Secrets of London
[02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3932)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

- Dla ludzi, których szanuję? - Nie pytał, choć jego ton głosu był odrobinę pytający. Na pierwszy rzut oka, bo po głębszym zastanowieniu - zaczepny.
Ponownie: nie uważał, że nie ma żadnego szacunku do Geraldine, mimo że jej to poniekąd sugerował. Wręcz przeciwnie. Miał dla niej respekt, ale równie dużo innych emocji przysłaniało mu wspomnienia ich pierwszych kontaktów. Na początku było całkiem przyzwoicie. Mieli solidne podstawy, żeby zbudować relację. Kiedy wszystko się skomplikowało, skomplikowały się również jego reakcję na przebywanie w towarzystwie Yaxleyówny.
Natomiast w żadnym wypadku nie przewidywał, że jego życzenie spędzenia z nią jak najmniej czasu spełni się w tak nieprzewidywalny sposób. Pokrętny nawet. Raczej miał na myśli załatwienie zlecenia i powrót do towarzyskiej próżni a nie zamianę w dwójkę ludzi tak do nich podobnych i jednocześnie tak innych. Ta nagła zażyłość powinna obudzić sprzeciw w mózgu Greengrassa, ale to już nie był całkiem jego mózg. Świadomość została wyparta przez kogoś innego, kto miał naprawdę silny wpływ na odbiór iluzji.
Zakochani do obłędu zazwyczaj tak mają.
- Nie mógłbym w nim żyć bez Słońca - odpowiedziedział żarliwie, ściskając jej dłonie.
Nie wiedziała o wielu rzeczach. O tym, że miała trafność w swoich słowach o mroku, ale nie chciał zapoznawać jej z tym wszystkim. Dzięki niej był teraz pod ochroną ciepłych promieni. W jego duszy gościła wiosna. Znacznie łatwiej mu przychodziło odsuwać mrok w niebyt. Prawie nie musiał udawać, że te wszystkie cienie nie istnieją. Odkąd przy nim była, wycofały się i zaczęły znikać. To dlatego jeszcze bardziej nie mógł bez niej żyć. Nie wyobrażał sobie, że miałoby być inaczej niż pragnęli. To szczęśliwe życie już się rozpoczynało. Byli sobie pisani.
- Mogłoby być jak w bajkach, wiesz? Mówiliby o nas przez lata. Rozpowiadaliby legendy o porwaniu pięknej panny i rozpłynięciu się z nią we mgle - odrzekł gładko, wpatrując się w nią jak w gwiazdy. Bo była jego największą gwiazdą - Słońcem życia. - Ale tak. Wolę to zrobić zgodnie z twoimi pragnieniami. Już niedługo - zapewnił.
Niedługo będą mogli być razem. Sami. Zaczną nowe życie. Otworzą się przed nimi wszystkie dni a on przeznaczy długie godziny, żeby wycałować każdy centymetr jej ciepłego, kochanego ciała. Korzystając z przemowy i wzroku ludzi na chwilę skierowanego nie na nich, wtulił nos w jej włosy. Uwielbiał ten zapach. Zawsze przepięknie pachniała, choć dzisiaj jakby inaczej. Czyżby na specjalną okazję?
Chciał skomentować coś o tym, jak bardzo cieszył się, że wszystko przebiega w ten sposób. Nie zdążył. To była zła wróżba. Rozbłysk na policzku kogoś, kto powinien sam najpiękniej błyszczeć. Od niej się zaczęło.
Poderwał się od stołu razem z ukochaną, którą nadal obejmował ramionami. Nie uprzedził, że muszą wstać. Nie zastanowił się nad tym tylko zdecydowanym ruchem pociągnął ją w górę. Robił wszystko, żeby żadne z nich dłużej nie patrzyło na środek sali. Widział dostatecznie dużo. Nie interweniował, bo nie umiał. Serce mu łomotało, jakby nie wiedziało czy lepiej wyrwać się z piersi, czy wyjść przez zaciśnięte gardło. Czuł suchość w ustach a obrazy i dźwięki dochodziły do niego nierównocześnie. Któreś było za każdym razem opóźnione w stosunku do tego drugiego. Tak, jakby ktoś mu założył coś półprzezroczystego na głowę.
Nie odczuwał przeświadczenia, że powinien ruszyć w tamtym kierunku. Wokół stołu zebrało się kilka osób, które zasłoniły im widok. Skrzaty domowe też się już pojawiły. Ktoś musiał im pomóc. Charles zawsze powtarzał, że w sytuacji krytycznej na pewno da radę, ale w rzeczywistości było inaczej. Czuł, że ma związane ręce. Był młodym stażystą w banku Gringotta a nie autorem czy uzdrowicielem. W tej sytuacji chyba nie było czego uzdrawiać. Nie chciał tak myśleć. O tym myśleć! Ale te myśli przepełniały mu głowę, bo im na to pozwolił. Wpuścił je tam i czuł, że zaraz doprowadzą go do szarpania za włosy na głowie.
Zamiast tego mocniej objął kobietę w swoich ramionach. Nie mógł dopuścić do tego, żeby w ten sposób się dowiedziała. Była dostatecznie roztrzęsiona. Nie dało się nie spanikować, kiedy ludzie dookoła nerwowo miotali się i krzyczeli. Kątem oka widział też, że niektórzy w pośpiechu szykowali się do opuszczenia budynku objętego zaklęciem przeciwko niezatwierdzonej teleportacji. Charles odrzucił myśl, że teraz nikt już nie miał jej zatwierdzić. Nie chciał! To na pewno nie było tak! Ktoś miał zaraz coś zrobić!
Tulił Beatrice do siebie, stojąc jak słup soli i zaciskając dłonie na jej sukni. Już nie w tak pożądliwy sposób jak przed chwilą. Ta atmosfera podniecającej intymności wbrew byciu w towarzystwie już dawno gdzieś wyparowała. Teraz trzymał ręce na jej łopatkach, zaciskał i prostował palce, żeby je czymś zająć. Musiał ją mieć przy sobie. Nie tylko dla niej. Dla siebie też. Była Jego Opoką. Nie mówił tego bezmyślnie. Tylko ona dawała mu oparcie, choć sama też była przestraszona.
Nie odnotował, ile tak stali. To mogła być minuta, ale mogło być znacznie dłużej. Nic nie mówił. Zaciskał zęby, walcząc z tym, żeby nie dygotać. Nie próbował wyjaśniać ukochanej, co się dzieje. Sam nie wiedział. Nie potrafił zapewnić, że zaraz wszystko będzie dobrze. Widział więcej niż ona. Często więcej od innych ludzi. Zawsze był tego pewien. Udawał, że nie, ale cienie próbowały wkradać się w jego świat. Dziś widział Ten Konkretny, o którym najbardziej nie mógł mówić na głos.
Wtem w tym zamieszaniu rozległ się tubalny głos. Najprawdopodobniej wzmocniony różdżką przyłożoną do strun głosowych. Przecież wuj Beatrice był komentatorem meczów w Quidditchu. Umiał zwrócić uwagę wszystkich zgromadzonych. Charles bezwiednie odnotował, że we wszystkim wejściach stanęło po jednej osobie wraz ze skrzatem domowym którejś z rodzin. Wszyscy pozostali zgromadzili się jak najdalej od stołu i żyrandola, który był teraz niedostrzegalny. Powinien tam być, ale go nie było. Iluzja?
Charlesowi ciężko było się skupić na słowach krewnego jego kobiety. Ledwo odnotowywał sens zdań. Dopiero czyjaś dłoń na ramieniu uświadomiła mu, że muszą iść. Byli odprowadzani do pokojów na górze. Niezliczona liczba gości została skierowana na przepastne piętra do pokojów gościnnych i saloników. Czyjaś ręka pchnęła go w kierunku wyjścia, przez które wychodziło najmniej osób, bo prowadziło do prywatnej części dworku.
Nie mógł puścić Beatrice, ale widział, w jakim jest stanie. Bez wahania wziął ją na ręce. Prawie nie odczuwał ciężaru. Adrenalina zaczęła buzować mu w żyłach. Serce nadal mu łomotało, kiedy oddalili się za kimś (to była żona wuja Beatrice, tak) w kierunku schodów na piętro. Nie czuł wysiłku wkładanego w to, żeby po nich wejść. Czuł wyłącznie szok i niewidzialne wiadro na głowie.
Weszli do jego kompleksu sypialnianego. Pomyśleć, że jeszcze chwilę temu marzył o tym, żeby móc się tu znaleźć z ukochaną jak najszybciej. Teraz posadził ją na brzegu szezlongu niedaleko łóżka, po czym bezsilnie opadł na kolana, kryjąc twarz w jej sukni. Zacisnął dłonie na kolanach kobiety, gniotąc materiał. Nic nie mówił. Starał się nie dać ponieść emocjom. Nie mógł okazywać emocji, bo najpewniej zacząłby szlochać razem z nią.
Nie zwrócił uwagi na to, co mówiła do nich żona wuja ani na to, kiedy wyszła. Zignorował też dźwięk klucza w zamku.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

