![]() |
|
[lipiec 1966] Canto della sirena - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [lipiec 1966] Canto della sirena (/showthread.php?tid=2899) |
RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 13.04.2024 Zabawnym było patrzeć, jak ledwie doba wystarczyła by Erik łasy na komplementy, szukający potwierdzenia własnej wartości i ważności swojej osoby, choćby i w żartobliwym słowie, choćby w zaczepnych pytaniach, teraz nagle jakby zaskoczony, nie był w stanie przyjąć słów takimi jakie były.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=jABpuL5.jpeg[/inny avek]
– Człowiek oczekuje bólu, więc nie wie co zrobić, gdy dostanie bez proszenia odrobinę przyjemności. Odrobinę... zaufania. – Umilkł nagle, rozważając dalsze słowa, ale żadne nie wydawały mu się odpowiednio dobre, odpowiednio słuszne wobec tego czego pragnął, a pragnąć nie chciał. Nie tylko Erik nosił w sercu swoje rany, nie tylko on zwyczajnie bał się i wyczekiwał zdrady, najmniejszego podstępu, zawibrowania powietrza, krzywego spojrzenia, tego momentu, który pozwoli mu w końcu dostrzec skazę i zrozumieć pułapkę w którą wikłał swoje serce. Stalowe oczy zmiękczone niepewnością uśmiechu, łukiem brwi skłonionej w zamyśleniu, w cichości zachwytu krótką chwilą rozmowy pośród gwaru melodyjnych rozmów. Już teraz wiedział, że będzie za tym tęsknić, za tymi momentami, gdy myśli rozpierzchnięte nie wiedziały nic o słowach własnych, cudzych, wtłoczonych magią w głowę i tych wyuczonych podczas żmudnych lekcji. Jakby mógł na moment dotknąć prawdziwej istoty wolnosci. Ludzie powoli milknęli, zajmowali miejsca, podobnie z resztą jak orkiestra. Zaraz muzycy znów mieli się nastroić, zaraz znów na drewnianej scenie rozbrzmieć miały dźwięki niepokojącej popisowej arii złowieszczego Jago, który w pasji miał składać swe credo, wiarę w zło i nienawiść, w zawiść i nicość, która czeka na wszystkich po śmierci. Anthony milczał, uporczywie wpatrując się w oczy Erika, wino grzało się przez szkło wciąż trzymane zdrętwiałymi palcami. A potem znów ujął go za rękę, chwycił pewniej, bardziej celowo niż chciałby to przyznać przed samym sobą. Wstał i pociągnął go za sobą z dala od sceny. Jedna noc, jedna noc, skryjmy się pod ciężarem granatu nieba, przed oczyma tych, którzy nie rozumieją, skryjmy się na jedną noc... – przekonywał sam siebie przeciskając się pośród tych z miejscami stojącymi, którzy nie załapali się na kawałek ławki, a pozostali na rynku zaciekawieni spektaklem. Bezimienni, zaskakująco nie niepokojeni opuścili marmurowy rynek, Anthony musiał być tu nie raz, bo bez pudła znajdował drogę po wiekowym labiryncie mugolskich uliczek zabytkowego miasteczka. W końcu ich stopy trafiły na wąską kamienną ścieżkę pomiędzy wznoszącymi się kamienicami. Samotne latarnie zwisały na misternie zdobionych metalowych ramionach, wszędzie panowała cisza, z tych spokojnych, leniwych cisz, oznaczających sen bądź nieobecność mieszkańców wznoszących się budynków. Widowisko ściągało tak mieszkańców jak i turystów, mogli więc spokojnie iść obok siebie, sącząc wino, rozmawiając dalej szepcząc, śpiewając czy śmiejąc się w głos. Anthony milczał. Pogrążony w rozmyślaniach, dziwnie nieobecny. W końcu podjął, dając dowód na to, że wcześniejsze słowa Erika nie umknęły mu nigdzie, a potrzebowały czasu, jak owoc winorośli, by dojrzeć w nim, sfermentować w odpowiednio ukrytej pod ziemią beczce. – Jasnowidzenie to od wieków kwestia bardzo sporna. To że znasz przyszłość nie oznacza wcale, że możesz jej uniknąć. Czasem też wybierasz mniejsze zło, a przecież zakręty dróżek losu mogą okazać się zdradliwe i to co wydawałoby Ci się łagodniejszym rozwiązaniem, finalnie sprawia... że jest tylko gorzej. Nie zazdroszczę jasnowidzom. Brzemię odpowiedzialności za siebie i bliskich prędzej czy później każdego łamie. – zauważył dziwnie cicho, z zabarwieniem smutku i żałoby, która dopiero miała nadejść. – Są magiczne kultury, które dar ten uznają za przekleństwo. Wieszczów trzymają w klasztorach, gdzie latami uczą się jak nie używać swego daru. Wszyscy w trwodze lękają się efektu motyla, tego, który na drugiej stronie świata swym ruchem skrzydeł wywoła huragan. Niebezpieczna sztuka, igranie z czasem, lecz Departament Tajemnic ma inne zdanie na ten temat. Jak pewnie wiesz... Brak słońca powoli dawał się we znaki. W Anglii taka temperatura odbierana byłaby jako luksus, przyzwyczajeni po tygodniu do trzydziestostopniowych upałów mogli odbierać kojące dwadzieścia za niezwykle chłodne okoliczności. Powietrze było jednak zdecydowanie przyjemniejsze do oddychania, wiatr przynosił przyjemną wilgoć. W końcu Shafiq zatrzymał się przy kamiennym murku sięgającym kolan, wieńczącej ciasny przesmyk. W dole lśniącą nicią wiła się rzeka Tronto, położone krzewy i kwiecie w pełnym rozkwicie nie niosły ze sobą barw, ale ich faktura była widoczna od łuny, którą dawało miasto. Druga część, nowe zabudowania były geograficznie osadzone niżej, w przeciwieństwie do warownej starówki. Deptak ciągnął się wzdłuż białego muru obronnego kilkadziesiąt metrów, aż do łukowanej bramy zapraszającej znów do zabudowań. Tabliczka przy jednej ze stojącej tym razem latarni głosiła, że znaleźli się na Rue delle stelle a rozciągająca się przed nimi panorama nie obejmowała tylko nocnego nieba, ale też ułożone do snu miasto, okalające je winne wzgórza i dalej, za horyzont, gdzie lekka sól wyczuwalna w powietrzu przypominała, że ledwie dwanaście mil dzieli ich od wschodniego wybrzeża półwyspu. Zapatrzony w roztaczający się przed nimi widok, zwilżył wargi białym winem pozbawionym już zupełnie łaskoczących w podniebienie