Secrets of London
[03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3956)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

- Założyłem, że sądzisz, że lubię kiedy mi się zadaje ból - odgryzł się, ale bez faktycznego obscesowego tonu. - Bądź co bądź na tym polega nasza relacja - wzruszył ramionami.
Nie obrażał nikogo. Nie miał pretensji do tego, co było kiedyś. Chyba to za sobą zostawili daleko w przeszłości. Teraz było inaczej i prawdopodobnie powinien nie nawiązywać do dawnych dziejów, ale taki już był. Wyciągał rzeczy z przeszłości. W tym wypadku, żeby je obśmiać. Wyśmiane nie miały takiej siły.
- Cieszy mnie to - odparł gładko, bo i tak upierałby się przy swoim.
Ona to wiedziała. On to wiedział. Mogli spożytkować ten czas na działanie a nie dalsze wypominki i zapewnienia, że nikt tu nie był ani trochę głodny. Nawet jeśli mieli ruszyć niewiele, śniadanie zawsze było dobrym pomysłem, żeby zająć nim myśli, ręce i usta. Szczególnie tak niewyparzone.
- Bekon, bekon i kiełbaski? - Zaoferował, bo skoro zgodziła się z nim zjeść wspólny posiłek to nie zamierzał się dalej sprzeczać.
Mięsny talerz nie brzmiał źle. Mógł być przyzwoitym tłustym wyborem na kolejny szalony dzień pełen główkowania (przynajmniej z jego strony, on tu zostawał, bo nie miał dyżuru) albo innych czynności. Celowo nie pytał Geraldine o plany. Nie chciał później upewniać się, że mają jeszcze chwilę czasu na to, żeby podusić się razem w niedopowiedzeniach.
- Ależ oczywiście. To była nierówna walka z transylwańskimi siłami ciemności, ale się starałaś. Dostaniesz swoją kawę. Natomiast obawiam się, że może być w najlepszym razie brązowa - posłał jej nieznaczny uśmiech. - Tak czarna kawa prawdopodobnie nie istnieje. Poza tym nie sądzę - uciął nie dodając już, czego nie sądził.
Nie miała czarno-czarnej duszy. Może to też był brąz, ale nie tak ciemny jak się przy tym upierała. Łagodniejszy, bardziej rozwodniony. Mogła mówić, co chciała. Wystarczyło spędzić wspólnie trochę czasu, żeby to dostrzec. Była dobrym człowiekiem. Ambroise zakładał, że nawet lepszym od niego. Zabijała magiczne bestie. Miała krew na rękach. Ale była dobrą osobą. Pod tą szorstkością kryło się coś łagodniejszego. Miękkie i puszyste jak jej nowe kapcie.
Tym razem nie powstrzymał łagodniejszego spojrzenia. Obdarzył ją nim, bez słowa przesuwając do niej tackę z bekonem, która wymagała otwarcia. On sam zajął się nakrawaniem kiełbasek i rozgrzewaniem żeliwnej patelni. Zgodnie z życzeniem nie dokładał im tam nic poza mięsem. Mięso było okay.
- Cieszę się, że ci się podobają - odpowiedział pozornie bez wzruszenia, nie dodając, że pomyślał o niej podczas dokonywania zakupu w sklepie ani że ciekawiło go czy spodoba jej się ten wybór.
Nie mógł być przecież podekscytowanym szczeniakiem. To wydawało mu się bardziej niż nierozsądne. Nie był mistrzem postępowania w przemyślany sposób. Nawet ten zakup o tym świadczył. Choć był miły i wyrażał troskę wobec kobiety to jednocześnie utwierdzał ich oboje w przekonaniu, że kapcie będą potrzebne.
Spędzali ze sobą dużo czasu, ale żelazna logika nakazywałaby nie robić sobie wygodnego leża we wspólnym bagnie. Tymczasem coś w Greengrassie nie było pewne czy nie zaczynało się od bamboszków a nie kończyło na firankach i adopcji słodkiego ogara piekieł. Jeszcze nazwaliby go Cudak czy jakoś podobnie i mogliby podpisać zgodę na odpuszczenie dalszych prób rozgryzienia problemów. Zaprzyjaźniliby się z nimi.
Co gorsza nie brzmiało to tak źle jak powinno. Czuł obrzydzenie i pogardę na myśl, że to coś działającego mu na rozsądek prawdopodobnie było rozsądniejsze niż on. Już na to wpadł. Jego demony układały mu przytulne, milutkie życie. Wystarczyło, żeby im nie przeszkadzał.
Słysząc śmiałe, zdecydowane słowa z ust Geraldine sarknął głośno. Zaciągnął się powietrzem, parsknął, może coś na kształt szyderczego tonu także się w tym skryło.
- Zapomnij. To ulubiony motyw literacki Evelyn - skwitował bez pardonu.
Nie sądził, żeby istniała konieczność dalszego wyjaśniania co ma przez to na myśli. Wydawało mu się, że to było bardzo jasne. Żeby nie powiedzieć stosunkowo jasne, bo przecież czarownice w każdym wieku uwielbiały takie wypociny. Co prawda ta Geraldine, którą znał nie wyglądała mu na trzpiotkę zaczytującą się z rumieńcami w płomiennych romansach, ale kto tam wiedział. Równie dobrze mogła to robić kiedyś w młodości jak i teraz. Na własne oczy widział jak pozornie dojrzała matrona oblewała się pąsem i wierciła się na fotelu przed kominkiem, bo czytała te swoje babskie czytadła (w jego ograniczonym słowniku nie umieścił adekwatnego określenia gatunku - magiczne harlequiny). Po pewnym czasie przestał to komentować i siadał sobie w swojej części salonu z okazjonalnie uniesionymi brwiami. Od czasu do czasu musiał znieść podekscytowane streszczenie czegoś, co akurat przeczytała, bo po prostu musiała się komuś wygadać. Przynajmniej później znalazła kółko książkowe i ten problem zniknął.
Tak czy siak nie miał problemu, żeby jawnie zasugerować, że był świadomy tego co takie możliwości robiły z większością damskich mózgów. Nawet jeśli nie podejrzewał, że Geraldine chciała to teraz zasugerować to atmosfera między nimi była tak niejawnie dziwna i pełna podtekstów, że jeden więcej bądź mniej nie robił różnicy. Przynajmniej dopóki oboje upierali się przy milczeniu na temat różnych kwestii. Zazwyczaj starał się to ignorować, teraz w drodze wyjątku nie wiedzieć czemu zaszydził z niedopowiedzeń.
- Kupię rozkładaną leżankę, okay? - Zwrócił się do niej z półuśmieszkiem.
Niby to było jego wynajęte mieszkanie. Nie musiał pytać o to, co chce zrobić. Tak właściwie to wręcz nie powinien i taka możliwość powinna być dla niego niedopuszczalna. Ustalili, że nic nie musiał. Nieprawdaż? Mimo to czuł się zobowiązany uspokoić Geraldine, że następnym razem miał się przespać na czymś wygodniejszym od podłogi. Nawet nie zauważył, że podświadomie zakładał jakiś następny raz. Ba! Widocznie tyle kolejnych okazji, że leżanka była zakupem, który rozważał. A zaczęło się od bamboszy.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, czy faktycznie myślał, że zadawanie mu bólu sprawiało jej przyjemność, czy był to tylko kolejny, głupi przytyk? Nie czerpała z tego żadnej przyjemności. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że to się nie wydarzyło, tak kiedyś to robiła, ale była do tego prowokowana, odwdzięczała się więc tym samym. - Lubiłam. - Zaakcentowała bardzo mocno to słowo, aby zwrócić uwagę na czas przeszły. - Teraz to już nie lubię. - Dodała jeszcze do niego, jakby nie zrozumiał do czego zmierzała.

