![]() |
|
[26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy (/showthread.php?tid=3497) |
RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Lorien Mulciber - 02.07.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2IS0Khx.png[/inny avek] przy stoliku z żetonami -> potem dołączy kawałek dalej do Richarda.
Byłaby okrutnie zawiedziona, gdyby Shafiq jej nie zauważył. Odkąd wróciła do Ministerstwa po swoim... małym urlopie, niemal cały czas się rozmijali, pochłonięci obowiązkami. Zapytana, Lorien natychmiast odpowiedziałaby, że ich wieczorne dyskusje były czymś czego niecierpliwie wyglądała i nie mogła się doczekać aż nadarzy się okazja do kolejnej. Szkoda tylko, że ich kalendarze zdawały się pękać w szwach. - Odpuścić przyjęcie u naszej drogiej Agnes? Nie ośmieliłabym się popełnić takiego faux-pas.- Przewróciła minimalnie oczami na komplement. Ale już przy następnych słowach o owej “legislacyjnej indolencji” przyjaciela nie zdołała powstrzymać cichego, przypominającego ptasi świergot śmiechu. - Anthony powiedziałabym, że jesteś zbyt skromny, ale wszyscy wiedzielibyśmy, że to kłamstwo.- Odparła układając dłoń na ramieniu Shafiq’a. Zwróciła się następnie do towarzysza przyjaciela. Zagraniczy gość, tak? Potentat włókienniczy? Interesujące. - Nie raz powtarzałam naszemu drogiemu Anthony’emu, że ze swoją wiedzą, gdyby tylko zechciał, zrobiłby zawrotną karierę w Wizengamocie. Ale to zbrodnia więzić niektórych w domu, kiedy cały świat ich wzywa. Miło poznać panie Birla. Podała nowopoznanemu Aryaman’owi dłoń do ucałowania mimo wszystko unosząc ją nieznacznie. Łamanie się w pół, żeby dosięgnąć do jej poziomu byłoby po prostu wysoce uciążliwe i niepotrzebne. Przywitała się jeszcze z Basiliusem, zdając się być naprawdę… wdzięczna z jego obecności. Nie przewidywała, żeby cokolwiek miało pójść dzisiaj nie tak, a ona sama potrzebowała jego pomocy, ale z tym z czym przyszło się czarownicy borykać- nigdy nie było stuprocentowej pewności. Poza tym, miała niejasne wrażenie, że gdyby już doszło do przemiany to medyk byłby tym, u którego szukałaby schronienia. Instynkt samozachowawczy to potężna sprawa. - Dobrze cię widzieć kuzynie. Cieszę się, że znalazłeś czas do nas dołączyć. Tak po prawdzie to był świat, który Lorien znała najlepiej. Rozgrywki polityczne były zaledwie w połowie tak przyjemne jak plątanie się w sieci brytyjskiej socjety. Spamiętywanie par, obserwowanie zachowań. Reagowanie na pojawienie się osób, których się człowiek wcale nie spodziewa. Jak na przykład Isaac Baghsot, który tkwił niczym cień przy boku jej krewnego. I którego dostrzegła zdecydowanie zbyt późno. Cudem zapanowała nad swoją miną, tłumiąc grymas niedowierzania i niezadowolenia. - Lorien.- Powtórzyła za nim powoli jakby na potwierdzenie, że się nie przesłyszał, pozbywając się przy okazji tej całej “panienki”.- Lorien Mulciber.- dodała za to, akcentując to co odpowiednie i wyciągając w stronę chłopaka dłoń. To czy ją uścisnął czy ucałował miało mniejsze znaczenie. Chodziło głównie o to, by zobaczył złotą obrączkę na jej serdecznym palcu.- Muszę przyznać panie Bagshot, że byłam pod ogromnym wrażeniem pańskich ostatnich - wypocin dziennikarskich - artykułów. Jestem wdzięczna za promocję tak ważnego przedsięwzięcia jakim jest - produkcja tych okropnych, obscenicznych świeczek - fundacja bliskiego mojemu sercu Alexandra Mulcibera. Oczywiście, że zauważyła to spojrzenie, ale nie zareagowała niczym więcej jak uprzejmym uśmiechem. Dobry zwyczaj - nie flirtuj z dziennikarzami. Zdążyła w tym krótkim czasie odzyskać rezon. Zwróciła się też przy okazji do pozostałych. - Nie wiem czy mieliście okazję czytać publikację pana Bagshota o wpływie mugolskich przemian politycznych na naszą rzeczywistość na początku lat dwudziestych. Jest wręcz zaskakuj… - Zamilkła w półsłowa, w tym samym momencie słysząc głos “męża”. Odwróciła głowę, gdy padło jej imię. Ruch był niemal automatyczny, naturalny; została zwabiona jak ćma do światła tym “kochanie”. Nawet jeśli była to tylko gra pozorów, to odszukała szybko spojrzeniem Richarda stojącego z Sophie, całkiem nieopodal. Na tyle jednak daleko, żeby nie czuła się w naturalnym obowiązku przedstawienia go swoim przyjaciołom i reszcie gawiedzi. - Wybaczcie. Obowiązki wzywają.- Zdawało się, że pani Mulciber ten łagodny, rozmarzony uśmiech nie schodził z twarzy. Ach ci mężowie, kiedyś to umrą pozostawieni sami sobie na dłużej niż pięć sekund.- Wierzę, że się spotkamy jeszcze dzisiejszego wieczoru. Koniecznie muszę dowiedzieć się więcej o tej współpracy. Cokolwiek co tchnie życie w kroje i tkaniny naszych drogich Rosierów jest mile widziane.- Przyłożyła palec do ust jakby to miał być ich mały sekret. Mały, niegroźny sekrecik. Skinęła delikatnie głową, żegnając się przynajmniej na razie. W jedną rękę wzięła tacę mówiąc do Marcusa słodkie “dziękuję”, a w drugą ujęła trochę materiału sukienki. Kopertówkę wcisnęła pod ramię. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebowała to potknąć się na oczach wszystkich i rozsypać cenne żetony. - Sophie, tersora mia. Wszystko dobrze? Potrzeba ci czegoś?- Przechyliła lekko głowę, zerkając to na rudowłosą to na Richarda. Podeszła tych kilka kroków do dziewczyny, puściła wreszcie sukienkę i ułożyła ostrożnie dłoń na jej bladym policzku.