bąbelków. – Chciałbyś kiedyś mieć możliwość, zobaczyć jakby wyglądało Twoje życie, gdybyś urodził się w innym czasie? – zapytał nieoczekiwanie, nie odwracając wzroku od nocnego pejzażu. – W innej epoce? Wiele, wiele lat w przeszłość, lub przyszłość, nie istotne. Po prostu nie teraz, nie w kształcie, do którego my musimy się dopasowywać, a nie on do nas? RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 15.04.2024 Pewny w swej prostocie gest Shafiqa zdziwił Erika na tyle, że w pierwszej chwili nie podniósł się z krzesła. Dopiero przy lekkim szarpnięciu, uniósł się z miejsca i podążył za starszym czarodziejem, mijając przygotowujących się do oglądania kolejnej części spektaklu widzów. Może i opera dobrze się zaczęła, jednak wieczór dwójki Brytyjczyków najwyraźniej również się dopiero rozkręcał i ciężko było określić, w jakich okolicznościach pozostawi ich drugi, a może i trzeci akt. Jedna wielka niewiadoma, a z własnej woli wchodzili w nią coraz głębiej, podobnie jak coraz bardziej gubili się pośród włoskich uliczek. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BV4ty38.png[/inny avek]
— Raczej nie rozmawiamy o tym w domu — odparł, uciekając wzrokiem w bok, jednak ściskając mocniej dłoń Anthony'ego. Nieraz frustrowało go to, że nie może o tym porozmawiać z wujem, jednak podejrzewał, że w rodzinie były osoby, które czuły się tym jeszcze bardziej dotknięte. Godryk Longbottom może i żył wedle żelaznych zasad, jednak chyba nawet on chciałby wiedzieć, co właściwie robi zawodowo jego syn. Gdyby Morfeusz trafił do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, pewnie nie byłoby to aż takim problemem. Bądź co bądź, połowę domowników stanowili pracownicy tejże instytucji. — Dlatego potrzebujemy innych. Żeby się nie złamać — rzucił pewnym głosem. — Niełatwo zaakceptować czyjąś pomoc i wsparcie, ale bez tego sami zapędzamy się w ślepą uliczkę. Każdy potrzebuje siatki bezpieczeństwa, kogoś, kto będzie wiedział, co zrobić, aby powstrzymać upadek. Krążąc pośród kamieniczek włoskiego miasteczka, czuł coraz większą ochotę, aby założyć sweter, który do tej pory spoczywał przewiązany na jego barkach. Robiło się coraz chłodniej, jednak... Nie chciał puszczać dłoni starszego czarodzieja, napawając się tym, że robili coś tak prostego, a zarazem coś, co w Anglii mogło być co najwyżej fantazją, żeby nie powiedzieć fanaberią. Podobało mu się to, że Shafiq się odsłonił. Mały-wielki gest, który miał ich zaprowadzić... W gruncie rzeczy nie wiedział jeszcze gdzie. I to było ekscytujące. Gdy w pewnym momencie skręcili w bok, mimowolnie pomyślał, co by się stało, gdyby szarpnął Anthonym i przyparł go do muru. Na co by się odważył, gdzie postawiliby sobie granice? Gdzie... Zamrugał, gdy nieoczekiwanie zatrzymali się na deptaku i zaraz pokraśniał pod wpływem swoich myśli. Dłuższą chwilę zajęło mu, zorientowanie się, o co właściwie pytał go Anthony. — Chyba każdy by chciał zobaczyć, jak wyglądałoby jego życie w innych czasach. Podejrzewam, że wbrew pozorom romantyzowanie przyszłości może przychodzić ludziom z taką samą łatwością jak miłowanie przeszłości, bo ''kiedyś było lepiej''. Ale żeby zostać w takim miejscu na stałe? — Zmarszczył lekko czoło, poniekąd zadziwiony ilością czynników, jakie wypadałoby wziąć pod uwagę w takiej sytuacji. — Jeśli mam być szczery, to nie jestem pewny. — Zerknął na Athony'ego, jednak zaraz ponownie wrócił wzrokiem do rozpościerającymi się przed nimi krajobrazu. — Przeszłość może okazać się gorsza, niż mówią podręczniki i jeszcze bardziej ograniczająca niż obecne czasy. Z drugiej strony nikt nie wie, co skrywa przyszłość. Rzeczywisty postęp? A może coś kompletnie odwrotnego? Zbliżył się jeszcze bliżej do niskiego murka, po czym opróżnił swój kieliszek kilkoma większymi haustami. Obracał przez chwilę szkło między palcami, pocierając kciukiem fragment czaszy, aż w końcu odstawił szkło na ogrodzenie. Miał nadzieję, że nagłe podmuch wiatru nie zmiecie go w przepaść ku krzewom i płynącej poniżej rzece. Pragnienie przetestowania innego życia było poniekąd naturalne: chyba nie było osoby, która nie zastanawiała się kiedyś nad tym, jak wyglądałoby jej życie, gdyby urodziła się w innym czasie, w innym kraju czy nawet w innym mieście. Dorastanie na wsi, a w sercu wielkiego miasta, to były dwie różne rzeczy. Podobnie status społeczny. Może gdyby przyszedł na świat jako dziecko z innej rodziny, nie byłby mniej szczęśliwy, ale na pewno jego życie byłoby drastycznie inne. Może miałby więcej wolności, a może miałby jej mniej. Nie potrafił sobie wyobrazić sobie tego, jak by to było żyć bez określonego planu. Rodzina może i go nie ograniczyła, jednak na swój sposób narzuciła mu pewną ścieżkę w życiu, której mimowolnie się trzymał. A szczęścia miał sporo, bo mógł zostać nakierowany na drogę, która nie okazałaby się taka miła i przyjemna. Kompletna wolność wyboru i swego rodzaju losowość wręcz go obezwładniała. Nie wiedział, jak odnalazłby się w takim świecie. — A ty? Fantazjujesz czasem, że urodziłeś się parę wieków wcześniej i przeznaczone ci zostać kupcem ze Szwajcarii? — Zerknął przez ramię na swego towarzysza, posyłając mu lekki uśmiech. — A może patrzysz w przyszłość, łaknąc tego, co przyniesie ze sobą rozwój czarodziejów i mugoli? Chociaż wielu czarodziejów przyznawało to ze sporą niechęcią, tak oba światy polegały na sobie nawzajem. Koegzystowały, nawet jeśli rzadko kiedy wchodziły ze sobą w bezpośrednią interakcję, a pewne wierzenia i normy społeczne z kręgów niemagicznych przelewały się do świata czarodziejów, czy to za sprawą mugolaków, czarodziejów półkrwi czy zwykłej