Secrets of London
[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150)
+---- Wątek: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca (/showthread.php?tid=3145)

Strony: 1 2 3 4


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Millie Moody - 05.05.2024

[inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400507-fit.jpg[/inny avek]

Spisywała wizje, kilka spostrzeżeń zebranych. Zainteresowała się żywo kartką, dowodem rzeczowym który koniecznie trzeba było przekazać komu trzeba i jeśli Ambrosia się zgodziła, to zabrała tę karteczkę i zabezpieczyła ją w szkicowniku składając jedną ze stron w papierową kopertę, tak żeby im nie zniknęła nie tylko treść ale wspomnienia przedmiotu. Chciała też pisać dalej, ale pierdolenie Alexandra tylko wywinęło jej gałki oczne ku niebu. Mieli za mało danych, ale pierdolili na trawniku o trawniku bez sensu.

– Może kurwa dlatego nikt nie oskarża fioletu, bo on nigdy nie oznacza nic złego? Jest jebaną transcendencją i rozwojem w sferze duchowej. Czarny jest nienawiścią. Zawiścią. Zazdrością. Tutaj nie ma miejsca na wybielanie sobie rąk i uważanie, że czarny kurwa jest poor little miał miał i trzeba go przytulić bo go kurwa nikt nie lubi. Zło jest złem, aury nie robią Cię w jebanego ciula i nie udają czegoś czym nie są. – żachnęła się, a potem on wyjebał jej z pełnej amunicji.

Mildred nie miała śniadej cery, nie miała jej nawet w różowych tonach, zawsze blada, raczej unikająca słońca królewna śnieżka. A jednak, przy osobistych wycieczkach osiągnęła poziom bladości kredy. On znowu jej to robił. Już nabierała powietrza w płuca by mu się odgryźć, gdy uciekł w wizję i to była kropla, która przelała czarę. Z impetem wcisnęła swój notes Morpheusowi i gdy tylko zdawało się, że wizja przeszła a Alexander krztusił się własną zajebistością, pchnęła Mulcibera oburącz, z całej siły, jak rozjuszony byk.

– O chuj się przypierdalasz do mnie? Co ja Ci kurwa zrobiłam co?! – ryknęła – I jeszcze sobie spierdalasz w wizje zadowolony z siebie kutasiarzu, a Ci zasrani stróże prawa może będą w stanie osiągnąć jakieś realne efekty pieprzony cwelu, mają dostęp do ciał, do narzędzi i kurwa do własnego mózgu w przeciwieństwie do Ciebie! Byśmy kurwa dawno dojebali skurwieli co se tu biegają i składają z ludzi ofiary, gdyby zasrane departamenty ze sobą współpracowały i to nie ma nic wspólnego ze mną i moją rodziną fagasie! – była o krok, tylko o krok żeby mu jebnąć, żałując tylko tego, że nie ma ciała swojego dwumetrowego brata i klątwy na plecach pozwalającej wyrwać mu serca gołymi rękami.


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Morpheus Longbottom - 05.05.2024

Ktoś zostanie złożony w ofierze. A my właśnie podstawiliśmy cały ośrodek pełen czarodziejów, jak bufet. Od wyboru do koloru. — Zacisnął usta. Musiał poinformować kogoś z BUM-owców lub Aurorów. Na pewno mieli Brennę, widział ją, nawet jeśli nie wiedział, czy widziała go ona. Wtedy rozpętało się małe, prywatne piekiełko, którego aż tak się nie spodziewał. To znaczy, nie do końca rozumiał relację dziewczyny z Alexandrem, ich zadrę, ale podejrzewał, że czarna aura amplifikowała jej zachowania. Biedna, biedna ptaszyna. Kiedy patrzył na oboje, miał ochotę zamknąć ich w kołyskach dłoni i utulić. Szybko odrzucił te myśli, skupiony na działaniu.