Podkreśliła zmianę, która w niej zaszła. Najwyraźniej jej nie zauważył, albo po prostu chciał znowu ją pozaczepiać, to musiała być ta druga opcja, bo nie dało się nie zauważyć tej zmiany. Zachowywała się inaczej, była spokojniejsza, potrafiła ugryźć się w język. Nawet ślepy by to dostrzegł, zresztą sama widziała, że on też nie był taki jak przedtem. Nie mogli przed tym uciec, bo to już się działo.

Spieranie się z nim nie miało najmniejszego sensu, straciłaby pewnie w tej kłótni o jedzenie z godzinę, a skończyła z talerzem w dłoni kolejne pół godziny, a może mniej później. Wiedziała, że nie było sensu z nim dyskutować, a na pewno nie w takiej kwestii. Jedzenie było istotne, zgodziła się z nim, żeby w przyszłości znowu mogła mu zwrócić uwagę jak zobaczy, że zapomina o tej prozaicznej czynności.

- Brzmi idealnie. - Tak, mięso, mięso i jeszcze więcej mięsa. To mogło się udać.

- Niech będzie i brązowa, nie pogardzę żadną. - Tak samo miała z alkoholem, były to dwa napoje, które nie musiały być w jej przypadku szczególnie wysokiej jakości, najważniejsze by choć trochę trzepały.

Spojrzała na niego, gdy urwał swoją wypowiedź. Łatwo było jej się domyślić do czego zmierza, westchnęła jedynie cicho, bo mogłaby się odezwać i po raz kolejny sprowokować niewielką kłótnię, że nie ma racji i że jej dusza jest taka ciemna, jak mówiła, ale ponownie - nie widziała takiej potrzeby. Najwyraźniej pokazała mu coś przez co myślał inaczej. Nie zamierzała się upierać przy tym, jaka to nie jest zepsuta, bo wiedziała, że to były pozory. Kreowała się na taką, a tak naprawdę w głębi była całkiem przyzwoitym człowiekiem, o czym wiedzieli wszyscy, którym była bliska. Nie była to żadna nowość, aczkolwiek wolała, aby nie każdy widział tę część niej. Tak było wygodniej. Nie przeszkadzało jej, że często, gdy pojawiała się w pomieszczeniu ludzie odwracali wzrok i zaczynali szeptać. Było to trochę piętno, które przynisół jej wykonywany przez nią zawód. Jej rodzina od zawsze spotykała się z różnymi reakcjami na to, czym się zajmowała. Przywykła do tego.