Nie odpowiedziała mu, nie zamierzała dyskutować o wzajemnym szacunku, bo w sumie najwyraźniej nie istniał. Nie miała zamiaru dalej w to brnąć, spierać się z nim. Niech spierdala na drzewo. Na jej twarzy widać było obojętność, zależało jej na tym, żeby nie widział, że strasznie ją wkurwił. Najchętniej sięgnełaby po papierosa, ale wiedziała, że palenie w lesie nie było wskazane, to też ją kurewsko irytowało, i nie ułatwiało jej przechadzania się po tym lesie. Żałowała, że znaleźli się tutaj tylko we dwójkę, tyle, że teraz nie mogła już cofnąć podjętej decyzji.

Nie wydawało jej się niczym nienaturalnym to, że ją tak do niego ciągnęło. Uczucia, które pojawiły się niby znienacka musiały być bardzo mocno w niej zakorzenione. Nie kocha się kogoś tak mocno przez chwilowy zachwyt. To musiało być coś więcej. Nie kwestionowała tego, tak musiało być, wręcz przeciwnie strasznie podobało się jej to, jak na nią patrzył.

Gdyby tylko wiedziała, że dali się wplątać w jakąś grę, ich umysły zostały oszukane, weszli w rolę jakby nie było w tym nic dziwnego, jakby to było jedyne, co znali. Nie walczyła z tym w żaden sposób, bo nawet przez chwilę nie poczuła, że to może nie być prawdziwe, że to tylko iluzja, że są jedynymi materialnymi bytami w tym dworku.

- Bardzo dobrze się składa, bo to słońce nie zamierza cię nigdy opuścić. - Nie miała pojęcia, jak to możliwe, że żyli bez siebie przez tyle lat. Wtedy czuła, że czegoś jej brakuje, teraz miała wszystko na wyciągnięcie ręki, tuż obok siebie. To było niesamowite. Nie widziała w nim mroku, był najlepszym, co ją w życiu spotkało.

- W bajkach potwory porywały księżniczki, a ty jesteś prawdziwym księciem, a nie potworem. - Może nawet wydawało jej się to atrakcyjne, ucieczka w aurze tajemniczości do miejsca, w którym nikt nie mógłby ich odnaleźć, jednak wiedziała, że na dłuższą metę by się to nie sprawdziło. Zdecydowanie lepiej było zrobić wszystko po kolei, tak jak inni od nich oczekiwali, a później wreszcie będą mogli wieść życie, o którym marzyli.

Wszystko działo się szybko, nie mieli żadnego wpływu na osoby, które ich mijały, teraz byli jednymi z wielu, którzy chcieli uratować swoje życie, właściwie póki co nie miała pojęcia przed czym. Nie wiedziała kto, lub co było zagrożeniem. Nie chciała tego widzieć, pozwoliła się podnieść Charlesowi, zająć mu się wszystkim, chociaż może i ona powinna o nich zawalczyć? Czuła się jednak taka słaba, niedoświadczona, nie posiadała odpowiednich umiejętności, które mogły przydać się podczas walki z zagrożeniem. Była wychowywana w duchu, że kobiety powinny polegać na mężczyznach, nie musiały nigdy sięgać po siłę, tylko czy aby na pewno, przez moment pojawiła się dziwna myśl, że mogłaby sama się obronić, ich obronić, ale bardzo szybko zniknęła.

Charles jej nie zostawił, nadal ją obejmował, nie uciekł stąd sam. Czekał, aż ktoś postanowi im pomóc. To było budujące, przecież była dla niego balastem, nie musiał tego robić, mógł się troszczyć tylko i wyłącznie o siebie. To tylko upewniło ją w tym, że ich uczucie było prawdziwe, że zależało mu na niej całkowicie.

Nie zmieniało to jednak faktu, że znaleźli się w niebezpieczeństwie, na całe szczęście pojawiła się osoba, która zaprowadziła ich na piętro. Beatrice nawet nie zarejestrowała kim była, wtulona w narzeczonego skupiała się tylko i wyłącznie na jego osobie. Nikt inny się nie liczył. W między czasie dotarł do niej głos wuja, jednak nie była w stanie zrozumieć, co mówił, nie mogła się na tym skupić, była za bardzo wystraszona.

W końcu dotarli do jakiegoś pokoju, nie miała pojęcia, gdzie właściwie się znajdują, chyba jej ciotka? tak to była ciotka, zamknęła ich w środku, tylko dlaczego na klucz? Na pewno chciała ich bezpieczeństwa.

Charles posadził ją na szezlognu, dopiero teraz pozwoliła swoim emocjom wziąć nad nią górę, zaczęła szlochać, nie spodziewała się bowiem, że tyle złego wydarzy się podczas ich zaręczyn.

Trwało to dłuższą chwilę, ale wreszcie się uspokoiła, pomagała jego obecność, to, że znajdował się przy niej - bezpieczny. To było dla niej najważniejsze. Nie liczyli się inni członkowie rodziny, rodzice, nikt, tylko on.

Minęło pewnie z pół godziny, kiedy tkwili obok siebie, aż w końcu postanowiła się poruszyć. Nie mogli tu czekać, szczególnie, że wydawało jej się, że głosy na dole ucichły, przerażała ją ta cisza.

- Charles, musimy pójść zobaczyć co się dzieje, nie możemy tu zostać. - Czuła, że jeśli tak będzie to wydarzy się coś złego, właściwie to nie opuszczało ją to uczucie nawet na moment. Wiedziała, że to się skończy źle, że wydarzy się tragedia.

- Chodźmy. - Znalazła w sobie siłę, aby go o to poprosić. Chwyciła mężczyznę za dłoń, aby ruszyć razem w kierunku drzwi. Okazały się być zamknięte, szarpnęła mocniej za klamkę, nie miała pojęcia jakim cudem, ale udało jej się je otworzyć.

Uchyliła je delikatnie, aby wyjrzeć na korytarz, nikogo jednak tutaj nie było. Nadal towarzyszyła im przerażająca cisza, jakby wszyscy żywi zniknęli z tego miejsca.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

