![]() |
|
[wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent (/showthread.php?tid=3647) |
RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 10.08.2024 Czy gdyby wszyscy znali prawdę, głębię jego myśli, patrzyliby na niego inaczej? Widzieliby tego węża, który przecież potrafił przewidzieć pewne zachowania, a i tak kusił? Widzieliby to, co widział on - teraz, kiedy trzymał drugą szklankę, a fale ciepła ogrzewały już nie tylko z zewnątrz, jak w wodzie. Ogrzewały od wewnątrz skuteczniej niż herbata, o której zaparzenie prosił. Gdyby tylko Astaroth był ciepły, gorący, pełen życia... nie pozwoliłby mu wyjść z tej wanny, dopóki by nie zaspokoił potrzeby bliskości, której nie mógł zaspokoić żaden słodziutki i niewinny przytulas. One wypełniały jego potrzebę bliskości tylko w idiotycznie malutkiej części. A gdyby Laurent znał myśli wampira - bałby się bardziej? Na pewno. Wszystkie te niedomówienia, niedopowiedzenia, które zostawialiśmy na brzegu, jakby nasz świat był łódką gotową do rejsu, były po coś. Istniały po coś. Nawet jeśli Astaroth wydawał się tak prostym i szczerym człowiekiem... wampirem. A potem zastanawiał się, czy to nie jest największy manipulant, z jakim przystało mu się spotkać, ale chyba nie. Chyba gorszy był The Edge, którego obecność tutaj wyłoniła się w jego głowie jako coś niezbędnego i potrzebnego. Sam nie wiedział, czemu. Bo liczył na to, że to on tutaj będzie częściej? Że mu naprawdę pomoże? Zamiast tego przesiedział dzień w jeziorze z wampirem i miał teraz przesiedzieć z nim noc. Wcześniej sądził, że to może być Philip. Że to on się nim zajmie tak, jak tego potrzebował. Jeszcze wcześniej - Kayden. Nabrał głębszego tchu i przysunął dłoń do ust. Nie chciał znowu wybuchać płaczem. To chyba to hasło o psach powiodło jego myśli w kierunku Fleamonta. Odsunął dłoń i zamiast płaczu był uśmiech - krytyczny, zmęczony i smutny, ale uśmiech w odpowiedzi na pierwsze zdanie wypowiedziane z ust Astarotha. - Cóż, jesteś od Dumy znacznie przystojniejszy. - Chciał nadać na tej nucie żartu, którą mężczyzna wysunął. Uniósł na niego wzrok - odebrał niebezpieczną iskrę, która bardzo chciała sięgnąć lontu dynamitu. Rozpalić go. Spoglądać, jak będzie błyskawicznie się spalała i dążyła do tego, żeby nastąpił wybuch. Tylko jaki wybuch by ich tutaj czekał? Z jednej strony szukał czegoś niegrzecznego, z drugiej nie szukał wcale. Nie spędził dnia z Astarothem, bo czegoś od niego chciał. - Astaroth. - Odezwał się w końcu takim samy tonem, jakim zwracał się do Dumy, żeby zwrócić jego uwagę. - Be a good boy. - Kręcili go grzeczni chłopcy? Nie. Kręcili go niegrzeczni chłopcy, którzy dla niego chcieli być grzeczni. Którzy nie byli tacy prości do owinięcia sobie wokół paluszka, którym trzeba było poświęcić czas i którzy chcieli warować przy jego nogach. Tacy, którzy mieli kły, szpony i mogli go rozerwać, gdyby tylko..! I nie robili tego. To była władza. A władza podniecała Laurenta. - W obu tych przypadkach chyba zemdlałbym w połowie. Co za nieszczęście dla nas obu. - W dużej mierze przemawiała przez niego gorycz, nie pamiętał, kiedy sam był tak pełen cynizmu. Byłoby go więcej, gdyby nie to, że te dźwięki harfy w spojrzeniu były takie smutne. Tak głęboko, spierdolenie smutne. To też poruszało struny w jego wnętrzu w odpowiedzi na to brzmienie - nawet jeśli brzmiał w rzeczywistości tylko głos wampira. - Nie gardź sobą... To tylko wrażenie, Astaroth. Jesteś żywy. To, że twoje serce nie bije nie znaczy, że ciebie nie ma. Martwe są inferiusy, które nie mają już uczuć, myśli. Ty tu jesteś. Czujesz. Chcesz być lepszy. - Nie powstrzymał się przed oparciem dłoni na odsłoniętym obojczyku mężczyzny, przesunął palcami w dół, na jego pierś, a za swoim dotykiem powiódł oczami. Prosto w miejsce, gdzie serce powinno bić w piersi. - Tak, nie powinno cię tu być. - Myślał podobnie, identycznie, a jednak - oto byli. - Jestem ostatnią osobą, która powinna mówic o walce z pokusami. - Powinien czuć się winny z tego powodu, ale teraz nie czuł nawet malutkiego ukłucia winy. - Sam nie potrafię z nimi walczyć, a gdybym chciał ci pomóc w walce z twoją to nie rozbierałbym się przed tobą i nie łasił do ciebie jak kotka. - Dlatego zasługiwał na krytykę. Dlatego był egoistyczny dupkiem. Za często wystawiał ludzi na testy. - Ale bez wystawiania na pokusę nie ma walki z nią. Bez walki nie ma tresury. Bez tresury - nie ma oswojenia. - I nie było też zwicrowanych myśli, w których fantazjowanie o tym, że jest się pożądanym - w jakikolwiek sposób - była przyjemnym wypełnieniem ego Laurenta. Nie spodziewał się podziękowania. Nie spodziewał się w ogóle... tego. Tej wylewności. Mówił, że niewiele osób wie, już wcześniej, bardzo szczerze, mówił o tym, że próbuje się kontrolować, ale jest taki niepewny siebie i swoich myśli. To wszystko musiało być niewyobrażalnie ciężkie, a Laurent nie wiedział nawet, jak powiedzieć coś, co brzmiałoby jak chociaż malutkie zrozumienie. Uniósł dłoń i musnął palcem jego policzek. - To wszystko musi być bardzo ciężkie. Przykro mi, Astaroth. - Tak ciężkie, że powiedzenie "rozumiem, przez co przechodzisz" byłoby zarozumiałością, na którą nawet jego nie było stać. - Och, dziękuję. - Tym razem