Secrets of London
[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150)
+---- Wątek: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda (/showthread.php?tid=3140)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Norvel Twonk - 28.04.2024

Przyglądając się uważniej, Geraldine zauważyła jak dokładnie wyglądała trasa foki, zanim ta kompletnie opadła z sił. Wyglądało na to, że już samo wydostanie się na brzeg stanowiło dla niej potężny problem. Wtedy też trochę piasku musiało dostać się w jej rany, a niektóre (np. ten poszarpany ogon) pogłębiło.
Poza tym wyspa była dość mała, miała najwyżej kilometr do dwóch wielkości. W większości składała się z pagórków i z wzniesień, ale musieliby ją obejść, żeby zobaczyć wszystko dokładniej. Było trochę skarłowaciałych drzewek i parę krzaczków z porzeczkami. Możliwe, że dawniej, może przed wiekami była sporo większa niż teraz. Może nawet łączyła się z lądem?
Ciemnowłosy selkie patrzył na Laurenta błagalnie. Odrobina energii, którą otrzymał musiała go trochę wzmocnić, bo gdy się odezwał, brzmiał trochę śmielej. Poruszył głową przecząco.
- Nic nie wiem o żywych trupach – odpowiedział. – Ale znam historyka, o którego pytasz. Jest tutaj od trzech tygodni. Dwukrotnie był na tej wyspie. Szukał jakichś śladów. Czasem odwiedza ruiny w lesie. Bywa w Carlisle i w Wigton. Wieczorami pali papierosy na molo. Nie wiem, gdzie jest, od wczorajszego poranka próbowałem powstrzymać Adrię przed przewrotem. – Westchnął, a potem jego oczy uciekło ku Perseusowi. I już nie patrzył na niego ufnie i błagalnie jak na Laurenta, ale nieufnie, jakby samo to, że Black był człowiekiem w oczach młodego selkie sprawiało, że nie był godzien zaufania.
Próbował się nawet poruszyć, ale był zbyt wyczerpany, by uciekać. Uchwycił się zimną ręką Prewetta. Może ze strachu przed tym, co robił magipsychiatra a może by skupić na sobie pełną uwagę drugiego selkie.
- Dziwię sobie, że to mówię, ale Owen nie jest teraz tak ważny, jak ważne jest to, co dzieje się w jeziorze. Ich naprawdę trzeba powstrzymać.
Magia Perseusa zadziałała. Widział jak krawienie w najpoważniejszej ranie ustało. Dla niego foka popiskiwała, jedna z jej płetw dotykała Laurenta.


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Esmé Rowle - 29.04.2024

A Ty, Laurent? W jaki sposób Ty zadbasz o Perseusa, hm?

Nieznaczny uśmiech znikł zupełnie, gdy opuściwszy łódkę Esmé dostrzegł pojedyncze kropki rubinu na piasku. Wskazał je jedynie dłonią, spoglądając na Victorię, której ufał, że ma najwięcej doświadczenia z badaniem miejsc... może zbrodni? Podążał dalej za rubinowym szlakiem, aż jego ciemne oczy spoczęły na... rannej foce? Westchnął lekko, bo chociaż zachowywał spokój, tak czuł napięcie na myśl, że zaraz znajdą trupa, najpewniej Bagshota. Ale to była tylko foka. Rowle lubił zwierzęta, jednak nie zapominał w swojej fascynacji nimi, że to są tylko zwierzęta. Krwawiąca foka wzbudzała w nim jedynie litość, ale nic po za tym. Była dla niego, jak większość, nikim i niczym.

Ale inaczej było z samym Prewettem, który na zwierzę reagował... nadzwyczaj empatycznie. Rzemieślnik stał z boku, z różdżką w gotowości, by w razie potrzeby cisnąć zaklęciem i w samą fokę, gdyby okazała się zagrożeniem, nawet w jej marnym stanie. Nie rozumiał tej... swoistej agresji wobec Perseusa, którego Laurent przed chwilą jeszcze przytulał. Nie rozumiał emocjonalnej wagi tej sytuacji, co go akurat nieszczególnie dziwiło. Jasne, mógł czuć potężne uczucia wobec Geraldine, lecz... to by było na tyle. Te uczucia wypływały, nieco zaburzały inne zachowania Esmé, lecz nie zmieniały smutnego faktu, że... nie czuł.

Ale jednak coś poczuł, gdy okazało się, że to nie jest zwyczajna foka, a Selkie. Teraz rozumiał czysto logicznie zachowanie Laurenta, chociaż nieco mniej jego dziwny wyrzut wobec Blacka. Cokolwiek łączyło lub dzieliło tych mężczyzn, było bardzo niejasne, nienazwane, niewyjaśnione między nimi samymi. Albo nie zaakceptowane.

Czy znał się na kształtowaniu? Jedynie podstawy podstaw, toteż nie wychodził przed szereg. Był pewien, że jeżeli ktoś ma wykazywać się uzdolnieniem magicznym, to powinna być to Victoria. On sam przyjął teraz bardziej rolę obserwatora, który dbał, by inni mogli zajmować się sytuacją bez poczucia, że są zagrożeni. Esmé patrzył jednak bardziej w stronę wody, z której to foka przecież uciekała. Zagrożenie czaiło się właśnie tam, a Rowle zamierzał być na nie gotowy.

- Każda decyzja niesie za sobą konsekwencje. - truizm, który wymamrotał do zebranych, starając się jedynie zwrócić uwagę, że nawet jeżeli trytony planowały przewrót i planowały atak na ludzi tak... nic się jeszcze nie wydarzyło. - Zawsze jest cena. - rzucił na koniec, jak zwykle nie rozwijając swoich myśli ponad wyrzucenie ich z siebie. Wojna z ludźmi była najgłupszym, co można było zrobić. Ludzie od tysięcy lat z uporem maniaka zajmowali się doskonaleniem metod zabijania, walki między sobą, bo inne istoty powoli przestawały być wyzwaniem, nie mogąc dogonić tak talentu magicznego ludzi, jak i zwykłego postępu technologicznego. Trytony, o ile odważyłby się podjąć wyzwanie, dowiedziałby się bardzo szybko dlaczego to człowiek był najokrutniejszym zwierzęciem.