obserwacji tego, co działo się za wejściem od Dziurawego Kotła. Erik podejrzewał, że znaczące zmiany w wielu kwestiach kulturowych i społecznych mogły nadejść właśnie przez to, że zostały zaakceptowane i wdrożone przez mugoli. Czy na lepsze, czy na gorsze? Tego nie potrafił jednak stwierdzić. — Czemu pytasz? — spytał gładko, podchodząc bliżej Anthony'ego i stając naprzeciw niego. — Czujesz się ograniczony swoim aktualnym kształtem? — Przekrzywił głowę, błądząc przez chwilę po jego twarzy, jakby nie potrafił skupić się na jednym jego elemencie. To jest, dopóki nie zatrzymał się na shafiqowych ustach. — Ograniczony czasem? towarzystwem? Tym, że jesteś teraz tutaj... ze mną? Mimowolnie pochylił się do przodu, zafiksowany na wargach Shafiqa, sięgając po omacku do ręki mężczyzny, aby odebrać z niej kieliszek białego wina. RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 16.04.2024 – Widzisz, jeśli kiedyś tak się stanie, jeśli nie będziesz znał wyjścia... – zawiesił głos wymownie. Jak to się stało, że akurat przy tej wymianie zdań wyrosła przed nimi ściana zakręcającej kamienicy, a uliczka, którą wtedy eksplorowali, okazała się ślepa? Anthony uśmiechnął się łagodnie ku swemu towarzyszowi i kciukiem zatoczył krąg na wierzchu jego dłoni, gestem wzajemności i niemego zapewnienia. A potem pociągnął go w bok, do wąskiego, nieoświetlonego przesmyku zastawionego małym włoskim samochodem. Przesmyku, który mógł umknąć, ciasny i ciemny, nieoznaczony. Mogę być Twoją nicią, możesz utkać ze mnie swoją sieć, chciał mówić, lecz dusił w sobie niepotrzebne słowa. Nie potrzebowali przecież obietnic, nie chcieli ich w taką noc jak ta, zbyt mało czasu na słowa, skoro zaraz świt miał ich nakryć, odkryć, okraść... Noc nigdy nie zdawała się Anthony'emu krótsza. Niemal czuł jej umierający oddech, miarowy metronom ustawiony na stateczne andante, tempo kroku, sześćdziesiąt jednakowych uderzeń jedno obok drugiego, jak ziarenka piasku przesypujące się w bezwzględnej pustce zamkniętej transparentnym szkłem.
Lecz, gdy dotarli do ulicy gwiazd, okalającej tą część muru, gdy spoglądali przed siebie wciąż trzymając swoje dłonie, zawahał się, może ostatni raz. Cóż jeśli obaj nie potrzebowali iskry rozbuchanego afektu, a właśnie spokojnej, kojącej rozmowy, po rejwachu dźwięku i barw operowego wydarzenia? W końcu jego towarzysz nie czuł się najlepiej... Stąd pytanie, a w raz z nim kojący głos Erika, który mógłby nigdy nie milknąć, który mógłby tym głosem gasić w nim wszelkie wojny, koić lęki, który mógłby obiecać tu i teraz, że wszystko się ułoży, a on by uwierzył ślepo, mimo lat doświadczenia, mimo tony przeczytanych historii, tragedii dziejących się na każdym kroku. I sycił się jego głosem, przyjmując mimowolnie treść. Nie sposób było nie przyznać Erikowi racji. Efekty tego typu dywagacji w fantastyce nigdy nie kończyły się dobrze. Co więcej, liczne filozoficzne analizy wskazywały jednoznacznie, że każda epoka romantyzowała i tęskniła za poprzednią, tak jak ludzie pieścili wspomnienia młodości, dwudziestoletnich burz i poszukiwań, nazywając je "naszymi czasami" zamiast zauważyć, że wciąż żyją i drugie tyle życia przed nimi. Trawa była zieleńsza, nie tyle w innej przestrzeni, nie tylko w ogródku sąsiada, ale też w innych czasach, co znajdowało chociażby odbicie, daleko nie szukając, w rycerskich turniejach, w maskaradach, stylizowanych przyjęciach, w których sam tak chętnie brał udział, a co Longbottom bez pudła mu przypomniał. Czy fantazjował? Och, z pewnością nie raz, z dala od śródziemnomorskiej atmosfery nakłaniającej do filozofowania, rozmyślał o czasach, które miały dopiero nadejść. Rysował je zarówno pod kątem interesów swoich i pomnażanego przez siebie bogactwa, ale nie dało się ukryć, że z zaciekawieniem przyglądał się ruchowi, który burzył konserwatywne mury i tabu wokół związków jednopłciowych. Świat w którym nikt dla uniknięcia skandalu nie byłby zmuszany do małżeństwa, zdawał się światem surrealistycznym, ale wciąż intrygującym. Świat w którym miłość nie byłaby nazywana dewiacją, świat w którym homoseksualni artyści nie byli by gloryfikowani tylko jeśli pominąć ich preferencje i muzy, tych dla których tworzyli latami, z którymi niejednokrotnie żyli latami. To było wszystko cicho zamiatane pod dywan przez purystycznych historyków sztuki. Cóż, albo by to zamietli, albo owi artyści byliby zamieceni... Aż dziw, że ludzie wciąż słuchali Czajkowskiego, czytali Wilde'a... Z drugiej strony Erik pytał o wyobrażenia Anthony'ego w tym konkretnym momencie i rzeczywiście tu już gwiezdne sklepienie i antyczne uliczki, którymi przed momentem spacerowali, przynosiły skojarzenia wybiegające daleko, daleko w przeszłość. Wybiegały do ukochanego Imperium, do czasów, gdy ich relacja mogłaby wyglądać tak pięknie i czysto. Relacja w której oliwienie cudzych ramion przed walką nie byłaby niczym zdrożnym. Podobnie jak wpatrywanie się w arenę podczas starcia championów i późniejszych chwil w wyłożonych poduchami cubiculum, już po wszystkim, gdzie w gestach pełnych uwielbienia mógłby oddawać cześć swemu wojownikowi, opatrując rany, całując sińce, przynosząc ulgę w zmęczeniu. Nie miał pojęcia, jak mógłby o tym opowiedzieć stojącemu obok rozmówcy. Widocznie milczał zbyt długo, bo ten odłożył swój kieliszek i obrócił się ku niemu zadając kolejne pytania. Dziwne pytania, zarzucające mu znów jego brak zainteresowania osobą postawnego obrońcy mężów. Czy nie dał mu dość wskazówek prowadzących do prawdy o nim i prawdy o pragnieniach, które dusił w sobie tak bezskutecznie? Odruchowo zacisnął palce na trzymanej dłoni, bojąc się, że zaraz