- Myślałam, że dasz mi bardziej skomplikowane zadanie. - Skomentowała jeszcze tę tackę, którą przesunął w jej stronę. Cóż, może faktycznie i lepiej, że nie musiała robić nic innego. Niby wyśmienicie radziła sobie z nożami, jednak nie do końca była przekonana co do korzystania z nich w kuchni. Zajęła się więc rozpakowywaniem ich przyszłego posiłku.

- Nie mogło być inaczej, trafiłeś w mój gust. - Tak ogólnie, to raczej nie miała jasno określonego gustu, no ale smoki? To zdecydowanie było coś, za czym przepadała. Na co dzień zresztą nie przywiązywała wagi do tego, co na siebie ubierała, nigdy nie była jedną z dziewcząt, które przejmowałyby sie jakoś specjalnie swoją aparycją, najważniejsza była wygoda. Jedyny wyjątek w jej przypadku stanowiły przyjęcia arytokracji, wtedy faktycznie dbała o to, aby wyglądać dobrze, bo chodziło o reprezentowanie jej rodziny, nie chciała im narobić wstydu na tych oficjalnych spędach.

Poczuła ciepło na policzkach, kiedy parsknął po tym, jak podzieliła się z nim swoimi przemyśleniami na temat kolejnej nocowanki, która zapewne była przed nimi. Trochę ją zawstydziła jego reakcja, ale tylko trochę, dlatego zaczeła się przyglądać temu bekonowi jakoś bardzo dokładnie, byleby tylko nie musieć teraz na niego patrzeć, zrobiło się jej głupio.

- Jasne, już zapominam. - Dodała lekko, jakby jej to w ogóle nie obruszyło. Nie miała nic złego na myśli, zrozumiała aluzję, co do ulubionego motywu literackiego. Naprawdę chciała dobrze, przez to rzuciła tę propozycję, a nawyraźniej wyszło jak zawsze. Powinna się tego spodziewać.

I nie, Geraldine nie czytała tych typowych, babskich książek, ani teraz, ani kiedy była młodsza. Nigdy nie pociągały ją historie o miłości, bo nie potrafiła sobie wyobrazić tych szczęśliwych zakończeń. Nie potrzebowała faceta, aby być zadowoloną z życia, a te opowieści zazwyczaj sugerowały, że to była najważniejsza część życia. Meh. Nie wierzyła w miłość.

Uniosła wzrok znad tego nieszczęsnego bekonu dopiero wtedy, gdy wspomniał o leżance. Nie była już taka purpurowa jak jeszcze przed chwilą, ale policzki nadal ją piekły. - Okay. To całkiem dobre rozwiązanie. - Nie wpadał na nie, bo jednak kupno leżanki sugerowało, że była potrzebna, a to że była potrzebna wiązało się z tym, że ona by się tutaj często pojawiała, nie tylko pojawiała, ale spędzała noce. To wydawało jej się być nieco zobowiązujące, no bo skoro już zamierzał ją kupić, to dobrze by było z niej skorzystać, skoro to robił. Bardzo pokrętne myślenie, dostała swoje kapcie, teraz będzie mieć swoje miejsce do spania, co będzie następne?