Esmé mógł jednak pomóc w inny sposób. W kieszeni koszuli, na piersi znajdowała się mała... piersiówka, jak to w kieszeni na piersi. Mała, bo może o pojemności dwustu mililitrów, ale wciąż pełna. Pełna na nowo, wszak wcześniej wypełniona brandy, tak teraz... zwyczajną wódką, czystą i gorzką, niestety nieco ciepłą, dlatego mało zachęcająca była wizja picia jej. Ale miał ją ze sobą, bo lubił alkohol. Tym bardziej, gdy mógł sobie na niego pozwolić, nie martwiąc się o jakoś swojego rzemiosła.

Wyciągnął z kieszeni piersiówkę i rzucił ją obok foki, obok też samego Perseusa, nie widząc nawet, że ten już właściwie zaleczył rany Selkie.
- W środku jest wódka. - wyjaśnił, spoglądając na mężczyznę i... dopiero teraz zdając sobie sprawę, że może już jest za późno na odkażanie ran. - Możesz się napić. - dodał, bo uważał, że nawet jeżeli alkohol się nie przyda już do leczenia, to może się przydać samemu leczącemu, zważywszy na okoliczności. Sama piersiówka była srebrna, elegancka, okryta brązową skórą z wygniecionym w niej symbolem słońca. I... łez? Trzy wygniecione krople były poniżej niego, tworząc tajemniczy wzór.

Całe szczęście Laurent nie zatracił rozumu, spotkawszy Selkie. Wciąż wiedział o co pytać i jaki jest ich cel, co nie tyle uspokajało Esmé, bo niej było z czego go uspokajać, ale dawało mu poczucie, że celowość ich wyprawy nie rozpływa się właśnie w powietrzu. Mimo uszu puszczał popiskiwania foki, czekając cierpliwie na tłumaczenie Prewetta, przyglądając się uważnie jezioru i jego najbliższemu otoczeniu, skoro Geraldine bardziej skupiała się na lądzie, mając w dłoni sztylet. Esmé, prawdę mówiąc, ze sztyletem również czułby się pewniej, niż z różdżką, ale... tak naprawdę był podobnie bezbronny i z tym, i z tym.




RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Victoria Lestrange - 29.04.2024

Lekko tylko uniosła brwi, kiedy Laurent zaczął przytulać Perseusa. Naprawdę było to konieczne? I o ile w jakiś sposób rozumiała, że Black nie wytrzymał pod naporem obrazów, kolorów, czy co tak dokładnie widział, tego co odczuwał (tak jak nie wytrzymał Cain… więc przyjmowała do wiadomości, że może być to bardzo przytłaczające), tak nie uważała, że była teraz potrzeba, bo z tego powodu… pocieszać. Pocieszać z powodu tego, że nie umiał sobie poradzić ze swoim darem? Albo z wnioskami, jakie na tej podstawie wysnuwał? I właśnie dlatego lepiej było kryć się wtedy. Nie było wtedy idiotycznych wniosków, które do niczego nie prowadziły. Biorąc pod uwagę jednak pokaz dumy, jaki uskuteczniał Perseus, sądziła, że odtrąci Laurenta, bo to pokazywało go tym bardziej jako tego słabego – ale nie.

Victoria w pierwszym odruchu się rozglądała, ale wniosek, że tej foki w ogóle nie powinno tutaj być, przyszedł w następnej chwili, gdy nie wypatrzyła niczego podejrzanego, ani niebezpiecznego. Zachowanie Laurenta… O, to zachowanie akurat ją ani trochę nie zdziwiło, znając jego umiłowanie do żywych istot, a zwłaszcza do zwierząt. To, jak emocjonalnie zaczął się zaraz zachowywać, wręcz zażądał pomocy od Blacka, który dopiero co rozklejał się jak dziecko w jego ramionach… Ciche westchnięcie wydobyło się z jej ust, gdy Laurent przyłożył różdżkę do ciała foki i ta rozbłysła… Nie wiedziała co to za zaklęcie, ale wiedząc jaki był Laurent i widząc jego panikę i determinację – miała małe podejrzenie… I zgadzała się, że to nie było nic złego, problem w tym, że przed całą resztą Anglii było to zakazane, nielegalne, można było pójść do więzienia. I o ile ona, jak i inni przedstawiciele prawa, którzy podzielali jej poglądy, że to zabiera im narzędzie do walki, choćby głupie zaklęcie Patronusa, nauczyli się ignorować takie użycia w swojej obecności, to nie mogła tego powiedzieć o towarzyszach, jakich tutaj mieli. Geraldine pewnie miała to w dupie, o ile w ogóle wiedziała, co się dzieje, ale Esme? Albo Perseus? Nie miała pojęcia. Dlatego Victoria, gdy Laurent klęczał przed foką, położyła mu swoją lodowatą dłoń na ramię i zacisnęła mocniej palce, nie po to, by zrobić mu krzywdę, czy zadać ból, a żeby się opamiętał. Sama czuła, że mocniej jej biło przez to serce, przez ten stres, że ktoś może pomyśleć to samo co ona i go wydać za to, bo choć nie mieli pewności, gdyby ktoś zaczął kopać i szukać… I słuchała. Popiskiwania foki i słów Laurenta. Nie foka – selkie. Coś o trytonach. Kurwasz jego mać, te trytony to się z g(ł)upikami na rozumy zamieniły? Chciały atakować mugoli? To brzmiało jak wielka próba pogwałcenia Kodeksu Tajności. W zasadzie to zgadzała się z Geraldine, bezwiednie kiwając głową na jej słowa.