Mógłby uznać swoją wygraną. Szczególnie, że Geraldine odpuściła mu dalsze ostre uwagi. Nietrudno byłoby poczuć się zwycięzcą, ale to nie byłaby prawdziwa wygrana, bo właśnie: Yaxleyówna przestała się z nim sprzeczać a nie się poddała. Taka wygrana z łaski była niemalże niedopuszczalna. Miała gorzki posmak. Nie pasowała mu, ale przecież wiedział, że nie mieli wyłonić prawdziwego zwycięzcy ich konfliktu. On też odpuścił zaciskając szczękę.
Niezbyt wiedział, po co, bo czuł się szczęśliwy. Nie powinien robić złych min w jednym z najszczęśliwszych dni życia. Przy Beatrice co prawda każdy dzień był najszczęśliwszy, ale na ten czekali najdłużej jak do tej pory. Kolejny taki dzień miał być dniem ich ślubu. Specjalnie przekonali wszystkich, aby zorganizować jedno wielkie przyjęcie zaręczynowe zamiast serii pomniejszych. Nie mogli znieść myśli o tygodniach a nawet miesiącach dalszej zwłoki.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że to już tak blisko i jesteś tu ze mną - szepnął jej czule.
Tyle mogło się nie powieść w ich planach. Mieli niesamowite szczęście, że zapałali do siebie uczuciem jednym na milion a ich rody potrafiły temu przyklasnąć. Rodzice dogadywali się jak nigdy. Reszta członków rodziny również wspierała ten związek. Czekały na nich wyłącznie słoneczne dni. Nie wątpił w to ani sekundy.
- I jak na księcia przystało, obronię swoją księżniczkę przed wszystkimi potworami - zapewnił święcie przekonany, że tak będzie.
Oj. Jak bardzo się mylił. Okrutnie się mylił. Powinien pamiętać, że w ich świecie potwory nie zawsze mają kły i pazury. Szczególnie on powinien to wiedzieć, bo zdarzało się, że widział zbyt wiele. Gardził tym, tłumił w sobie, ukrywał. Na próżno i ku ich zgubie, bo gdyby się tego nie wypierał być może mógłby coś zrobić zanim rozpętało się piekło. Nie wiedział, że widziane cienie nie były złym omenem tylko ostrzeżeniem. Zawsze niewłaściwie je interpretował. Traktował to jak przekleństwo zamiast daru. Było za późno, żeby to zmienić. Nawet, gdyby sobie to uświadomił.
Zostali zamknięci w pokoju. W ich piękny słoneczny dzień wdarła się wichura. Rzeczywista i metaforyczna. Wiatr szarpał za ciężkie zasłony. Charlesowi zaczęło się robić duszno, ale nie podniósł się z klęczek. Desperacko ściskał dół sukni ukochanej próbując zrozumieć, co się dzieje. Dlaczego to się dzieje - to także mu przechodziło przez skołatane myśli. W jego głowie zapanowała taka wrzawa, że nie od razu zauważył, że na dole ucichło. Dopiero słowa Beatrice wyrwały go z transu.
- Nie wiem czy możemy - odpowiedział jej cicho z zaciśniętym gardłem, patrząc na nią jak na kogoś, kto zadziwił go tą nagłą siłą. On czuł się słaby. Chciał być dla niej najsilniejszy.
- Może pójdę tam sam? Zamkniesz się w pokoju, dopóki nie wrócę? To na pewno nic takiego. Wszyscy są w szoku, ale musisz być bezpieczna - w jego głosie dało się wyczuć błaganie, żeby go posłuchała.
Mimo to nie zaoponował, kiedy zdecydowała inaczej. Być może miała rację. Niemalże zawsze ją miała. Słuchał jej, bo to ona swoją kobiecą delikatnością sprowadzała go na właściwe tory. Często nie zauważał, że nim sterowała a jeśli już to nie miał nic przeciwko. Była mądra i była Jego Opoką. Skinął głową, ścisnął jej dłoń i wyszli wprost na pogrążony w ciszy korytarz. Nie wnikał w to, jak otworzyła zamek.
Zmrużył oczy, bo nie spodziewał się, że wyjdą w ciemność. W sypialni było znacznie jaśniej. Przez szparę w półotwartych drzwiach wpadało mało światła, ale to wystarczyło, żeby rozpoznawali podstawowe kształty.
Była noc? Nie. Nie noc. Burza? A może jednak noc?, nie wiedział. Czuł się zagubiony. Osłaniał sobą kobietę i szukał różdżki po kieszeniach. Nie mógł jej znaleźć. Stracił różdżkę? Mgliście przypomniał sobie, że wyciągali je przy powitaniach. Coś z tradycją.
Nie miał zbyt wiele czasu na dalsze wspominki, bo coś ruszyło się na galerii przed nimi. Chyba rozpoznał tego człowieka.
- Deimosie? - Spytał ostrożnie, wpatrując się w niewyraźną sylwetkę niewiele starszego kuzyna, który bardzo powoli zmierzał w ich stronę.
Jego najbliższy kuzyn chwiał się, jakby był mocno pijany, ale było w tym coś niewłaściwego. Charles wielokrotnie pił z Deimosem (choć nigdy go nie był w stanie pokonać w chlaniu i nawet nie chciał), więc kojarzył wpływ ognistej na starszego krewnego. W ruchach Deimosa było coś dziwnego. Szedł zbyt blisko brzegu antresoli a zamiast trzymać się poręczy (wtedy to byłoby logiczne) miał ręce w kieszeniach.
Nie...
...nie w kieszeniach. Rękami trzymał się w okolicach brzucha, co było jeszcze dziwniejsze. Tak samo jak kompletne ciemności panujące w częściach wspólnych dworku. Tu nigdy nie było tak ciemno. Nawet księżyc schował się za chmurami i nie oświetlał korytarza.
- Deimosie? - Powtórzył starając się zabrzmieć pewnie i nie jak tchórz.
Nie był tchórzem, ale to wszystko mu się nie podobało. Coraz bardziej. Nadal czuł się odrealniony a nowe okoliczności nie sprzyjały zmianom. Charles obrócił głowę w kierunku ukochanej, żeby dać jej znak ręką, że powinna się zatrzymać. Odruchowo osłonił ją ramieniem.
- Najdroższa? Czy mamy świecę w pokoju? - Dbał o to, żeby mogła się bezpiecznie cofnąć i wziąć jakieś źródło światła.
Przeszło mu przez myśl, że byli tu bezpieczni. Zawsze czuł się tutaj jak u siebie, bo to był jego dom. Nie rozumiał skąd nagle tak bardzo czuł, że coś może im grozić. To nie było tylko to, co się stało. Nadal nie dopuszczał do siebie tego, co widział pod żyrandolem. Wypierał myśl o pośmiertnie drżących dłoniach i ciałach zmiażdżonych jak robaki. Jego umysł próbował wymazać te wydarzenia. Do tej pory prawie mu się udało. Ciemność sprzyjała temu, żeby uznać to za zły sen. Wręcz koszmar.
- Proszę, Najmilsza. Zaczekam tu z Deimosem, żebyśmy mogli zobaczyć, co się dzieje - zapewnił, bo kuzyn był tuż tuż przy nich.
Pijany czy nie, Deimos mógł wiedzieć więcej o tym, co się dzieje. Czemu tu jest tak cicho i skąd nagle późne popołudnie zmieniło się w ciemną noc? Była wiosna. Słońce nie zachodziło tak szybko, ale Charles tego nie analizował. Odprowadził wzrokiem Beatrice do pomieszczeń prywatnych i ruszył w kierunku kuzyna, który niemal w tej samej chwili osunął się na ziemię.
- Deimosie? - Powtórzył trzeci albo czwarty raz z rzędu, klękając przy na wpół siedzącym mężczyźnie i dotykając go w ramię.
Wzdrygnął się, kiedy padł na nich cień, ale szybko zorientował się, że był ludzki i materialny. Uniósł głowę, zmrużył oczy i rozpoznał mężczyznę, który do nich dołączył.
- Wuju Cygnusie. Deimos - zaczął, chcąc wyjaśnić wujowi Beatrice, co się stało, kiedy ciało kuzyna obsunęło się bezwładnie.
Ręka Charlesa spoczęła na mokrej plamie. Do nozdrzy doszedł ledwo wyczuwalny zapach krwi. Uniósł palce do oczu. Nawet w ciemnościach były czerwone.
- Wuju, on - nie zdążył. Silna ręka poderwała go w górę. Nie udało mu się krzyknąć.
Beatrice. Beatrice nie mogła tu wrócić. Coś było nie tak z jej wujem. Deimos. Deimos się nie ruszał. Cygnus. Cygnus zaczynał go dusić. Zaciskał silne dłonie na gardle Charlesa, wychylając go przez barierkę antresoli. Ciemność. Ciemność nie była wieczorem. Nie było księżyca na niebie. To błysk pioruna oświetlił korytarz na kilka sekund.
Beatrice.
Beatrice nie mogła wrócić.
Musiał ją ostrzec.
Nie mógł oddychać.
Beatrice.



RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

Czasem milczenie bywało złotem, postanowiła sprawdzić, czy takie podejście faktycznie ma sens. Może było raczej dla niej nietypowe, jednak podczas kłótni z Greengrassem była skłonna spróbować nowych metod. Zależało jej na tym, aby w końcu to wygrać. Nie miała pojęcia, kiedy się to stanie, bo przecież to był dopiero początek, ale kiedyś będzie musiało dojść do ostatecznego starcia, zamierzała zrobić wszystko, aby je wygrać. Nie miało być łatwo, wiedziała to, ale z drugiej strony wygrana z godnym siebie przeciwnikiem była taką najwspanialszą, a uznawała Ambroise'a za właśnie takiego.