odebrana będzie mu przyjemność czucia go, choćby w tak ograniczonym stopniu. Ale Longbottom nie odsuwał się, on chciał brać coraz więcej, a Anthony... cóż on zdecydowanie zdawał sobie dosadnie sprawę z tego, ile chciałby mu dać... Nie musiał zadzierać głowy wysoko, nie musiał wspinać się na palce, by widzieć owoc zaproponowany mu przez drugiego mężczyznę. Zahipnotyzowany, półprzytomny chwilą, pochylił się wzajem ku niemu, nieświadom tego, że Erik chce odebrać mu kieliszek. A gdy tylko opuszki palców zetknęły się wypuścił szkło, nie dbając zupełnie o to, że rozlane wino ubrudziło mu nogawkę, a stłuczone kawałki będą chrzęścić pod podeszwą, jeśli tylko postąpi krok. Uwolnioną ręką sięgnął momentalnie do perfekcyjnie wyrzeźbionej twarzy swego półboga, niedoszłego gladiatora. Koniuszek języka miękko położył na jego rozchylonych wargach, jakby szukając zapodzianej rubinowej kropli, smakując pozostawioną na ciepłych ustach winną słodycz, delektując się nią przez ten ulotny moment, nim ciążącym prawem grawitacji zapadł się w swoim słońcu. Z każdym uderzeniem obu serc ów delikatność spalała się bezpowrotnie. Dłoń Anthony'ego ześlizgnęła przez skroń ku włosom, a zdradzieckie ciało przyparte do ciała odsłaniało bezwstydnie zaborczy głód, tak skrzętnie dotąd skrywany za wachlarzem koronkowych niedomówień. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=jABpuL5.jpeg[/inny avek] RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 20.04.2024 Nie chciał, aby doszło do jakiegokolwiek wypadku. Próbował jak najzgrabniej przejąć szkło znajdujące się w dłoni Anthony'ego, ale zawiódł. Ich palce zetknęły się ze sobą za szybko, zbyt nagle, a kieliszek wypadł mu... jemu... im... z rąk. Brygadzista drgnął zaskoczony i odsunął instynktownie dłoń, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Jego wzrok pozostawał zafiksowany na potłuczonym naczyniu i resztce wina, które uformowało małą kałużę, plamiąc też przy okazji ich buty i spodnie. Serce Erika zabiło szybciej, gdy ten rozglądał się gorączkowo na prawo i lewo, jakby oczekiwał, że niespodziewany odgłos zwróci na nich czyjąś uwagę na wyludnionym deptaku. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BV4ty38.png[/inny avek]
Nikogo tu jednak nie było. Tylko Erik. Tylko Anthony. I tylko ręka tego drugiego nieoczekiwanie pogładziła policzek Longbottoma, momentalnie sprawiając, że poświęcił mu swoją pełną uwagę. Przepraszam, zdawało się mówić jego spojrzenie, jakby jakiś cichy nienawistny głosik w jego głowie podpowiadał mu, że powinien spodziewać się krytyki, a w najgorszym razie ciosu, palców zaciśniętych na własnym gardle. Przecież nie chciał, żeby to się wydarzyło. To był wypadek. Przypadek. To mogło zdarzyć się każdemu, ale zdarzyło się im. Pech. Szczęście. Przeznaczenie naginające fałdki ich linii czasu, przyspieszając to, co było nieuniknione. Pocałunek przyjął z zaskoczeniem, w pierwszej chwili stojąc jak wryty. Jego twarz mogła wyrażać szok, jednak ciało zareagowało instynktownie, odpowiadając czułością na czułość, jakiej od tak dawna nie było mu dane zaznać. Odwzajemnił pocałunek, skutecznie ukracając ewentualne wątpliwości co do tego, że mógłby nie być zainteresowany towarzystwem Anthony'ego. Dłonie Longbottoma wędrowały po biodrach czarodzieja, zaciskając się na nich pewnie, jakby prowadził partnera w tańcu. Niektórych kroków po prostu się nie zapominało. Szarpnął delikatnie, przyciągając tym samym do siebie Anthony'ego, skutecznie likwidując dzielący ich dystans. Teraz to on napierał na niego ciałem, dbając o to, aby nie pozostawić między nimi zbyt wiele przestrzeni. Czy wiedział, że tak zakończy się ta noc? Nikt nie był wszechwiedzący, a już na pewno nie Erik, jak bardzo nie chciałby przyznawać się do tego na salonach. Miał jednak nadzieję, która zdawała się rozkwitać z każdym dniem spędzonym w towarzystwie dyplomaty. Był w jego typie, ale był też wyzwaniem. Zwłaszcza na poziomie intelektualnym. Jednak teraz to zdecydowanie fizyczne odruchy wygrały ze zdrowym rozsądkiem. Odgłosy obijających się o siebie warg i ciężkich oddechów grzmiały w uszach Longottom, a kiedy oderwali się od siebie, sapnął gwałtownie. Chwilę przerwy od czułości wykorzystał, aby chwycić rękę Anthony'ego i wsunąć ją głębiej w swoje włosy, tam, gdzie były one bardziej gęste. Nachylił się nad czarodziejem, gotów obdarować go kolejnymi czułostkami, gdy niespodziewanie ich spojrzenia się zetknęły. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo szare były jego oczy, ale też jak inne mu się teraz wydawała. Z zahartowanej w ogniu stali w odcień burzowych chmur, zwiastujących walkę z żywiołem. RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 20.04.2024 To był krótki moment, ułamek sekundy, to było mgnienie gdy wraz z brzękiem tłuczonego szkła zobaczył jego rozkojarzenie i strach odbijający się w ziemisto-oliwkowej tęczówce i poczuł momentalną swoją na to niezgodę. Nie znaczyło to, że nie miałby ochoty poczuć pod zaciśniętą dłonią drżącego jabłka Adama, w gwałtownym spazmie łapiącego resztki powietrza, w nieufnym ciele a ufnym umyśle zalanym euforią. Kara jednak zawsze winna być w ciasnym warkoczu z ekstazą i przyjemnością, być elementem gry, nigdy środkiem w rozmowie, argumentem w dyskusji. Lecz wbrew tej myśli, ów obawa tylko podsyciła w nim pragnienie, w tamtej chwili bowiem wiedział, czuł całym sobą, że znienawidziłby każdego, kto ów strach by w Eriku pielęgnował, kto sprawiłby, że taka błahostka mogłaby wywołać niewspółmierny ból. Znienawidziłby każdego, kto próbowałby złamać człowieka tak pięknego, jaki stał teraz przed nim w całej swej okazałości.
