Secrets of London
[1.06.1972] Vampire song | Laurent & Astaroth - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [1.06.1972] Vampire song | Laurent & Astaroth (/showthread.php?tid=3040)

Strony: 1 2 3 4


RE: [1.06.1972] Vampire song | Laurent & Astaroth - Laurent Prewett - 08.06.2024

Astaroth miał rację, Laurent w tym momencie nie był ani obiektywny, ani nawet rozsądny w tym, co mówi. Czy spadek adrenaliny we krwi był tutaj jakimś usprawiedliwieniem? Cokolwiek stało się w życiu Astarotha, że tak skończył, jakoś nie miał wątpliwości po ich pierwszym spotkaniu, że chyba nie było osoby teraz na tym świecie, która nienawidziłaby go bardziej od siebie samego. Był maszyną do zabijania stworzoną do żywienia się na ludzkiej energii. Laurent nie ufał mu nawet sądząc, że jest człowiekiem. Trzymał swoją gardę nie wiedząc, czego się po nim spodziewać, bo w jego świecie był nieobliczalny. Kiedy zaś dochodził do tego głód krwi to nie ciężko o to, żeby upewnić się o zaciskaniu palców na rękojeści różdżki. Słowa powinny być ukojeniem, a on takim ukojeniem chciał być. Mogli się nie zgadzać do końca ideologicznie z Geraldine, nie była święta, jej moralność miała inny próg niż Laurenta, ale nie uważał jej przez to wcale za złą osobę. Robiła to, do czego się szkoliła całe życie, była profesjonalistką, podziwiał ją. Dlaczego jej brat, z którym ciągle mieszkała, miałby zostać stracony przez coś takiego?

Podparł się dłonią o ścianę i na chwilę przystanął. Laurent wiedział. Dotarło do niego z całą swoją mocą w tamtej łazience, co zostało mu włożone w dłonie. Wiedział też, że granica, na której stali z Astarothem była bardzo cienka. Drżała. Gdyby chciał się go pozbyć to już próbowałby to zrobić, za tym jednak ciągnęły się potencjalnie konsekwencje gorsze niż za zszarganiem reputacji rodziny, gdyby przyszło Prewettowi powiedzieć nieodpowiednim osobom parę nieodpowiednich słów. Co najwyżej byłby skandal, ale przecież nie z takimi wyzwaniami czarodzieje sobie radzili. Straszne, jaką władzę miała opinia publiczna. Jak wiele trzeba było się napocić, żeby przed tłumem nieznanych ci ludzi wypaść dobrze, żeby cię nie skreślili ze społeczeństwa. Odetchnął, poprawił koszulę, zapiętą już na ostatni guziczek, i usiadł. Ostrożnie jednak, wcale nie siadając w pełnym komforcie, ale również nie tak, jakby zaraz miał się rzucić do ucieczki. Bestia została nakarmiona, tak? Na pewno chciała więcej. Głód wampirzy był ponoć niezaspokojony, a z drugiej strony pisali, że zajadały się pasztecikami. Tyle przesądów dotyczyło ten efekt nieudanego zaklęcia, tę klątwę, że ciężko było odróżnić legendę od faktów.

Astaroth nie był spokojny. Był wszystkimi emocjami, ale nie spokojem. Poprawiał się, kręcił, gdyby mógł oddychać to oddychałby chyba szybciej. Był zestresowany i pewnie podniecony - jak na wampirze standardy podnieconym można być. W końcu ciało było martwe. I ten niespokojny wampir mówił mu o tym, że przeprasza, że błąd, że... może byłby w stanie coś zrobić. Laurent nie odpowiedział od razu, przyglądając się temu biednemu człowiekowi. Było mu go szkoda. Oczywiście, że było mu żal, że przeżył własną śmierć, to nie powinno tak wyglądać. Nie powinno mu nic złego grozić.