Bardzo szybko jednak jej umysł przestał myśleć o zemście, skupiał się teraz na ciepłych uczuciach, które jeszcze chwilę temu wydawały się nie istnieć. Teraz przejmowały władzę nad jej duszą i ciałem.

Pomysł zorganizowania jednego wielkiego przyjęcia był naprawdę wspaniały. Dzięki temu nie musieli się skupiać na tym, aby organizować kolejne, mniejsze, które miały zadowolić każdego. Pojawili się w tym miejscu wszyscy istotni dla nich ludzie, aby już jutro móc towarzyszyć im podczas dnia, na który tyle czekali. Już jutro mieli wziąć ślub. Piękna suknia czekała na Beatrice w jej sypialni, nie mogła się doczekać, aż wreszcie ją ubierze i wypowie słowa przysięgi.

- Nie mogło być inaczej najdroższy, przecież jesteśmy dla siebie stworzeni. - Dotknęła przy tym delikatnie dłonią jego policzka. Nie mogła nacieszyć się bliskością mężczyzny, właściwie to młodzieńca, mieli przed sobą przecież całe życie, jej marzenie o tym, że wspólnie wejdą w dorosłość, później się zestarzeją miało się spełnić już niedługo.

- Nie wątpię w to, kto jeśli nie ty? - Nikt nigdy nie traktował jej jak centrum swojego świata, wierzyła w jego słowa, była pewna, że nie dałby jej zrobić krzywdy. Nie były to tylko słowa rzucane na wiatr, czuła się wreszcie naprawdę ważna, niby była jedynaczką, rodzice też zawsze wokół niej skakali, jednak to było coś zupełnie innego. On ją pokochał za to, jaka była, a nie dlatego, że musiał. Rodzice kochaliby ją jakaby nie była, bezwarunkowo, on mógł przecież znaleźć dla siebie kogoś innego, ale to właśnie jej chciał. Wybrał ją.

Nie sądziła, że tak szybko będą musieli przekonać się o tym, czy faktycznie będzie w stanie uchronić ją przed potworami. Nie zakładała, że w tym miejscu, wśród znajomych ich osób ktoś postanowi ich skrzywdzić. Nie była przygotowana do takiego biegu wydarzeń. Nie była silna, bliżej jej było do kruchości szkła, nigdy nie musiała się mierzyć z żadnymi trudnościami, dlatego dłuższą chwilę zajęło jej szukanie w sobie siły, aby stawić temu czoła. Nie mogła jednak być bierna, nie mogła pozwolić na to, aby ktoś zabrał im to, o czym marzyli.

Robiła to wszystko dla niego, Charles był dla niej najważniejszy.

- Nigdzie nie pójdziesz sam, nie ma takiej możliwości. - Mógł próbować ją zamknąć w tym pokoju, jednak nie zamierzała tutaj czekać, nie wiedząc co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami. Nie mogła pozwolić na to, aby sam wszedł do jaskini lwa, musiała mu pomóc. Byli w tym razem, czuła jednak, że wydarzy się coś złego, ta myśl nie chciała jej opuścić.

Ona również nie znalazła swojej różdżki, dosyć szybko przypomniała sobie, że zabrali je im, kiedy znaleźli się we dworku. To nieco ograniczało ich możliwości, ale nie zamierzała się bać, musieli stawić czoła temu, co się tam wydarzyło. Musieli sprawdzić, czy ich bliscy są bezpieczni. Przerażająca cisza i mrok przekonywały ją o tym, że coś było nie tak.

W końcu usłyszała skrzypnięcie, pierwszy dźwięk, który dotarł do jej uszu, od kiedy postanowili wyjść z zamkniętej sypialni. Wypatrywała miejsca, z którego dochodził. Dostrzegła mężczyznę, jednak twarz nie wydawała się jej być znajoma. Musiała to być jakaś dalsza rodzina Charlesa, bo ten wydawał się go rozpoznać.

Ścisnęła mocniej dłoń mężczyzny, bo trochę się bała tego, co zaraz się wydarzy.

Zauważyła, że postać nieco się chwiała, nie wydawało jej się, aby ktokolwiek zdążył się już upić, przecież niedawno rozpoczęli przyjęcie, to musiało być coś innego.

Z początku nie chciała odchodzić, nie chciała zostawiać go samego z tym mężczyzną, wyjątkowo jednak postanowiła posłuchać wydanego przez niego polecenia. Światło mogło im pomóc odnaleźć się w tej ciemności. - Już idę ją przynieść. - Pognała przed siebie ile tylko miała sił w płucach, nie chciała zostawiać ich samych zbyt długo, bo czuła, że jeszcze moment, a wydarzy się coś złego. Aura, która panowała w tym pałacu była strasznie nieprzyjemna, nawet osoby sceptycznie nastawione do tego typu praktyk magicznych byłyby w stanie to wyczuć, a Beatrice zawsze była nieco bardziej wyczulona.

Udało jej się znaleźć świecę, wracała do pomieszczenia, w którym się rozstali. Zatrzymała się gwałtownie, gdy zobaczyła, co się dzieje. Jej wuj, zbliżał się do Charlesa, wyglądał jakby chciał mu zrobić krzywdę. - Nieeee - Wyrwało jej się z piersi, było słychać w tym ogromny ból. Czuła, że nie będzie w stanie mu pomóc. Uratować go. Byli straceni.

Zauważyła kuszę, która stała oparta o ścianę. Nie widziała jej tu wcześniej, Beatrice nie wiedziała jak korzystać z tego typu narzędzi, nie miała pojęcia, czy kiedyś trzymała coś podobnego w dłoni. Prędzej łuk, pojawił się jednak dziwny instynkt, który przejął władzę nad jej ciałem. Musiała jakoś pomóc swojemu ukochanemu. Wzięła w dłoń kuszę, nie miała pojęcia dlaczego potrafiła ją sobie ułożyć w dłoni. Nie było to jednak ważne. Nie czekała na dalszy rozwój wydarzeń, wycelowała ją w szamoczących się mężczyzn, nie zastanawiała się nad tym co może się wydarzyć jeśli nie trafi, każda opcja była lepsza od tej, w której jej wuj zrzucał Charlesa za balustradę.

Strzała pomknęła w stronę mężczyzn, Cygnus nie spodziewał się ataku, przez co wypuścił Charlesa z dłoni, bełt który leciał w ich stronę ranił niestety jej narzeczonego, na szczęście jedynie w nogę.

Mężczyzna zaczął iść w jej kierunku, jakby chciał teraz zająć się nią. Tyle, że wydarzyło się coś dziwnego.

Poczuła, że coś wyrwało się z jej ciała. Zobaczyła nad sobą ciemny cień, który unosił się w powietrzu. Odezwał się do niej cicho - Dziękuję... - Najwyraźniej Beatrice nie mogła stąd odejść dopóki nie udało jej się uratować miłości swojego życia przed swoim wujem.

Yaxleyówna zachwiała się w miejscu, dopiero teraz dotarło do niej, że ten dwór był opuszczony. Wypełniały ją dziwne emocje i była pewna, że nie wszystkie są jej. Przypomniała sobie o tym, że nie znalazła się tutaj sama. Ruszyła przed siebie widząc mężczyznę, w którego trafiła.