Oddawał się pocałunkowi z pasją i głodem, z zaborczą chęcią zawłaszczenia dla siebie i tylko dla siebie skarbu, który wpadł mu w ręce, który giął się i prężył pod jego dotykiem. Chłodna bryza wzmagała podniecenie, Słońce trzymane w objęciu paliło rozkosznym blaskiem młodzieńczej żarliwości. Dał się poprowadzić, dał się zaskoczyć tym prostym gestem, prośbą, deklaracją złożoną w jego dłoń na szczycie punktu widokowego małej mieścinki na wschodnim wybrzeżu półwyspu apenińskiego. Dał się pozbawić przez moment tchu, czy wszelkiego pomyślunku, wracając znów do słodkich winem ust, napierając na niego i obejmując go ciasno, choć wciąż skąpiąc ruchu, torturując i karząc tak jak powinno to być zrobione, bez rysy na uwielbieniu, które pragnął mu tej nocy ofiarować. Płonął i czuł pożar przez nieznośne bariery bawełnianych cienkich koszul. Czy starczy nocy by go ugasić? Nagle dalsze plany, nagle obiecany deser stały się tak nieznośnie ciążące na sercu, próżno było szukać w Anthonym jego stonowanej metodyczności, harmonogramu, którego nikt nie był dotąd w stanie ukruszyć, jego orientacji na raz obrany cel, który punkt po punkcie zdobywał... Szczęśliwie, w pokoju hotelowym wciąż pozostawało wino. Zassał jego dolną wargę, nadgryzając ją na zwieńczenie, obietnicą rychłego do pieszczot powrotu. – Wracamy – oznajmił mu krótko, nie pytając tym razem o zdanie i odsuwając się może nazbyt gwałtownie. Nie pił, choć czuł się absolutnie pijany. Przymknął oczy by skupić się choć na ten krótki moment, poczuć oddech morza na skroni, nocny cichy płaszcz, skupienie na jeden skok, a potem... potem przyjdzie mu utonąć, nigdy nie czuł się bardziej gotowy na śmierć. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=jABpuL5.jpeg[/inny avek] RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 24.04.2024 Może czarnowidztwo Longbottomowie mieli jednak we krwi? Na co dzień Erik przypisywał tę cechę przede wszystkim swojej siostrze, która zwykła wszędzie wypatrywać potencjalnych źródeł problemów i niechybnych kłopotów, a wiele wskazywało, że sam był niewiele lepszy. Teraz gdy na nowo oddawał się rozpalającym zmysły namiętnościom i ulegał potrzebom własnego ciała, nie potrafił nie zakładać najgorszego. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BV4ty38.png[/inny avek]
Nie każdy człowiek był zły. Nie każdy chciał go skrzywdzić. Po prostu każdy miał inny temperament. Nie sposób było z góry zgadnąć, kto jak zareaguje na dany bodziec. Mimo to trudno było zaufać drugiej stronie, gdy raz zostało się zranionym. Zwierzę nie podejdzie zbyt chętnie do ogniska, gdy ostatnie wspomnienia związane z płomieniem były naznaczone bólem, niezrozumieniem i złamanym sercem. A jednak w chłodną noc ciężko było nie dać się zwieść temu ciepłu na pokuszenie. Kto właściwie zaczął tę grę? Erik, który przez wiele dni pielęgnował w sobie poczucie respektu i podziwu wobec starszego mężczyzny? A może Anthony przez to, że w bratanku swego przyjaciela dostrzegł kogoś nęcącego, kto byłby w stanie zaspokoić nie tylko jego fizyczne fantazje, ale też potrzebę znalezienia porozumienia z drugim umysłem? Czyżby oboje byli winni temu, że ta partia skończyła się w taki, a nie inny sposób? Jaki moment przeważył? Przeciągał pocałunki, jednak darował sobie wszelkiego rodzaju figle. Nie szarpał zębami warg Anthony'ego, nie odmawiał mu własnych ust, pozwalając mu wziąć to, co miał na wyciągnięcie ręki. Jednocześnie jego własne dłonie błądziły po ciele dyplomaty, kreśląc coraz to bardziej zawiłe wzory na jego ubraniu, wpijając palce w drogi materiał, pragnąc dostać się do kilometrów skóry, które były pod nim skryte. Badał. Eksplorował. Sprawdzał. Szukał reakcji. Dreszczy. Cichego jęku. Zjeżonych włosków na karku. Poczynał sobie coraz śmielej, nabierając przy tym pewności siebie, dopóki Shafiq nie ukrócił tej przygody, odrywając się od niego. — Mhmm — mruknął, nie potrafiąc sklecić zrozumiałego zdania, które stanowiłyby przypieczętowanie tego układu. Zagryzł dolną wargę, szarpiąc frywolnie miejsce, które chwilę temu przygryzł Anthony. Zerknął kątem oka w stronę oddalonego lokalu, który mieli w planach zwiedzić. Teraz już nie było takiej możliwości. Chociaż dla żadnego z nich ukrywanie się na widoku nie byłoby pierwszyzną, tak nie wiedział, czy zdołaliby przeprowadzić jakąkolwiek rozmowę w kawiarni bez względu na to, czy posadzono by ich na zewnątrz, czy w środku. Czekanie na posiłek i sama uczta byłyby niczym tortura dla ciał, umysłów i ich nadszarpniętej zębem pragnienia cierpliwości. Erik zaszedł mężczyznę od tyłu, objął go pewnie w pasie i musnął wargami szyję, odsuwając nieco zaciśnięte wokół szyi czarodzieja wiązanie swetra. Gest zachęty? Obietnica tego co ma nastąpić? A może nieme potwierdzenie tego, że był gotów zdać się na niego, bez względu na to, gdzie zakończą tę noc? RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 25.04.2024 Równowaga, balans i koncentracja. Zapach morza, chłód nocy, nieme skupienie na tym, by złapać tą nić energii, szarpnąć splotem i...