- Posłuchaj. Wolę, że jesteś tutaj niż…- Nie dokończyła. Niż w kasynie na Nokturnie? Na kolejnym Wydarzeniu Randkowym? - Po prostu baw się dobrze. Nie za dobrze… Ale gdyby cokolwiek się działo, znajdź nas od razu. Możesz mi to obiecać? - Zapytała już poważnie. Ostatecznie, niezależnie od tego czy dostała od Sophie wyczekiwaną obietnicę czy nie i tak skupiła całą swoją uwagę na Richardzie. Dostrzegła, kiedy jego wzrok uciekł w stronę Bagshota. Nazwijcie ją wieszczką i spalcie na stosie, bo doskonale wiedziała co teraz czuje i myśli Rick. Głównie dlatego, że miała podobne obiekcje co do obecności Isaaca. Dlatego pod pretekstem przekazania mu tacy ich wspólnych żetonów przysunęła się bliżej. Nieco zadarła głowę do góry, wspięła się ostrożnie na palce. Jakiż to był piękny obrazek - żony złaknionej atencji i bliskości. Mimo to głos Lorien brzmiał już o wiele bardziej normalnie niż przed chwilą. Pozbyła się tego słodkiego tonu tak szybko jak mogła. - Odpuść.- Powiedziała (poprosiła?) cicho. W ogóle zniżyła głos do szeptu pilnując, by jej następne słowa nie dotarły do niepowołanych uszu.- Przyszedł razem z Basilliusem, nie chcę ryzykować rodzinnych niesnasków przez dziennikarzynę.- To było ważne. Ważniejsze niż jakiś jeden czy nawet dwa głupie artykuły. Powędrowała na moment wzrokiem z powrotem w tłum zaproszonych, odnajdując Isaaca. Jeśli na nią spojrzał, posłała mu uroczy uśmiech i nawet uniosła delikatnie dłoń, poruszając lekko palcami w żartobliwym "hello".. A przy okazji zobaczyła też swoją kolejną krewniaczkę. Severine Crouch we własnej osobie. - Zaraz będzie toast. Chodź, nie wypada nie wypić zdrowia gospodyni.- Powiedziała jeszcze do Mulcibera. Musieli jeszcze całkiem sprawnie przedostać się do stołu z alkoholem. RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Bard Beedle - 02.07.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BGV5PJj.png[/inny avek] Po tym jak oddaliła się od schodów, gdzie zajęta była dotąd witaniem gości, pokonawszy dzielącą te dwa miejsca przestrzeń, Agnès pojawiła się przy stole z alkoholami. Podeszła do dwóch kelnerek, z której jednej - rudowłosej - wręczyła niemalże pustą już lampkę z alkoholem. Tę samą, którą miała przez cały czas. Teraz potrzebowała kolejnej. To jednak za chwilę. - Kochane, mogłybyście już zacząć rozdawać gościom szampana? - skierowała do dziewcząt słowa, które nie były prośbą. I na które istniała tylko jedna, prawidłowa odpowiedź. Dlatego też dotąd nieszczególnie zainteresowane tym, aby faktycznie zabrać się do pracy, Kathy i Elise, ruszyły wreszcie swoje cztery litery. Zaczęły krążyć po pomieszczeniu, rozdając lampki z szampanem każdemu, na kogo natrafiły. Zaproponowali go również tym z was, którzy na początku przyjęcia zdecydowali się na inny alkohol. Oczywiście zawsze mogliście odmówić. Kiedy dziewczęta zabrały się do pracy, Agnès sięgnęła po dwie lampki szampana, dostępne pośród tych wszystkich alkoholi, które znajdywały się wciąż na stole. Wybór był swoją drogą całkiem spory. Na razie jednak nie interesowały jej inne dostępne opcje. Może zmieni się to później - kiedy na jej barkach spoczywać będzie tych kilka zadań mniej. Wzięła też jedną z małych łyżeczek, znajdujących się kawałek dalej. Ona też miała się przydać. Oddalając się od stołów, ruszyła w kierunku fortepianu. Została kolejną osobą, która tym samym przeszkodziła grającej na nim Celine. Choć też nie do końca - zanim bowiem faktycznie postarała się zwrócić na siebie uwagę, odczekała aż ta dokończy grać kolejny utwór. Na szczęście czekać nie musiała długo. - Kochanie, z kolejnym utworem chwilę zaczekaj. I poczęstuj się, proszę, szampanem. Zaraz będę wygłaszać toast. - poinformowała blondynkę, wręczając jej przy okazji lampkę wspomnianego szampana, a następnie pozostawiła przy fontannie samą. Nie był to bowiem czas na pogaduszki. Co prawda Agnès zdawała sobie sprawę z tego, że nie wszyscy zaproszeni goście zdołali dotrzeć na miejsce o czasie, ale i tak zdecydowała się przejść do rzeczy. Nie zamierzała czekać na spóźnialskich. Chciała, aby Ci obecni, mogli możliwie najszybciej zacząć bawić się przy przygotowanych stołach do gry. Tracić i zarabiać przy nich wcale nie tak małe pieniądze. Choć nadal nie tak duże, jak to bywało w prawdziwych kasynach, gdzie można było stracić nawet i całą fortunę. Jeszcze jako żona kilku takich kasyn, miała okazje stać się świadkiem takich historii. I nie, ofiar tej nierównej walki z kasynem nigdy nie było jej szkoda, choć czasami zdarzyło jej się twierdzić inaczej. Wreszcie łyżeczka uderzyła o lampkę. Raz, drugi i trzeci. Niezbyt głośno, ale wystarczająco, aby świadomi zbliżającego się toastu goście, zwrócili uwagę na kobietę, która stanęła przed stolikami, tymi znajdującymi się blisko fortepianu. Było tutaj dużo wolnej przestrzeni. Idealnie, żeby nikt się o nic ani nikogo nie zabijał. Kiedy uzyskała odpowiednie ilości uwagi, Agnès przeszła do wygłaszania toastu. - Kochani moi, przyjaciele, czarodzieje i czarownice! - głos Agnès byli w stanie usłyszeć wszyscy. - Z wielką radością witam was w moich skromnych progach. Dzisiejszy wieczór niech każdemu z was