- Jak szybko role się odwróciły... - Powiedział cicho, wynurzając się ze swoich myśli. Przecież może z pół godziny temu pytał o coś podobnego. Odetchnął. - Czy rozumiesz, dlaczego wampiry potrzebują krwi? - Nie znał się na atanomii, ale na nekromancji całkiem nieźle. - We krwi krąży energia ludzi. Wampiry żyją pożyczonym życiem. Utrzymują się tu tylko dzięki energii innych, bo sami są jak puste naczynia, podczas gdy ludzie są naczyniem zapełnionym zdolnym do regeneracji tej energii. - Poświęcał temu trochę czasu przy okazji widm i felernego Beltane. - Dążę do tego, że jeśli ktoś byłby w stanie przekazać ci energię dobrowolnie to choć podejrzewam, że nie ma szans zastąpienia normalnego odżywiania to z sądzę, że pomoże w kontroli. - Powinien mu to wszystko mówić? Jasne, że nie. Chciał go jednak trochę uspokoić. Trochę... nawiązać z nim jakieś połączenie. Relację. Zapewnić, że nie siedzi przed nim wróg, na którego ręce musi patrzeć. Podniósł się powoli z miejsca, żeby znowu nie poczuć zawrotu głowy. - Twoja tajemnica jest ze mną bezpieczna, Astarothcie. Przekaż proszę Geraldine, że tu byłem, ale poszedłem w swoją stronę, skoro jej nie zastałem. - Sięgnął po swój notatnik i gotów był skierować się do wyjścia.




RE: [1.06.1972] Vampire song | Laurent & Astaroth - Astaroth Yaxley - 11.06.2024

Tak, to niczym potężny cios w podwaliny łowieckiej dumy. Jak szybko role się odwróciły... -to były najpewniej najgorsze słowa, jakie mogłem usłyszeć od tej półselkie i, cóż, miałem okazję je odnotować, bo choć były cicho rzucone, niemalże wyszeptane, to w pokoju, właściwie to w salonie, panowała niezmącona cisza. Byliśmy tylko my dwoje - mniejszy potwór i większy potwór. A jednak wciąż moja spojrzenie błądziło po szyi tego mniejszego potwora...
Przekląłem siebie w myślach, po czym ponownie zaciągnąłem się papierosem. Głęboko, dosadnie. Prawdopodobnie dosięgnąłem dymem do tych fundamentów dumy, wchłonąłem dym jeszcze niżej, tam, gdzie to zabolało najbardziej.
Dzięki temu mogłem również na chwilę skupić wzrok na papierosie. Nie chciałem go odwracać od Laurenta, by nie okazać zmieszania ani obrzydzenia sobą, ani czegokolwiek. Nie chciałem więcej, poza tym co już widział. Dałem piękny popis umiejętności, klątwy, gwałtu.. Brzydziłem się sobą w tej chwili, niemalże błagając tego tu o łaskę i, na domiar złego, wciąż wspominając smak jego krwi. Tej słodkiej, delikatnej, takiej śpiewającej mi piękne utwory uspokojenia. Ten jego głos był kojący... To dzięki niemu odzyskałem trzeźwość umysłu, kiedy oddawałem się piciu. Ugh.
Znowu zanurzyłem końcówkę papierosa w swoich wargach. Tym razem krótsze zaciągnięcie się, bo musiałem strzepnąć popiół do popielniczki. Wyglądało to nerwowo. Ba, to było nerwowe. Wstałem zaraz za Laurentem, samemu nie wiedząc, co myśleć o jego wywodzie. Napawał mnie nadzieją i jednocześnie strachem, że przez takie nadzieję sparzę się porządnie. Jakby nie patrzeć, gdyby coś takiego było możliwego, to już od dawna żyłoby się wampirom lepiej, no nie?
- Dziękuję za dyskrecję. Poszukam informacji na temat widm i niezwłocznie napiszę, jeśli uda mi ustalić coś przydatnego - odparłem, chcąc odruchowo podać mu dłoń w ramach pożegnania, też zawartej umowy, ale dosyć szybko wycofałem się z tego, kiedy tylko mój wzrok padł na moją bladą dłoń.
Postanowiłem za to odprowadzić go do drzwi i je za nim skrzętnie zamknąć. Zgasiłem papierosa o popielniczkę i go już tam zostawiłem.
- Widzę, że masz sporo wiedzy na temat istot, stworzeń, p o t w o r ó w... Gdyby faktycznie istniało coś, co pozwoliłoby nie być mi aż takim pasożytem, to... - Kolejne przysługi? Chciałem zaciągać większy dług wdzięczności wobec tej selkie? Ugh. Nie. Nie-nie-nie. - Może pozostawmy nasze kontakty w obrębie widm. Kontakty listowne... Lub przez Geraldine. Wybacz... Przepraszam raz jeszcze - odparłem, już nie patrząc mu w oczy. Duma sięgnęła dna. Wstyd był w tym przypadku niepoliczalny, podobnie jak obrzydzenie do siebie. Nie podobało mi się, że to Laurent poznał prawdę o mnie. W każdej chwili mógł mnie szantażować, pomimo danego słowa. Powinienem wchodzić mu w tyłek czy może zaufać? Może lepiej ograniczyć kontakt. Może o mnie zapomni? O tym, że niemalże rozerwałem mu szyję? Wiedziałem z własnego doświadczenia, że takich rzeczy nie można było zapomnieć.
Otworzyłem drzwi i czekałem w milczeniu, choć myśli miałem barwne. Był w nich świat, w którym mogłem nie być jednak takim pasożytem, mogłem patrzeć na słońce i kąpać się w jego blasku, niezrażony, niespalony, niepłonący. Mogłem wyjechać z Kimi na planowane wakacje...? O tak! Byłoby świetnie. Znacznie ją teraz ograniczałem, tak czułem.