on. A powiedział to z lekkim opóźneniem po tym, co powiedział Astaroth. - To chyba pochlebstwo, skoro jest się tak pożądanym, że doprowadza to do szaleństwa? RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 10.08.2024 Czyżby? Miałbym być przystojniejszy od Dumy? Gdybym był suką, już byśmy razem skamleli. Może właśnie na tym polegała różnica, że Laurent suką nie był, więc na Dumę nie leciał. Ale to też był żart... Mający rozładować atmosferę, dodać nieco komizmu do naszej niedoli. Każdy z nas miał swoje demony. Jedne prześcigały drugie. To było pewne, że albo pomożemy sobie nawzajem, albo oboje źle na tym wyjdziemy. Szanse pół na pół, a szala wciąż się wahała. Teraz skuszona raczej przelać się w tę drugą, gorszą dla nas stronę, bo sam nie byłem pewien, czy bardziej czułem dyskomfort, czy bardziej kręciła mnie pewna siebie poza Laurenta. Potrafił rozkazywać zwierzętom, ale co z wampirami? Będę dobrym chłopczykiem? No chyba ta bajka nie mogła się tak skończyć, że będę wesoło machał ogonem. Ale z pewnością uwielbiałem sposób, w jaki wypowiadał moje imię. Za każdym razem, w pełnej krasie. Nie As, nie Asek, ale Astaroth... Tym głosem, tym samym głosem, który śpiewał do mnie we snach. To było trochę ogłupiające. Może tak naprawdę, to nie ja, tylko on nami manipulował? Pan Narcyz i Egoista. - Chcę być lepszy, ale chcę być też gorszy - zauważyłem przyciszonym głosem, śledząc spojrzeniem ruch jego dłoni na swoim ciele. Nie tylko wzrokiem ją śledziłem, ale tymi ostatnimi zmysłami, które mi pozostały. Nie byłem pewien, kiedy znalazł się tak blisko mnie, ale tak skupiłem się na swoim wnętrzu, tym, co czuję, że się stało, że był tu i stał się tym samym jeszcze większą pokusą. Czy Migotek wciąż tu był!? Czy to obserwował?! Czy czuwał?! Może były to ostatnie rozważne myśli w mojej głowie tej nocy, myśli pełne obawy o kolejny krok, nasz los. Ręce same się wyciągnęły po nagrodę. Ciepła i zimna dłoń spoczęły na biodrach Laurenta, przyciągając go bliżej mnie, bliżej mojego nosa, bliżej kłów. Tak. Oj tak. - Kiedyś byłem od tego uzależniony... Zresztą, wciąż jestem. Od miłości, od seksu, od romansów. Dotykania wszędzie tam, gdzie nie wypada. Chciałbym znowu to czuć, te uniesienia, trwać w bezwstydnym tańcu ciał. Zsynchronizować się. Nie ranić, tylko brać przyjemność, ale również ją dawać - zacząłem i ponownie przeszedłem w szept, jakby to mogło pozostać tylko między nami. Małą, słodką tajemnicą, która również była zakazana. Była pokusą. Dla mnie. Dla Laurenta. Dla nas obu. Spotkały się tu dwa diabły, a nie dwa anioły. Żadna selkie, żaden wampir. Dwa potwory gotowe pociągnąć siebie nawzajem na dno dla odrobiny uciechy. Nie powinno mnie tu być, ale jednak byłem. Dłonie już nie trzymały jego bioder, tylko otaczały skrzętnie, przysuwając go jeszcze bliżej. Zakleszczały. Zamykały w pozornie delikatnym objęciu, gdzie wszelka próba ucieczki, wyplątaniem miała spotkać się z oporem. - Ty nawet w ubraniu jesteś kotką - wyznałem, powoli, niby leniwie zbliżałem się do jego szyi. Odkryłem nieco tę część wargami. Złapałem za skrawek szlafroku by go zsunąć i roztopić się w słodkim zapachu olejków. Były wszędzie. Ja również nimi przesiąknąłem. Delikatny, niewinny zapach, może dodający otuchy, poczucia bezpieczeństwa. - Nic z tego, co tu się dzieje, nie jest zabawą, ale my to tak ewidentnie będziemy traktować. Jako niewinny flirt, bo to dodaje nam pozorów, że wszystko jest okej. Niewinny flirt, niewinna zabawa, niewinne pocałunki - szeptałem dalej, przejeżdżając zimnym językiem po jego skórze. Zacząłem od barku, skończyłem na szyi, gdzie złożyłem nieco cieplejszy pocałunek. Oparłem głowę w tej pozycji i sobie kusiłem, kusiłem sobie bardzo. - To jest bardzo ciężkie - potwierdziłem, wzdychając ciężko. Było mi tu dobrze. Ciepło, właściwie gorąco. Czułem jego ciepło na swoim policzku, napływającą ślinę do warg i mrowienie. Zjadłbym go. Kochał też. Nie, wcale bym nie rżnął, chyba że by nas poniosło. Ale zacząłbym z pewnością delikatnie, aby poczuł się bezpiecznie. ...tak jak teraz? Robiłem podchody? Czy tylko siebie kusiłem? - Myślisz, że można mnie wytresować? I oswoić...? - zapytałem już nieco głośniej, choć przyciszonym tonem, wtulając nos w jego szyję. Nieco za mocno, jakbym nie chciał już gryź, tylko ją całą wchłonąć. Zrobiło się tak cicho, że wszelkie dźwięki, nawet szeptane, były niczym uderzenia w bęben. Harfa i bęben - dziwne duety, jeszcze dziwniejsze nastroje. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 10.08.2024 Czym była władza? Ludzie mieli na to wiele odpowiedzi. Laurent tylko jedną. Władza to władza. Może być wypowiadana rozkazami, a może być szeptana do uszka tak, by dostać to, czego chcesz. Diabeł, och tak. Nie miał tutaj pełnej władzy, chociaż był we własnym domu. Ledwo miał władzę nad sobą samym, co dopiero nad Astarothem, który był ciągle nieprzewidywalnym ogniwem. Ukąsi czy nie ukąsi? Zada ból, czy tego nie zrobi? Ten test, jakże arogancki, który mógł przesunąć tę znajomość w kierunku czegoś... złego. Będzie krzyk? Czy nie będzie? Blondyn nawet nie wiedział, czy będzie go od siebie odpychał tym razem, czy może jednak zatonie w tym negatywie zastanowienia, że może to w końcu czas odpocząć. Na zawsze. Myśląc o tym nie mógł nie pomyśleć o Astarothcie - o tym księciu tej bajki, o rycerzu. Ten, który poświęca swoje własne, dobre życie, który szukał czegoś ciepłego, a otrzymuje znów to samo. Śmierć. To była niebezpieczna gra. - Nie jestem w kondycji na to, żebym pozwolił ci być "gorszy". - Aż sam sobie nie dowierzał, że wypowiedział to mądre zdanie, którego powinien się o wiele bardziej kurczowo trzymać. Przede wszystkim powinno nie być zwykłym hasłem rzuconym wronom na pożarcie, ale... ach, znowu te wrony. Wrony, wrony, wrony, cholerna Wrona. Jak bardzo zły i niedobry Astaroth chciał się stać? Mógł sobie to tylko wyobrazić po uczuciu jego dotyku, po tym, jak brzmiał jego głos, jak na niego spoglądał. Mógł - ale teraz tego nie robił. Wystarczyła pełna świadomość, że wpuszczenie go między swoje nogi byłoby... wspaniałym doznaniem. Puszczenie wodzy, pozwolenie sobie na wszystkie pragnienia. I pomyślenie, że tym razem to wbicie kłów nie zaboli aż tak mocno. Kłamstwo - zaboli. A on tego bólu ciągle nie chciał. - Ach, jaki słodki... - Astaroth nie miał w sobie za grosz charyzmy, ale Laurent jakoś nie wątpił, że miał swój wianuszek fanek, które pożądały jego twarzyczki, jego mięśni i jego naturalnego czaru predatora - był nim jeszcze zanim został wampirem. Migotek znał aż za dobrze metodykę postępowania z gośćmi Laurenta. Wiedział, kiedy usunąć się z drogi, kiedy zabrać Dumę, kiedy przygotować kąpiel, kiedy wszystko. Jak odprowadzić gości do domu i kiedy jego Pan potrzebował spokoju. Astaroth nie był pierwszą osobą. A jednak tym razem Migotek nie zniknął od razu. Usunął się w kąt, trzymając butelkę alkoholu i obserwował. Ten gość, który był tutaj dzisiaj, był wampirem. I cokolwiek się stało - Duma został sprowokowany, a ten pies nie atakował bez powodu. Przynajmniej tak było z perspektywy samego Migotka. Laurent Migotka nie widział. Miał zbyt rozjechane zmysły do tego, był zbyt skupiony na Astarothcie i słabości własnego ciała. A teraz serce mu uderzyło nieco mocniej, kiedy te dłonie spoczęły na jego biodrach i zaczęły go przyciągać. To było małe uderzenie strachu i niepewności. Cała ta chwila była coraz bardziej niepewna. Sam jesteś sobie winien. Wyciągnął ręce tak, że jego przedramiona krzyżowały się teraz za głową Astarotha, kiedy ten przyciągał go bliżej i bliżej. - Nie wiem... nie potrafię sobie wyobrazić jak to jest - stracić to. - Błogosławieństwo? Nie, kiedy było wymienione na to, co ofiarowano w zamian Astarothowi. Wtedy to była klątwa. Tak jak klątwą dla Laurenta było to, że był uzależniony od tego, o czym Astaroth mówił. Mógłby teraz podskoczyć i opleść go nogami - był pewien, że Astaroth by utrzymał ich obu. Och, jakże on uwielbiał kochanków o silnych ramionach. Takich, którzy mogli cuda robić z twoim ciałem i nadawali wszystkiemu swojego tempa. Powoli odsuwał swoją głowę, odsłaniał szyję, dając mu to przyzwolenie do zbliżenia doń swoich ust. Faeria barw, intensywność doznań atakujących jak igły, bo nadwrażliwość wpisana była w stan przemęczenia. Chyba dałby się pożreć za ramiona, które by go tak trzymały - już na wieczność. Mogli się w tym zniszczyć, a za każdym razem Laurent powtarzał sobie, że ma już dość zniszczenia. Chciał czegoś ciepłego - chciał słońca, chciał budować, chciał tworzyć. Tętno przyśpieszało, ale to nie było wcale przyjemne uczucie - nie w tym stanie, w jakim się znajdował. Teraz wręcz malowało mroczki przed oczami, znowu osłabiało kolana. Dopiero uświadomił sobie w tej chwili, że ciągle trzymał szklankę w dłoni - w chwili, w której zamknął powieki, myśląc czy to już alkohol? W chwili, w której ta szklanka mu się z tych palców wyślizgnęła - ale nigdy nie dotknęła podłogi. Tylko dlatego, że Migotek ją pochwycił i odłożył na blat. - Tak, Astaroth... - Wyszeptał. - Nie... ja tak nie myślę. Ja to wiem... - Nabrał głębokiego, nierównego wdechu w swoje mizerne płuca. - Ale teraz muszę iść... spać. - Wytchnął na drugim wydechu. - Słabo mi... - I trzeci, w którym rozchylił powieki. Kręciło mu się w głowie. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 11.08.2024 Ten zapach, ta wizja wręcz zapierała dech w piersi. Była najwyższą przyjemnością, a właściwie zapowiadała najwyższą przyjemność. Tak. Byłem tak kusząco blisko, że wystarczyło otworzyć usta i się wgryźć. Co z tego, że Laurent nie był w stanie, żeby pozwolić mi na bycie gorszym? Senność i upojenie to jedynie zalety, plusy w moim położeniu. Miał być łatwiejszy, mniej oporny. Tak sobie przecież myślałem, że może zapomni...? Może uzna to za zły sen? Tyle się dziś wydarzyło, tyle się wydarzyło, że to mogło umknąć, czyż nie? A harfiarz losu grał coraz boleśniejszą melodię w moim ustach. Nawoływał do poczucia ulgi, zalania mojego ciała od wewnątrz gorącą, gęstą krwią. Może teraz nieco rozrzedzoną przez alkohol... Czy miała smakować inaczej? Czy to będzie ta sama jakość? Ta sama moc? A może sam się upoję? Będę odurzony bardziej niż mógłbym się spodziewać...? Warto by było się o tym przekonać, prawda? Chociażby w celach naukowych. Ta bliskość była dobra, ciepła, miła, a zaraz wyniszczająca. To już nie była pokusa. To były tortury. Już kilka razy powstrzymałem się, walczyłem