Miała ogromną ochotę powiedzieć Perseusowi, żeby wziął się w garść, ale ugryzła się w język. Była w pracy i wolała się z nią wyrobić wcześniej niż później i nie tracić czasu na jakieś wybuchy emocji, rozpaczy i innych takich, tym bardziej, że to na jej barkach spoczywało dbanie o ich bezpieczeństwo, jakby nie było, taką miała pracę, więc histeryzowanie tutaj na tej plaży tym bardziej ją drażniło.

– Ja noszę – powiedziała cicho. Wiedziała, że jest akcja, że w ośrodku były widziane żywe trupy, więc kiedy na szybko zbierali się z Biura, to zabrała ze sobą potrzebne rzeczy. Była twórczynią eliksirów, dziwne byłoby, gdyby nie miała żadnych ze sobą w takiej sytuacji – i co prawda zabrała ze sobą tylko te najbardziej potrzebne, a nie wszystkie, jakie kiedykolwiek zrobiła, to i tak… trochę dziwne, że Perseus nie miał żadnych przy sobie, skoro był lekarzem i przybył tutaj specjalnie do pacjenta. Nie był też przygotowany na podróż łódką? Mogli tu przecież zastać cokolwiek – i zastali: rannego selkie. – Mam eliksir wiggenowy – dodała, i ściągnęła z ramion mały plecak, by sięgnąć dłonią do jego wnętrza po eliksir. Patrzyła przy tym cały czas na Perseusa, na moment tylko zerkając, czy sięgnęła po właściwą fiolkę i wyciągnęła dłoń w kierunku magipsychiatry. – Mogę ci zrobić bandaże, ale one znikną za jakiś czas – uprzedziła, żeby nie było co do tego żadnych wątpliwości. Machnęła zresztą różdżką w powietrzu, tworząc pięć grubych rolek, bo nie umiała określić tak na oko, ile będzie potrzebnych, które lewitowały sobie w powietrzu.




RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Laurent Prewett - 29.04.2024

Dokładnie tak. Tak, jak powiedziała Geraldine. Jak niby trytony miałyby wyjść z wody? Pierwszy raz o czymś takim słyszał. Nie kojarzył też takiego zdarzenia z historii świata czarodziejów, ale może się... zaraz. Przecież tamten tryton w knajpie... Naszyjnik z pereł. Tryton wyszedł na powierzchnię i rozegrał partię kart, za którą został stracony. Laurent aż drgnął, otwierając szerzej oczy, przez moment miał dysonans poznawczy wobec tego, co było wiadome o trytonach a tego, co właśnie słuchał. I co kiedyś widział, do czego z jakiegoś powodu nie przywiązał wcześniej wagi. Choć może nie powinien się dziwić. To, co działo się na Perle Morza było od początku do końca zwichrowane.

Powoli odetchnął. Starał się zapanować nad złością, która w nim wezbrała i chciała się wylać, chciał kąsać, pluć jadem w kierunku Perseusa. Mógł go przytulać i pocieszać, ponieważ wiedział, że to na niego zadziała - tak, to była czysta manipulacja z jego strony. Ale czemu ten zdrajca chciał go teraz pouczać co powinien robić a czego nie? W opanowaniu tego odczucia pomogła dłoń na jego ramieniu. Dłoń Victorii. Trochę się rozluźnił i delikatnie przytrzymał dłoń leczonego chłopaka. Czy też płetwę.

- Masz rację, oczywiście... poniosło mnie. - Wysilił się nawet na blady i słaby uśmiech. Kłamał, nie było mu przykro i wcale nie uważał, że go poniosło, ale czy to miało jakieś znaczenie? Ludzie powinni słyszeć odpowiednie rzeczy w odpowiednim czasie. Nie było żadnej potrzeby, żeby unosił się teraz dumą i warczał na Perseusa, skoro zależało mu na utrzymaniu tych ludzi razem i jak najlepszym wykorzystaniu ich możliwości. Tak samo jak rozwodzenie się nad tym, czy coś mu naprawdę groziło było niepotrzebne. Każdemu tu coś groziło, a słowa Perseusa brał przez sito. Dotąd go nie zawiódł, ale miał to przeczucie, że to tylko owcza skóra - że pod nią jest wilk, których ich pokąsa. Nie powinien wracać do swojej formy. Ponieważ miał tutaj Geraldine, ponieważ był Perseus i... Esme. Czy Esme mógł ufać? Uwierzyć, że nie postawiłby ich dziwnej znajomości ponad bezcenny wręcz skarb, jakim była skóra selkie? Grosza by za to nie dał. Dlatego nie chciał, żeby selkie się przemieniała. Z drugiej strony to czy nie byłby bezpieczniejszy i rzeczywiście nie leczyłoby się go lepiej? - Gdybyś odzyskał siłę, mógłbyś wrócić do swojej postaci. Będzie łatwiej cię uleczyć. Ochronimy cię. Nie martw się. - Zapewnił po odetchnięciu chłopaka.

