![]() |
|
[13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet? (/showthread.php?tid=3156) |
RE: [13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet? - Basilius Prewett - 04.05.2024 Tylko próbowałam? No tak. Jego wina. Nie miał zielonego pojęcia czemu w ogóle w taki głupi sposób sformułował to pytanie. Basilius nagle spojrzał się na nią z udawaną powagą. – Brenno, powiedz mi szczerze. Czy miecz Godryka Gryffindora jest cały, czy też tak naprawdę go zepsułaś, a na ścianie wisi kartonowa replika? – zażartował, wciąż udając poważnie zmartwionego. To znaczy, gdyby odpowiedziała twierdząco na to pytanie, to Basilius rzeczywiście by się zmartwił, ale wątpił jednak, czy tak się wydarzy. Zerknął na łóżko i skrzywił się nieznacznie. Czy wypadałoby im je przenieść, czy też po prostu powinni je tak zostawić do czasu, aż ktoś ich uratuje? Zerknął na Brennę bez kości, a potem na łóżko, próbując oszacować ile waży i czy dałby radę przenieść je w pojedynkę. Ta.... Chyba jednak lepiej je tak zostawić. – Nic przeciwko Slytherinowi? – Uniosł brwi, nieco rozbawiony. – W takim razie skąd na Merlina wzięły się te wszystkie wyrzuty, kiedy plamy na twojej ręce stały się srebrne? Slytherin był domem, w którym Basilius myślał, że mógłby w nim być, gdyby nie trafił do Ravenclawu. Chyba. Na pewno było mu do niego bliżej niż do zbyt brawurowych Gryfonów z tendencjami do robienia sobie najgłupszych krzywd w imię odwagi i innych takich, czy Puchonów, którzy zawsze wydawali sobie cenić bycie miłym. A Basilius może i starał się być miłym dla pacjentów, ale wydawało mu się, że Helga Hufflepuff nie byłaby zbyt zadowolona z tego ile razy w głowie rozmyślał, jak wrobić jakiegoś irytującego czarodzieja w przekręt finansowy, którego nie popełnił. – A może był draniem, ale reszta wiedziała, że bez niego to się nie uda? – zasugerował, wpatrując się w swoją czekoladową żabę, teraz już bez głowy. – Wiesz, może przymykały oko na jego pierdole- Gadanie, bo cel był ważniejszy? – A może po prostu gadał głupoty, a Salazar najzwyczajniej na świecie, na którymś etapie swojego życia mocno uderzył się w głowę. Parsknął rozbawiony. – Dobrze dziękuję. Postawie sobie na biurku. – Co jak co, ale Brenna miała trochę racji. Naprawdę nie wypadało mu nie mieć patronki własnego domu w swojej kolekcji. – Tak, naprawdę. Mamy dziwne przypadki, nie zrozum mnie źle, może nawet dziwniejsze, ale... Ale zazwyczaj nie skupiają się na jednej osobie. A ty... Masz do tego talent. I chyba wolałbym abyś go nie miała. Uśmiechnął się szeroko, gdy zobaczył, że znowu wygrał. Oczy mu błyszczały. Lubił to. Naprawdę to lubił. Lubił ten moment, gdy okazywało się, że karty były po jego stronie, poprzedzony tą chwilą niepewności, gdy wciąż coś ryzykował. – Nie, nie musisz się tego obawiać. Zapewniam, że jesteśmy całkowicie bezpiecznymi osobami do grania – oznajmił wciąż nie gubiąc uśmiechu, który zagościł na jej twarzy. Spojrzał na swoje karty. Jaki ładny wynik. Według Basuliusa poker nie był jedynie kwestia szczęścia, a też umiejętnością dobrego wykorzystywania tego szczęścia, czy też nieszczęścia. Ale dzisiaj... Dzisiaj zdecydowanie nie miał pecha. Spojrzał na Brennę. – No dobrze. Już się tego boję, ale co się wydarzyło w ten najdziwniejszy poniedziałek w twoim życiu? RE: [13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet? - Brenna Longbottom - 04.05.2024 – Przetrwał wszystko, co na pewno wyprawiał z nim Godryk Gryffindor, a potem jego wnuk, więc ja też nie zdołałam go uszkodzić. Z ręką na sercu! – zapewniła Brenna, sama nawet nie próbując udawać powagi. – Podobno wchłania wszystko, co może go wzmocnić i powstał z goblińskiej stali, a potem go zaklęto, więc nic mu nie grozi. Zasadniczo Brenna mogła trafić do Slytherinu. Ba, tiara nawet przez moment się wahała. Ostatecznie skończyła w Gryffindorze pewnie po pierwsze dlatego, że tego chciała, po drugie – bo brakowało jej ślizgońskiej ambicji. Potrafiła manipulować, bywała całkiem przebiegła, zasady uważała bardziej za zbiór luźnych wskazówek niż coś wykutego w kamieniu i była czystej krwi: ale nigdy nie zależało jej