ze sobą, żeby nie otworzyć ust, żeby tego nie robić, a jednak... Nie mogłem go mieć w swoim łożu, ale mogłem zaznać ukojenia w inny sposób. Przecież sam kusił, sam przyznawał się do błędu, więc... sam miał być sobie winien...? Ale ja również będę czuł się winny. Odmówił. Jasno odmówił. Mówił na dodatek o strachu, o bólu... W dodatku chciał iść spać. Nie chciał już tu być. Źle się czuł po tych dwóch szybkich szklankach alkoholu, ale nie chciałem mu na to pozwalać. Selkie miały słabą głowę do alkoholu. Wampiry miały słabą głowę do krwi. - Wyobraź to sobie... że już nigdy nie zaznasz ukojenia... Już nigdy nie zaznasz ukojenia... Wiecznie spragniony, wiecznie niezaspokojony - wyszeptałem, nie bacząc na jego prośby o sen. Ciągnąłem poprzedni temat. Próbowałem... sam nie wiem. Usprawiedliwić siebie. Bo co, jeśli jedynym sposobem na zbawienie było zadanie komuś bólu? Mogłem przespać noc jak niemowlę albo szaleć po lesie wyzwolony, a wystarczyło tylko kilka kropel. Tylko kilka kropel. Nic więcej. Tylko kilka kropel żeby sobie ulżyć. Złożyłem drobny pocałunek na jego szyi, zaraz drugi, kolejny, jakby to mogło cokolwiek zrekompensować. Już miałem wyrzuty sumienia, ale wargi wypełnione uśmiechem, satysfakcją. Tak skrajne emocje, a jednak chciałem tego niezależnie od kosztów. Nie miały one teraz dla mnie żadnego znaczenia, choć przecież Laurent mógł zerwać ze mną znajomość, zgłosić to albo się odegrać, haha. Chyba sam w to nie wierzyłem, a z pewnością nie w te dwie ostatnie możliwości. Nie zgłosi mnie. Mogłem czuć się bezkarny. Ręki również na mnie nie podniesie. Mogłem mu oddać z nawiązką... Nie, że chciałem. Mogłem. O czym to ja sobie myślałem?! Nie chciałem go krzywdzić. Nie chciałem mu robić na przekór. Nie chciałem dla niego źle, a jednocześnie usta mi się otwierały. I nie, to nie było westchnięcie. To była zapowiedź bólu. Ten cichy szept powietrza wydostającego się z głębin moich płuc. Westchnienie ulgi będzie po wszystkim. Wtedy będę najszczęśliwszym wampirem na świecie. Przynajmniej przez drobną chwilę. Tak, tak. Pogładziłem jego plecy dłonią. Spokojnie, spokojnie. Nic się nie dzieje. Możesz nawet odpłynąć w błogi sen... Tylko poczujesz drobne, może nieco większe ukłucie, ból, ale nic się nie działo, nic złego się nie działo. To tylko ja - Astaroth. Po prostu ugryzłem. Szybko i zdecydowanie, za jednym zamachem, żeby nie przedłużać męki z przebijaniem skóry. Dostawałem w tym wprawy. I od razu poczułem ten smak... Smak, który przemawiał do mnie melodią. Tak pięknie rozpływający się po moich wargach, tak miło w porównaniu z tym, co czułem po wyjściu z jeziora. Fanfary. Fanfary zagłuszyły harfę, zagłuszyły bębny. Grały wesołą melodię, królewską wręcz, z wysokimi dźwiękami, a ja czułem to ciepło, które rozlewało się po całym moim ciele. Sprawiało, że te królewskie fanfary były jeszcze bardziej podniecające, sprawiały dreszcze na moich plecach, poczucie najwyższego spełnienia. Tak, czułem się niczym Pan i Władca. Nie miałem lądów, nie miałem królestwa, ale miałem krew. Pełno krwi. Spływała prosto do mojego gardła, czyniąc mnie istotą wszechpotężną. Nie tylko karmiłem swoje ciało, ale swoją psychikę. Odżywałem niczym uschnięte drzewo, w które właśnie tchnięto odrobinę magii. Odrobinę? Nieee... Całe pokłady magii. Chciałem ich od bardzo dawna, od tak dawna, a wystarczyło tylko przebić tę delikatną skórę. Nie chciałem żadnego oswojenia. Chciałem pić ile wlezie! Już zawsze chciałem czuć w sobie tę siłę, tę potęgę, życie, rozkwit. Czułem to po opuszki placów. Wstąpiło we mnie życie. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 11.08.2024 Sam sobie winien. Sam winien. Winny. Poprawił się trochę w tym ułożeniu, w którym (wiedział dobrze) był ofiarą dla drapieżnika. Możesz pozwolić drapieżnikowi podejść do siebie tylko na tyle, na ile granica bezpieczeństwa zapewni ci możliwość kontrolowania sytuacji. I Laurent czuł się w tej kontroli. Och, gdyby nie czuł to czy by ryzykował aż tak? Chyba? Nie wiem? ... może? Zepsuty gdzieś od środka, przełamany obojętnością wizji na świat, za którym wypłakane łzy obojętności zaprzeczały. Obojętność jednak wobec swojego istnienia? Oj tak. Marzenia o końcu świata, żeby się nie obudzić? Wszystko odhaczone. Dwa potwory ciągnące się w dół, kiedy chcieli wędrować w górę. Tak nie mogło wyglądać życie i nie mogło wyglądać nieżycie. Fantazje o pragnieniach ukazywały się jako koszmary, kiedy uzmysławiałeś sobie, co najlepszego zrobiłeś. Bestii Astarotha było to teraz obojętne i Laurent zdał sobie sprawę z tej cienkiej granicy zbyt późno, albo w ogóle jej nie wyczuł. Powinien się wycofać już w momencie, w którym te dłonie oparły się na jego biodrach, ale zaufał im tak samo jak ufał w tamtej wannie, która jeszcze była pełna, bo Migotek nie zdążył jej opróżnić. Róże. Ich słodki zapach ciągnął się tą wstążką od łazienki za nimi. Za mokrymi śladami na podłodze, które zaraz wyschną. Szybciej niż wyplątanie się z ramion, w których Prewett się poprawiał. Trochę, odrobinę, ale właśnie sprawdzał swoją możliwość ruchu w kleszczach, w jakich się znalazł. Zgodnie z przewidywaniami - nie były one zbyt duże. - Astaroth... proszę, opamiętaj się. - Miał takie złudne