Znalazła się przy nim bardzo szybko, musiała sprawdzić, czy jest przytomny, przypadkiem przecież postrzeliła go w nogę. - Kurwa mać, Ambroise, wszystko w porządku. - Miała aktualnie gdzieś to, że jeszcze przed chwilą się kłócili, czuła zresztą jakby stało się to naprawdę dawno temu.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

To był Ten Dzień. Dla wszystkich, choć żadne z nich tego nie wiedziało. Nikt nie spodziewałby się żadnego z tych wydarzeń. Cztery osoby. Główni aktorzy otoczeni jeszcze większą liczbą ukrytych dusz również zamkniętych w wielkim teatrze. Sztuka zawsze przebiegała tak samo. Była ich wielkim hitem i największą porażką. Musieli grać. Przedstawienie trwało, dopóki na scenie byli jeszcze aktorzy.
Skupiony na nim mężczyzna nie spodziewał się ataku. Prawdopodobnie podejrzewał, że Beatrice do nich wróci, ale nie w taki sposób. Nie miał dobrych zamiarów także wobec swojej siostrzenicy. Charles to wiedział. Chciał, żeby uciekała. Próbował jej to przekazać.
Uciekaj, Najdroższa, ratuj życie , chciał, żeby Cygnus się na nim skupił. Skoro miał zginąć w ten sposób z rąk tego człowieka, mógł choć kupić trochę czasu ukochanej. Próbował się wierzgać, jak najbardziej utrudnić temu człowiekowi życie. Czuł jak jego własne go opuszcza, ale w ostatnich chwilach chciał być jego najgorszym wrogiem. Dla Beatrice.
Nie mogła się teleportować. Nie mógł cofnąć zabezpieczeń, bo to nie on je nałożył. Nie zniknęły po śmierci jego rodziców. Tak. W swojej własnej śmierci uświadomił sobie to, co do tej pory wypierał. Jego rodzice byli tam pod kryształowym żyrandolem. Nie mieli ich ocalić. Sami nie żyli. W dodatku jego teściowie byli tam razem z nimi. Po drugiej stronie Zasłony. Z Deimosem. Niedługo także z nim.
Ale nie z Beatrice.
Nie z Beatrice!
Zabezpieczenia przeciwko samowolnej teleportacji nadal nie zniknęły a to znaczyło, że nie były postawione przez nikogo ze zmarłych. To musiał być Cygnus. W jakiś sposób wpłynął na jego rodziców, żeby to on je postawił. Był charyzmatyczny i czarujący, ale Charles nigdy tego nie poczuł. Dla niego zawsze był gnidą, którą tolerował tylko przez wzgląd na ukochaną. Patrząc śmierci w oczy, nigdy nie spodziewałby się, że Kostucha będzie mieć przystojną twarz komentatora światowych zawodów Quidditcha. Walczył o ostatni oddech ze swoim mordercą, jednocześnie próbował nie patrzeć w stronę, z której wyszła Ona. Jego ostatnie światło przed ciemnością.
Szumiało mu w uszach. Słyszał buzowanie krwi. Dusił się, walcząc z kimś, z kim nie miał najmniejszych szans. Wszystko po to, żeby Beatrice spróbowała pokonać schody i uciec z terenu posiadłości. Była szybka i gibka jak młoda łania. Mogło jej się udać, ale nie uciekała. Chciał na nią wrzasnąć.
Dlaczego nie uciekała? Dlaczego do cholery nadal tu była?
Nie mogła być stracona. Nie.
Pęd powietrza go zaskoczył, ale nie tak jak Cygnusa, który kompletnie nie spodziewał się aktów sprzeciwu. Mordował ich. Mordował ich raz po raz. Zawsze ich zabijał. Powtarzająca się pętla śmierci, tragedii, dramatu, bólu. Raz po raz kończył ich życia. Zamknięci w splocie wydarzeń ginęli z ręki komuś, komu ufały ich rodziny. W najszczęśliwszym dniu swojego życia, który był również najtragiczniejszy. Wydarzenia dawno były zapisane na kartach historii. Odgrywali je. Zawsze wcielając się w te same role.
Świst strzały przeszył powietrze. To on je poruszył. Charles spodziewał się bólu. Zawsze był ból. Nie był tego świadomy, ale był przygotowany na to, co miał poczuć.
To nie było to.
Przeszywający ból nie pozbawił go przytomności. Nie odebrał mu życia. To nie było tak.
Nie tak.
Cygnus był rozproszony. Cofnął się dwa kroki w stronę ściany. Puścił go jak worek kości i skóry, uderzając Charlesem o podłogę w tej samej chwili, w której chłopak wydarł siłą strzałę z nogi i bez wahania wbił ją prosto w szyję wuja. Celował w tętnicę. Tym razem wiedział dokładnie, gdzie powinien mierzyć, żeby odebrać mu życie.
Ocalił ją. Ocalili siebie.
Charles poczuł jasność. Światło Jego Słońca. Odchodził, ale inaczej. Byli wolni. Mogli zacząć życie tam, gdzie powinni dawno odejść. Należało jedynie podążać za światłem. Teraz jasno widział ścieżkę po korytarzu, która prowadziła go do jego miłości i dalej. Nie wahał się.
- Kurwa - wymsknęło mu się jako jedyne i prawdopodobnie całkiem wymowne podsumowanie.
Trzymał w górze wyciągniętą rękę, ale nie było w niej śladu po strzale, którą go postrzelono. Jakby rozmyła się w powietrzu, choć rana była bardzo rzeczywista. Krwawił. Dotknął przestrzelonej nogi. Uniósł zakrwawione palce, przyglądając się soczystej czerwieni. Mimikując coś nieokreślonego, co mgliście pamiętał, ale nie wiedział, skąd. Miał wrażenie, że już to dziś robił. Tutaj w tym miejscu. Dokładnie tu, ale jego ręka była przedtem czysta. Siedział oparty o chwiejną balustradę galerii, czego prawdopodobnie nie powinien robić, bo drewno mogło nie wytrzymać nacisku. Mimo to nie podniósł się. Mrugał zagubiony, trochę półprzytomny, ale bardziej od nieokreślonego pochodzenia szoku niż utraty krwi. Rana była głęboka, ale nie śmiertelna.
- Pytasz czy stwierdzasz? - Spytał troszeczkę za późno, żeby dało się to przypisać do jego typowego Ja.
Próbował odzyskać własny ton i brzmienie głosu, ale struny głosowe nie chciały z nim współpracować. W efekcie zabrzmiał, jakby miał bardzo spierzchnięte gardło. Nie dało się tego pomylić z warknięciem. Jego wypowiedzi brakowało przekąsu lub wcześniejszej woli dyskusji. To była wyuczona czepliwość i bardzo średnio mu wychodziła. Zupełnie, jakby próbował udawać, że wszystko jest w totalnym porządku i nie czuje się ani trochę pogubiony.
- Trzeba to opatrzeć - dodał tym samym nieco rozbitym, zamyślonym tonem, patrząc na Geraldine, ale zarazem jakby przez nią.
Jakby była przezroczysta i ktoś stał za nią. Nikogo tam nie było.
- Widziałaś moją torbę? - Zdążył już pomacać obok siebie i rozejrzeć się po korytarzu, ale nigdzie nie widział swoich rzeczy.
W dodatku nie miał na sobie nic z wierzchnich ubrań. Siedział w koszuli, butach i spodniach, które zastępowały mu czarodziejskie szaty. Płaszcza nie było. Czapki i szalika też nie. Tak samo jak torby i rękawiczek.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

Dosyć szybki ruch, jaki wykonała w jego kierunku nie należał do specjalnie przyjemnych. Poczuła, że zaczęło jej się kręcić w głowie, zachwiała się na nogach, ale udało jej się złapać równowagę. Obraz zaczął jej się nieco rozmazywać. Nie została ranna fizycznie, ale czuła, że zaczyna boleć ją głowa. Nie mogła się pozbyć tego dziwnego uczucia przywiązania, które nawiedziło ją zupełnie przypadkiem, a raczej resztki tego, co po nim została. Wydawało jej się, że zaczyna się robić pusta, jakby ktoś wydarł jej serce, a może nawet jeszcze kawałek duszy. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Nie miała jednak czasu, aby teraz się na tym skupić, bo kurwa udało jej się zrobić to, o czym marzyła, kiedy zbliżali się do dworku, tyle że wcale nie zrobiła tego celowo. Miała za swoje, zrobiło się jej nawet głupio, że wcześniej była skłonna go skrzywdzić.

- Obojętne, chociaż wolałabym uzyskać potwierdzenie, więc powiedzmy, że pytam. - Najwyraźniej nie było z nim tak źle, jak się jej wydawało, bo nadal kąsał, czyli był sobą. Dobrze, kamień z serca, może nie uszkodziła go za mocno. Oby tak było, naprawdę wolała, aby to nie było nic poważnego, tak naprawdę przecież wcale, ale to wcale nie chciała go zranić, mieli współpracować. Tyle, że nie do końca była sobą, gdy trzymała kuszę w dłoni, ona by nie chybiła, nie było nawet takiej możliwości. Wiedziała, że stało się tutaj coś dziwnego. Potwierdzały to chociażby te ubrania, które mieli na sobie, przecież gdy pojawili się na terenie dworku byli odziani w rzeczy typowe do wyjścia w teren, te stroje wieczorowe musiały się tu pojawić przez jakieś zaklęcie, rytuał, iluzję, chuj wie z jakim rodzajem magii mieli właściwie do czynienia. Nie potrafiła tego do końca wyjaśnić, bo a to ciekawostka! zupełnie nie znała się na tych umiejętnościach związanych z mieszaniem w głowie. Nigdy jeszcze nie spotkało jej nic podobnego, to wszystko, co wydarzyło się przed chwilą było takie realne, jakby faktycznie miało miejsce.