na uznaniu, zaszczytach i wysokich stanowiskach. – Bo jestem patriotką domową, ale to przecież wcale nie znaczy, że nie lubię innych domów. Poza tym… bardziej do twarzy mi w złocie – zażartowała, odruchowo zerkając na swoją rękę. Chociaż w istocie to złota raczej zwykle nie nosiła, chyba że właśnie na czerwono – złotym szaliku Gryffindoru czy bluzie z gryfońskim lwem, wyblakłej, ale wciąż wiernie jej służącej nawet po dziesięciu latach. – Tiara Przydziału zawsze śpiewała, jak wielkimi przyjaciółmi byli Założyciele. Gryffindor i Slytherin zgadzali się nawet w snach i wszędzie razem widziano Ravenclaw i Hufflepuff – zacytowała jedną z piosenek, które wyśpiewał kapelusz. Rzecz jasna nie znała na pamięć ich wszystkich w całości, ale te wersy jakoś utkwiły jej w pamięci. – Ale to tym smutniejsze, nie uważasz? Przyjaźnili się przez całe lata, postanowili razem założyć szkołę, prowadzili ją dość długo aż w końcu poróżnili się tak bardzo, że jeden z nich musiał odejść. Wszystko z powodu czystej krwi. Tym razem spoważniała: i nawet nie w udawany sposób. To była historia powtarzająca się wciąż i wciąż od nowa. Historia, która była Brennie bliska, zwłaszcza teraz, gdy nad ich światem zawisło widmo wojny. Może nie była wystarczająco dobrą przyjaciółką, bo istniały rzeczy, których nikomu nie mogłaby wybaczyć. Pomaganie w mordowaniu dzieci tylko za to, że ich krew nie jest dość czysta, było jedną z nich. Drogi jej i kilku drogich jej niegdyś osób rozeszły się już dawno: inne rozchodziły się powoli, ale nieubłaganie. – Mama zawsze mówiła, że nie umiem usiedzieć na miejscu – odparła jednak zaraz, znów lekkim tonem, na wyjaśnienia Basiliusa. – Słuchaj, znam paru Prewettów. Nie nabiorę się na tę propagandę – roześmiała się, znów podając mu karty. A potem… potem uśmiechnęła się do niego jakby przepraszająco, gdy Jednak Zapytał. – Chatka na kurzej stopie w głębi lasu. Poważnie. Odłączyłam się od grupy podczas pościgu i prawie utonęłam w bagnie, a jak się z niego wydostałam, to trafiłam na chatkę z bajki. Rośliny zachowywały się tam dziwnie, a staruszka, która tam mieszkała… no zachowywała się jeszcze dziwniej i myślałam, że zaraz wsadzi mnie do pieca. A kiedy próbowałam tam potem wrócić, nie mogłam jej znaleźć. Chatki, nie starszej pani. Właściwie to ich obu. A gość, którego szukaliśmy, też się rozpłynął. RE: [13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet? - Basilius Prewett - 05.05.2024 – No dobrze. W takim razie może rzeczywiście nie jesteśmy jeszcze skazani na świat bez tego słynnego miecza – Dalej jednak był przekonany, że gdyby ktoś miałby go zniszczyć to byłaby to właśnie Brenna. I chyba myślał o tym jako pewnego rodzaju bardzo dziwny komplement. W końcu nie byłoby to łatwe zadanie, ale on wierzył, że byłaby w stanie tego dokonać. – Hm... – Na komentarz o złocie spojrzał na nią jakoś uważniej, mrużąc lekko oczy, w głowie próbując sobie wyobrazić Brennę w złotych ozdobach innych, niż podejrzane plamy po nekromantycznej magii. – Możliwe, że możesz mieć rację. Ale postaraj się nie dostać nigdy klątwą złota, ani niczym takim. – Niestety nie mial zlotych bandaży, którymi mógł jej unieruchomić palce, gdy wreszcie stąd wyjdą. – W sumie racja. W takim razie może rzeczywiście na początku byli prawdziwymi przyjaciółmi – Chyba, że Tiara nieco podkoloryzowywała rzeczywistość I... Co on się uparł na tę fałszywe przyjaźnie dla korzyści? Przecież oni wszyscy chyba chcieli załoszkołę szkołę. I dzięki Merlinowi za to bo oszalałby w edukacji domowej. Tym razem sam spoważniał. Wszystko z powodu czystej krwi. Wbił spojrzenie w karty, jakby nagle zobaczył w nich coś bardzo ciekawego. – Tak. To naprawdę okropne – przyznał jej rację, starając się za dużo w obecnej chwili o tym nie myśleć. – Wiele osób nie potrafi usiedzieć w miejscu, a nie dostają potrójnymi klątwami – zauważył. Sam może nie był zbyt aktywny z wiadomych powodów, ale był prawie pewien, że gdyby był, to nie ściągałby na siebie takich problemów. Na słowa o propagandzie Prewettów uśmiech powrócił mu na twarz. No cóż, niektórzy ich znali, a wciąż potrafili się