- Historyk jest w Windermere od trzech tygodni. Dwa razy był na wyspie. Szukał jakichś śladów i odwiedzał ruiny w lesie. Bywa w Carlisle i w Wigton. Wieczory spędza na molo. Od wczorajszego poranka jednak selkie nie spotkał się z nim. - Tłumaczył towarzyszom słowa chłopaka. Ach, byłoby prościej, gdyby się odmienił, prościej go leczyć, prościej wszystko... Rozsądek. Zachowaj rozsądek, Laurencie. - Jak ci na imię? - Zgodnie z poradą Perseusa chciał utrzymać kontakt z foką, utrzymać jej skupienie, skoro to mogło pomóc jakkolwiek. - Czy uważasz, że trytony mogą wyjść na powierzchnię? - To pytanie brzmiało w jego uszach tak niedorzecznie i absurdalnie, że gdyby nie sytuacja to nie był pewien, czy by je tak zadał... w oczywisty sposób. Owszem, robił czasem ekscentryczne i głupie rzeczy w obiektywie innych, ale to aż dla niego było całkowicie nieprofesjonalne. Obalające większość teorii znanych o tych istotach. - Widziałem kiedyś trytona, który wyszedł do ludzi. Nie potraktowałem tego jednak do końca poważnie. Sądziłem, że to bardziej... pomylona wizja. - Wyjaśnił towarzyszom, żeby nawet jeśli dostaną odpowiedź od młodego selkie to rozumieli, skąd to pytanie i że cokolwiek dostaną w odpowiedzi to nie jest to zupełnie nierealne. Choć nadal - brzmiało jak mrzonka. - Powiedz nam jeszcze - co to za czerń w jeziorze? Dlaczego stworzenia w wodzie chorują? - To było bardzo istotne, skoro rozmawiali tutaj o pozbywaniu się czegokolwiek - kogokolwiek - z jeziora.

W pewien sposób oparł się plecami o Victorię, kiedy ta znalazła się blisko i spojrzał na moment na tę piersiówkę. Napiłby się to on - tylko nie mógł. Jakim cudem poszukiwania historyka zawędrowały w to miejsce? I rozmawiali o buncie trytonów? Czemu oni - czarodzieje - mieliby angażować się w to, co działo się w ich królestwie?

- Nie zostawię tutaj tego chłopca, ale przydałoby się sprawdzić te ruiny. - Spojrzał na Geraldine i Victorie. Tylko na chwilę. Przecież musiał patrzeć na ręce Perseusza.




RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.04.2024

Victoria słusznie założyła, że Geraldine miała w dupie to, z jakiej magii korzysta Laurent. Nie patrzyła na to co robi, nie interesowało jej to do końca, miała to w nosie, tak samo jak to, czy foka przeżyje, czy nie przeżyje.

Perseus pytał  to, kto zna się na kształtowaniu. Trochę się znała, ale miała zamiaru się wyrywać, szczególnie, że przy tej selkie było już dużo osób. Wolała trzymać się z daleka, jeśli przyjdzie potrzeba ukrócenia jej cierpienia to chętnie wyjdzie przed szereg, nie teraz. Nie nadawała się do leczenia, nie miała ze sobą eliksirów, ona odbierała życia, a nie je ratowała. Nie była im tam do niczego potrzebna.

Trochę dziwiło ją, że Black, który był u pacjenta nie miał przy sobie żadnych eliksirów, na szczęście Victoria była lepiej przygotowana. Jak zawsze, perfekcyjna Lestrange. Trochę tak jej się malowała, jako osoba bez skazy, chociaż każdy musiał jakąś mieć, ciekawe jaka była ta jej.

Przyglądała się uważnie tym śladom, które znajdowały się na piasku. Nie wyglądało to dobrze, musiała zostać zaatakowana w wodzie, uciec stamtąd na ląd, co wcale nie wydawało się dla Yaxley oczywistym wyborem. Może faktycznie była to sprawka trytonów, wtedy nie byłaby tam bezpieczna. Nie wiedziała tylko dlaczego miałyby ją zaatakować, jedną, samotną selkie, czy mogła im sprawić, aż tyle problemów? Aż tak się wmieszać w coś, w co nie powinna? Kto wiedział, co te stworzenia mogły sobie pomyśleć. Skurwysynki, przewrotu im się zachciało. Jak tylko będzie miała okazję, to będzie mogła je wszystkie przewrócić tak, że już się nie odwrócą.

Wzrokiem błądziła po okolicy. Wyspa nie należała do dużych, bez problemu powinna ją obejść, kiedy oni będą zajmować się tym rannym stworzeniem. Nie była im do tego potrzebna ich cała piątka, a ona sama, cóż, sama na pewno sobie poradzi. Wiedziała, że nie mogą tutaj zostawić Perseusa samego, po tym popisie, który dał na łódce, nie był szczególnie stabilny emocjonalnie, co do umiejętności przetrwania Laurenta też miała wątpliwości, nie wiedziała, jak sobie poradzi w ewentualnej walce. Victoria nie raz pokazała jej, że jest silną czarownicą, tutaj była pewna, że akurat ona umie zadbać o siebie i o innych. Jeśli chodzi zaś o Esmé, to nadal nie do końca wiedziała, co myśleć. Niby się znali, jednak widywała go głównie w warsztacie, wolałaby, żeby się nie narażał, nie, kiedy poczuła, że znaczy dla niej coś więcej. Nie chciałaby go stracić na tej wyspie.

- Trytony nie mają nóg, nie są w stanie wyjść na powierzchnię. - Rzuciła jeszcze bardzo pewnym tonem głosu, nie wiedziała, co widział Laurent ale nie sądziła, żeby był to tryton, bo niby jakim cudem? - Jesteś pewien, że sam wyszedł? Ze skrzelami i ogonem, to raczej nie jest możliwe, żeby tryton sobie sam wyszedł do ludzi. - Może ktoś go wyłowił i zdechł. Czy coś, jakim cudem miałby oddychać na powierzchni, skoro skrzela umożliwiają pobieranie tlenu rozpuszczonego w wodzie i usuwanie z organizmu dwutlenku węgla, to nie miało racji bytu na lądzie.

- Ja pójdę, i tak się tutaj do niczego nie przydam. - Stała z boku, zdecydowanie nie nadawała się do pomagania przy ratowaniu życia tego stworzenia, nic tu po niej. Nie powinni się rozdzielać? Trudno. Czasem było to konieczne, skończyła wreszcie palić swojego peta, rzuciła niedopałek na ziemię i zdeptała go butem. Był to też moment, w którym sięgnęła po sztylet, wyciągnęła go i trzymała w lewej ręce gotowa do ataku. Nie zamierzała zwlekać, bo przecież czas ich naglił, im szybciej opuszczą to miejsce tym lepiej. Była gotowa nawet sama przejść całą to wyspę, żeby znaleźć jakieś wskazówki. - Powodzenia. - Rzuciła im jeszcze, żeby nie było, po czym odwróciła się na pięcie, żeby wybrać się na krótki spacer.




RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Perseus Black - 06.05.2024

Zdawało mu się, że jego umysł zanurza się w głębinach absurdu i czuł wszechogarniającą go bezsilność z tego powodu; chciał rozłożyć ręce, zwrócić twarz ku niebu i pozwolić, aby jego ciałem wstrząsnął śmiech - donośny, lecz pozbawiony radości śmiech człowieka, który przekroczył granicę obłędu. Był w przeklętym Windermere, ponad dwieście mil od domu w Londynie, uwięziony na wyspie na równie przeklętym jeziorze zamieszkiwanym przez zbuntowane trytony, czuł na sobie presję związaną z leczeniem rannej selkie (przez cały czas towarzyszył mu lęk, że przybyli za późno), a jedyne, o czym był w stanie myśleć w tej sytuacji, to błękit, który z dnia na dzień stał się jego ulubionym kolorem. Laurent miał błękitne oczy; patrzyły teraz na niego, analizowały każdy ruch z wrogą nieufnością - zerkał przecież na niego bezustannie i uciekał spojrzeniem, gdy ich wzrok się spotykał - i Perseusowi zdawało się, że niewidzialne ręce rozrywają jego serce jak kawałek materiału - brudnego, zdeptanego prześcieradła, które rozwieszone nad ulicą w dawnej robotniczej dzielnicy stolicy zerwało się ze sznurka w przypływie ekstatycznej wizji wolności i zakończyło swój żałośnie krótki lot pod butami powracających z fabryk mugoli. Tak właśnie postrzegał swą duszę doktor Black.
Drażniła go obecność Victorii, ale nie potrafił odnaleźć źródła swych emocji. Lubił ją przecież - jej uśmiech, i wysokie czoło na które czasem opadały kosmyki włosów, i ciemne brwi wyginające się w łuki, szczególnie gdy czegoś dociekała, i rozmowy przy herbacie, i jej ogród pełen kwiatów. Budziła w nim swego rodzaju lęk, kiedy przyglądała się mu swymi przenikliwymi oczami, a głos z tyłu jego głowy krzyczał rozpaczliwie to koniec, przejrzała mnie, zaraz skuje moje nadgarstki i zaprowadzi do zimnej celi! Ale Victorii nigdy nie udało się odgadnąć, jakie winy Perseus dźwiga na zdezelowanym sumieniu, a nawet jeśli, to nigdy się z tym nie zdradzała. Była nagłym skokiem adrenaliny w smolistej krwi Blacka - uzależniającej jak opium - przez co na swój sposób uwielbiał mieć ją w pobliżu. Teraz jednak była drzazgą wbijającą się pod paznokcie magipsychiatry. Irytował go sposób, w jaki kładła dłoń na ramieniu Laurenta i to, jak sam zainteresowany na to reagował - z wdzięcznym rozluźnieniem, zamiast, jak to bywało w przypadku Perseusa, nerwowym spięciem. Bezsprzecznie łączyła ich jakaś głębsza więź, przed którą Prewett żarliwie się wzbraniał w stosunku do niego i czuł się chory, gdy obserwował ich milczące porozumienie. Był zazdrosny o Laurenta i jednocześnie zbyt dumny, by to przyznać, zatem pochylił głowę i przelał całą swoją uwagę na ranną selkie, zajmując się nią z najwyższą - z pewnością większą, niż była w tym momencie konieczna - troską oraz ostrożnością.
Dziękuję — zwrócił się do Lestrange, odbierając od niej eliksir oraz łapiąc unoszące się w powietrzu bandaże — Mam nadzieję, że utrzymają się na tyle długo, żeby przetransportować selkie na brzeg.
Brzeg, który był tak niemożliwie daleko. Brzeg po drugiej stronie czarnego jak noc jeziora, w którego wodach czaiło się niebezpieczeństwo w postaci trytonów. Przełknął ślinę. Ostrożnie uniósł głowę foki i przyłożył do jej pyszczka buteleczkę z eliksirem wiggenowym.
Pij, to cię wzmocni — mówił przy tym uspokajająco, wlewając miksturę powoli, by foka się nią nie zakrztusiła. Jakie to dziwne, myślał, nigdy nie zajmowałem się zwierzęciem. Ale przecież selkie nie była zwierzęciem, tylko magiczną istotą przybierającą formę foki i człowieka, i gdy Perseus zdał sobie z tego sprawę, jego zdumienie stało się jeszcze większe. Tak bardzo bał się, że zrobi jej krzywdę, tak bardzo nie chciał zawieść Laurenta - pragnął pokazać mu, że skoro umie się obchodzić z jego siostrami i braćmi, to i jemu zapewni bezpieczeństwo.
Przyjął wódkę z wdzięcznym skinieniem głowy. Przez moment walczył z chęcią pociągnięcia kilku łyków z piersiówki - usta miał zachęcająco spierzchnięte, jednak w ostatniej chwili się opamiętał i zmoczył alkoholem jednym z bandaży.
Będzie piekło, ale musimy w miarę możliwości oczyścić rany między innymi z piasku — powiedział do selkie, a potem zwrócił się do Laurenta i EsmeTrzymajcie ją, gdyby zaczęła się rzucać z bólu.
Pomyślał, że mógłby podać selkie kilka kropel wódki, żeby ją znieczulić - zwłaszcza, że według słów Prewetta miały słabą głowę - ale szybko odrzucił ten pomysł. Musisz być dzielna, myślał, przemywając rany foki mokrym bandażem. Później gestem nakazał mężczyznom, by lekko unieśli ciało foki, gdy oplatał je czystymi opatrunkami. Przez cały czas słuchał tłumaczeń Laurenta, opowieści o trytonach, historyku i ruinach, ale nie miał na ten temat żadnego zdania, dlatego milczał, skupiając się na swoim osobliwym pacjenta. Jego brwi uniosły się w zdumieniu, gdy selkie okazał się chłopiec (przez cały czas mówił o niej per ona i zrobiło mu się głupio). Ożywił się dopiero, kiedy Geradline postanowiła się od nich oddalić.
Pośpiesz się — poprosił, patrząc na nią błagalnie — On musi jak najszybciej znaleźć się w Mungu.
A potem spojrzał na jezioro.
Myślicie, że możemy wrócić tą samą drogą?