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

Śmiesznie, że tak naturalnie im to przyszło. Skakali sobie do gardeł przez dużo dłuższy czas. Wydawałoby się, że nic tego nie zmieni a tym bardziej nie tak szybko. Tymczasem stali razem planując śniadanie i dyskutując o stopniach zaparzenia kawy. W dodatku byli całkiem rozmowni jak na to, że Ambroise nie przywykł do tego, żeby rano się do kogokolwiek odzywać. To powinna być cicha przestrzeń. Tymczasem może nie mówił bardzo dużo, ale niewątpliwie jej słuchał i w jakiś sposób odnosił się do usłyszanych słów. Czy to mimiką czy słownie.
- Brązowa kawa i kiełbaski z dużą ilością bekonu. Się robi - usłużnie kiwnął głową. Całkiem kulturalnie jak na niego i na to, że była chyba pierwszą osobą spoza rodziny (w tym także przyjaciół, których uznawał za rodzinę), której coś gotował.
- Wolę nie dawać ci noża do ręki, kiedy stoję w zasięgu dźgnięcia - rzucił bez zastanowienia, ale zaraz poprawił się wyciągając przed siebie otwarte dłonie w geście obrony. - Stare nawyki. Nadal się uczymy, nie? - Dodał, żeby podkreślić, że po prostu musiał się przestawić na to, że mogą nie chcieć się pozabijać.
Szło im całkiem nieźle. Kupił jej bamboszki w smoki, robił śniadanie i kawę, oddał swoje łóżko. Przyzwoicie, co nie?
Nie próbował ukryć usatysfakcjonowanego uśmieszku, który wpłynął mu na usta. Mógłby być cholernie zadowolony ze zbicia Geraldine z tropu. Nieważne co mówiła. Istotna była jej fizyczna reakcja. Spąsowiała. Zmieszała się. Osiągnął swój cel, ale to nie było takie proste. Jednocześnie faktycznie czuł samozadowolenie, ale gdzieś tam przykrytę kilkoma innymi niekoniecznie pożądanymi myślami. Za to, jakby można to było ująć? Czy byłoby to przesadą, gdyby niechętnie nazywać je trochę nazbyt pożądliwymi? Nie były pożądane, były pożądliwe. Nieznaczna acz znacząca różnica. Mógłby to zignorować. Właściwie to stale to robił, ale przyglądając się kobiecie nie do końca wiedział, co dalej (tym razem otwarcie w związku z tym, że i tak odezwał się do niej bez pardonu coś sugerując).
- To nic takiego, nie - Nie pytał.
Raczej dawał jej do zrozumienia, że nie ma problemów z rozmową na tego typu tematy. Nie było potrzeby, żeby czuła się zmieszana. Skoro mieli próbować się przyjaźnić to równie dobrze mogli od razu poruszać takie kwestie. Komplikowałoby się dopiero wtedy, gdyby były między nimi jakieś niedopowiedziane zażyłości, które istniały poza jego głową. Może to też było próbą wybadania gruntu? Pokrętne. Jasne. Natomiast, jeżeli zdecydowałaby się pociągnąć temat mimo początkowego zmieszania to być może mogli trochę rozjaśnić niektóre sytuacje.
Na przykład to czy mogli rozmawiać o swoim podejściu do krótkofalowych przygód jak to zwykli robić przyjaciele. Czy jednak lepiej, żeby trzymali się innych, mniej intymnych tematów. Ale to już by coś sugerowało, nie? Mieli przestrzeń, żeby ruszyć się do przodu albo do tyłu - gdziekolwiek w kierunku wyjścia z szarej strefy.
Ambroise nigdy nie był typem człowieka, który bawił się w jakiekolwiek podchody. Zostawiał niejasności dla innych. Lubił wiedzieć na co może sobie pozwolić. Zarzucano mu bezczelność, przerost ego, przesadną pewność siebie. Tak jak już rozmawiali: nie raz, nie dwa słyszał niewybredne słowa odnośnie siebie i swoich nawyków. Czasami byłoby lepiej, gdyby nie machał ludziom przed nosem. Niekiedy powstrzymywał się i zamykał mordę. Potrafił być słuchaczem. Był niezłym powiernikiem sekretów. Natomiast nigdy wcześniej nie chciał jednocześnie rozjaśnić sytuacji i nie musieć tego robić. Miał mętlik w głowie i wrażenie, że cokolwiek by zrobili mogło się to skończyć źle.
Z jednej strony męczył się w obecnym układzie. Mówił o przyjaźni, bo tego od niego oczekiwano a nie, bo tego chciał.
Z drugiej strony mogli wszystko spierdolić. Najpewniej on mógł, jeśli mylił się w swoich przeczuciach. Już im nie ufał.
Z trzeciej strony mogli postawić wszystko na jedną kartę, która okazałaby się tą właściwą. Nie byłoby nieprawdopodobne, że nie trafiliby na Kochanków.
Z czwartej strony mogli jednocześnie wraz z Kochankami wyciągnąć Kostuchę i coś jeszcze innego, co całkowicie popsułoby im układ.
Z piątej strony to mogło być zajebiście dobre. Te siły mogły naprawdę ułatwić mu życie. Może je wręcz ułożyć.
Z szóstej?
Wybór między ja pierdolę, ją pierdolę a my się pierdolimy był niemal niemożliwy, gdy wszystkie karty wyglądają jednakowo a słowo pierdolę pozbawione jest szerszego przejrzystego kontekstu.
Znowu wybór ograniczał się do spasowania.
- Hm? - Uniósł brew, przyglądając się Geraldine, jakby nie do końca zrozumiał do czego piła.
W głowie dawno zapomniał o leżankach. Dodatkowo prawie zagapił się i oparzył rękę o zbyt rozgrzaną patelnię. Całe szczęście w odpowiedniej chwili cofnął palce i jak gdyby nigdy nic wyciągnął rękę po opakowanie bekonu, żeby włożyć go na patelnię z kiełbaskami. Średnio pilnował właściwej kolejności.
- Na pewno bez dodatków? - Upewnił się, żeby tylko coś powiedzieć.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

Większość czasu, który się znali traktowali się chłodno. Na samym początku był ten całkiem sympatyczny epizod, a później robiło się tylko coraz bardziej ozięble. Miała tego świadomość i zakładała, że tak to będzie wyglądało, ba - tak szczerze, to nawet o tym zbytnio nie myślała, bo miała to gdzieś, dopiero kiedy pojawiał się gdzieś przypadkiem, przypominała sobie o tym, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Teraz było zupełnie inaczej, widziała go w swoim przyszłym życiu, zastanawiała się chociażby, co będą robić w następny weekend, bo zakładała, że spędza go razem.

Uśmiechnęła się, gdy powtórzył w głos jej zamówienie. Niczego nie pomylił, czyli ją słuchał, to naprawdę niezłe osiągnięcie.

- Nie musisz być w zasięgu dźgnięcia, abym trafiła cię nożem, ale to wcale nie oznacza, że chciałaby to zrobić. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. Chciała mu przypomnieć o tym, że to była jedna z jej ulubionych zabawek, bardzo lubiła rzucać do celu. Nie zamierzała poruszać jednak tematu celności, bo definitywnie Ambroise sugerował, że miała z tym problem, ten poranek zaczął się zbyt przyjemnie, aby teraz psuła sobie humor.