- Nie umiem za bardzo. - Westchnęła rozczarowana, bo nie nadawała się do udzielania pierwszej pomocy, nie potrafiła mu jej zapewnić, była na siebie wkurwiona, że znowu wychodziły jej takie braki. - Chyba, że mnie poinstruujesz. - W końcu on się na tym znał, gdyby przeprowadził ją przez procedurę pewnie byłaby mu w stanie pomóc, naprawdę chciała to zrobić.

- Pójdę poszukać, nie ruszaj się stąd. - Dodała jeszcze nie wiadomo dlaczego, bo przecież z tą nogą zapewne nie mógłby się nawet podnieść. Zdecydowanie była zestresowana całą sytuacją, która im się przydarzyła. Nie czekała, ruszyła na dół po schodach, aby poszukać jego rzeczy. Dopiero teraz dotarło do niej, że rezydencja nie wyglądała tak, jak ją zapamiętała kiedy się tutaj pojawili. Budynek w tej chwili faktycznie wyglądał, jakby niedługo miał się rozsypać, a przecież dałaby sobie rękę uciąć, że byłaby w stanie odtworzyć to, jak było tutaj kiedyś, w czasach jego świetności. Dziwne.

Nie znalazła jego torby na dole, postanowiła więc wyjść na zewnątrz, dostrzegła daleko na trawie ich rzeczy, a przynajmniej okrycia wierzchnie i jego ekwipunek. Podbiegła więc po to, a po chwili znowu znalazła się w dworku i wspinała po schodach. Okropnie ją to zmęczyło, chociaż przecież nie był to praktycznie żaden wysiłek dla kogoś o jej sprawności fizycznej.

Rzuciła rzeczy tuż obok mężczyzny, sama w końcu przykucnęła przed nim. - Co mam robić? - Kurewsko bała się, że nie podoła, że tylko mu zaszkodzi, starała się jednak wierzyć, że uda jej się mu pomóc.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

- No to odpowiedź brzmi nie. Mam dziurę w nodze. Nie jest w porządku - odparł bez grymasu na twarzy. Nawet całkiem przyjaźnie jak na to, że przed chwilą go chyba próbowała zastrzelić. - Gdybyś stwierdzała fakt powiedziałbym mniej więcej to samo, ale inaczej - dopowiedział.
Kurwa. Jak na siebie i na to, że powinien być wściekły, naprawdę zachowywał się jak człowiek. Trudno mu było skupić się na myśli, że Geraldine do niego strzeliła. Jego umysł cały czas wypierał tę informację i próbował zastąpić ją czymś innym. Największy problem polegał na tym, że Greengrass nie wiedział, czym. Odnosił wrażenie, że powinien mieć znacznie większą jasność odnośnie przebiegu wydarzeń. Był bardzo niepoiformowany jak na kogoś, kto musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem i dostać rykoszetem.
Nie pamiętał niemal nic z tego, co się stało zanim poczuł przejmujący ból i najprawdopodobniej odruchowo wyrwał sobie strzałę z nogi. To pochopne wyciągnięcie przedmiotu z rany nie było w jego charakterze. Tego też nie rozumiał. Tak samo jak tego, gdzie się podział dowód zbrodni. Kiedy próbował o tym myśleć, czuł narastający ból głowy i zbierało go na wymioty. Usiłował zająć się czymś innym.
- Poradzisz sobie - zapewnił, przenosząc spojrzenie na jej twarz i marszcząc brwi.
Poruszył głową, żeby odgonić rozmazany obraz i to coś, co sprawiło, że czuł się, jakby nie z nią rozmawiał. To była Geraldine Yaxley. Jasne. Nie miał wątpliwości. Od utraty krwi nie mógł dostać omamów, bo w gruncie rzeczy nie stracił jej jeszcze za dużo. Gorzej mogło być, jeśli spaprają sprawę.
- Nie, żebym nie chciał, ale - znacząco skierował wzrok na zakrwawione spodnie i ranę szarpano-kłutą na nodze - zapewniam cię, że nie planuję nic tak głupiego - skwitował ponuro, ale z uniesionym kącikiem ust.
Jasne. Gdyby mógł to już dawno by stąd spierdalali. Wszystkie włoski stały mu na ciele. Nie czuł się dobrze w tym miejscu. Najpewniej dokładnie tak jak ona, ale dopóki nie zrobią czegoś, żeby nie musiał opierać na Geraldine całego ciężaru ciała. No cóż. Dotąd byli raczej udupieni. Pokiwał głową, wygrzebując różdżkę z kieszeni, żeby mieć ją w pogotowiu.
- Uważaj tam na siebie - odezwał się w nagłym przypływie czegoś w rodzaju troski przykrytej bolesnym grymasem. - Postaraj się strzelać do potworów, jeśli musisz a najlepiej unikaj niebezpieczeństwa. Nie podoba mi się to miejsce - to było raczej mało powiedziane.
Wszystkie okoliczności ich wejścia do budynku były takie zamglone i nieokreślone. Jeżeli ktoś tu był prócz nich to na pewno już by się ujawnił. To znaczyło, że najprawdopodobniej mogli uznać niepowodzenie w odnalezieniu kogokolwiek żywego. Powinni stąd jak najszybciej wyjść. Czuł, że nie byli tu mile widziani. Z jakiegoś powodu chciał dodać do tego słowo dłużej.
Nie byli tu dłużej mile widziani.
Wbrew temu, co podpowiadała logika, Ambroise czuł, że zrobili tu wszystko, co mogli. To było dziwne. Kiedy o tym myślał, przeszło mu przez myśl, że powinien to skonsultować z Geraldine, ale kiedy wróciła darował sobie zbędne słowa. Nic nie zmieniały w tym, że musieli iść.
- Potrzebuję, żebyś rozcięła materiał. Nie ma sensu szukać nożyczek, chyba że jakieś przypadkiem zabrałaś - wątpił w to, ale wolał zapytać zanim zaczną coś ciąć ostrym nożem. - Przeszło na wylot i z powrotem. To nie będzie ładny widok. Spróbuj nie posiekać mnie nożem - posłał jej coś na kształt uśmiechu.
Może trochę rozgoryczonego, ale był względnie spokojny i wypowiadał się zdecydowanie bardziej informatywnie niż przez ich całą wcześniejszą rozmowę. Miał ją poinstruować w tym, co jemu sprawiłoby trudność. Tu nie było miejsca na podchody i odzywki. Zresztą czuł się tak, jakby nie miał ochoty być dla niej rozgoryczonym dziadem.
- Została wydarta, ale nigdzie jej nie ma - zauważył bezmyślnie, obrzucając wzrokiem pomieszczenie.
Strzała się nie zmaterializowała. Nie pojawiło się nic nowego a jednak czuł się, jakby coś stale się zmieniało. Od prób analizy sytuacji bolała go głowa. Miał zaciśnięte gardło. Co gorsza, jakby obolałe i opuchnięte do tego stopnia, że w niektórych momentach rwał mu się głos. Ale to nie to było tym, co najbardziej wyprowadzało go ze stanu spokoju. Ani nie to, ani nie fizyczny ból po postrzale. Czuł się, jakby coś stracił. Odruchowo poklepał się po piersi, jakby się spodziewał wyrwy w ciele. Wszystko było w porządku. A jednak czuł smutek pustki, straty i wydarcia mu czegoś żywego.
Sięgnął ręką do torby, wyjmując jedną z butelek i odkorkowując ją zębami.
- No to twoje zdrowie, Łowcza - oznajmił, pociągając duży i bardzo obrzydliwie smakujący łyk eliksiru, którego działania nie próbował wyjaśniać Geraldine.
Im mniej było na jej głowie tym lepiej. Potrzebował od niej kilku rzeczy, w których żenująco by sobie średnio poradził. Jeśli w ogóle.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

- Mogłam trafić w głowę, wtedy byłoby mniej w porządku. - Dodała jeszcze na rozluźnienie atmosfery, chyba trochę na pocieszenie siebie, bo czuła się źle z tym, że go raniła. Naprawdę nie chciała tego zrobić. Miała nadzieję, że było to tylko draśnięcie i że nie przyniesie jakichś większych komplikacji. Krew, która wylewała się z rany zupełnie jej nie przerażała, bo Yaxleyówna przywykła do widoku posoki. Nie było to dla niej nic nowego, nic co wzbudzałoby obrzydzenie i powodowało, że czuła się nieswojo. Nie była wrażliwa na takie sposobności, na całe szczęście, bo brakowało tylko, żeby tutaj zemdlała od tego widoku.