wrażenie, że membrana jego głosu była ledwie jego myślą, bo nie wydostawała się z ust przy tych coraz szybszych wdechach, które jak po złośliwości nie dostarczały odpowiedniej ilości tlenu do jego płuc. Więc te pracowały szybciej. Mocniej. Aż oddechy staną się urywane. Znał ten stan - sądził, że miał go już za sobą. Tak dawno nie miał napadu paniki... A "dawno" było tu dziś liczone w dniach i tygodniach, nie w miesiącach czy latach. Przesunął ręce nad barkami wampira, żeby teraz oprzeć na nich swoje dłonie. Spróbować się odsunąć. Przesunął nawet głowę czując - słysząc - że Astaroth przesunął granicę za daleko i że to już przestała być gra. Przestała być zabawą. Wiedziałem - zdradliwa myśl w głowie, bo brzmiała jakby była usatysfakcjonowana. Usatysfakcjonowana udowodnieniem samemu sobie, że kolejny raz udowodnił, jak ludzie są skłonni do zdrady i że nie wolno im ufać. Że to panicznie bijące teraz serce chcące wyskoczyć z klatki piersiowej Laurenta powinno być złożone tylko morzu - Matce Wodzie i tylko jej. Jej falom, jej pianom, jej niezbadanym głębinom. A przecież Astarothowi nawet go nie oferował - proponował mu tylko odrobinę ciepła. W tej ilości, dokładnie w tej, w jakiej chciał ją odebrać. - Astaroth... proszę, proszę, przestań... - Obrócił swoją głowę, chciał zmniejszyć dostęp do swojej szyi, ale twarz Astarotha już tam była i ani zamierzała się ruszyć. Nacisnął na niego mocniej swoimi śmiesznie słabymi rączkami. Dreszcz przesunął się po całym jego ciele i zatańczył na niej gęsią skórką od pocałunku chłodnych ust. Krzyknął. Krzyk został zduszony ze spazmu bólu, który sprawił, że zacisnął przez moment palce na jego koszuli. Jakże zdawało się to czułe - to trzymanie go, to głaskanie. Gdzie moja różdżka? Różdżki nie było. Została razem z ubraniami... gdzieś. Gdziekolwiek zabrał je Migotek, który krzyknął "Panie!" zaraz po nim, łapiąc się za długie uszy. Przez moment krew tak mocno szumiała mu w uszach, że w towarzystwie pisku chyba zagłuszyła wszystkie inne odgłosy. Próbował się oddalić od wampira, wyszarpnąć, wyrwać z jego objąć, odpychając od niego. - Astaroth, puść... mnie... - Uderzył dłońmi w jego barki kilka razy i w końcu, w odruchu, nawet wbił w jego skórę paznokcie, próbował odepchnąć jego twarz, szarpnąć za włosy. - Nie... nie Dumę... idź po... po Vincentiusa. - Dotarło w końcu do niego, że Migotek próbował się wywiedzieć, czy ma iść po Dumę, czy ma go tu sprowadzić. Oddychał już przez rozchylone usta i mylił krople potu z kroplami wody sunących z włosów. Było mu za zimno na pot. A może to był jednak on? Pomiędzy fatalistycznym zmęczeniem w końcu przestał się ruszać. Płonne to były próby. I właściwie - dlaczego walczył? O co walczył? Chciał umrzeć. Miał życzenie śmierci tego dnia, zapadnięcia się w nicość, w ciemność, w próżnię, za którą tęsknił. - Przestań... - Jego oddech zwalniał. Jego mięśnie słabły. Jego serce się uspakajało, a jednocześnie uspokoić nie chciało - tak strasznie próbowało walczyć o podtrzymanie życia tego mizernego ciała, z którego ubywała reszta uświęconej, czystej energii. Więc to tak? To już? Tak się miało to skończyć? Umknęła mu chwila, w której wszystko stało się takie ciche. Kiedy on przestał być utrzymywany przez własne nogi i był już podtrzymywany tylko ramionami Astarotha i chyba blatem kuchennej wyspy. Zauważył dopiero moment, w którym jego ręce już bezwładnie zsunęły się z ciała wampira, bo nie miał siły utrzymywać ich w powietrzu. Nie chcę umierać. Całe to życzenie śmierci nagle nie miało żadnego znaczenia. Łzy na jego policzkach były świadectwem tego, że chciał żyć. Victoria... Vincent... Atreus... ktokolwiek... Miał zamazany obraz, kiedy spoglądał na ten pusty, ciemny dom. Jego własny dom. Crow... proszę, pomóż mi... proszę... Przesunął palcem po pierścionku, przymykając powieki. Dla postronnej osoby jakże jednoznacznie mogło to wyglądać. Ciało oparte o kuchenną wyspę, przyciśnięte przez drugie ciało do niej. Szlafroki, mokre włosy, namiętny pocałunek w szyję - jak dwójka kochanków, gdzie nic złego się nie mogło dziać. Nie powinno. Tylko że ciało Laurenta przelewało się przed ramiona wampira. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - The Edge - 11.08.2024 Wątpił w to, aby noszony przez niego kolczyk z perłą miał kiedykolwiek sprawić, że usłyszy w swojej głowie głos Laurenta. To wszystko to był taki bałagan... Za dużo, za szybko. Oni się sobą nie delektowali, nie dawali sobie czasu, tylko żarli się wielkimi gryzami, a później nie potrafili odreagować tego jak normalni ludzie, bo tę normalność zostawili za drzwiami. Nawet nie na początku lipca, a latami temu, na Ścieżkach. Budowanie dystansu było czymś oczywistym - kiedy się ze sobą nie widzieli, nie mogli w kółko robić sobie krzywdy, a później płakać, płakać i płakać - powinni się od siebie odsunąć, zamiast szukać pomiędzy sobą czegoś, co nie powinno istnieć i burzyło ich codzienności. Oczywista oczywistość, ale rzeczy oczywiste, wszelka logika, które Crow tak niby kochał, odpływały w niebyt, kiedy tylko przekraczał próg tego cholernego domu. Nigdy nie radził sobie z emocjami. Ostatnio lubił wyobrażać sobie, że to wcale nie była historia o miłości. O pożądaniu - na