- Tak, tak, chyba całkiem nieźle nam idzie ta nauka. - Uśmiechnęła się uroczo, nawet trochę zbyt uroczo, jakby było to nieco wymuszone, bo jednak nie wolała wracać do tych czasów, kiedy strzelali w siebie piorunami z oczu. To co działo się między nimi teraz wydawało się być jakieś takie bardziej słuszne, przynajmniej tak czuła, może też lepsze? Dobrze było widzieć, że mają w stosunku do siebie sporo wyrozumiałości. Nie łapali się za słówka, nie próbowali dopierdolić drugiej osobie, to naprawdę miła odmiana.

Nie miała zamiaru się przed nim otwierać, znaczy trochę przypadkiem to zrobiła, ale nie chciała dalej drążyć tematu. Zastopował ją, poczuła się głupio i pewnie szybko nie wprowadzi rozmowy na podobny tor, właściwie powinna się domyślić, że to coś, co wyczuwała między nimi mogło być tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Za dużo sobie myślała, na pewno o to chodziło.

- Jasne, nic takiego, dotarło. - Zrozumiała aluzję, zgodziła się z nią, zamierzała zapomnieć o tej części rozmowy. Tyle. Miała nadzieję, że on również do tego nie wróci. Tak było lepiej.

Nie, żeby zazwyczaj miała problem z prowadzeniem konwersacji na każdy temat. Tutaj jednak trochę bała się tego, że popsuje to, co udało im się ułożyć. O ile w ogóle można było to nazwać ułożeniem. Tkwili w tym dziwnym układzie, spotykali się niemalże codziennie, teraz robił jej śniadanie, kupował kapcie i myślał o tym, żeby miała gdzie spać. To nie było normalne, nie miała pojęcia, czy tak zachowywali się przyjaciele. Nie miała w swoim życiu podobnych relacji. Jasne, posiadała przyjaciół, ale żaden z nich nie robił dla niej takich rzeczy. Może dlatego też nie wiedziała do końca jak się zachować, w jaki sposób dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodziło.

Miała wrażenie, że odpłynął gdzieś na moment, nie słuchał jej, nie przywykła do tego, że ją ignorował, potwierdziło to fakt, że prawie poparzył sobie dłoń. Wspaniale. Skrzyżowała sobie ręce na piersiach i przyglądała mu się przez chwilę bardzo oceniająco. - Nie słuchałeś mnie. - Stwierdziła fakt, który zaobserwowała, nie było w tonie jej głosu jednak pretensji, raczej obojętność. Nie miała pojęcia, czy nudziło go ją jej gadanie, czy chodziło jeszcze o coś innego. Nikt się przy niej nie nudził, to byłby naprawdę spory cios w jej krnąbrne, łowcze serduszko, jakoś by to przeżyła, ale na pewno by ją to zabolało.

Cóż, miała jednak nadzieję, że nie jest to znudzenie, łudziła się, że jeszcze nie była, aż taka męcząca. Szczególnie, że liczyła na to, że będą spędzać ze sobą więcej czasu, że dopiero zacieśniali więzi, nie wyglądał jej na osobę, która trzymałaby się nudziarzy. Zmarszczyła nos, kiedy przyłapała się na tej myśli. Kurwa mać, przecież ona była przeciwieństwem nudy, dlaczego więc usilnie próbowała sobie to wmówić. Bała się, że coś było nie tak i że postanowi odstawić ją w kąt jak zabawkę, którą już nie chciał się bawić. Nie chciała, aby tak się stało, bo naprawdę zaczęło jej zależeć. Właśnie zaczęła sobie zdawać z tego sprawę, to też nie wróżyło nic dobrego. Westchnęła ciężko i pokręciła głową, nie zamierzała już więcej dyskutować ze sobą w swojej głowie, bo nie przynosiło to niczego dobrego.

- Na pewno, nic więcej nie potrzebuję. - Pierwszy wybór był przecież zawsze najlepszym