RE: [1.06.1972] Vampire song | Laurent & Astaroth - Laurent Prewett - 11.06.2024

Łatwo pomylić strach z ekscytacją. Łatwo mieć fantazje o groźnej bestii, która cię goni, chce cię złapać, a ty będziesz tylko jej ofiarą... łatwo. Łatwo było też spoglądać na przystojnego mężczyznę przed sobą i wiedzieć, że to nie jest żadna zabawa. Romantyzm umierał, cała ekscytacja padała do stóp, a wspomnienie wydarzenia sprzed chwili było dominantą potwierdzające, jakie to było nieśmieszne. Miotająca się bestia potrafiła być jeszcze bardziej niebezpieczna, bo nie sposób było przewidzieć jej ruchów. Zaburzała instynkt. Emocje je zaburzały... ale człowiek był przecież istotą na emocjach zbudowany, nie tylko instynkt był w jego wachlarzu możliwości. Właściwie... przecież był jeden wampir... tylko czy to w ogóle było rozwiązanie? Prosić, żeby jeden wampir pomógł drugiemu? Nie był co do tego przekonany. W ogóle nie wiedział, jak się obchodzić z wampirami. Miał bardzo dużo do przemyślenia, ale wiedział jedno - współczuł tej istocie straszliwie.

On się zawahał, ale Laurent nie. Już nie było różdżki w jego dłoni. Wyciągnął więc do niego rękę i czekał - uściśnie ją albo nie, nie miało znaczenia. Laurent był gotowy na każdy wynik tej sytuacji. Ważny był gest. Nie chcesz dotykać czegoś ciepłego, kiedy tak bardzo pragniesz ciepła i nie potrafisz sobie z tym poradzić. Pewnie stało się to całkiem niedawno... w głowie Laurenta ciągle grzmiały jego ciche i pełne pragnienia słowa, że błaga, że może paść na kolana, że nie chce, nie może... Czy mogło nie drżeć przy czymś takim serce? Mogło. Niezdrowość tego uczucia, kiedy tobie samemu coś groziło docierało do jego świadomości, ale przecież nie byłby sobą, gdyby odsunął się zupełnie. To, co mu się stało... styczeń, prawda? Styczniowa noc, może polowanie, a może był po prostu w knajpie na whiskey, lub wracał od kobiety o długich nogach, która je przed nim rozłożyła.

- To warto tego poszukać. - Powiedział z pewnością, a zarazem lekkością, jakby nie istniało żadne inne poprawne zakończenie tego zdania. - I nie jesteś potworem. Potrzebujesz tylko pomocy. - Przesunął spojrzeniem na jego nogi, na biodra, na klatkę piersiową, szyję i skończył znów na jego oczach. Jak chory człowiek. Bardzo chory, bo przecież nieuleczalnie. - Wampiry żyją wśród czarodziei i funkcjonują bez zabijania i krzywdzenia wokół siebie. Daj sobie czas. - Chciał powiedzieć, że być może w Ministerstwie by mu pomogli, ale te słowa nie padły. Bo czy naprawdę dobrze by to wyglądało? Yaxley. Łowca. Wampirem. - Och... cóż... - Nieco się napiął, instynktownie, kiedy usłyszał to, że lepiej ograniczyć kontakt. To pewnie przez tamten dotyk..? Nie, pewnie przez to pragnienie krwi... Wyciągnął wizytówkę i w dwóch palcach podał ją mężczyźnie. - Szkoda. Może byłbym w stanie pomóc. - Uśmiechnął się ciepło do mężczyzny, stojąc już w promieniach słońca. - Do widzenia, Astarothcie.

Wspomnienia i marzenia o lecie były jedynym towarzystwem Astarotha.


Koniec sesji