...nie był pewien czy pierwsze co poczuł, to ciężar rąk na biodrach, czy ciepły oddech na swojej szyi. Odchylił głowę momentalnie, eksponując szyję spragnioną pieszczoty, z cichym jękiem zniecierpliwienia, przylgnął całym ciałem do Erika, poza jakąkolwiek kontrolą ocierając się o niego, jak wąż pełznący po rozgrzanym konarze układający się w ciepłych promieniach słońca na drzemkę. Próżno jednak było szukać w Anthonym chęci snu, gdy jego strażnik pobudzał go bardziej niż sześć szotów espresso wypitych na raz. – Przessstań – wysyczał nagle, drugi raz odsuwając się gwałtownie, a powietrze świszczało przez zaciśnięte, odsłonięte ostrzegawczo zęby w prędko nabieranych oddechach. Oskarżycielsko wyciągnął w jego stronę wskazujący palec, jakby ręka w przeproście miała zagwarantować dystans między nimi, jakby ów palec miał być barierą nie do przebycia. – Nie chcesz chyba, żebym nas aportował w sam środek Alp w jakąś śnieżyce? Okno jest otwarte tylko w recepcji więc musisz się zachowywać! – karcił go, pouczał ale jego własna myśl sama uciekała do rozchylonych zapraszająco warg. Palec zniżył się z poziomu nosa, do ust, a wyobraźnia pognała do pytań, cóż by się stało, czy byłoby to aż tak złe wsunąć go do środka, poczuć jak ostre zęby ma jego towarzysz, jak miękki i giętki język, jak mocno potrafiłby... Śmiechy dochodzące z alejki z której przyszli tysiące lat temu wybiły go z fantazji, a zamglone stalowe oczy nabrały ostrości. – Zachowuj się – powtórzył, choć w sumie nie było już takie pewne, czy mówił do siebie czy do Erika. Złapał go mocno za nadgarstek, w drugiej ręce pojawiła się cisowa witka i momentalnie znaleźli się w znajomych kremowych przestrzeniach recepcji. Stali na pięknej mozaice przedstawiającej rybi staw, jak widać we Włoszech kręgi teleportacyjne miały spójną estetykę. Shafiq od razu ukrył różdżkę, pozostawiając swoją dłoń głęboko w kieszeni, by uniknąć zbędnych pytań. Mrużąc oczy w dwóch krokach podszedł do lady. Zaniepokojona recepcjonistka od razu podjęła z nim rozmowę, toczącą się w całości po włosku. –Non preoccuparti Mirabelle, è solo un'emicrania. Non poteva sapere che le luci intense avevano questo effetto sui miei occhi. No grazie, abbiamo tutto quello che ci serve in camera. Si prega di annullare il trasporto mentre siamo già lì. Buona notte. Ciao! – zgarnął z lady klucz i ruszył korytarzem do pokoju, do kryjówki, do wytłumionej, bezpiecznej przestrzeni. Był czujny, jeśli Erik chciał mu cokolwiek powiedzieć, lub nie daj bogowie dotknąć go, groził mu tylko w ten sam sposób co na tarasie widokowym, unosząc palec i gromiąc go spojrzeniem, licząc, że to wystarczy, że zrozumie. Był na granicy, czuł jak bardzo nie kontroluje swoich odruchów, swoich pragnień, powodzi, która zalewała go przez zrujnowaną tamę. A ten brak opanowania drażnił go, irytował i ekscytował bardziej niż pierwsze smocze jajo, które znalazło się w jego kolekcji. Złocisty klucz powędrował do chronionego zamka, którego nie dałaby rady otworzyć byle jaka alohomora. Wszedł pierwszy do ciemnego holu, w którym jeszcze przed chwilą wybierali dla siebie swetry w szafach o lustrzanych drzwiach. Kiedy tylko Erik znalazł się w środku i być może chciał się obrócić by zamknąć drzwi za sobą, Anthony naparł na niego mocno, zamykając drzwi nim. Usta zderzone z ustami, ciało do ciała, tylko ręka z kluczem gdzieś na ślepo próbowała zamknąć pokój, ale żeby to było jakkolwiek ważne, złoty klucz w końcu upadł na podłogę, a obie dłonie już pełzały pod bawełnianą koszulką zadzierając ją ku górze. Rękawy swetra, który jedyny swój użytek znalazł tego dnia w formie szala i pledu, rozluźniły się na tyle by opaść bezładnie na podłogę, zaraz potem dołączyła do tego erikowa koszulka ciśnięta przez Anthony'ego gdzieś bezmyślnie za siebie. Biedak nie mógł się zdecydować gdzie chce osadzić swoje ręce, czy zatopić palce raz jeszcze w brązowej czuprynie, czy przejechać paznokciami po karku i szerokich plecach, objąć barki, a może wbić kciuki w kości miednicy wyłaniające się znad linii paska. W chaosie więc błądził, zachłannie i mało delikatnie. Chciał wszystko na raz, teraz, kiedy nikt, kiedy nic nie stało im na przeszkodzie, kiedy mieli całą przestrzeń tylko dla siebie, kiedy pytania o wzajemność wywietrzały z pierwszą żywiołową odpowiedzią drugiego ciała, z naciskiem, z kradzionym sobie w pocałunku oddechem. – Sei così caldo...– powiedział głupio, ale przecież nie myślał już wcale, tylko czuł i pragnął, tonąc w objęciu, obsypując pocałunkami twardą linię szczęki, szyi, przez obojczyk w bok do barku, wyznaczając nowy szlak na odsłoniętej gorącej skórze. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=jABpuL5.jpeg[/inny avek] RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 29.04.2024 Wydął w niezadowoleniu dolną wargę, gdy Shafiq przerwał ich kolejne zbliżenie. I tylko po to, aby pogrozić mu palcem! Uniósł teatralnie oczy ku niebu, jakby nie miał pojęcia, co takiego złego zrobił. Zaczynał przypominać nauczyciela karcącego swego podopiecznego i była to wizja, która... Wydała mu się teraz nadzwyczaj adekwatna. Starsi i bardziej doświadczeni przywykali do stawiania warunków i ustawiania całego świata pod siebie, ale to młodzi testowali granice. Taki już był ślad. I chociaż Erik nie wykazywał się zbyt często buntowniczymi pobudkami, tak teraz chciał zagrać swemu towarzyszowi na nosie. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BV4ty38.png[/inny avek]