pozwoli oderwać się od codzienności. Zapewni dużo zabawy oraz odrobinę ryzyka, bez którego życie nie byłoby równie barwne. - kontynuowała, zatrzymując spojrzenie na kolejnych, mniej i bardziej znajomych twarzach. Być może powinna się tutaj streszczać, niczego przeciągać, ale blondynka nie byłaby sobą, gdyby nie postarała się ukraść dla samej siebie odpowiednich ilości uwagi. Tej uwagi, którą szczerze uwielbiała. Od zawsze. - Hazard jest równie nieprzewidywalny co nasze życia. Sięgając po karty, pozwalamy na to, aby o wszystkim decydowała rzymska Fortuna, grecka Tyche, hinduska Lakszmi. - tutaj uśmiechnęła się do Arymana, być może nieprzypadkowo decydując się na wymienienie właśnie tej konkretnej bogini. - Co prawda nie znajdujemy się w Indiach i nie bierzemy właśnie udziału w tamtejszym Święcie Świateł, ale mam szczerą nadzieje, że każdemu z was nie zabraknie dzisiaj szczęścia. A zarazem jednak, nikt obdarzony nie zostanie jego nadmiarem, ponieważ jak mówi jedna z powszechnie znanych prawd: zbyt wiele szczęścia w kartach może sprawić, że w miłości nam go zabraknie. A któż z nas chciałby podejmować aż tak duże ryzyko? - na chwilę zatrzymała się, musząc odpowiednio dobrać dalsze słowa. Czyżby odeszła od wcześniej przygotowanej mowy? Po chwili już na szczęście kontynuowała. - Wznoszę ten toast za naszą wspólną zabawę, za pasję i za niezapomniane chwile. Niech każde rozdanie kart będzie pełne emocji, niech każdy zakład przynosi wam radość. Za wasze zdrowie, za uśmiechy i za magiczną noc pełną niezapomnianych chwil! Nie pojawiło się żadne zapraszam wszystkich do gry. Nie było to jednak potrzebne. Po tym jak Agnès zakończyła swoje przemówienie, dla wszystkich powinno być oczywistym, że tym samym można było wreszcie udać się do stołów. Zająć jedno z dostępnych miejsc. Wybór nie był przy tym jednak szczególnie duży. W grę wchodziły tylko dwa stoły sześcioosobowe do pokera i jeden większy, który był przeznaczony do ruletki. Przy tej drugiej opcji nie istniały żadne limity odnośnie liczby graczy, jaka mogła się przy nim pomieścić. Przynajmniej oficjalnie. Póki było wystarczająco miejsce, póki dało się przy stole do ruletki stanąć, można było przyłączyć się do gry. Sama Agnès, po tym jak zakończyła swoją mowę, napiła się szampana, ruszyła w kierunku jednej z kelnerek, wręczając jej do połowy tylko pełną lampkę. A następnie udała się w kierunku pomieszczenia, w którym znajdywała się ruletka. Znajdująca się znów za fortepianem Celine, zaczęła grać kolejny utwór. Być może chcąc nawet swoim wyborem coś zgromadzonym przekazać? Tura do północy 05.07 Ci z was, którzy jeszcze nie dołączyli do wydarzenia, mogą to zrobić jeszcze do piątku do północy. Do tego też czasu możecie jeszcze swobodnie pisać, wymieniać pieniądze na żetony oraz podjąć decyzje o tym, do którego ze stołów dołączycie na początek. Informacyjnie: 1. Przy stole do pokera jest 6 krzeseł dla graczy, osoby towarzyszące mogą stanąć za graczem. Każdy gracz proszony jest o to, żeby mnie oznaczyć, zajmując jedno z miejsc. Dostępne są łącznie 2 stoły. 2. Przy stole do ruletki jest 6 miejsc siedzących, ale nawet kiedy ich zabraknie, to stół jest na tyle duży, żeby jeszcze parę osób mogło zagrać - nie narzucam górnego limitu, po prostu oznaczcie mnie, jeśli dołączycie. 3. Grę zaczniemy najpóźniej w sobotę rano. Jeśli jednak przy którymś stole zgromadzi się szybciej grupa 6 osób, zaczniemy zabawę. 4. Rozgrywkę zacznę od przedstawienia wam wszystkich zasad, także bez obaw. Damy radę to ogarnąć (jakoś). RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Atreus Bulstrode - 02.07.2024 rozmawiam z Vioricą i idziemy odebrać żetony
- Tak? A myślałem że akurat ty masz najmniej do stracenia - rzucił, nawet niespecjalnie złośliwie, rozglądając się dookoła. Po wejściu zdążyli się przelotnie przywitać z gospodynią, a teraz Bulstrode wykorzystywał moment, by rozejrzeć się po zebranych na wydarzeniu twarzach. Postanowił zabrać ze sobą akurat Zamfir, przekonany że akurat z nią może się tutaj dobrze bawić, nie wspominając już o tym, że sama zawsze wydawała się odpowiednio zaangażowana we wszelkie rozgrywki. Nie była tutaj po to by ładnie wyglądać, plotkować czy oddawać się przede wszystkim interakcjom społecznym - podobnie z resztą jak on. Dlatego wysłał jej sukienkę, a potem wcisnął do ręki kieszonkowe na ten wieczór, dochodząc w sprawie pieniędzy do odpowiedniego porozumienia. Mimowolnie zerknął na Flitwicka, podążając za spojrzeniem towarzyszącej mu kobiety i na widok Marcusa skrzywił się delikatnie. Personalnie nie miał do niego nic konkretnego, w końcu rzetelnie współpracował z Oswaldem, a potem i Agnes, a zaufanie jakim obdarzali Prewettowie w jakiś sposób zawsze przekładało się na to, jakim obdarowywał Bulstrode. Ale od Marcusa zawsze trąciło mu krętaczem, ale w sumie czy nie o to w tym wszystkim chodziło? Żeby wyjść stąd z jak najbardziej wypchanymi kieszeniami? - Co to? - zapytał, przyglądając się pudełeczku, które mu podała. Z zaciekawieniem najpierw je sobie obejrzał, a potem dopiero otworzył. Przez chwilę przyglądał się zawartości, aż wreszcie prychnął rozbawiony. - Rozumiem że to na pamiątkę pielgrzymki mojej pięści do twarzy Philipa Notta? - zapytał