Przejął notes od Mildred, po czym odsunął się do tyłu dwa kroki. Spojrzał na zegarek na swoim zegarku, poczekał aż słowa Millie wybrzmią i dotrą do drugiego Niewymownego. Podniósł głos, nie do krzyku, ale do wyrobionego latami sparowania się w Srebrnych Różdżkach wzmocnionego brzmienia z przepony, które unosiło się nad hałasami. Sztuczka jego ojca, której nauczył się też po wielu próbach Morpheus. Przydawało się, gdy nie chciało się wzbudzać aż tak wiele uwagi, jak w przypadku magicznie wzmocnionego głosu. Podobno tak przekrzykiwali sztormy marynarze. Mówił jednak spokojnie. 

Macie minutę. Później zakładam wam obroże i smycze. Czas start — wyciągnął z talii dwie karty, aby transmutować je w obroże ze smyczami dla dwójki tarocistów. Świetny im ten zjazd wyszedł. O Millie wiedział, o jej problemach z ojcem i jego wiecznej nieobecności. Nie zamierzał jednak mówić ani do jednego, ani do drugiego, że wystarczy ładnie poprosić, nie trzeba się rzucać do gardła, żeby zasłużyć na skórzany pasek. W czasie tej minuty nie miał zamiaru interweniować, chyba że zaczną latać niebezpieczne zaklęcia. Mogli się zerżnąć tu i teraz, jeśli chcieli i im ulży. Po narkotycznych ekscesach pewnie Alexandrowi tyle czasu wystarczyło.

W czasie tej minuty wyrwał ze złożenia notesu czystą kartkę, tak, aby nie niszczyć integralności całości i zaczął pisać do Brenny:


Jestem w Windemere, znaleziono notatkę o składaniu ofiary z mugolki. Są dwie aury, fioletowa i czarna, czarna niszczy, fioletowa chroni. Miałem z L. Trelawneyem wizję z mężczyzną i roślinach pożerających ofiarę. Podejrzewam, że Bagshot ma być złożony w ofierze. Jeśli nie on, to inny czarodziej.

Wujek M.

Zamierzał wysłać do Brenny klasyczny samolocik, które wysyłano sobie w ministerstwie. Miał nadzieję, że mu się uda i odnajdzie właścicielkę w innej formie, niż w połowie szalonego rytuału jako ofiara. To byłoby w stylu jego bratanicy.


Rzut na transmutowanie karty z tarota w obrożę ze smyczą
[roll=Tarot]
[roll=Tarot]
[roll=O]
[roll=O]



RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Leon Bletchley - 05.05.2024

Przez ten czas zdołał opanować krwawienie z nosa i podnieść się z kolan. Uczyniwszy to mógł wrócić do uczestniczenia w życiu grupy, po to aby odnaleźć się w toczonych przez nich rozmowach. Doświadczanie jakichkolwiek wizji potrafiło wybić go z rytmu albo nawet wytrącić z równowagi. Ta wizja, której doświadczył, była jedną z tych dogłębnie zapadających w pamięć. Taki właśnie był minus bycia posiadaczem daru jasnowidzenia.

Byłoby najlepiej, gdybyśmy nie stanęli oko w oko z nieumarłymi, niezależnie od tego, co odpowiada za ich stworzenie. Zwykle ten, kto najwolniej ucieka, ginie pierwszy. — Zwrócił się do dyskutujących o nieumarłych czarownic. Opanowanie drżenia głosu nie było takie łatwe, jakby sobie tego życzył. W pierwszej kolejności mówił o sobie, nie mając pewności co do tego czy mógłby liczyć na kogoś z obecnych tutaj osób. Zakładanie w ciemno, że mógłby polegać na swoich towarzyszach nie było w jego stylu - nie poznał części z nich na tyle, aby mieć co do tego niezachwianą pewność. — To jedna z tych wizji, których nie chciałbym doświadczyć. — Wymruczał pod nosem podczas podążania w stronę lasu. Nie bardzo chciał do tego powracać.

W tym momencie snujesz naprawdę czarne wizje... jednak powinniśmy traktować to jako jeden z możliwych scenariuszy. — Odezwał się z przekąsem po przeczytaniu pokazywanej im kartki. — Jedynie możemy spróbować temu zapobiec. — Posłał poważne spojrzenie Morpheusowi. Słowa, które skierowała do niego Szeptucha, po raz kolejny powróciły do niego. Tym razem jego droga przecinała się ze drogą śmierci, a przecież miał się do niej nie zbliżać.