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

- Tak, tak. Jesteś niebezpieczna. Jasne - trochę drwił z tej postawy niewzruszonej łowczej gotowej do każdego rodzaju ataku.
W tym zmiany dźgnięcia na rzucanie nożami. Teatralnie odsunął od niej ostrze, kiedy skończył nakrawać kiełbaski. Ostrożności nigdy zbyt wiele, nawet jeśli Ambroise nie był zbyt ostrożny.
- Przeskoczyliśmy klasę czy dwie. Zważywszy na to, że zaczynaliśmy bez klasy to chyba jest nieźle - przyznał również z wymuszoną radością i uśmiechem, który nie angażował oczu.
Oczy miał poważne, żeby nie powiedzieć zamyślone i chmurne.
Dopiero ta mała okazyjka do zbicia Geraldine z tropu wywołała u niego prawdziwsze rozbawienie. Niestety nie potrwało zbyt długo. Miał wrażenie, że w ich przypadku "nic nie może przecież wiecznie trwać" sprawdziłoby się jako maksyma.
- Zgadza się - tym razem już nie spojrzał Geraldine w oczy, zamiast tego wzruszył ramionami. - Zresztą niedługo będziemy mogli widywać się w innych okolicznościach a do tego czasu leżanka będzie całkiem wygodna - zapewnił z niesmakiem w ustach, bo nie planował sugerować, że nie chce ciągnąć ich wieczorów.
Wręcz przeciwnie. Pasowało mu to wspólne milczenie i nienachalna obecność kobiety w mieszkaniu, które bez niej robiło się jakby bardziej puste i chłodniejsze. Nie tylko z uwagi na to, że nad głową mieli tylko lekko ocieplony dach i zimą bywał tu wypizdówek. Latem zapewne piekarnik - uroki takich budynków. Miał bardziej na myśli niematerialną nieobecność, której na ten moment jeszcze nie próbował wypełniać. Myśl o tym, że nie muszą umawiać się na konkretny termin a ona i tak przyjdzie była wystarczająca. Prócz tego chyba nie chciał musieć pospiesznie wyganiać kogoś z kawalerki albo dopuszczać do niezręcznych spotkań na klatce schodowej.
Z jakiegoś powodu zależało mu na tym, żeby nie wyjść na człowieka, który bawił się innymi ludźmi. Za ich zgodą i pełną świadomością, oczywiście, ale nie chciał zostać wzięty za niereformowalnego babiarza. Nawet, jeśli już jej kiedyś powiedział, że nim był to nigdy nie dostała fizycznego dowodu na to. Wydawało mu się, że to trochę niwelowało tamte komentarze. To było pokrętne, bo jednocześnie czuł, że zaczyna dusić się w tej świadomej postawie, którą przyjął. Sam się ograniczył, ale powód ku temu nie miał sensu. Czy przyjaciele nie powinni się bezwzględnie akceptować? Z ich wcześniejszych interakcji i zaczepek wynikało, że żadne z nich nie było święte. Tymczasem zachowywali się jak wstydliwe uczniaki a on dodatkowo czuł ścisk w gardle na myśl czy może ją potrzymać za rękę. Absurd gonił absurd.
Zgadza się. Nie słuchał jej od minuty. Może dwóch. Jeśli miał być szczery to możliwe, że dłużej. Nie potrafiłby powtórzyć niczego, co mówiła. Nie wiedział czy w ogóle się odzywała. Wzruszył ramionami (ostatnio robił to niemal jak ćwiczenia kręgosłupa).
- Nie słuchałem - przyznał.
Nie próbował zapewniać Geraldine, że było inaczej. Tym razem mogłaby to błyskawicznie zweryfikować. Jedno pytanie by wystarczyło, żeby postawić go pod ścianą. Równie dobrze mógł być szczery i mieć kontrolę nad sytuacją. Przynajmniej pozorną, bo ostatnio żadnej nie miał.
- Wyśmienicie. Wyjmiesz jakąś zastawę? Ja przypilnuję patelni i zrobię kawę - przesunął się, żeby pokazać jej niską szafkę pod blatem, w której mogła znaleźć jakieś talerze i szufladę na sztućce obok.
Trochę chciał zwiększyć dystans między nimi. Faktyczny fizyczny, ale mentalny może też? Czuł się dziwnie z tym, że byli sobie blisko dalecy.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

Oczywiście, że zauważyła tę drwinę, nie brała tego jednak jakoś specjalnie do siebie. Nie przejmowała się opinią innych jakoś specjalnie. Mógł myśleć, co chciał, ale ona była świadoma swoich umiejętności, nad którymi przecież pracowała od lat.

- Cieszę się, że to jasne. - Wiedziała, że się z jej nabija, ale nie dała tego po sobie poznać.

- Jak dużo jest tych klas? - Nie miała pojęcia o tym jak wyglądał jego ranking, czy coś, więc wolała się upewnić, w którym miejscu są. Czuła, że do dopiero początek tego, co mogliby razem stworzyć. Pewnie byłoby to prostsze, gdyby zdecydowali się na szczerość, jednak tej trochę brakowało w ich relacji.

- Tak, ta leżanka to idealne chwilowe rozwiązanie. - Starała się, aby nie wyczuł w jej głosie goryczy. Jasne, spędziła tutaj dzisiaj pierwszą noc, zakładali, że będzie ich więcej, ale szybko to sprostował i zasugerował, że to nie będzie się ciągnęło nie wiadomo ile. To trochę ściągnęło ją na ziemię. Powinna spodziewać się, że prędzej, czy później się rozejdą, zapewne wtedy, gdy uda im się znaleźć rozwiązanie ich problemu. W końcu tylko dlatego tak często się spotykali, czyż nie? Gdyby nie to, to na pewno by się do siebie tak nie zbliżyli.

Mimo wszystko wolała mieć nadzieję, że jednak nie będzie im dane tak łatwo pozbyć się swojej obecności. Spodobało jej się całkiem to, że gdy zaczynała doskwierać jej samotność miała do kogo pójść, jasne nie musiała póki co tłumaczyć powodu swoich wizyt, bo przecież musieli pracować nad rozwiązaniem sprawy, ale może po wszystkim też mogłaby go odwiedzać? Lubiła słuchać tych jego mądrości, chociaż czasami ją irytował tym, że wszystko wiedział najlepiej. Zaczynała jednak to akceptować, jego styl bycia.