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Esmé Rowle - 09.05.2024

Wykorzystywanie zakazanych sztuk magicznych, których nawet nie rozpoznawał, nie gryzło sumienia kaletnika , ani jego poczucia tego, co moralnie właściwe, a co nie. Sam był bardzo szemraną postacią, która przewijała się w niektórych zeznaniach czy śledztwach jako "rzemieślnik". Niejednokrotnie wypytywany, niejednokrotnie oskarżany o współpracę, ale koniec końców - tylko rzemieślnik. Osoba, która przedmiot stworzyła albo od której dany przedmiot został nabyty. Bez pytań. Bez zbędnych informacji. Pozostawiając wiele w ramach wyobraźni, a nieco w ramach ciekawości, z którą otwierał poranną gazetę wypatrując czy coś się nie wydarzyło w czym jego dzieło pomogło. Czy jego klient nie został schwytany? Jedyny powód, dla którego rzeczywiście przeglądał gazety, mając cichą nadzieję, że do czegoś się przyczynił. Nawet jeżeli było to coś bardzo, bardzo złego. Ingerencja w świat, sygnał że jego obecność na tym świecie nie jest bezsensowna. Że świat, czy tego chce czy nie, jest na niego skazany i będzie giął się pod jego wpływem. To nie była prośba.

Kwestia trytonów wychodzących na ląd i atakujących ludzi okazała się zostać potraktowana bardzo, ale to bardzo... przyziemnie przez całe towarzystwo. Żyli w świecie gdzie stanowili bardzo drobny odsetek społeczeństwa uzdolnionego magicznie, w tajemnicy przed resztą, która nie była świadoma jakie cuda są możliwe, jak wiele może człowiek, nim zacznie się Bóg. A jednak teraz, tutaj, cała grupa poddawała wątpliwościom to, że trytony mogłyby wyjść na ląd i rzeczywiście zaatakować ludzi. Zupełnie tak, jakby każdy tutaj wiedział już wszystko o tym świecie. Jakby wszystko zostało odkryte, wymyślone, zbadane. Rowle traktował to z dystansem, nie odsuwając tych informacji z racji jej absurdalności. W Windermere działo się wiele rzeczy, na które nie mieli jeszcze wyjaśnienia, zatem... czemu trytony na lądzie wydawały się najmniej logiczne? Kiedy reszta zajmowała się myśleniem logicznym, to Esmé skupił się na tym abstrakcyjnym - nie szukając i wypytując o metodę, dzięki której trytony mogłyby dokonać ataku na ludzi. Bo czemu miałyby wychodzić? Atak mógł nadejść z wody. Ale kaletnik brnął dalej w swym abstrakcie zastanawiając się bardziej czy to wszystko prawda? Rany były prawdziwe... prawda? Czy to, co tutaj czują, wszystkie te bodźce które badali i odczuwali - czy to było prawdą? Problemem mogły nie być trytony, mrok w wodzie, zaginięcie Bagshota, a... natura tego miejsca, która wypaczała to, co się w niej znalazło. Tłumacząc prościej - Rowle uważał, że mogli teraz badać tylko skutki, myląc je z przyczynami.

Jego rozmyślania nie wybrzmiały. Nie tylko dlatego, że nie czuł potrzeby dzielić się nimi, ale również dlatego, że były to, w głównej mierze, wyssane z palca teorie. Czyste "a co gdyby?". Ze skupieniem niepodobnym innemu, niżeli temu gdy pracował przyglądał się wodzie, chcąc być gotowym na to, co mogło z niej się wydostać. Każdy miał swoją rolę - Perseus leczył, Laurent rozmawiał z Selkie, Victoria miała ze sobą eliksiry i ogrom doświadczenia w przypadku zagrożenia, a Geraldine stanowiła doskonałą ochronę i jednoosobową armię. A on? Czy czuł się bezużyteczny? Nie, nie czuł się. On wiedział, że jest bezużyteczny. Że dla niego, na tym świecie, nie ma jasnej roli. Że tak jak przez całe swe życie - był kimś, kto pojawiał się w zapiskach na marginesie, kto był wyjaśniany pod gwiazdką albo w czymś na wzór bibliografii. Był pomijalnym elementem, którego pominąć się nie dało. Co jednym służyło, a drugim wręcz przeciwnie.

Skłamałby twierdząc, że nie chciał ruszyć za Gerry, gdy ta oznajmiła że zbada wyspę i... wyruszyła, życząc im powodzenia. Im. Esmé prychnął pod nosem, rozbawiony prawdziwością tych słów. Oni, nawet w takiej grupie, potrzebowali więcej powodzenia, niż Ona sama. Chciał za nią pójść, tak po prostu martwiąc się o nią, ale z tego samego powodu - nie zrobił tego. Nie zamierzał nawet sugerować, dyskutować, a zwyczajnie kiwnął głową na zgodę.

- Uważaj na siebie. - bo chociaż cenił blizny i ukochał każdą jedną na jej ciele, tak nie chciałby aby ten rytuał zajmował dłużej, o ile będzie dane mu go odprawić po raz drugi. I, tak po prostu, chciał żeby pamiętała, że jest dla niego ważna. Żeby uważała na siebie, co nie było wcale tak oczywiste dla kogoś takiej skali, jak Ger.