cicho, wyciągając upominek z puzderka, dokładnie tak jak mu to zasugerowała, czyli dyskretnie. Przyczepił ją sobie wewnątrz brustaszy; nie było jej widać, ale jeśli by odciągnąć wymownie materiał, wtedy można by pokazać komuś co ładnego dostał. - Ładna - wyszczerzył się do niej głupio. - A teraz chodź, odbierzemy żetony. Podał jej na nowo ramię i poprowadził w stronę stolików, gdzie można było wymienić pieniądze. Ale już z daleka zaczął się lekko uśmiechać, bo zauważył sylwetkę kuzyna. Był tam jeszcze Anthony, ale to nie z nim przegrywał w kasynach pieniądze. Uśmiechnął się jeszcze do odchodzącej od nich Lorien i zatrzymał przy Prewetcie, Crouch, Shafiqu i towarzyszącemu mu mężczyźnie. - Dzień dobry, dobrze was widzieć - uśmiechnął się do nich, w międzyczasie podsuwając galeony do osoby, która je wymieniała. - Basilius, jesteś gotowy na zostanie ogranym? Znowu? - uśmiechnął się do kuzyna wesoło. Co prawda oboje równie często przeciwko sobie wygrywali co przegrywali, ale Atreusowi wcale nie przeszkadzało przedstawić tych wyników w korzystniejszy dla siebie sposób. W międzyczasie rozdano szampana i wreszcie też zadźwięczał kieliszek, zwracając uwagę gości w stronę samej gospodyni. Bulstrode wysłuchał jej, na koniec tylko upijając z lampki, kiedy zrobiła to sama Agnes, potem jednak całą uwagę przekierowując na swoich towarzyszy. wymieniam 500 galeonów na 100 żetonów @Robert Mulciber RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Bard Beedle - 02.07.2024 Chętnie uczestniczył w konwersacji z udziałem Agnès, jak i towarzyszącej mu Sophie. Nadejście rodziców dziewczyny postrzegał jako swoiste zakłócenie w ich planach na ten wieczór. Jego oczekiwania co do tego wieczoru gier hazardowych można było podsumować: szampańska zabawa. Nie brakowało mu kobiecego towarzystwa, nie zabraknie mu pieniędzy a alkohol będzie lał się strumieniami. Będzie też mógł raczyć się tymi wszystkimi smakołykami. — Podejdziemy do nich niebawem. — Zapewnił swoją towarzyszkę, unosząc w tym momencie kąciki ust w delikatnym uśmiechu. Nawet jak zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co działo się pomiędzy członkami tej rodziny, to i tak zdążył zaobserwować pewne rzeczy - niuanse skomplikowanych relacji między krewnymi, jak chociażby ojcem a córką. Widocznie nie istniała rodzina idealna. — Dowiesz się pierwsza, ciociu. — Utwierdził w tym przekonaniu starszą czarownicę, do której zwrócił się i tym razem po francusku. Prawdopodobnie było to jedno z wielu kłamstw, którymi regularnie ją karmił. Posłał kobiecie pełen wdzięczności uśmiech. — W moim odczuciu to dobry interes... nie tak dobry jak inwestowanie w gorzelnictwo. — Zabrał głos. W jego odczuciu świece i kadzidła potrzebowała tylko pewna grupa ludzi, natomiast alkohol będzie zawsze się sprzedawać. Tym razem to on znalazłszy się w ogniu pytań ze strony ojca rudowłosej otwierał usta aby odpowiedzieć na zadane mu pytanie. W tym jednak ubiegła go Sophie. Częściowo był w stanie się zgodzić się, co do tego, że obecne otoczenie przytłoczyło młodą Mulciberównę, która zdawała się zupełnie inaczej zachowywać przed spotkaniem z rodzicami, którzy rzucali zbyt długie cienie. To było coś, co znał z czasów, kiedy wiódł swoje prawdziwe życie. Nie zamierzał utrudniać ojcu kontaktów ze swoją córką, nawet jak wychodził z założenia, że jedno męskie ramię z zasady wystarczało kobietom. W tym przypadku to miało być jego ramię zamiast tego ojcowskiego. To też do niego powinno należeć pytanie swojej towarzyszki o to, czy czuje się dobrze, zechce się przewietrzyć czy może opuścić posiadłość jego ciotki. Jedno było pewne - wszystkie rozmowy rodziców z córkami będą musiały poczekać - nie po to zaprosił piękną dziewczynę na takie przyjęcie, aby oni popsuli ten wieczór. O ile to nie miało już miejsca. — Zapewniam panią, że pani pasierbicy włos z głowy nie spadnie. — Poinformował kobietę, która do nich podeszła na chwilę. W tym aspekcie wydawała się być bardziej rozsądna od swojego męża. — Akurat finansami nie powinnaś się martwić podczas tego wieczoru. — Postanowił w tym momencie zabrać głos jako ktoś, komu organizatorka tego wspaniałego przyjęcia nie szczędziła galeonów. Mógł je rozdysponować wedle własnego uznania, w tym przekazać ich część Sophie tak aby zabawiła się jak najlepszy i przyniosła mu szczęście oraz dostatek. Jak zostaną sami to będą mieli okazję szczerze porozmawiać. — Ile razy to ja zapomniałem portfela to nawet nie zliczę. — Mrugnął do niej porozumiewawczo, uśmiechając się ze zrozumieniem. Ile w tym było prawdy to wiedział tylko on. Teraz była przy nim i podczas tego wieczoru mógł spróbować uchronić ją przed złą macochą i surowym ojcem. — Zechce pan towarzyszyć nam w drodze do tego stołu wymiany? Ja również jeszcze nie wymieniłem galeonów na żetony. — Zwrócił się stanowczo i zarazem uprzejmie do pana Mulcibera, stawiając w ten sposób pewną granicę. Jest przecież towarzyszem Sophie i to nie miało ulec zmianie przez cały ten wieczór. — Jeśli nie to musimy pana przeprosić. — Dodał po tym jak jego ciotka zdecydowała się ich opuścić celem przygotowania się do wzniesienia toastu. Nie powinni dłużej zwlekać, gdyż nie mogli tego przegapić. A przecież nie mieli