pewno. Obsesji - być może... pewnie tak, skoro wiernie nosił ten kolczyk dzień w dzień, nawet po napisaniu listu, że zwyczajnie nie potrafi funkcjonować obok Laurenta bez poruszania w głowie tematów, które ich tak bardzo raniły. Obsesja. Obsesje były złe. Uzależnienia też. Obsesje były złe, więc powinien dać mu spokój. Uzależnienia były złe, więc powinien dać spokój Cainowi. Ale on też był zły i nie zamierzał dać spokoju żadnemu z nich. Laurent mógł uczynić to czymś o wiele łatwiejszym, gdyby powiedział mu wprost, że jest kimś bez znaczenia. On mu jednak przyznał coś zupełnie innego i uwięził go w tym wirze, z którego nie dało się wydostać. To nie była historia o miłości, ale zasypiał spokojnie, nie słysząc w głowie błagania o ratunek. To nie była historia o miłości, ale kiedy oglądał w pubie transmisję końcówki meczu i okazało się, że Viorica nie zawiodła go, kując dla niego ten pierścionek, Crowowi wydawało się, że na moment stanęło mu serce. To nie była historia o miłości, ale kiedy wracał wspomnieniem do tego, jaki Laurent był szczęśliwy i rozluźniony, kiedy to napięcie minęło, docierało do niego coś bardzo prostego, obnażającego go z każdego słonecznika, jaki zdążył wyrosnąć w jego sercu przez ostatnie tygodnie - nie musiał z nim być, nie musiał mieć go na własność. To nie była historia o miłości, ale jeżeli Laurent będzie bezpieczny, jeżeli jego życie będzie wyzbyte z trosk sprawiających, że nie mógł oddychać, to nawet jeżeli po pogłaskaniu Crowa po głowie odwróci się do kogoś innego i odejdzie z nim... Crow wciąż będzie szczęśliwy. Zazdrosny, owszem. Ale potrafiłby to zaakceptować. Zrobił coś głupiego. Teleportował się z zamkniętej łazienki, więc ci biedni mugole będą musieli siłować się z drzwiami, ale jego to w tym momencie nie obchodziło wcale i właściwie już w chwili stanięcia twarzą twarz z problemem - dwójką przylegających do siebie mężczyzn - nie pamiętał już, co robił przed chwilą. Tak, miał już styczność z wampirami, ale kiedy chodziło o Prewetta, pierwszym co przychodziło na myśl, przy takiej pozycji nie było picie krwi, a niechciane zbliżenie. Absolutna obrzydliwość, od której Crowa od razu wzdrygnęło, ale nie był też do końca pewny, co właściwie miał zrobić. Po wezwaniu spodziewał się jakiegoś zbira o Dantego, gróźb śmierci, potyczki. Na pewno nie losowego frajera w szlafroku (w tej sytuacji nie miał szans rozpoznać w nim brata Geraldine), w dodatku stojącego do niego tyłem. Instynkt podpowiadał mu oczywisty ruch - szarpnięcie go i zajebanie jego łbem o kredens tak mocno, żeby dobudzili go dopiero w Mungu, ale... No właśnie - ale. Laurent brzydził się przemocą, nigdy nie omówili tego głębiej, bo byli zbyt zajęci mizdrzeniem się do siebie na Lammas... - Dobra, liczę do trzech i stąd wypierdalasz - rzucił bardzo głośno, chwytając do dłoni nóż, kompletnie nie rozumiejąc, co tutaj zastał. I zaczął odliczać. Bardzo szybko. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 11.08.2024 Tak, miał rację. Nie było co walczyć. Nie było co się szarpać. Po prostu oddać się nieuniknionemu, bo szarpanie przysparzało jedynie jeszcze więcej bólu, cierpienia, kiedy wcale nie chciałem go tak bardzo krzywdzić. Byłem czuły, byłem możliwie najbardziej delikatny. Wręcz ubóstwiałem w tej chwili jego osobę, która dodawała mi siły, dodawała mi życia poprzez utratę krwi. Było mi tak lekko, tak ciepło, tak energetycznie. Mogłem wszystko! Czułem, że żyłem! Matka Woda nie miała szans z Matką Krwią, która właśnie czule otulała moje ciało od wewnątrz swoją matczyną peleryną. Ta walka była bezcelowa. Trzymałem go, żeby się nie wyrwał, żeby się zanadto nie ruszał. Byłem pewien, że za chwilę się to skończy. Doskonale pamiętałem te momenty, kiedy słabli, kiedy życie umykało z nich z każdym kolejnym łykiem. Tracili siły, byli jak baranki. Przytulałem do siebie jego wiotkie ciało. W tej chwili to nie wydawało mi się niepokojące. Życie, które czułem w sobie było oślepiające. Kierowało mą uwagę na swoje jaśniejące oblicze. Było we mnie, lśniłoby wszystkimi gwiazdami z nieba, gdyby mogło, świeciłoby może promieniami słońca. Taka to była moc, taka potęga. Coś, co każdy z nich miał, a czego nie doceniał. Tym samym nie rozumiałem słów, które kierował do mnie Laurent. Niczym zahipnotyzowany byłem oddany jednej sprawie. Jak wtedy pod wodą. Tylko że teraz nie Adria szeptała mi do ucha, nie ślepa miłość do niej i zawierzenie w jej plany, tylko zew krwi. I było również inaczej niż zwykle. Bardziej oniemiająco, bardziej upojnie. Czułem większy luz niż zwykle, nawet miałem lepszy humor. Czułem się niesamowicie rozluźniony. Wszechmocny, chociaż nic się we mnie nie zmieniło. Może sińce zniknęły, może byłem cieplejszy, nieco bardziej skory do robienia czegokolwiek niż zwykle. Z większą werwą. I uśmiechnięty. Byłbym uśmiechnięty, gdybym nie jadł, gdyby ktoś nie postanowił nam przerwać. Oderwałem się od szyi Laurenta, sycząc odruchowo. Dziki syk drapieżnika, ostrzegawczy. Nie zbliżaj się. Krzyczał, żebyś się nie zbliżał. Nie spodziewałem się nikogo, nikogo nie słyszałem, więc to niespodziewane wtargnięcie wcale nie było przyjemne, nie było mi po drodze. Nie byłem na swoim terenie, ale mimo wszystko nikogo nie