Leon bardzo chciałby wypowiedzieć się na temat poruszony tym razem przez Alexandra, jednak nie był żadnym ekspertem od tego rodzaju. Pozostawał również przekonany, że jego przemyślenia okażą się raczej błędne. Światło nie mogło istnieć bez ciemności, a w każdym człowieku drzemie zarówno dobro i zło, które w odpowiednich okolicznościach dochodzą do głosu. W jakimś stopniu to widzieli na własne oczy.

Zaryzykuję stwierdzenie, że rośliny to... proste organizmy, w przeciwieństwie do ludzi. Może też powinniśmy jeszcze raz prześledzić zachowanie tych ludzi. W każdym z nich do głosu dochodziły negatywne emocje, najczęściej wściekłość. Jako ludzie jesteśmy sumą swoich najlepszych, jak i najgorszych cech. Zwykle potrafimy nad sobą panować... teraz wszystko zostało wypaczone. Zachowanie tych ludzi, to jak reagują rośliny na kontakt z człowiekiem. Także w doświadczanej przez nas wizji. W moim odczuciu. — Po dłuższej chwili zastanowienia postanowił podzielić się z towarzyszami swoimi przemyśleniami odnośnie całej tej sytuacji. Na ile były poprawne, a na ile błędne? Tego nie potrafił powiedzieć. Była to naprędce powołana myśl. Nie mieli na tyle czasu aby mógł w kontrolowanych warunkach analizować ten problem.

Nie widzieliśmy jak dotąd nieumarłych, ani żadnych duchów. Jeśli ci wszyscy ludzie nie opuścili tego miejsca to powinien pozostać po nich jakiś materialny albo niematerialny ślad. Obie teorie są prawdopodobne, choć przez wzgląd na moje poprzednie słowa o wypaczeniu tego miejsca to przychylam się do tej drugiej teorii. — Jakby na znak aprobaty skinął głową ku Alexowi. W swoim mniemaniu całkiem dobrze zrozumiał to, co ten czarodziej miał do powiedzenia.

Tobie też zdaje się udzielać ta wściekłość, choć w tym przypadku... jest uzasadniona. — Spostrzegł spoglądając na Alexandra. Jego też denerwowało to wszystko, co się tutaj działo - pozostawał zagorzałym przeciwnikiem stosowania wszelakiej przemocy, a składanie ofiar z ludzi stanowiło dla niego wyraźny powód aby ktokolwiek za to odpowiedzialny spędził dożywocie w jakimkolwiek więzieniu. W najlepszym razie.

Odnoszę wrażenie, że wszyscy potrzebujemy oczyścić atmosferę. Mam w torbie odpowiednie kadzidło. — Wypowiadając te słowa sięgał już ku swojej torbie, z której zamierzał wyciągnąć kadzidło ze splecionych ze sobą ziół: szałwii białej, szałwii lekarskiej, krwawnika, bylicy piołun, kocimiętki, wrotyczu, hyzopu oraz żywicy. Skłoniło go ku temu zachowanie samego Alexandra, jak i nad wyraz żywiołowa odpowiedź jego kuzynki. Takiej wiązanki nie powstydziłby się niejeden stały bywalec Gospody pod Świńskim Łbem. Jego kuzynka już taka była, ale to żadne usprawiedliwienie.

To nie psy... aby trzymać ich na ich smyczy. Zachowujmy się jak cywilizowani ludzie. — Spojrzał z ukosa na Morpheusa, trzymając jedną dłoń w swojej torbie, w której jego palce wymacały charakterystyczny kształt kadzidła.




RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Ambrosia McKinnon - 08.05.2024

Zawahała się, bo to co powiedział Alexander, wyraźnie jej nie pasowało. Nie chciała jednak, nie, nie mogła mu powiedzieć wprost, że się mylił, bo w jakiś dziwny sposób wydawało jej się to wybitnie niewłaściwe w tym momencie. Zanim jednak zdążyła dojść do tego, jak właściwie ubrać myśli w słowa, odezwała się Millie. Miała rację, a Rosie pewnie chętnie by się z nią zgodziła, gdyby nie fakt że to na Mulcibera teraz przyszła kolej, żeby doświadczyć wizji. Podniosła na niego czujne spojrzenie, trochę chyba oczekując, ze zaraz upadnie na kolana, dokładnie tak samo jak wcześniej zrobił to Morpheus i Leon, ale cokolwiek widział, najwyraźniej nie było to aż tak dotkliwe.