w dłoniach kieliszków szampana. Na szczęście... obsługa tego przyjęcia temu zaradziła. — Dokonamy wymiany po toaście, petit écureuil. — W pierwszej kolejności zapewnił swoją towarzyszkę, a dopiero potem jej ojca... jeśli nadal przy nich stał. Przemowy swojej ciotki wysłuchał z prawdziwą przyjemnością. Była to nad wyraz przemyślana wypowiedź. Taki toast bardzo mu odpowiadał. Po jego wygłoszeniu wzniósł swój kieliszek i upił pierwszy łyk szampana. — Bonsoir monsieur Flitwick. Chcielibyśmy dokonać wymiany zanim zasiądziemy przy stole... z ruletką, jak sądzisz moja droga? — Poinformował tego czarodzieja, przed którym złożył równo odliczone pięćset galeonów. Zwrócił się do swojej towarzyszki. wymieniam 250 galeonów na 50 żetonów @Robert Mulciber RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Isaac Bagshot - 02.07.2024 Anthony, Seweryna. Potem Richard/Robert i Lorien, a ostatni akapit to ci, którzy chcieli usłyszeć wymianę zdań między Lorien a Isaac'iem. Zauważam również Matthias'a -Panie Shafiq, proszę się nie martwić i spokojnie spędzać wieczór. Obiecuję, że jutro będę pamiętał o czym rozmawialiśmy.- Odpowiedział rozbawiony Isaac na jego komentarz odnośnie szukania pomocy. O jaką pomóc mu konkretnie chodziło? Pieniężną? Bagshot nigdy nie prosił go o pieniądze. Chyba, że mowa była o tym, jak Anthony uchronił go przed roztrwonieniem swojego “majątku”, kiedy spotkali się we Włoszech. Tak, to zdecydowanie było pomocne. Przemyślenia przerwała mu koleżanka z pracy - Seweryna Kucaj. Gdyby miał ją do czegoś porównać, to na pewno porównałby ją do kota - głaszcz, ale nie głaszcz! Nie chcę twojego towarzystwa, ale zwróć na mnie uwagę! - Isaac lubił takie zabawy, więc z przyjemnością był jej utrapieniem. Ciekawe skąd Isaac ma na to pieniążki? Pewnie ukradł Gdyby tylko znał myśli Seweryny, to po części by się z nimi zgodził, ponieważ naprawdę był złodziejem - kradł uśmiechy, zalotne spojrzenia oraz serca ludzi, którzy wpadli mu w oko. Ha ha... Bagshot uśmiechnął się kącikiem ust, po czym objął dziewczynę ramieniem. - Jeśli wygram z Tobą pierwsza grę, to przez tydzień robisz mi kawę.- Mruknął do ucha panny Kucaj.- Ale jeśli do niej naplujesz, to… nawet nie będę wiedział, więc nie rób tego.- Westchnął i puścił ją, dając możliwość odsunięcia się. Robert/Richard, Lorien Wtem wyczuł, że ktoś na niego patrzył. Przekręcił głowę, a jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Roberta lub Richarda Mulcibera. Nie miał pojęcia, którym z nich był mężczyzna patrzący na niego nieprzychylnym wzrokiem. Mimo to, uśmiechnął się i uniósł dłoń w geście przywitania. Traf chciał, że najwyraźniej stała przed nim jego śliczna żona, która przedstawiła się jako Lorien Mulciber. Czyli pani, a nie panna. Ucałował jej dłoń i zauważył grymas, który próbowała zamaskować. Jak to mówił Anthony - “kłamca rozpozna kłamcę”. Isaac z racji wykonywanego zawodu, tematów którymi zajmował się jako historyk oraz życia jakie prowadził przez ostatnie jedenaście lat, był bardzo spostrzegawczy. Łatwo było mu wyczuć czyjeś intencje i czytać z mowy ciała, czy mimiki twarzy. Doszedł do wniosku, że Mulciberowie byli bardzo dziwną rodziną. Obiecał Robertowi, że wystawi dobrą opinię o świecach i kadzidłach, które od niego kupił - zrobił to. Obiecał, że nie wspomni o chujoświeczkach podczas reportażu z Lammas - dotrzymał słowa. Na prośbę Alexandra Mulcibera, napisał o fundacji imienia Donalda Mulcibera, którą założyli prawdopodobnie po to, żeby się wybielić. I co? I patrzą na niego wilkiem. Czy chodziło o wywiad w Czarownicy z Charliem? Jeśli tak, to powinni to załatwić z młodym Mulciberem. W końcu nikt nie kazał mu go udzielać, prawda? Wszyscy którzy słyszeli Lorien i chcą usłyszeć co mówi Isaac. Z zainteresowaniem wysłuchał nieszczerych pochwał na temat swoich publikacji. Kiedy zaś Lorien wspomniała o książce, uśmiechnął się nieco szerzej. Szkoda, że nie dokończyła. - Mam nadzieję, że Ci państwo którzy ją przeczytali, zrozumieli, jak WAŻNE jest, abyśmy jako społeczeństwo czarodziejów wspierali się nawzajem, zamiast dzielić na podstawie czystości krwi oraz innych sztucznych podziałów. Różnorodność jest siłą, a nie powodem do konfliktów.*- Powiedział na tyle głośno, żeby wszyscy zainteresowani mogli go usłyszeć. Wymieniam żetony, trzymam się Basiliusa i widzę kuzyna Ponaglany przez "kasjera", wymienił swoje galeony na 60 żetonów. Odebrał kieliszek z szampanem i wysłuchał przemowy. Przez cały czas trzymał się Basiliusa. Kiedy przeszedł obok niego jego kuzyn - "Matthias Delacour", nie zareagował. Tak jak się umawiali, udawał, że się nie znają. Może i Isaac nie pochwalał jego postępowania, ale trochę je rozumiał. Mimo wszystko sam w połowie był Lockhartem. *Występowanie [Inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=He9j4sv.jpeg[/inny avek] RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Lorraine Malfoy - 03.07.2024 jestem pięknym świecidełkiem zdobiącym ramię Eden ...Ale kimże jesteśmy, by ją osądzać, podsumowała ironicznie dyskusję na temat Agnès Delacour, tonem wybitnie świadczącym o tym, że są jedynymi, które mogą ją osądzać, że zostały stworzone, być może, właśnie w tym celu. Lorraine Malfoy z niewymuszoną gracją ujęła