała go, idącego z tą drabiną, do modela na wybiegu. Wiele osób chciałoby wyglądać tak dobrze jak on, prezentować się z taką klasą. Może sama też by chciała; nie była dzikuską, która ubiera byle co i byle jak, miała jakieś tam wyczucie, ale ono bledło przy stylu anglików, którego niezbyt dobrze znała. Chociaż robiła co mogła i chyba nawet wychodziło jej to, by nie wyglądać pośród nich jak klaun. – Bezinteresowności trzeba się nauczyć. To oczywiste, że dzieci są jej pozbawione. Właściwie to nie wiem skąd się wzięło to powiedzenie, że są – doskonale pamiętała siebie jako dziecko. Tak, była ciekawska i może nie było w niej wyrachowania, ale im więcej świadomości siebie zyskiwała… W szkole, jako nastolatka, była naprawdę okropnym ziółkiem. Ależ musiała irytować resztę dzieciaków. A potem… dojrzała. Zmieniła się. Zaczęła spoglądać na świat inaczej, łagodniej, bez wyższości. Sama rozumiała, że to był długi proces, nic co stało się od pstryknięcia palcem. Tematu psychologii trochę liznęła na studiach, ale to nie tę specjalność wybrała. Znała jednak sporo zagadnień z tego zakresu, bo część technik wykorzystywała w pracy wróżbity – w końcu była pełnoprawnym, dyplomowanym lekarzem i miała swoje certyfikaty. – Jedni mają potrzebę zmiany, są bardziej samoświadomi, pracują nad sobą, a inni niestety nie. To normalne. W idealnym świecie oczywiście byłoby inaczej, ale oboje wiemy jak jest – uśmiechnęła się pod nosem, leciuteńko mrużąc oczy. Z zadowoleniem przyjęła, że Laurent nie wzdrygnął się na jej dotyk, tak podobny do tego, którym wcześniej obdarzył ją on. – Mam takie przemyślenie, że jaka szkoda, że nie posłano cię do Uagadou. Myślę, że byś się tam spełnił bardziej niż w Hogwarcie – jego zainteresowania… Zwierzętami, roślinami, naturą ogólnie – w Uagadou rozwinąłby skrzydła. Nauczyłby się też o duchach znacznie więcej niż w „najlepszej szkole” jak to zwykli chwalić się czarodzieje z Wielkiej Brytanii, najwyraźniej nie mając bladego pojęcia o czym rozmawiają. – Poltergeisty lubią stare zamki i domy, nic dziwnego, że zagnieździł się w Hogwarcie. Ale jego obecność nie jest wynikiem śmierci i duszy uwięzionej na świecie, to nie są dusze, ani ludzie – to była po prostu… istota o niekoniecznie dobrych zamiarach, lubująca się w szerzeniu chaosu. I o ile mugole nie potrafili sobie z takim poradzić, to dla czarodziejów poltergeist był jak taki szkodnik. A dla niektórych szkodniki były jak pupile. Może to dlatego trzymali go w tej szkole? A może naprawdę był zbyt potężny i sprytny, by poddać się zwykłym egzorcyzmom. – A tak, Irytek, właśnie. No przecież mówiłam! – uśmiechnęła się rozbrajająco, a potem roześmiała, gdy przyznał się do pomylenia imienia tej biednej Marty. Laurentowi do twarzy było z tym rumieńcem, aż spojrzała na niego nieco mocniej, nie przestając się jednak uśmiechać. – Nic nikomu nie powiem – obiecała – Ale nie mogę obiecać, że tego nie wykorzystam przeciwko tobie. Tak pięknie się rumienisz… – i zmrużyła oczy z zadowoleniem. Zerknęła do koszyk i pokiwała głową, odbierając go od niego. Co zaś tyczyło się drabiny – trzeba ją było odnieść na miejsce i Ginny zamierzała pójść tam razem z Laurentem, nie kłócąc się o to, kto powinien ją nieść. – To co, zjesz ze mną drugie śniadanie? Chleb powinien być już gotowy. Obiecuję, że będzie ci smakować. Nie zamierzała go stąd tak łatwo wypuścić. Koniec sesji
|