- Czy wszystko... - dobrze? Chciała zapytać, z troską przypatrując się jego twarzy, ale w całą tę interakcję wcięła się Moody, wyraźnie czekając na moment, aż Alexander na nowo wróci do rzeczywistości. Blondynka wzdrygnęła się, w pierwszym odruchu wyraźnie nie będąc chętną, by stanąć między rozjuszoną kuzynką, a swoim ukochanym. Coś w niej wciąż aż za dobrze pamiętało moment, kiedy ostatnim razem stanęła na drodze Hadesa, skutecznie zmuszając ją do poddania się odruchowi, ale zaraz zmarszczyła niezadowolona brwi.

- Przestańcie!
Wepchnęła się między nich, całym swoim ciałem próbując ich rozdzielić. Szybko jednak ustawiła się tak, że Millie miała za plecami, próbując ją przy tym przytrzymać ręką i nie pozwolić faktycznie przydzwonić Mulciberowi. - Oboje! Przepychanie się teraz w niczym nie pomoże. Pierdolnijcie sobie głową w najbliższe drzewo, jak bardzo chcecie się wyżyć - syknęła, na moment odwracając głowę w kierunku znajdującą się za nią Moody. Pewnie w innych warunkach już dawno stałaby obok Morpheusa i zakładała się z nim, które z dwójki wygra.


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Alexander Mulciber - 08.05.2024

On i Windermere byli jednym.

Nie słyszał podjętej przez resztę towarzyszy dyskusji, nie dane mu było zaszczycić odpowiedzią zadanych mu pytań, ani zripostować rzuconych w jego stronę obelg - przez chwilę nie słyszał niczego, poza przytłaczającą zmysły, martwą ciszą podwodnej topieli - bo tonął w wodach jeziora.

Oddałem ci swoje ciało, Windermere - oczy, uszy, dłonie - a nie swoją duszę, pomyślał gniewnie, kiedy już wyrwał się z mgły wizji, chwytając gwałtownie powietrze. Zaniósł się kaszlem. Powinien wiedzieć od samego początku, że to miejsce jest przeklęte.

Zaniedbane, tchnące dzikością Windermere, mogło się wydawać niemal pięknym, kiedy trwało skąpane w słońcu, tak jak i on mógł się wydawać niemal sobą - tym starym sobą, tym lepszym sobą - kiedy jego twarz opromieniał blask uśmiech Rosie.

Windermere, bujające życiem aż do przesytu - tak jak on znajdujące rozkosz w hedonizmie, kryjące swoją ohydę pod pozornym pięknem - to miejsce było spaczone, spierdolone, tak jak on, z tej przeklętej ziemi nie mogło wyrosnąć nic dobrego, bo w każdym kiełkującym kwiecie, krzaku, drzewie tkwił ten sam pierwotny popęd do destrukcji, co i w nim.

Windermere, które od samego początku traktował nieufnie, z niechęcią wręcz, które chciał opuścić, ledwie tutaj przyjechali - ale przecież został - zostali, dzięki Ambrosii, przekonującej go, że to miejsce jest tego warte; tak samo, jak usilnie przekonywała Alexandra, że go kocha, że chce być z nim, że on jest wart jej... W Windermere mogli być dla siebie kim tylko by zechcieli, tak samo jak w jego snach.

Wreszcie, Windermere - abominacja. Żywe trupy? Na początku, wszystkie miały twarz jego brata, ale potem uświadomił sobie, że to miejsce napawało go takim samym obrzydzeniem, jak czuł, patrząc na swoje własne odbicie w jeziornej tafli.

On i Windermere byli jednym i tym samym bytem, dlatego nienawidził go wściekłą pasją.

Już dawno powinien umrzeć, stwierdził, czując, jak tonie. Chciał umrzeć, więc dlaczego wciąż walczył? Przez chwilę widział tylko czerwień. Gdyby tylko nie ten nieznośny ból rozdzierający pierś, gdyby nie narastająca panika i krew dookoła... Pierdolone Windermere. Zdradziło go.
Patrzył jego oczami, a ono patrzyło wgłąb niego. Jak śmiesz, chciał wrzeszczeć, ale nie mógł nawet zaczerpnąć powietrza. Męczyła go ta wizja. Męczyło go Windermere, to zdradzieckie Windermere, które znało jego samobójcze marzenia.