Zgodnie z prośbą Perseusa - zamierzał przytrzymać Selkie, jeżeli ta zaczęłaby się rzucać i utrudniać leczenie. Zamierzał też bez zbędnych słów pomóc w przemieszczeniu jej i wszystkim tym, do czego potrzebował go Black. Schowałby przy tym swoją różdżkę "w kaburę", aby nie przeszkadzała mu i wykonywał polecenia. Ekstrawagantów... skreśl. Dziwaków? Szaleńców, o. Szaleńców takich jak on posądzano o brak umiejętności współpracy oraz dostosowania się do potrzeb, bycia bardziej elementem, niż indywiduum. Ale on nie miał takich problemów. W całej jego ekstrawagancji jego ego było najmniej dziwne, a może właśnie dlatego najbardziej dziwne? Nie uważał się za nie wiadomo kogo, chociaż przecież - dla niektórych był nie wiadomo kim.

- Rozdzielanie się służy jedynie Geraldine. - odparł, aby jasnym było, że dzielenie dalej grupy to zły pomysł. Jeżeli ktokolwiek zaraz miał zasugerować, by ktoś zabrał Selkie w miejsce, gdzie rzeczywiście jej pomogą. Jego skupione, ciemne spojrzenie przeniosło się na Perseusa, wracając od obserwacji wody (którą znów lustrował, gdy skończył pomagać przy leczeniu i znów miał różdżkę w dłoni).
- Myślę, że się przekonamy. - rzucił to z... nieskrywanym zadowoleniem, wręcz na swój sposób dziecinną ekscytacją, że zrobią coś głupiego i niebezpiecznego. Bo głupim byłoby wypłynąć marną łódeczką na tę wodę, gdy bogatsi byli o wiedzę na temat trytonów i bogatsi również o dobry uczynek - ratunek Selkie, która przecież przed nimi uciekała.


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Norvel Twonk - 09.05.2024

Selkie pokręcił głową. Na bladej, jasnej twarzy pojawiło się jakieś zacięcie.
- Nie mogę wrócić do swojej ludzkiej postaci – odpowiedział cicho, ciągle przypatrując się Laurentowi. W ciemnozielonych oczach rozbłysnął upór. – Jeśli mi nie pomożesz, sam wrócę do jeziora Może jeszcze uda mi się powstrzymać Adrię.
Odwrócił głowę w stronę Perseusa. Przyglądał mu się nieufnie. Tak samo jak nieufnie przypatrywał się fruwającym bandażom a także Victorii, Geraldine i Esme. Tolerował ich, bo zmusiły go do tego okoliczności, ale ślady zaufania okazywał jedynie Prewettowi. Być może nie zachowywałby się w ten sposób, gdyby był w pełni sił i w ludzkiej formie.
- Ciril – przedstawił się, znowu kierując uwagę na Laurenta. – Trytony nie muszą wychodzić na powierzchnię, żeby zaatakować ludzi. To Windermere. Największe jezioro w Wielkiej Brytanii. Wystarczy, że zaczną śpiewać. Tych których pieśń Adrii nie przekona do utopienia się w wodzie, pośle do okolicznych miasteczek by siali zniszczenie.
Selkie wyraźnie drgnął, gdy Perseus zbliżył się do niego, by podać mu eliksir wiggenowy. Niby wypił, ale zrobił to niechętne, patrząc na Prewetta tak, jakby ten w jakiś sposób go nie ochronił.
- Czerń? – zapytał cicho. – Nie widziałem żadnej czerni. Ale na dnie trwają przygotowania do wojny. Trytony walczą między sobą.
Na wzmiankę o Św. Mungo i powrocie, poruszył się niespokojnie.
- Nie wrócę z wami – powtórzył z uporem. – Muszę wrócić do wody.
Gdyby przyszło im na siłę ciągnąć go do łodzi, z pewnością starałby się opierać a może i zdecydowałby się na atak.


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Laurent Prewett - 09.05.2024

Możliwe... co w świecie magii było NIE możliwe? Nawet zmarli byli w stanie powrócić do życia, więc czemu nie mogłaby się pojawić magia, która była skrywana jak zazdrosny sekret przez mieszkańców głębin? Dywagowanie z tym i próby ogarnięcia tego, co samemu się widziało w mrokach Perły Morza, w tym ogłuszającym bólu głowy i smrodzie trupów było poza jego zasięgiem w tym momencie. Jednocześnie musiał po to wyciągnąć dłoń. Czy na pewno. Tak. Był pewien tego, co widział. Jednocześnie czy mógł to powiedzieć na głos? Ha... Na głos chyba mógłby powiedzieć, że nie jest pewien.

- Widziałem wystarczająco cudów, które nie powinny mieć miejsca, żeby uwierzyć, że trytony nagle dostaną nóg. - Albo pojawi się jakaś magia, dzięki której zaczną latać. Albo woda podniesie się i zatopi miasteczko. Sky is the limit - a do nieba jeszcze była daleka droga. Laurent z natury badał - opisywanie tego, co niepoznane, było jego pasją, chociaż wybrał bardzo statyczne życie, może pora było to zmienić. Kiedy jednak chciał się ruszyć to pojawiały się ku temu przeszkody - jak ten "śmieszek", który napastował New Forest.