Gerry nie do końca wiedziała, jak to się właściwie stało, że go raniła. Byli razem w tym dworku, żeby wykonać zlecenie, jasne, coś mogło pójść nie tak, ale czy, aż tak bardzo? Nie, była wyśmienitym strzelcem, zawsze trafiała tam gdzie chciała, bez względu na to, w jakim niebezpieczeństwie by się nie znajdowała, nigdy nie chybiała. To musiał byc jakiś niefortunny zbieg okoliczności, mimo wszystko, było jej za to naprawdę głupio. Czuła się bardzo źle z tym, że zrobiła mu krzywdę, co też było dziwne, bo jeszcze zupełnie niedawno miała chęć go rozszarpać. Teraz coś się jednak zmieniło, miała inne podejście do jego osoby.

- Mam nadzieję, że to faktycznie prawda. - Pamiętała, że kiedyś usilnie jej wmawiał, że mogłaby się odnaleźć w Mungu jako uzdrowiciel, jasne, były to tylko żarty, co nie zmieniało faktu, że całkiem śmieszne było to, że teraz mogli sprawdzić, czy faktycznie miała w sobie to coś.

- Jasne, to ty dzisiaj jesteś damą w opałach, nie zamierzam przejmować tej roli, zostanę twoim rycerzem. - Rzuciła z uśmiechem, oczywiście nie zamierzała dać się zaatakować czemukolwiek. Nie mogła na to pozwolić, bo miała z tyłu głowy myśl, że Ambroise potrzebował jej pomocy, sam się stąd nie wydostanie, ona go skrzywdziła i to ona była odpowiedzialna za to, aby go stąd dzisiaj wyprowadzić, najlepiej jak najszybciej, bo to miejsce nie miało szczególnie przyjemnej aury. Wolała, aby nie zostawali tutaj zbyt długo.

Gdzieś w ogóle zgubiła powód dla którego się tutaj znaleźli, nie było to dla niej teraz zupełnie istotne. Może pogodziła się z niepowodzeniem misji? Nie było w dworku mężczyzn, których szukali, a przynajmniej nie dawali znaku życia, co oznaczałoby że albo szukali w złym miejscu, albo leżeli gdzieś martwi. Nie miała zamiaru tego sprawdzać, jej priorytetem stała się pomoc, której miała udzielić Greengrassowi.

- Nie mam nożyczek, ale posiadam sztylet. - Mimo tego, że była ubrana odświętnie nadal miała przy sobie jeden z noży, raczej niewielki, który miała przy swojej stopie. Sięgnęła po niego jednym, zwinnym ruchem. Słuchała przy tym uważnie wskazówek siedzącego przed nią mężczyzny. Nie zwlekała, im szybciej będą mieli to za sobą, tym szybciej będą mogli opuścić to miejsce. Rozcięła materiał spodni, przesunęła go tak, aby dostać się do rany, była przy tym bardzo delikatna, aby nie daj Merlinie nie dotknąć go przypadkiem tam, gdzie nie powinna. Syknęła cicho, kiedy zobaczyła miejsce, w które go trafiła. Nie wyglądało to najlepiej, na krótką chwilę odwróciła wzrok i zacisnęła zęby. Musiała się jednak bardzo szybko ogarnąć, żeby móc mu pomóc.

- Zniknęła? - Dziwiło ją to, bo przecież strzała nie powinna rozpłynąć się w powietrzu, zastanawiała się przez chwilę, czy nie byłoby bezpieczniej, gdyby zostawili ją w jego nodze, ale na to było zdecydowanie za późno, zresztą najwyraźniej i tak przepadła w czeluściach.

- Powinieneś wypić swoje zdrowie, nie moje. - Zasugerowała jeszcze, bo w sytuacji w której się znaleźli to byłoby bardziej wskazane. Przyglądała się mu, kiedy pił eliksir, nie miała pojęcia, w czym miał mu pomóc, ale na pewno nie robił tego bez powodu.

- Czy powinnam ci to jakoś zatamować, w sensie jakoś to zawinąć? - Najwyraźniej bardzo chciała już to zrobić, żeby mogli opuścić to miejsce. Nie byli tutaj bezpieczni, czuła to pod skórą, a nie chciała, żeby cokolwiek im się stało. Nie chciała, żeby jemu się coś stało, nie wiedzieć czemu zaczęło jej zależeć na tym, aby doprowadzić go do domu w jednym kawałku. Coś się zmieniło w tym, jak widziała Ambroise'a.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

- Nie bolałoby tak - odrzekł bez zastanowienia.
W gruncie rzeczy to nie byłby jego problem, gdyby go zdjęła wprawnym strzałem w głowę. Coś nakazywało mu kwestionować to, czy powinien od niej wymagać poczucia winy. Wręcz był przekonany, że nie - nie zrobiła tego celowo, wbrew temu, o czym rozmawiali wcześniej w lesie. Byli zespołem. Ułomnym i na chwilę, ale zespołem. Co bardziej ironiczne: dodatkowo potrzebował z niej uczynić uzdrowiciela.
- Przekonamy się za chwilę - skwitował nie chcąc analizować tej sytuacji, bo nie był pewny jak Geraldine faktycznie sobie poradzi w wymuszonej roli.
Im mniej o tym myślała tym lepiej. Choć to nie oznaczało, że zamierzał jej pozwolić na rządzenie się i komentarze odnośnie stanu, w jaki sama go wpuściła.
- Jeśli zamierzasz tak to stawiać to lepiej od razu wbij mi ten sztylet prosto w mózg - odrzekł poważnie, dając do zrozumienia, że go to nie bawi.
To, że na nią nie warczał nie znaczyło, że pogodzi się z najeżdżaniem na jego męskość. Hola, hola. Nie pozwalał na uderzanie w jego ego bardziej niż to konieczne. Posłał jej jednoznacznie powstrzymujące spojrzenie, zanim nie opuściła go na chwilę. Kiedy wróciła z torbą, przyjrzał jej się uważnie. Chyba nic się nie stało po tym, jak odeszła.
- Zniknęła - powtórzył bardziej niedowierzająco.
Wyparowała. Gdziekolwiek by nie patrzył, nie widział wyjętej strzały. Nie rozumiał tego tak samo jak w gruncie rzeczy niczego, co się wydarzyło. Nie tak miała wyglądać ich akcja ratunkowa. Nie on powinien być osobą, którą należało ratować. Na ten moment czuł się zbity z tropu i chyba tylko to sprawiało, że nie przeszedł w pasywną agresję. Zazwyczaj nie byłby tak spokojny. Już o tym kiedyś rozmawiali. Nienawidził poczucia bezradności. Szczególnie w towarzystwie kogoś, przy kim nie chciał okazywać takich rzeczy. Gdyby się nad tym zastanowił, sam byłby zaskoczony swoim podejściem, ale co innego zajęło mu myśli.
- Postrzeliłaś mnie - stwierdził na początku spokojnie, jakby sobie coś uświadomił a potem powtórzył bardziej niedowierzająco i z nieznacznym wyrzutem w głosie. - Postrzeliłaś mnie. Z antycznej kuszy. Zakurzoną strzałą - był równie oburzony, co zakłopotany.
Nie zrobiła tego specjalnie. Nie zarzucał jej celowości wystrzału. Natomiast to nie zmieniało faktu, że wystrzeliła do niego z Merlin wiedział jak starej, ciężkiej kuszy z wiekowymi bełtami. Cokolwiek by zrobił albo czego by nie zrobił to nie zasłużył sobie na coś takiego.
Wbrew pozorom nie oczekiwał przeprosin. Musiał wypowiedzieć te słowa na głos, żeby zrozumieć absurd sytuacyjny. Nie zostali zaatakowani przez bestię. Nie wydawało mu się też, żeby zaatakowali siebie wzajemnie. A jednak Geraldine do niego strzeliła. Nie oczekiwał wyjaśnień, ale nie pogardziłby, gdyby je miała. On czuł się, jakby ktoś wywrócił mu mózg na drugą stronę i potrząsnął parę razy.
Jego emocje mieszały się z takimi, które nie miały racji bytu. Nigdy wcześniej nie czuł tylu różnych uczuć. Przytłaczające. To było bardzo nie na miejscu zważywszy na to, że przygotowywał się na walkę z fizycznym złem. Nie na mentalne mumbo jumbo. Choć może było więcej prawdy w plotkach o tym, że posiadłość była nawiedzona? Z pogłosek zasugerował się, że mieli walczyć z marami. Nie, że miał się czuć, jakby ktoś zgwałcił mu mózg.
Pierwszy raz od dawna ręce mu dygotały nie z choroby, przemęczenia a z nieokreślonych emocji. Był głęboko poruszony. Sam nie wiedział, czym. Zaciskał i prostował palce, rozglądając się po pomieszczeniu. Tylko, żeby nie musieć patrzeć na Geraldine, bo patrzenie na Geraldine sprawiało mu wewnętrzny ból i coś jeszcze.
Nim się obejrzał, poprawił luźny kosmyk włosów przy jej twarzy, kiedy się nad nim pochyliła. Zakrwawionymi palcami zatknął jej go za ucho.
- Jest w porządku. Nic wielkiego się nie stało. Dobrze sobie radzisz - zapewnił miękko. Na swój sposób uspokajająco z niezamierzoną poufnością. - Nie tak szybko. W torbie jest eliksir i maść. Mogę sam to zrobić, ale to będzie znacznie trudniejsze, jeśli mi nie pomożesz. Dasz radę. Okay? Potrzebuję, żebyś polała ranę fioletowym eliksirem. Kolorem przypomina gencjanę. Znajdziesz? Pokaż mi na wszelki wypadek - nie to, że jej nie ufał (ufał bardziej niż powinien), raczej chodziło o to, żeby ją uspokoić.
- Wylej wszystko. Zacisnę zęby. Później od razu daj maść i owiń do bandażem. Tylko daj mi wypić jeszcze trochę tego - wrócił wzrokiem do obrzydliwego eliksiru, wznosząc kolejny toast. - No to za moje.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.09.2024