Miała wrażenie, że próbowała być przy nim najlepszą wersją siebie. Naprawdę się pilnowała, utemperowała, nie pozwalała sobie na pyskówki, starała się też nie być lekkomyślna. Nie było to dla niej typowe zachowanie, nic raczej nigdy nie robiła na pokaz, nie miała problemu z tym, aby być sobą. Tutaj jednak wyjątkowo zależało jej na jego opinii, nie chciała, aby wziął ją za jakąś nieogarniętą gówniarę, a przecież kiedy ją poznał wydawał się na samym początku polubić ją taką jaka faktycznie była (do czasu felernego zakopania Farciarza w lesie). Może to nie było do końca zdrowe, bo przecież kiedyś pęknie, nie da się pilnować całe życie i temperować na siłę swojego charakteru.

Nigdy też nie miewała problemu z tym, aby pokazać komuś, że jest nim zainteresowana w inny sposób, niżeli tylko przyjaźń, zazwyczaj nie bała się odrzucenia, co mogło się stać, dostałaby kosza i tyle. W tym przypadku lękała się tego, że mogłoby to za mocno zamieszać w tym, co udało im się stworzyć, a zdecydowanie nie chciała tego zepsuć.

- Dzięki za szczerość. - Mruknęła jeszcze. To było zdecydowanie lepsze, niż udawanie, że słuchał. Nie miała tylko pojęcia dlaczego tak się zamyślił, no nic, nie zamierzała w to wnikać, bo im bardziej zagłębiała się w swoje myśli, tym bardziej czuła się nieswojo. Wolała się skupić na tym, co działo się wokół nich, niżeli znowu uciekać w czeluści swojej wyobraźni.

- Jasne, z tym powinnam sobie poradzić. - Akurat to zadanie nie było specjalnie skomplikowane, i raczej nie byłaby w stanie go spieprzyć.

Nachyliła się więc do szafki, którą jej wskazał. Wyjęła z niej talerze, a później sięgnęła po sztućce.

Ruszyła w stronę stołu na którym leżały książki, które miała przeczytać. Ostrożnie położyła je na ziemi, żeby ich przypadkiem nie uszkodzić i dopiero wtedy nakryła do stołu. Kiedy naszykowała im talerze usiadła na swoim miejscu, to znaczy na swoim fotelu i czekała, aż Ambroise do niej dołączy.




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

- Mam nadzieję, że nie zajebiście dużo, bo nigdy nie byłem kujonem - odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Jego wykonywany zawód trochę temu przeczył, ale to był fakt. W Hogwarcie prześlizgiwał się w ramach forów dawanych graczom Quidditcha. Często opuszczał zajęcia przez treningi. Był dobry wyłącznie w tym, co go interesowało. Reszta przedmiotów była mu nie po drodze. W tamtych czasach nie założyłby, że wyląduje jako uzdrowiciel w Mungu. Widział dla siebie zupełnie inną karierę. Cóż. To był jeden z pierwszych znaków, że los był przewrotny.
Ich obecne stosunki były kolejnym potwierdzeniem tego spostrzeżenia. Od potencjalnych przyjaciół po niechętnych współpracowników z zadatkami na wrogów po jak to nazywał - przyjaciół. Z cudzysłowem albo bez. Nie ustalili tego. Wątpił, że kiedykolwiek to ustalą.
- Później może?... - ...no, właśnie. Co później może?
Był artystą, że w ogóle cokolwiek dopuszczał, odzywając się i milknąc bez dalszych wyjaśnień. Machnął ręka na znak, że pierdolił farmazony i nie powinna go słuchać. Zacisnął wargi, pokręcił głową. Wrócił wzrokiem do patelni, której zawartość nagle wymagała częstego mieszania, choć nie było tam niczego co by tego potrzebowało. Wręcz powinien zostawić to mięcho w spokoju, żeby się dobrze wytapiało.
No, gratulacje. Mógł je sobie złożyć, bo sam nie wiedział, co mógłby sugerować czy proponować w miejsce tej jebanej leżanki.
- Staram się - odmruknął bez przekonania.
Mogło być ciężko to zauważyć, ale starał się. Nie robił tego specjalnie i nie decydował o tym, że nagle przestanie słuchać. Zazwyczaj skupiał się na tym co mu miała do przekazania. Im więcej czasu spędzali wspólnie w milczeniu tym chętniej zamykał mordę i starał się jej wysłuchać. Przychodziło mu to coraz łatwiej. Już nie wszędzie próbował wtrącać swoje trzy knuty. Zazwyczaj interesowało go to co Geraldine ma do przekazania.
Lubił barwę jej głosu, choć nikt by od niego nie wyciągnął takiego wyznania. Lubił także błysk i zacięcie w jej oczach, kiedy podejmowała rzucone wyzwanie. Może dlatego nadal ją zaczepiał. Uważał, że to przyjemny dla oka widok. Wtedy nie miał problemu z odczytaniem jej myśli i łatwiej interpretował reakcje kobiety. Kiedy była zamyślona nie mógł tego tak łatwo robić. Wydawało mu się, że podświadomie wie co chodzi jej po głowie, ale właśnie - nie był pewny. Może tylko mu się wydawało.
Jak z dziećmi w Hogwarcie. Dużo łatwiej było wywołać jakąś reakcję i obserwować efekt. Czy się rumieniła tak jak jeszcze chwilę temu. A może złościła, bo ewidentnie przeginał. Może to była udawana sztuczna złość, która zaczął powoli rozróżniać. Jeżeli była prawdziwa to w którym momencie powinien zamknąć gębę i gdzie leżała granica. Czy jego zachowanie wywoływało u niej głównie politowanie, irytację, rozdrażnienie, zażenowanie albo inne nie do końca dobre emocje. Może pod tym były też te dobre, do których jeszcze nie doszedł, w jaki sposób powinien je z niej wyciągnąć.
W swoich oczach był prosty. Ona - skomplikowana i złożona. Czuł się jak saper przy tykającej bombie, która mogła wybuchnąć a mogła nie. To mogła być atrapa. Test czy podejmie działanie. Ale równie dobrze mógł pociągnąć za niewłaściwą strunę w jej duszy i wszystko rozpierdolić. Czasami odnosił wrażenie, że cały czas lekko nadpiłowuje tę linkę. Coś mu kazało kwestionować czy to nie byłoby najlepszym rozwiązaniem. Spróbowałby zamiast stać w miejscu i udawać, że wszystko jest normalnie a ich problemy dotyczą wszystkiego tylko nie ich relacji i sposobu, w jaki się do siebie odnosili. Także tego, w jaki spojrzał na jej tyłek, kiedy wyciągała rzeczy z szafki.
Cholera. Wiódł się na pokuszenie.
- Nie musisz tego rozkładać jakoś przesadnie - uprzedził, bo nie wiedział co planowała.
Jeszcze postanowiłaby nakryć im do śniadania z ułożeniem sztućców we właściwy sposób. Jeszcze nie wiedział jak podchodziła do takich rzeczy. Wydawało mu się, że raczej normalnie. Nie jak czystokrwista dama domu. Dla ich dwojga najlepsze byłoby postawienie talerzy gdziekolwiek na stoliku. Nawet na książkach, ale Geraldine ostrożnie je zdjęła. Obdarzył ją dłuższym spojrzeniem, oddychając bezgłośnie przez coś z zaciśniętymi ustami i obrócił się do patelni, żeby przekręcić mięso.
Zalał kawę w kubkach. Swojego po eliksirze nawet nie mylił, bo nie uznał tego za konieczne. Następnie rozejrzał się za czymś mogącym posłużyć za tacę a kiedy tego nie znalazł skorzystał z jakiegoś dużego leksykonu w twardej okładce, na którym postawił kubki i patelnię (tak, miało być kółko na okładce), żeby przynieść je do stolika.
- Bon appétit - rzucił swoją fatalną wersją francuskiego, ruchem ręki dając znak, żeby pierwsza się częstowała.
Sam usiadł na krześle z kubkiem kawy parzącej w język.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