- Nigdzie nie wrócisz. - Nie podlegało to żadnej dyskusji, ledwo doprowadzili ją do jakiegoś sensownego stanu, pewnie to ból tak ją otumaniał i nie pozwalał trzeźwo myśleć. Swoim tonem Laurent nie zostawiał pola do dywagacji, chociaż był on jednocześnie spokojny. Na pewno spokojniejszy niż w momencie, kiedy zwrócił się do Perseusa i teraz tego żałował, ale trudno. W tym momencie ten zakochany szaleniec pomagał, w następnej chwili mógł zrobić coś zupełnie nieprzewidywalnego. Tak samo jak nie potrafił przewidzieć, co zrobi Ciril. Skinął głową w stronę Geraldine, która udała się na obchód terenu. Przez jego głowę przebiegały pytania - co zrobić? Czy naprawdę zabrać Cirila do Munga? Jak, skoro nie działała teleportacja? Jak wykorzystać lepiej Victorię i Esme? Czy w ogóle trzeba? Co zrobić z wodą, która dzisiaj nawet nie szemrała kołysanek na ucho? Piętrzyły się i przelewały przez głowę.

- Śpiew. Chcą śpiewać, żeby wszystkich zwabić. - Przesunął się, żeby zrobić miejsce Esme do przytrzymania foki i pomocy w oporządzeniu jej ran. Nie oddalił się - jedynie zmienił swoją pozycję, żeby ciągle trzymać dłoń na płetwie foki. Jej napięcie było bardzo rzucające się w oczy. - Utopią część, innych omamią, żeby zwrócić ludzi przeciwko sobie. - Wyciągnął dłoń, żeby przesunąć nią po pysku foki i unieść ją, kiedy Perseus podawał eliksir podarowany przez Victorię. - Nie. - To wypowiedział już bardziej stanowczo, krótko, niemal ostro, ale zaraz się rozluźnił i kontynuował spokojniej. - Jesteś ranny. Potrzebujesz sił. Twoje rany otworzą się pod wodą, czeka cię jedynie śmierć. To nie jest bohaterski los, Cirilu. Miło mi cię poznać. To jest Perseus, Victoria oraz Esme. Ja mam na imię Laurent. - Przesuwał uspakajająco kciukiem po futrze istoty zbroczonej krwią, której zapach wody mieszał się z tym mdlącym, żelazistym zapachem i teraz smrodem alkoholu. - Pozwól, że się tobą zaopiekuję, a potem zaopiekujemy się wodą i jej mieszkańcami. - Z ludźmi należało się obchodzić różnie. Do jednych trafiały nakazy, do innych zakazy, a jeszcze inni potrzebowali głaskania z włosem. - Zobacz, ile osób próbuje ci pomóc. Każdej z nich zależy na tym, żeby panował tu spokój i porządek. Victoria jest aurorem, przedstawicielką prawa. Chroni takich jak ty czy ja. - Kłamstwo? Nieee... ledwo manipulacja. Pewne pominięcie czy niedopowiedzenie. Nie wiedział, na ile Ciril był zaznajomiony z życiem ludzi, ale wolał założyć, że nie wiedział wielu rzeczy mieszkając tutaj, wśród mugoli... pewnie czuł się tutaj bezpieczniej. I dobrze. Nigdy nie warto było wkraczać do świata ludzi takim jak oni. - Zaufaj mi. Razem osiągniemy przecież więcej niż osobno. Tak przecież było zawsze. Stadem. Razem. - Selkie mogły nie lubić ludzi, bać się ich, ale jednocześnie w części do nich należały. I zawsze były bardzo towarzystwie względem siebie wzajem. Foki miały w końcu życie rodzinne, stadne, we krwi.




RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.05.2024

Tym się różnili, Geraldine patrzyła na fakty, Laurent najwyraźniej uważał, że wszystko jest możliwe, ona nie miała aż takie wiary w magię, czy inne nieprzewidywalne sytuacje, zawsze znajdował się limit, granica, której nie dało się przekroczyć, mogliby na ten temat podyskutować, jednak nie była to idealna do tego okazja. Nie zamierzała teraz wdawać się w niepotrzebne rozmowy, nie miało to większego sensu, musiała zająć się tym małym obchodem, który wzięła na siebie.

Uśmiechnęła się jedynie krótko i kiwnęła głową w odpowiedzi, gdy usłyszała słowa wypowiedziane przez Esmé. Dawno nikt nie rzucił w jej stronę podobnych słów. Miała na siebie uważać, to była jedna z tych rzeczy, których nie mogła obiecać, bo miała tendencje do niepotrzebnego ryzykowania, lubiła czuć adrenalinę i niepewność, kochała pakować się w kłopoty, wtedy faktycznie czuła, że żyje, gdy stąpała między życiem, a śmiercią. Musiała jednak tym razem być ostrożniejsza, bo znalazł się ktoś, kto faktycznie czekał na jej powrót, kogo nie chciała zawieść, uczucia, jakie ją opętały podczas tego krótkiego wyjazdu nad jezioro nieco ją odmieniły. Nie chciała sprawić mu przykrości, bo przecież go kochała, czyż nie? Nie mogła sobie pozwolić na błędy, jeszcze bardziej niż zwykle.

Miała te myśli z tyłu głowy, gdy ruszyła na spacer przed siebie. Sama nie wiedziała, czego właściwie szuka, może jakichś wskazówek, śladów, czegoś, co mogło dać im więcej odpowiedzi. Chyba, że tak jak wspominała selkie chodziło tylko o trytony, tylko gdzie w tym wszystkim żywe trupy, na które mieli uważać? Tego nie wiedziała. Rozglądała się jednak uważnie podczas tego spaceru, w razie gdyby coś lub ktoś postanowiło ją zaatakować. Musiała być gotowa do ewentualnej obrony. Nie miała pojęcia, czy coś znajdzie, ale wolała się przejść, niżeli stać bezczynnie próbując przemówić do rozsądku tej foce. Nie była specjalnie cierpliwa, prędzej, czy później wkurzyłoby ją to zwierzę, czy tam stworzenie i przeszłaby do innych argumentów niżeli rozmowa, pewnie lepiej dla wszystkich, że postanowiła się rozejrzeć.

[roll=Z]
[roll=Z]
Odkryj wiadomość pozafabularną
rzucam se na percepcję, jak spaceruję po wyspie