nabrać. – Dobrze dla ciebie, gorzej dla nas– zażartował. – Ale przecież sama miałaś dobre karty, więc może innym razem miałabyś szansę. Niby wygrał i dostał odpowiedzi na pytania, a jednak czuł się jakby przegrał właśnie jakąś część własnej poczytalności. – Chatka na kurzej nodze ze staruszka, która próbowała wsadzić cię do pieca? – Musiał się upewnić czy dobrze usłyszał. Niestety słuch miał dobry i się nie przesłyszał. – I jeszcze prawie utonełaś w bagnie? – To akurat brzmiało typowo na ile zdążył już ją poznać. Ale kurza chatka na nodze? – A więc jednak można pisać też o tobie pisać powieści przygodowe, a nie tylko prace naukowe. – A jeśli będzie się znowu kłócić, że byłaby tylko postacią drugoplanową, to chyba zabierze jej różdżkę i spróbuje znowu wyczarować galaretowaty palec, by go w nią rzucić. Pukanie. – Halo? Jest tam ktoś? Chyba słyszałem jakieś głosy – Basilius spojrzał się na Brennę z radością w oczach. Octavian. To chyba był Octavian. Ktoś przyszedł ich uratować. Nie zostaną tu na zawsze. RE: [13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet? - Brenna Longbottom - 05.05.2024 – Klątwą złota? Czy istnieje jakaś klątwa złota? Co ona miałaby robić? – zdziwiła się nieco Brenna, a potem wzruszyła lekko ramionami. – Lubię w to wierzyć. Że nimi byli. To czyni tę historię jeszcze smutniejszą, ale najlepsze historie muszą mieć w sobie trochę smutku. Nie pociągnęła tematu czystej krwi, spuszczając wzrok na karty. Prewettowie należeli do tych rodzin, które nie pluły na mugolaków zwykle otwarcie, ale byli bardziej konserwatywni niż mniej i łatwo było się domyśleć, że Basilius może mieć mieszane odczucia na ten temat – którym jednak nie dałby pewnie wyrazu, choćby dlatego, że uzdrowicielowi w miejscu pracy nie wypadało. A Brenna, chociaż nigdy nie kryła, że w gronie jej przyjaciół są mugolaki, wiedziała, że pchając tym neutralnym rodzinom od razu wszystkie manifesty swoich bardzo radykalnych poglądów, może niektórych zniechęcić zamiast przekonać. – Hej, może ja tak naprawdę mam szczęście, nie pecha? Wiesz, wychodzę z tych wszystkich dziwnych przygód żywa – odparła Brenna, odwracając kota ogonem. Miała przecież możliwość doświadczenia wielu takich wydarzeń, bo pierwsze, drugie i trzecie jej nie zabiło! A większość ludzi umierała przy tym pierwszym. – Zbierałam po prostu dużo ładnych piesków – stwierdziła bez mrugnięcia okiem na informację, że miała dobre karty. Bo i miała, ale cóż, raz się przegrywa, raz wygrywa. – Nie, to znaczy nie spróbowała mnie wsadzić do tego pieca. Ale wydawało mi się, że rozważa, czy to zrobić. To był bardzo wielki piec, a ona tak… zerkała. Na niego, na mnie, czułam się trochę nieswojo, zwłaszcza że wiesz, chatka na kurzej stopie. I bagno. Chyba te poprzednie wizyty sprawiły, że Basilius zaczął dawać jej wiarę aż za łatwo – ewentualnie udawał, że daje wiarę – bo kiedy opowiedziała to Brygadzistom po odszukaniu drogi powrotnej, uznali, że uderzyła się w głowę. Nie upierała się więc o wspominaniu o tym w raportach… Wyprostowała się gwałtownie, gdy usłyszała czyiś głos za drzwiami. Rozmawianie i granie z Basiliusem były naprawdę miłe, ale Brenna jednak chciała odzyskać kości. – Utknęliśmy tutaj! Pan Ferdynand nas zatrzasnął – zawołała, czym prędzej zbierając się z podłogi. – Gdybyś mógł nas uwolnić, będziemy wdzięczni, tylko uwaga na łóżko i taśmy policyjne. Ściana i drzwi numer dwa zdążyły zniknąć, taśmy jednak okazały się bardzo trwałe. - …taśmy policyjne? – Nieważne, alohomora, bardzo, bardzo ładnie proszę… Drzwi po chwili szczęknęły. I w szparze między nimi a łóżkiem ukazała się zdziwiona twarz Octaviana. – Cześć, Octavianie! – przywitała się Brenna, obdarzając go szerokim uśmiechem. Po głosie nie rozpoznała, po twarzy i wzroście też. – Będziesz tak miły i odstawisz czarem łóżko na swoje miejsce? Pan Prewett nie ma różdżki, a ja… ja nie mam kości. I bardzo chciałabym je odzyskać… – oświadczyła, unosząc dłoń, by zademonstrować obrażenia. A potem obróciła się na moment do Basiliusa. – To jednak trochę dziwny piątek trzynastego… – podsumowała tę ich dzisiejszą przygodę. Koniec sesji
|