swoją ulubioną kuzynkę pod rękę. Nie ma podobnych nam ludzi. Echo słów, które Malfoyowie powtarzali częściej niż własne motto, wydawało się odbijać od ścian eleganckiej rezydencji pani Delacour wraz ze stukotem obcasów kobiet, które na przyjęcie weszły, jak przystało na arystokratki, modnie spóźnione. Jesteśmy tylko my. Uśmiech Lorraine był nieprzenikniony. Ustrojona w szampańską suknię mieniącą się srebrem i złotem, nie potrzebowała biżuterii, by błyszczeć – nie, to ona była dzisiaj błyskotką, drogocennym precjozum prosto ze skarbca Malfoyów – w familiaryjnym geście owinęła się wokół ramienia kuzynki niczym wytworna bransoleta, obdarowując ją hojnie czarownym blaskiem wiły, który jubilerskim szlifem podkreślił chłodną, wybitnie szlachetną urodę Eden – tak jak ona obdarowała wcześniej ubogą krewną zawartością swojej szafy. Lorraine z pełnym uwielbienia wyczekiwaniem wpatrywała się w jej twarz. Czułe, ciepłe spojrzenie wiły przypominało słońce, świecące najpiękniej na hardym mrozie, kiedy frywolne promienie padały na skutą lodem śnieżną pokrywę – zimne oblicze Eden. To nie było pochlebstwo, to było ślepe oddanie. Oddanie dobrze znane wszystkim, których wiła obdarzała miłością. Jak na kogoś, kto uczynił ze swojego życia grę, Lorraine Malfoy żywiła nieprzejednany wstręt do hazardu. Kiedy jednak Eden zabierała ją na przyjęcia dla czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej, nigdy nie odmawiała: była jej oczami i uszami, uczennicą i doradczynią zarazem, wierną sojuszniczką i… miłą towarzyszką. Nieważne, jaka była tym razem motywacja kuzynki: wiła potrafiła wyczuć, czego od niej oczekuje, i to wystarczało. Arystokraci mogli sobie pozwolić na znudzoną obojętność w obliczu takich spotkań, ale nawet ignorancja Lorraine była doskonale wystudiowana. Powiodła spojrzeniem po twarzach gości. Kojarzyła tu wszystkich – niemal wszystkich, skonstatowała sucho, napotykając wzrokiem twarz egzotycznie pięknego mężczyzny o hinduskiej urodzie, ale czarujący nieznajomy stał u boku monumentalnego Anthony'ego Shafiqa, a skoro Anthony go znał, to tak, jakby i Lorraine znała go osobiście: mam od tego ludzi, mawiali żartobliwie w takich sytuacjach, trochę z powagą, a trochę z leniwym zblazowaniem, tak też pomyślała teraz Lorraine, nie zatrzymująca się nigdzie spojrzeniem na dłużej – nie przeszkadzała jej ani trochę własna anonimowość. Malfoy, tyle dało się powiedzieć o Lorraine na pierwszy rzut oka, i tyle też w zupełności wystarczało. Srebrnoblond włosy, przypominające barwą platynę. Wyniosłe uśmiechy. Aura wyższości i samozadowolenia. To, że razem z kuzynką weszły w trakcie toastu, całkowicie niespeszone, przyjmując kieliszki z szampanem z gracją należną co najmniej gościom specjalnym przyjęcia. “Kto nie ma szczęścia w kartach, ma szczęście w miłości”, rzuciła sentencjonalnie Agnès, a delikatny uśmiech zaigrał na wargach Lorraine. – Zastanawiam się, jakaż to szczęśliwa karta zapewniła jej obecny status – szepnęła kpiąco tuż przy uchu Eden, upewniając się, że nikt inny nie usłyszy tej wymiany zdań. – Sama najchętniej przeszłabym płynnie ze stanu panieńskiego do wdowieństwa. – Drobne złośliwostki wycelowane we wszystkich dookoła były poniekąd ich językiem miłości. W przepełnionym szacunkiem milczeniu spełniła toast, upijając nieco z kieliszka. Znów rozbrzmiała muzyka. Ach, pierwszy z czterech Walców Mefisto, prowokujący, by powiedzieć “trwaj chwilo, jesteś piękna” – nie kto inny, jak Celine Delacour na fortepianie – niewielu znała przecież śmiałków, którzy odważyliby się rzucić wyzwanie technicznej maestrii Liszta. Westchnęła, oczarowana. Zwróciła się zaraz do kuzynki, już normalnym tonem. – Żałuję, że nie gram w karty równie dobrze, jak na fortepianie. W razie niepowodzenia, zadedykuję ci następny koncert w Muzie – w ramach rekompensaty moralnej. Owszem, żałowała, że nie gra w karty lepiej, choć miała dobrego nauczyciela. Atreus – goszczący tutaj ze słodką Vioricą na ramieniu – wyjaśnił jej niegdyś zasady wielu gier hazardowych, wykazując się zaskakującą cierpliwością wobec naiwnych pytań. Lorraine posłała towarzyszącej mu kobiecie uśmiech, wiedząc już, że nie usiądzie przy ich stoliku: myśl, że reprezentantka Nokturnu zdeklasuje resztę konkurencji i okradnie bogaczy z galeonów, przyjemnie łaskotała tkliwe ego Malfoy... Ale jej szlachetnie urodzona kuzynka powinna grać z ludźmi z wyższej sfery. Już wcześniej zdążyła dyskretnie szepnąć Eden, kto był wart jej uwagi. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek] RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Basilius Prewett - 03.07.2024 Wymieniam żetony, odpowiadam Shafiqowi podziwiam jego zwierzątko i Morpheusowi, potem gadam z Severine, Isaaciem, Lorien I Atreusem, a następnie idę do stołu. – A ile uważasz za rozsądne? – odpowiedział pytaniem na pytanie, próbując się zorientować, czy mieli taką samą definicję rozsądnej ilości żetonów. Eh… Chyba naprawdę się sabotował biorąc tutaj Isaaca. Nie, że narzekał. – Panie Shafiq myślę, że wszyscy tu jesteśmy tylko po to, by się dobrze bawić, a nie szarżować – odpowiedział z uśmiechem, jakby komentarz czarodzieja, był jedynie żartobliwą uwagą, a potem, słysząc poganianie wymienił galeony na 60 żetonów. Jeśli zaś chodziło o nowego towarzysza Shafiqa, Aryamana Birla, Basilius oczywiście przywitał się z nim uprzejmym podaniem dłoni, uznając, że cokolwiek poczuł w momencie, gdy ten rzucił mu to swoje spojrzenie, było jedynie wynikiem profesjonalnego zaciekawienia jego, objawiającą się w oczach przypadłością i niczym więcej. W każdym razie dość szybko skierował swój wzrok ku Severine Crouch, która właśnie podeszła do nich i uśmiechnął się uprzejmie na jej widok. – Pani Crouch. Dobrze panią widzieć – przywitał się z kobietą, jakoś ciesząc się z faktu, że wciąż byli czarodzieje w Wielkiej Brytanii, którzy nie zakładali z góry, że będzie można go spotkać w miejscach kojarzonych z hazardem. No i chyba takie wyjścia zrobią dobrze samej Severine, ale oczywiście nie powiedział tego na głos. Oj… – przeszło mu przez myśl, gdy dotarło do niego, że zestawienie Lorien i Isaaca nie było najlepszym zestawieniem z możliwych, zwłaszcza po słynnej aferze świeczkowej. – Lorien mam nadzieję, że oboje będziemy się dobrze bawić. Koniecznie musimy później jakoś złapać na drinka – powiedział na wszelki wypadek rzucając kuzynce przepraszającą spojrzenie, czując pewną ulgę, gdy zobaczył, że czarownica już odchodzi od stolika. A potem Isaac postanowił się ponownie odezwać i Basilius nie miał pojęcia, czy gratulować mu odwagi, czy zastanawiać się, czy ktoś ich przypadkiem dzisiaj już nie zabije, albo co gorsza, specjalnie podłoży im złe karty, bo przecież nie mieli pewności odnośnie poglądów wszystkich w tym pomieszczeniu. Zwłaszcza w otoczeniu, tak wielu rodów czystej krwi. – Chodź może powinniśmy już zająć jeden ze stolików, zanim nas uprzedzą – rzucił z uśmiechem do Isaaca. W końcu nie przyszedł tutaj po to, by grać w ruletkę. Zerknął na wciąż stojącą obok nich Severine. – Pani Crouch, może zechce pani do nas dołączyć, jestem pewny, że na pewno znajdzie się miejsce. Zanim jednak oddalili się od stołu do zakupu żetonów, nastąpił czas na szampana i przemowę samej Agnès, po której skierował swoje spojrzenie, ku kolejnemu kuzynowi, który się tutaj pojawił. Krew Prewettów miała to do siebie, że jakikolwiek event związany z hazardem, zmieniał się po części w spotkanie rodzinne. – Naprawdę? – spytał Atreusa, unosząc jedną brew do góry w geście powątpiewania. – Czyżbyś ostatnio przegrał jakieś swoje wspomnienia, bo z tego co pamiętam, to jednak sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej – dodał, śladem za Bulstrode, przedstawiając sytuację w nieco bardziej złośliwym świetle, niż się naprawdę prezentowała. Wreszcie jednak nadszedł czas, by udać się do stołów i powoli zacząć grę. RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Bard Beedle - 03.07.2024 Przy stole z żetonami, obserwuje Richarda, Matthiasa z jego towarzyszką, aż w końcu udaje się do stolika z ruletką
Minęła się z Richardem. Tak, Richardem - nie usłyszała, jak Lorien go przedstawiała, a że znała z bliźniaków wyłącznie Mulciberów, to gdy mężczyzna mignął jej przelotnie, od razu wzięła go za tego właściwego bliźniaka. Aczkolwiek coś jej tu nie pasowało, tylko nie do końca wiedziała co. Ubrał się nieco inaczej, no i towarzyszyła mu kobieta. Czyż nie wspominał jej kiedyś, że był wdowcem? Usta Camille mimowolnie rozciągnęły się w uśmiechu. Może postanowił zmienić ten stan rzeczy. Nie miała jednak zamiaru się naprzykrzać Mulciberowi, bowiem do stolika, przy którym wymieniała galeony na żetony, zbliżył się jej kuzyn. Camille dyskretnie ewakuowała się, planując wrócić do Celine, lecz drogę zagrodziła jej kelnerka z tacą z szampanem. To już był ten czas? Odmówiła, lekko kręcąc głową. W końcu sama wzięła kieliszek białego wina: nie miała rąk, by wziąć kolejny napój, a zerować w tym towarzystwie nie wypadało. Zrezygnowała jednak z podejścia do kuzynki, miast tego przysuwając się bliżej Agnes. - Wspaniały toast, jak zwykle zresztą - szepnęła do kobiety, niemal bezszelestnie materializując się obok niej. Skryła uśmiech za kieliszkiem wina. - Wybierasz ruletkę, jak zwykle? Nie miała zamiaru ukrywać, że zmierza w tę samą stronę. Nie odwracała się jednocześnie na Matthiasa i jego rudowłosą partnerkę, licząc, że ta dwójka postanowi zacząć od pokera. Nie to, żeby planowała uciekać, ale jakoś za mało wypiła, by móc swobodnie uśmiechać się w jego towarzystwie. RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.07.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=q1fk7M5.jpeg[/inny avek] Docieramy z Erikiem do stolika z alkoholem Zaśmiała się cicho, kiedy Longbottom wspomniał, że teraz jest oczkiem w głowie swojego ojca. Może było w tym trochę prawdy, od zawsze była jego ulubienicą, miało na to wpływ pewnie to, że była jego jedyną córką, przy okazji najbardziej podobną charakterem do Gerarda. Pozwalał jej naprawdę na wiele, w końcu dzięki niemu mogła zajmować się tym, co potrafiła najlepiej. Sam wyszkolił ją do tego, aby stała się wybitnym łowcą. Byli tacy ojcowie, którzy nie pozwoliliby swoim córką biegać z kuszą po lesie, jej nie miał z tym najmniejszego problemu. Był z niej dumny. Kupił jej nawet ostatnio konia, bo wspominała, że ma chęć się nauczyć jeździć. To musiało coś znaczyć. Geraldine odwdzięczała się ojcu swoją uwagą. Zawsze