Dusił się, ale wciąż walczył o oddech. Po co?

Alexander nie walczyłby - poczekałby, aż zadziałają leki, aż jego oddech zwolni - nie czułby też bólu, i przede wszystkim, nie widziałby czerwieni. Tonąc w zielonych wodach jeziora, myślałby tylko o oczach Ambrosii, i odszedłby spokojny.

- Kurwa - zaśmiał się: dziwny musiał być to widok, kiedy jeszcze przed chwilą wypluwał płuca, a teraz, kiedy wizja się skończyła, i wreszcie zdołał zaczerpnąć oddechu, wyprostował się, i zaniósł chryplawym śmiechem. - Jezioro. Mówiłem, kurwa, że chodzi o jezioro. Tonąłem. - Nie brzmiał na spanikowanego. Na szalonego? Może. Splunął na bok, i otarł usta dłonią.

- Wszędzie, kurwa, czerwień. Co to miało, kurwa, być - mamrotał dalej. Chwycił Ambrosię za rękę, nie wiadomo, czy po to, by samemu się uspokoić, czy po to, by ukoić jej nadszarpnięte nerwy. Nie musiał się nawet wysilać, by przestawić ją z linii ognia między nim a Mildred, którą nagle obrzucił ostrym spojrzeniem. - Nawet ty - ty suko, miał ochotę dodać, ale jakimś cudem zmełł przekleństwo w ustach, i tylko jego ton przesycony był kpiącym rozbawieniem, choć Mulciberowi wcale nie było do śmiechu.

Nie myślał o czerwieni zalewającej wody Windermere. Myślał o czerwonych niciach powiązań, które oplatały ich ciała więzami dzikszymi od listowia Windermere, tak bardzo kontrastując z delikatnością czerwonej niteczki losu - rodem z orientalnej legendy, którą Ambrosia zawsze tak bardzo lubiła przywoływać - zawiązywanej na małych palcach dłoni ludzi złączonych przeznaczeniem. Na co komu obroża, skoro te pierdolone nici powiązań krępowały go lepiej niż jakikolwiek kaganiec?

- Myślisz, że nie widziałem tej czerwonej poświaty?

Gdyby mógł, rzuciłby to Mildred w twarz, wysyczał to, z okrutną satysfakcją patrząc na skonfliktowane obrzydzenie malujące się na jej obliczu - a może i lęk, bo co, bo nie spodziewała się, że on zobaczy? - z sadystycznym przyjemnością obserwując kolejny wybuch wściekłości, tym razem w pełni świadomy jej słów. Może nie powinien tak się bać jej miodowych oczu, pomyślał złośliwie, może to szaleństwo, o które ją podejrzewał, niczym nie różniło się od spierdolenia w jego własnej głowie.

Ale Moody była w tym momencie jego najmniejszym zmartwieniem. Przestał patrzeć na nią; nagle popatrzył dalej, na Morpheusa, jakby to do niego kierował te słowa.

Gdyby mógł, powiedziałby mu to wprost, stojąc przed mężczyzną w niekomfortowo bliskiej odległości, tak, jak gdyby chciał wszcząć szczeniacką bójkę. Cofnąłby się? Czy Mulciber w ogóle chciał, żeby się cofnął? Co mają znaczyć te nici, spytałby, chłodnym, służbowym tonem, jak gdyby natrafili na nieprzewidziany problem podczas pracy nad projektem. Gdyby Morpheus roześmiał mu się w twarz, byłoby prościej...
A co, gdyby mrugnął?

Nie, nie dbał o nich wszystkich. Gdyby mógł, powiedziałby to tylko Ambrosii, cicho, czule - tak, by nikt inny nie usłyszał żaru w jego głosie - jego "widziałem" byłoby niewiele głośniejsze od szeptu, tonącego w fali słodkich westchnień leżącej obok kobiety, tak jak on tonął - we własnej niepewności - rozdarty między zazdrością, ciekawością a ślepym uwielbieniem.
Uwielbieniem, którym nie była w stanie zachwiać nawet magia Windermere.