— Bo co? — rzucił buńczucznie, zbliżając usta do palca starszego czarodzieja na tyle, aby poczuł na skórze każdy wydech ciepłego powietrza spomiędzy jego warg. — Zarzucisz mnie stertą swojej dokumentacji? Złożysz skargę? Aresztujesz mnie? Zakujesz w kajdanki? — Jego oczy zabłysły przy ostatniej propozycji, a głos stał się bardziej ożywiony. Ułożył usta w literę ''o'' i dmuchnął na palec Anthony'ego. — A śnieżyca nie byłaby taka zła. Od tego się nie umiera. Zwłaszcza, jak ktoś wie, jak się odpowiednio ogrzać. Poza tym... Nie zdołał dokończyć, bo wtedy w jednej z alejek prowadzących na deptak wydobywała się salwa głośnego śmiechu. Męskiego? Kobiecego? Erik nie był pewien, jednak jeden z nich wybrzmiał ostrzej. Wyżej. Ciął w uszy, zamiast jedynie je pogłaskać. Intruzi, pomyślał z niezadowoleniem, że ktoś postanowił pójść w ich ślady. Nie minęło aż tyle czasu. Opera na pewno dalej trwała, a jednak ktoś się z niej zerwał i kierował się w ich stronę. A niby to było takie kameralna, cholera jasna, miejsce. — Uważaj, bo wezmę to sobie do serca na resztę nocy — zagroził, a nim się zorientował, Anthony przeniósł ich z powrotem do hotelu czarodziejów. Już tradycją przy tego typu podróżach było to, że żołądek Erika samoistnie zawiązał się w supeł i zakręciło mu się w głowie, gdy wylądowali na kręgu teleportacyjnym, jaki został skryty w lobby w formie mozaiki przedstawiającej rybi staw. Erik nie oponował, gdy Shafiq puścił jego rękę i ruszył do lady, za którą czekała recepjonistka. Skonfundowany nagłą zmianą miejsca, zamrugał parokrotnie i ostrożnie zszedł z kręgu. Zamiast jednak dołączyć do Shafiqa, skierował się w stronę korytarza, który prowadził do ich pokoju. Nawet nie słuchał tego, co mówił Anthony. I tak by nie zrozumiał. — Gdzie ci się tak... — zaczął rozbawiony, jednak zaraz urwał, gdy Shafiq znowu zaczął wymachiwać mu palcem przed nosem. Parsknął cicho, kręcąc jednocześnie głową. — Naprawdę? I jeszcze to spojrzenie. Korciło go, aby sprawdzić, jak daleko jest w stanie go popchnąć. Chciał chwycić go w pasie i docisnąć do losowych drzwi. Chciał go klepnąć w ramię, złapać za rękę. Nie zrobił tego jednak. Płomień potrafił ogrzać, ale był także w stanie kogoś poparzyć. A tej nocy Erik nie chciał się sparzyć, jeśli mógł tego uniknąć. Za to nie miałby nic przeciwko temu, aby pławić się w przyjemnym cieple, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia i odseparowania od świata na zewnątrz. — Coś ci nie idzie — skomentował cicho, opierając się ramieniem o ścianę, gdy Anthony walczył z zaklętym zamkiem. A potem z nim wygrał i praktycznie wciągnął go środka. Erik wciągnął gwałtownie powietrze, gdy został popchnięty na drzwi, które domknęły się pod wpływem jego ciężaru. Jedną dłoń oparł na szyi mężczyzny, gładząc palcami jego szczękę, a drugą wplótł we włosy Anthony'ego, zmuszając go do przeciągania pocałunków mimo utraty tchu. Przeszył go dreszcz, gdy nagle zgubił zarówno sweter i koszulę. Przywarł plecami do drzwi, unosząc czoło w górę, eksponując tym samym swoją szyję. Skoro Shafiq zatapiał się w ciało Longbottoma, to młodszy czarodziej pozwalał na to, aby to kolejne ruchy Anthony'ego formowały jego kształt. Gdy dyplomata nieoczekiwanie się odezwał, Erik chwycił go zdecydowanie w pasie i szarpnął, sprawiając, że zamienili się miejscami. Naparł na przyszpilonego do drzwi Anthony'ego, chcąc jak najbardziej utrudnić mu ewentualne ruchy, co by przypadkiem znowu nie doprowadził do zamiany miejscami. Oparł delikatnie dłoń na jego gardle, po czym pocałował starszego czarodzieja jeden raz, a potem drugi... Gdy poczuł pod palcami, że Anthony przełyka ślinę, zjechał ustami niżej; najpierw na szczękę, a potem na szyję, drażniąc delikatną skórę dyplomaty, decydując się w pewnym momencie na lekkie szarpnięcie jej zębami. RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Anthony Shafiq - 29.04.2024 Bywały takie dni, choć było ich zdecydowanie mniej niż kiedyś, gdy Anthony zastanawiał się z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni, jak by to było, gdyby ktoś go aresztował. W sposób naturalny łączyło się to z raczej mało przyjemnymi skojarzeniami: ten cały bałagan do posprzątania, sznurki, które należałoby wytrącić śledczym, argumenty i przede wszystkim strumień gotówki, który powinien być wpompowany w prawników. Oczywistym było w tych słowach, jakie wypowiadały tu i teraz doskonałe linie uśmiechniętych ust, wargi odsłaniające cudnie białe zęby, tak drażnił go fakt, że wciąż nie wiedział jak ostre potrafiły być, oczysistym było więcej z dziedziny zawodu Erika. Przeszli płynnie od biurokracji księgowych, po codzienność brygadzisty. Nigdy jednak Shafiq nie sądził, że wizja złocistych magicznych kajdanek na własnych nadgarstkach i długie wycięczające przesłuchanie, mogłyby nagle zagościć w jego myślach na stałe i to nie w dziale obaw, a często odwiedzanych fantazji. Nie sądził, aż do dziś.