znajdowała dla niego czas i godnie reprezentowała ich rodzinę wśród innych czystokrwistych, chociaż kiedyś tego nienawidziła. Wiedziała jednak, że sporo aktualnie spoczywa na jej barkach, bo Astaroth trochę został ograniczony swoją klątwą. - Nie dam rady stracić w jedną noc naszego całego majątku, nawet jeśli bardzo się postaram. - Nie ukrywała wcale, że jest obrzydliwie bogata, chociaż Erik na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że Gerry średnio zależy na majątku, nie była to wartość, którą uważała za najważniejszą. - Naprawdę myślisz, że nieźle sobie poradziłam na Lammas? - Dodała jeszcze trochę ciszej, mógł zauważyć w niej zwątpienie. Rzadko kiedy występowała publicznie i nie było to coś, w czym czuła się pewnie. - Tak właściwie to chyba nie zdążyłam ci podziękować za to, że zgłosiłeś się do tej zabawy na scenie. - Wypadało to zrobić, miała wrażenie, że gdyby nie Erik, to nie byłoby tak kolorowo, bo kiedy postanowił zaangażować się w jej pokaz od razu znaleźli się kolejni chętni. - Nie widzę sensu, żeby ich uciszać, niech gadają. - Pannie Yaxley zupełnie nie przeszkadzały te wyssane z palca plotki, zdecydowanie wolała, żeby gadali takie głupoty, niż zaczęli faktycznie śledzić jej poczynania, wtedy dopiero powinna zacząć się martwić. Na całe szczęście jeszcze nikt nie zaczął zbyt wiele gadać o Thoranie. - Tak, ponoć też pojechałeś za mną do Windermere bo wybrałam się tam z kochankiem i zakończyliśmy nasz romans. - Uśmiechnęła się pokazując zęby. Niezmiernie ją to bawiło. - Myślę, że już pisali coś o upijaniu się, na pewno, zbyt wiele razy robiliśmy to razem. - Znali się w końcu tyle lat, że ciężko było zliczyć ile przyjęć spędzili w swoim towarzystwie. - Bardzo dobry wybór! - Najwyraźniej ucieszyło ją to, że będą się raczyć tym samym trunkiem. Nie było tu może baru, ale stół, spróbowała wypatrzyć na nim dokładnie tego, czego szukali. - Jest! - Sięgnęła po dwie szklanki, jedną wręczyła Erikowi, drugą trzymała w lewej ręce, upiła z niej niewielki łyk. Nie zamierzała się schlać przed tym, jak zaczną grać, nie żeby jej umysł bez alkoholu należał do szczególnie błyskotliwych, ale zawsze mogło być gorzej. Skierowała swój wzrok w stronę w którą pomachał Longbottom, była ciekawa, kogo znajomego wypatrzył w tłumie. Sama Yaxley miała wrażenie, że pojawiło się w tym miejscu wiele znajomych twarzy, ciekawe kogo dziś ogra, albo kto wyjdzie stąd z jej pieniędzmi. RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Erik Longbottom - 03.07.2024 Wypijam kolejkę alkoholu z Ger, a potem idziemy w stronę stolika pokerowego.
— Oczywiście, że tak — rzucił, wzruszając lekko ramionami. — Wprawdzie sama konkurencja nie była zbyt sprawiedliwa, bo wiesz... Musiałem się podłożyć, żeby Jonathan i Anthony mieli równe szanse, ale poza tym było bardzo dobrze. Klub raczej nie będzie miał ci nic do zarzucenia. — Uśmiechnął się minimalnie. — A gawiedź na pewno była bardzo zadowolona z tego, że trzech dorosłych typów ryzykowało tym, że postrzelą się w tyłki, jak nie będą uważać. Stanowczo odmówił gwałtownym ruchem dłoni, kiedy jedna z przechodzących nieopodal kelnerek zaproponowała mu powitalną lampkę szampana. W ramach wytłumaczenia wskazał tylko na świeżo napoczętą szklaneczkę z wychłodzoną lodem whisky. Wolał nie mieszać ze sobą różnych alkoholi na tak wczesnym etapie przyjęcia, biorąc pod uwagę, że sam nie wiedział, w jaką stronę skręcą wydarzenia tej nocy... Poza tym powinien zachować trzeźwy umysł, bo dalej próbował dodać dwa do dwóch i zorientować się, czy przypadkiem nie kojarzy faceta, który obecnie kręcił się zdecydowanie za blisko Anthony'ego. — Co? — Obrócił się gwałtownie ku Yaxley, rozchylając usta w zdziwieniu. — Że ja i ty... W Windermere? Przez kochanka? — Przechylił czubek głowy w bok. Upił łyk alkoholu. — Z czystej ciekawości, kogo prasa uznała za twojego wybranka serca? W gruncie rzeczy, chociaż oboje zjawili się w mugolskim ośrodku wypoczynkowym, tak Erik nie brał aktywnej roli w poszukiwaniach zaginionego Owena Bagshota czy próbach zbadania plotek na temat ghouli, które plątały się po okolicy. Przez oficjalne zawieszenie w obowiązkach służbowych rola Longbottoma została w gruncie rzeczy zredukowana do pełnienia funkcji wsparcia i czekania na nowe informacje w głównych budynkach ośrodka. No i pilnowania tego, żeby jego siostra przypadkiem nie wpakowała się na przysłowiową minę magiczny glif. — Odrobina ryzyka, dużo zabawy — powtórzył po Agnes, przekrzywiając głowę w stronę Geraldine. — Chcesz się założyć, że na koniec tej nocy te proporcje zostaną wywrócone do góry nogami? Longbottom wysłuchał reszty przemowy w ciszy, krzywiąc się jednak z lekka, gdy padło powiedzonko o braku szczęścia w miłości, gdy ma się je w kartach. Jeszcze pół roku temu śmiało powiedziałby, że jest mu wszystko jedno, bo w obu tych dziedzinach życia nie szło mu najlepiej, ale teraz... Chyba zaczynał mieć coś do stracenia, więc może faktycznie lepiej było uważać. na to co robi? — No to chyba czas ruszać na łowy — rzucił zawadiackim tonem, prowadząc swoją towarzyszkę w stronę jednego ze stolików, przy którym miała się odbyć partyjka pokera. Erik Longbottom & Geraldine Yaxley
Postacie opuszczają sesję |