- Ale nie byłoby cię tutaj, kto byłby moją solą w oku? - Wrzodem na tyłku, czy jeszcze czymś innym. Tak, próbowała mu przekazać, że by jej go brakowało, gdyby trafiła go w głowę, w dosyć szorstki sposób, ale nadal się do tego przed nim przyznała, powinien to docenić. Gerry raczej rzadko wspominała o takich rzeczach.

- Trochę chujowo, że muszę ćwiczyć na tobie. - Nie podobało jej się to, bo zdecydowanie nie wiedziała, co powinna robić, był to chyba pierwszy raz kiedy faktycznie miała udzielić komuś pomocy, zazwyczaj po prostu transportowała rannych do uzdrowicieli, ewentualnie wzywała ich na miejsce, w którym byli potrzebni. Nigdy jeszcze nie udzielała komuś pomocy w ten sposób, była to dla niej nowość i nie czuła się specjalnie dobrze z tym, że to akurat Ambroise miał być jej pierwszym pacjentem. Naprawdę nie chciała go skrzywdzić.

- Bez nerwów, wyjmij ten patyk z tyłka, czasem trzeba przyjąć czyjąś pomoc, wiem, że może nie jestem twoją wymarzoną osobą jeśli o to chodzi, ale niestety zostałeś na mnie skazany. - Nie chciała go zirytować, to miał być głupi żart, który potraktował zbyt dosłownie. Najwyraźniej niczego się nie nauczyła po kłótni od której ich relacja się oziębiła. - Przepraszam, jeśli cię to zirytowało. - Powiedziała jeszcze łagodniejszym tonem, naprawdę nie chciała, aby tym razem żywił do niej urazy, zależało jej na tym, żeby zmienił o niej zdanie. Nie miała pojęcia dlaczego. Kiedy znaleźli się w tym dworze coś się zmieniło, coś namieszało jej w głowie, przez co zachowywała się trochę bardziej przystępnie niż zazwyczaj.

- Nie wiem, co się tutaj dzieje. - Dlaczego bełt zniknął? Jak to możliwe, że przedmiot rozpłynął się w powietrzu? Nie miała pojęcia, ale wiedziała, że było to możliwe. Magia nie miała granic, a to miejsce było pełne tajemnic, coś dziwnego się musiało tutaj wydarzyć. Zresztą ten chwilowy spokój wokół nich też nie do końca jej pasował, co jeśli za chwilę znowu coś namiesza im w głowach?

Przełknęła głośno ślinę, gdy wspomniał o tym, że go postrzeliła, uciekła też wzrokiem i zaczęła spoglądać na podłogę. Czuła się temu winna, nie mogła jednak cofnąć czasu, miała wrażenie, że tłumaczenie tego, że wcale w niego nie celowała na nic się nie przyda. Było jej tak kurwesko głupio. Miała być jego wsparciem, okazało się, że sama zrobiła mu krzywdę. Pięknie Yaxley, pewnie nikt nie będzie chciał jej zatrudnić po czymś takim. - Tak, zrobiłam to. - Musiała wziąć to na siebie, przyznać się do błędu, przecież jedno i drugie wiedziało, co się wydarzyło. Przynajmniej częściowo. Faktem było to, że ona mu to zrobiła.

- Nie mam pojęcia jakim cudem to się stało Ambroise, ja naprawdę nie chciałam cię skrzywdzić. - Dopiero teraz podniosła wzrok i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Mógł zauważyć skruchę na jej twarzy. - Może faktycznie, chujowy ze mnie strzelec. - Dodała jeszcze, chociaż takie słowa nigdy nie przeszłyby jej przez gardło.

Kotłowały się w niej różne emocje. Poczucie winy, tęsknota, niepewność. Nie miała pojęcia, co się z nią działo. Nigdy nie czuła, aż tak dużo, nie potrafiła sobie z tym wszystkim poradzić, to było dla niej zbyt wiele, wiedziała jednak, że nie może sobie teraz pozwolić na takie rozchwianie emocjonalne, bo przez to nie mogła się w pełni skupić na tym, co miała zrobić. Musiała odsunąć od siebie te myśli.

Przestała się poruszać, kiedy wyciągnął dłoń w jej kierunku. Drgnęła delikatnie, kiedy wsunął jej kosmyk włosów za ucho, dlaczego tak reagowała na ten dotyk? Nie miała pojęcia, nie przeszkadzało jej to jednak zupełnie, że wykonał taki gest, wręcz przeciwnie, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę wstrzymując oddech, serce zaczęło jej bić w przyspieszonym rytmie.

Kiedy zaczął udzielać jej dalszego instruktażu odsunęła się od niego, aby znaleźć odpowiednie przedmioty w torbie. - Fioletowy eliksir. - Mruknęła do siebie pod nosem. Chwilę trwało zanim go znalazła, ale w końcu jej się udało. - Czy to ten? - Uniosła fiolkę do góry, aby się upewnić, że wybrała odpowiedni. Znalazła też maść i bandaż, chyba miała pod ręką wszystko, czego potrzebowała.

Uśmiechnęła się do niego, gdy wzniósł toast, poczekała, aż wleje w siebie kolejną dawkę eliksiru i wtedy przeszła do rzeczy.

- Uwaga. - Wolała go uprzedzić, że zaraz wyleje eliksir na jego nogę, wiedziała, że to może zaboleć. Zrobiła to szybkim ruchem, chociaż ręce nieco jej się trzęsły, wydawało jej się, że dzięki temu mniej zaboli. Później bardzo delikatnie położyła na ranie maść, bała się, że sprawi mu tym ból. Na koniec przeszła do bandażowania rany. - Do góry. - Poprosiła jeszcze, aby uniósł nogę, dzięki temu mogła zrobić to dokładniej. Chwilę trwało, zanim udało jej się owinąć kończynę, ale skończyła. Nie miała pojęcia, czy jest zadowolona ze swojego dzieła, czy nie, jednak wykonała wszystkie kroki po kolei. - Myślisz, że to pomoże? - Nie odrywała od niego wzroku, chciała wyczytać z jego twarzy, czy się spisała, czy coś po drodze spierdoliła.