Erik droczył się z nim i zaczepiał go, nawet jeśli tego nie robił i ponoć się powstrzymywał. Wystarczyło poczucie jego spojrzenia na sobie, wystarczył szelest materiału, zapach wody kolońskiej i smak słodkiego czerwonego wina, który spijał z jego ust ledwie chwilę temu, ponad czterysta mil od miejsca w którym teraz byli. Surrealistyczne choć normalne wrażenie dla ludzi obdarzonych ich umiejętnościami. Wciąż prawdziwe, wręcz namacalne pożądanie unosiło się w powietrzu, napięcie które tylko wzmagało, przez uszczypliwości młodszego czarodzieja. Nawet nie był świadom ile samokontroli od Anthony'ego wymagało dotarcie do pokoju. Ktoś tu jednak musiał być odpowiedzialny. Chociaż trochę... Tego wieczoru młody Longbottom po trzykroć fantazjował na temat brutalnego gestu, zagarnięcia w potrzask drugiej osoby, zdominowanie jej w sposób absolutny i bezpośredni, wykorzystując zdecydowanie argument siłowy. I w końcu przy trzecim razie impuls przerodził się w czyn, a głuche uderzenie plecami o drzwi skruszyło do reszty wszelkie bariery dyplomaty, którego wcale już nietłumiony, przeciągły jęk dosięgnął uszu Erika. Czy się bronił? Och tak, szarpał się zajadle, nie odrywając się przy tym od ust swego oprawcy, napierając na niego na tyle ile dawał mu przestrzeni, nie dając pola do wątpliwości, jak bardzo odpowiada mu to w jakiej dynamice, w jakiej sytuacji się znaleźli. Nawet gdy odpychał jego barki, drapał kark, zatapiał palce głęboko w gęste włosy i szarpał boleśnie w tył, próbując zmusić go do tego, by się odsunął... W tej aurze sprzecznych sygnałów i rwanych oddechów, delikatność zdecydowanie nie była tym czego chciał, choć nie było to wykluczone, że w swej złośliwości Erik zamierzał go tą słodyczą torturować. Cóż, pozycja wgniecionego w drzwi była zdecydowanie kiepską pozycją do negocjacji. – Più forte, mordi più ... ach... mocniej Erik, wgryź... błagam... się porządnie... ja... chce... – dyszał ciężko, w końcu znajdując odpowiedni język. Orał przy tym paznokciami jego żebra, metodycznie schodząc coraz niżej do paska, który wciąż, ku jego bezbrzeżnej irytacji, z jakiś niezrozumiałych powodów był zapięty. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=jABpuL5.jpeg[/inny avek] RE: [lipiec 1966] Canto della sirena - Erik Longbottom - 04.05.2024 Warknął z niezadowoleniem, gdy okazało się, że Anthony dalej miał siłę na to, aby ciskać w niego kolejnymi słowami. Przez moment łudził się, że jego partner pozwoli się zatopić w nadchodzących rozkoszach, w jakich miał nadzieję utopić tej nocy ich oboje, jednak najwyraźniej nadal miał w sobie sporo woli walki. Błagania mieszały się z żądaniami, zakrawając na desperację, gdy starszy czarodziej musiał robić coraz to dłuższe przerwy między kolejnymi komunikatami, byleby tylko zaczerpnąć kolejny haust powietrza do płuc. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BV4ty38.png[/inny avek]
Mawiało się, że kto mieczem wojuje ten od miecza ginie. Shafiq miał obecnie potrzeby, które tylko Erik był w stanie spełnić, jednak czy wiedział, na co się pisał? Czy Longbottom wiedział, gdzie zaprowadzi kolejny pocałunek, kolejne zaciśnięcie zębów na skórze? Do czego popchnie go pojękiwanie spragnionego bliskości serca drugiego mężczyzny? Do tej pory drażnił go leniwymi ruchami, testując jego opanowanie, tak jak on chwilę wcześniej wystawiał na próbę jego własną cierpliwość. — Masz... Masz na myśli... Coś takiego? — wymruczał między przerywanymi oddechami, muskając ustami szyję dyplomaty, pozwalając, aby po chwili spłynęła po niej jego własna ślina, jak gdyby chciał przygotować drugiego czarodzieja na to, co miało dopiero nadejść. Nagle zalała go fala gorąca, gdy przygryzł skórę jego szyi. Wessał ją między zęby, składając na niej mocny pocałunek, czując, że ciało mimowolnie buntuje się pod niespodziewanym naciskiem. Naparł mocniej na sylwetkę Anthony'ego jakby chciał wcisnąć go w drzwi, a może wyważyć je tylko po to, aby przenieść ten dwuosobowy spektakl na wychłodzony korytarz ich azylu. Tak długo odmawiał sobie przyjemności poważnego obcowania z drugą osobą, że praktycznie zapomniał, jak bardzo tęsknił za tego typu bliskością. Gwłatowną, acz pełną namiętności, w której było tyle samo skupienia, co chaosu, który nadawał każdemu splątaniu ust i języków zupełnie nowej energii, wypalając w umyśle nie tyle wspomnienia, ile zapis wrażeń i odczuć, od których zarówno jedna i druga osoba dostałaby gęsiej skórki, ilekroć przypominałaby sobie o danej nocy. Podczas gdy dłonie Shafiqa nieśmiało błądziły po erikowym pasku, Longbottom oderwał się od szyi mężczyzny, przełykając głośno ślinę. Odchylił się nieco, aby spojrzeć w błyszczące w mroku szare oczy swojego towarzysza. Chciał mówić do niego, ale ilekroć otwierał usta, z gardła nie wydobywał się żaden dźwięk. Mógł się z nim droczyć, mógł go zagadywać, zarzucić propozycjami, rozpalić wyobraźnię, ale zamiast tego... Szarpnął go agresywnie za koszulę, zrywając dwa najwyżej położone guziki, które zaraz potoczyły się po podłodze. Pokusa obdarowania kolejnego ujawnionego kawałka ciała nową falą pocałunków była kusząca. Tak samo, jak cała osoba Anthony'ego wypalała Erikowi zmysły, pozbawiając go przy tym umiejętności logicznego myślenia. Działał chaotycznie, ze zdecydowaniem, które zapewne szybciej zaklasyfikował go do działania dzikiego zwierzęcia niźli człowieka. Wpił się ponownie zębami w szyję Anthony'ego tym razem atakując od drugiej strony, mimowolnie czerwieniąc się na myśl o śladach, jakie mężczyzna dostrzeże z rana w lustrze. Na tym jednak nie skończył. Gest ten miał jedynie za zadanie odwrócić uwagę starszego czarodzieja. Erik zaraz zacisnął obie pięści na piersi, zaciskając ze zdecydowaniem palce na drogim materiale koszuli, po czym agresywnie zaczął ciągnąć Anthony'ego w stronę pogrążonego w ciemnościach salonu. Sekretarzyk. Fotel. Sofa. Nie wybiegał myślami poza pokój, w jakim się znaleźli, zamykając się w mikro-świecie ,jaki teraz stanowiła główna sala apartamentu. Jego wzrok padł na kanapę, na której jeszcze kilka godzin temu toczyli zaciekłą wymianę zdań. Wszystko wskazywało na to, że teraz miała się tam odbyć inna potyczka. Pchnął agresywnie mężczyznę w stronę mebla, nie dając mu jednak chwili wytchnienia, aby zaraz znaleźć się nad nim, gdy oboje wylądowali pośród rozłożonych na kanapie poduszek. |