- On też ją widział. Śpiący. Śniący? - zaczął mówić, szybko, ostro, najkonkretniej jak umiał, choć wizjom daleko było od konkretów. Głos miał trochę zdarty od kaszlu, więc też łatwiej było mu wyjaśnić swoje widzenie urywanymi, krótkimi słowami. - Dlatego się obudził. Wyczuł krew. Woda była czerwona od krwi. Przestałem widzieć. Czułem tylko, że za moimi plecami dzieje się coś strasznego. A wtedy On - ten mężczyzna, z ciałem opleciony przez ciemność i gałęzie - Śniący - uniósł głowę.

Umilkł. Dalej nie sądzili, że jezioro jest ważne? Pokręcił tylko powoli głową.
- Dalej, przeprowadź swój pierdolony egzorcyzm, Bletchley, nie odstawaj od tego wesołego towarzystwa. Chętnie zobaczę, jak ciebie też spowija czerwień.

Mulciber przytrzymał się drzewa, bo znowu chwycił go kaszel.

A może to był śmiech.

Życzę ci, żeby to była, kurwa, krew, a nie te pierdolone nici.

To miejsce potrzebowało czegoś więcej niż egzorcyzmu. Trzeba je było spalić do gołej ziemi.


RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Millie Moody - 09.05.2024

Skonfliktowane obrzydzenie? Lęk? To były zapewne pobożne życzenia Alexandra, groźba chociaż raz jeden chybiona. Millie wykrzywiła twarz w swoim ulubionym paskudnym uśmiechu szukającej, która dostrzegła złoty błysk lśniący w oddali i miała pełną świadomość, że jest o połowę bliżej celu niż jej konkurent z przeciwnej drużyny. Gdy tylko Alexander odsunął spomiędzy nich Ambrosię w jednym kroku znów znalazła się przy nim i chwyciła za chachły gwałtownie przyciągając do siebie, zaskakującą jak na chuchro którym była siłą. Cóż, może to kwestia żylastości, może karaluszej niezniszczalności.

– Na prawdę sądzisz, że kazałabym Ci na nie patrzeć, gdybym nie wiedziała co zobaczysz Alexandrze? – syknęła mu wprost do ucha, wplatając w każde słowo oślizgłą słodycz nienawiści do jego osoby. Nie było tam wielu myśli, głębi refleksji i analizy tego dziwnego układu w którym między bliźniaczymi gwiazdami krążącymi wokół siebie, co jakiś czas trafiała kometa oznaczona podwójnym M. Ale agresja i pogarda leżała bardzo blisko w słowniku Moody obok pożądania. Inaczej nie miałaby tylu kochanków wśród czystokrwistych, inaczej nie pławiłaby się w ich skonfliktowaniu i obrzydzeniu do samych siebie, gdy opuszczała ich pokój bez słowa pożegnania, średnio zainteresowana utrzymaniem jakiegokolwiek później kontaktu.

Zaraz potem wypuściła go i wyminęła, nie uraczając nawet kopniakiem w kostkę, ignorując całe towarzystwo łącznie z Morfiną, który widać za dużo czasu spędzał z warowniową psiarnią.
– Las i jezioro się nie wykluczają. Zobaczmy o co chodzi z tymi gałęziami i jak szybko się to gówno się regeneruje – Millie pozostawała kobietą czynu, a jakieś tam naoczne świadkowanie pojeba z departamentu tajemnic było mało wystarczające. Bunt roślin opisywany jej przez innych - bardziej wiarygodnych świadków, nie działał w takim zastraszającym tempie.

Nie odeszła daleko od nich, stanęła na linii lasu. Działa metodycznie, zaskakująco spokojnie jak na małe starcie się z Mulciberem, zupełnie jakby jego próba ostatecznego dopierdolenia jej zadziałała kompletnie odwrotnie z intencją. Odetchnęła i zaczęła od trawy i jęła orać ją glanem, a następnie od ręki złamała trzy gałązki krzaka i wyrwała z ziemi kwiat.

[inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400507-fit.jpg[/inny avek]

Koniec sesji