powinno tu być. Co tu robił? Czemu do nas mówił?! Zauważalnie się spiąłem, ale to trwało drobną chwilę. Do czasu, póki się nie obróciłem z półprzytomnym Laurentem w rękach. Omotany krwią z wkładką ostatecznie nie uznawałem tego za jakąś górkę. Prędzej za nowe możliwości. Coś w stylu darmowego drugiego worka krwi? Choć przybysz trzymał nóż w ręku, wcale nie wydawał się być groźny. - Masz zamiar spróbować swojego szczęścia? - zapytałem go arogancko, oblizując swoje wargi z krwi. Miałem wrażenie, że nikt nie będzie smakował tak jak Laurent. Był niczym melodia, ale to pewnie dlatego że łączyłem jego smak z tym hipnotyzującym śpiewem znad wody. Ale czy to istotne? Szczególnie że dziś przeszedł samego siebie. Było mi tak lekko. Zaśmiałem się. Beztrosko. Czułem życie, czułem bardzo dużo życia w sobie! A jeszcze ktoś proponował mi pojedynek. Teraz to ja mogłem zabawić się w polowanie! ...i jakoś umknęło mojej uwadze, że spojrzenie miałem nieco rozmazane, humor zbyt szampański, usposobienie dziwnie rozchichotane. Ale tak dawno się nie upiłem, że jak niby zwróciłbym na to uwagę...? RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 11.08.2024 W którymś uderzeniu jego słabego serca chyba stali się już jednym. W którym? Nie wiedział. Może w którymś-wcale. We wcale-momencie, który gościł im tutaj i spajał w całość. Musieli jednym się stać. Tak ufnie się już o niego opierał, leżał wręcz na nim, przytrzymywany i podtrzymywany, przytulany jak największy skarb na świecie, którym chciał się czuć. Teraz się nim nie czuł. Powoli nie czuł niczego. Znikało potworne zmęczenie, znikały smutki agresji i przemocy, które wbiły się gwoźdźmi w jego mózg, znikały ten potworny bór rozerwanej i przeciętej skóry wampirzymi kłami. Notował tylko obrzydliwe odgłosy połykania tej krwi, ruch języka na własnej skórze i ciepło. To jego własna krew płynęła po skórze, o której wspomnienia chciał zmyć najbardziej. Nie było mu to dane. Ta krew wracała i wracała, klątwa dodana do całego zespołu zapisanych przekleństw. Nigdy nie sądził, że tego pierścionka użyje. Właściwie rozważał schowanie go w kąt swojej garderoby jako cenny klejnot - zbyt cenny, żeby go wyrzucić, a jednocześnie zbyt bolesny, żeby trzymać go na palcu. Po tym ślubie? Po tym wspaniałym liście? O tak, wcale nie chciał oglądać Edga w tym domu. Jednocześnie (jak każda kobieta) czekał na jego pojawienie się. Wręcz oczekiwał go. Ale jego nie było, New Forest dręczyła kolejna ruina, a jemu przyszło wyjechać - i wrócić dopiero dzisiaj. Ostatnie, czego się spodziewał, to sięgnięcie po to imię w momencie spotkania ze Śmiercią. Piękne miała ramiona, przystojne, Laurent przecież za łatwo zadurzał się w mężczyznach z charakterem o silnych rękach, które mogły go przytrzymać w momencie upadania. Kiedy już nie mógł zaufać własnym mięśniom. Oto jesteśmy - och tak, był trzymany. Z największą troską i największą siłą, żeby czasem nie miał szans na wymknięcie się. Padły tu różne słowa. Przesunęły się różne emocje. I już wcześniej jego myśli powędrowały do tej Wrony, która wybrała życie z innym. Co za paradoks, prawda? Nie chcesz kogoś krzywdzić, więc zostawiasz go. Zostawiasz go, a on wyciąga ręce nawet ku samej Śmierci. Nie, ostatnim czego się spodziewał nie było błaganie o ratunek z własnej strony. Nie sądził, że pragnąc umrzeć tak bardzo się wystraszy, kiedy Kostucha zajrzy w jego okienko i zapuka do drzwi. Nagle nie była wcale taka kusząca - ta forma ciemności. Nagle stała się odrażająca, a on przypomniał sobie, jak bardzo chciał żyć - pomimo przeciwności, pomimo trudu, pomimo bólu. Palący ból zamienił się w pulsowanie, kiedy Astaroth oderwał od niego swoje usta. Odetchnął głośniej słysząc znajomy głos, nawet koniuszki jego warg zadrżały w zaburzeniu świadomości. Bawili się tutaj w bajki, Laurent, swoim stylem bycia, wiele opowiadał, wiele dryfował między chmurami, ale jak szybko role potrafiły się odwrócić? Z obrońcy w napastnika - jak widać wystarczyło tylko parę chwil, żeby śliczna bajka popadła w ruinę. Przyszedłeś. Chciał się odezwać, ale jego świat zawirował wraz z momentem, kiedy Astaroth postanowił się odwrócić. Starał się zachować jakieś minimum równowagi, ale ręce i nogi miał jak z waty. Prawie jak szmaciana lalka zawisnął w tych ramionach, próbując się złapać miękką ręką jego przedramienia. Udało się? Chyba tak? Chyba poczuł jakieś oparcie pod odrętwiałą kończyną. Przetoczył półprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu, szukając nim Kruka, którego skrzydła bardzo pasowały do pleców Muerte. Rzucały na nich długi cień. A światło? Nie ma światła! - Crow... - Nie był nawet pewien, czy jakiś dźwięk wydostał się z jego ust, z jego gardła, czy brzmiał już tylko w jego głowie. - pomóż... mi... - Ten głos wybrzmiewał. Tak cicho, że mógł zaginąć w szeleście ruchów. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - The Edge - 11.08.2024 Jego życie zatoczyło dziwaczne koło. Kiedy był przydupasem Fontaine, regularnie dostawał zadania polegające na krzywdzeniu innych i robił absolutnie wszystko, aby rozlać jak najmniej krwi niewinnych. Teraz miał przed sobą kogoś winnego. Kogoś, kogo mógł bez problemu zabić, wciskając mu nóż w oczodół tak głęboko, aż przebije się do mózgu i zakończy problem Laurenta raz na zawsze, ale później nasłucha się bardzo niewybrednych epitetów na swój temat. Okej, ciągle po sobie jechał i coraz częściej uważał, że miał rację, sprowadzając się do rangi karalucha, ale... Nawet dureń zorientowałby się, co tutaj zaszło po samym tym, jak byli ubrani. Gorąca opowiastka z nieszczęśliwym zakończeniem. - Jezu kurwa Chryste... Prewett prosił go o pomoc, ale częścią tej pomocy nie było zajebanie mu tego wampira na dywanie i ukrycie zwłok. Przynajmniej tak w tym momencie (nie bez powodu) zakładał. Bardzo niechętnie podrzucił nóż i złapał go w locie. Nie zakładał tu nawet przez ułamek sekundy swojej ewentualnej porażki - jeżeli zginie to zginie, albo będzie gryzł piach i nie poczuje już nic, albo spotka się z Laurentem i Cainem w jakiejś gwiezdnej otchłani i tam wreszcie zazna spokoju, o którym nieustannie marzył. Może w tej gwiezdnej otchłani będą mogli przyjąć się nawzajem i te opuszczone teraz bezsilnie, delikatne dłonie, przestaną chwytać się desperacji byle kogo. Nie mógł go tutaj zabić. Nie było sensu w dźganiu go nożem. Typ będzie się ruszał nawet z połamanymi rękoma. Nie mógł wyrwać mu szczęki, bo narastająca w nim irytacja uczyni to zaklęcie czarnomagicznym i swąd ciemności osiądzie w tym domostwie już permanentnie. Oddychając ciężko, napiął się i rozpoczął od próby przyciągnięcia Laurenta do siebie, żeby móc odstawić go w bezpieczne miejsce. [roll=Z] Widząc swoją porażkę, strzelił karkiem i ponowił tę próbę, całkowicie świadomy tego, że jeżeli mu się to nie powiedzie, porywczość skutecznie przypomni mu, dlaczego musiał mieć tak wiele zasad. [roll=Z] Ostatecznie załamany przejechał dłonią po twarzy i rzucił: - Przysięgam na wszystko, że to nie jest mój dzień, więc serio, odłóż go i wypierdalaj, bo zaraz zrobię coś tak głupiego, że nie dopiorą dywanu, tylko jeszcze nie wiem z czyjego mózgu. Najśmieszniejsze było to, że nieszczególnie wyraźnie było widać co Crowa tak bardzo wkurwiło. Mężczyzna czarował bez użycia różdżki i przez cały czas odliczania po prostu stał z bardzo niewyraźnym wyrazem gęby. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 12.08.2024 Zatrważające. W mgnieniu oka człowiek... Może bardziej istota, która tak bardzo pragnęła światła, promieni słonecznych, życia, która płakała bez łez, kiedy dostawała odrobinę tego poczucia, skrawek dnia i to nie prawdziwego, tylko wyimaginowanego, w tym mgnieniu oka, w tym zatrważającym mgnieniu oka stawała się Śmiercią. W najczystszej postaci Śmiercią. Taką, która odbierała życie. Mogłem iść w zaparte. Zmasakrować gościa totalnie mi nieznajomego. Byłem hazardzistą. Kiedy ktoś dyktował mi warunki, które dla mnie zgoła były inny, mogłem rzucać się na tę głęboką wodę, na której już wielokrotnie się przejechałem, a właściwie podtopiłem, nawet utopiłem... Nieistotne. Ważne było to, że był ze mnie głupek. Igrałem z siłami, z którymi nie mogłem wygrać, więc teraz stałem nad wykrwawiającym się Laurentem i nie wiedziałem przez chwilę, co się dzieje. Drobne puzzle wpadały magicznie na swoje miejsce. Jego szept, jego mdłe wołanie o pomoc, bez siły, bez życia... życia, które w tej chwili znajdowało się we mnie. Położyłem go na podłodze roztrzęsionymi rękoma, próbując jakoś to... cofnąć? Tsa. Naprawić? Żałosny to był taniec moich dłoni, kiedy próbowałem jego stan ogarnąć swoim umysłem. Matko, co ja zrobiłem?! Kiedy?! - wrzeszczały moje myśli. Nie rozumiałem, jak mogłem dać się omotać samemu sobie, ale... Mleko się rozlało? Coś o tym myślałem... Podobnie jak o tym, że wezmę tylko kilka kropel?! W końcu jednak chwyciłem go za szyję by zatamować krwawienie. Chwyciłem go za miejsce, które powinienem omijać szerokim łukiem. - MIGOTEK! CHOLERA, MIGOTEK! U mnie... na Horyzontalnej... są eliksiry - wyrzuciłem z siebie w przestrzeń. Nie wiedziałem, czy mnie słyszał. Nie byłem pewien, czy mnie wysłucha. Nie mogłem się skupić. Gdzie była moja różdżka!? Gdzie była moja cholerna różdżka?! Uniosłem dłonie, chcąc jej szukać, ale to był błąd. To był srogi błąd. Dłoń miałem całą we krwi, a jej zapach właśnie uderzał w moje nozdrza. O nie! Odwróciłem spojrzenie i zęby żeby tego nie widzieć, nie czuć, ale było już za późno. Było za późno. Wszystko się we mnie buntowało, że powinienem znowu... Szyję... O nie! Zęby... Świerzbiły mnie znowu zęby. To był jakiś koszmar. To nie mogło dziać się naprawdę. Nie chciałem brać w tym udziału. Próbowałem się odsunąć, ale nie mogłem. To było silniejsze ode mnie. Ta krew pachniała tak kusząco, zapowiadała wszystko, co najlepsze. Raj? Raj na ziemi? Zapowiadała sam raj? Zabawne, bo jakby znajdowałem się w Raju. Uniosłem dłoń do swojego nosa. Tak, to nie było nic złego. Piękna melodia. Jedyna rzecz, która nadawała smaku mojej egzystencji. Mogłem się nią rozkoszować do woli, więc nie wiadomo, o co było tyle ambarasu. Mhmm... Rozpływałem się, nawet kiedy próbowałem jej smaku ze swoich palców, a z żył? Z żył była jeszcze pyszniejsza. Laurent miał spory problem. Najwyraźniej nie w głowie były mi teraz słowne utarczki. Miałem coś zdecydowanie lepszego na tapecie. Zasyczałem, zamierzając znowu się wgryźć. Potrzebowałem tego jak diabli. |