- To dobrze, bo ja też. - Yaxleyówna nie miała najmniejszych problemów z nauką, ale działała na zasadzie zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Nie zaśmiecała swojej głowy niepotrzebnymi informacjami, skupiała się przede wszystkim na tych dziedzinach magii, które mogły jej się przydać w dorosłym życiu, a że od zawsze wiedziała, czym się będzie zajmować w przyszłości, to wiedziała na czym powinna się skupić. Od najmłodszych lat była przecież szkolona na łowcę, zresztą większość część życia skupiała się nad swoją sprawnością fizyczną. To było dla niej najistotniejsze, jasne czasem posiłkowała się magią, ale w jej przypadku nie był to priorytet, nie oznaczało to jednak, że była przeciętną czarownicą. Należała do klubu pojedynków, gdzie szkoliła się jakże inaczej w walce, tyle, że przy pomocy różdżek.

Westchnęła ciężko, gdy usłyszała kolejne niedopowiedzenie. Zmierzyła go jedynie wzrokiem i wzruszyła ramionami, później co? Ona miała decydować o tym, co będzie później? Nie miała zielonego pojęcia o co mu chodzi. Strasznie ją to irytowało. Przeszkadzało jej to, że nie umieli się określić, trudno jej było odgadnąć na czym stała. Tyle, że sama nie była lepsza, przecież też nie mówiła wprost, miała problem z przekazaniem mu jasnego przekazu, na siebie również była zła. To nie było w jej stylu. Najbardziej wkurwiona była na tę siłę nieczystą, która zaczęła mącić jej w głowie.

- Widzę i doceniam, tylko zastanawiam się po co? - Dlaczego się starał? Zastanawiało ją to. Chciała poznać jego intencje, szczególnie, że nie była w stanie zbyt wiele z niego odczytać. Może nie powinna zadać tego pytania, ale aktualnie przestawała myśleć jasno. Miała wrażenie, że zaczęła się między nimi robić napięta atmosfera, nie, że w jakiś negatywny sposób, ale w powietrzu można by było zawiesić siekierę.

Czy starał się jej słuchać po to, aby się z nią faktycznie zaprzyjaźnić? Nie musiał tego robić, przecież i bez tego się tutaj pojawiała, nie unikała go, bez względu na to co kiedykolwiek mówił, czy miałby powiedzieć. Nie przeszkadzało jej to jaki był, może powinien sobie to uzmysłowić. Bez względu na to co się wydarzy, będzie gdzieś obok. Nie zamierzała uciekać, nie kiedy zaangażowała się w to tak mocno.

Przebywania w jego towarzystwie nie ułatwiał fakt, że nie opuszczało jej dziwne uczucie ciepła, które pojawiało się za każdym razem, gdy na niego spoglądała. Akurat z tym nie była w stanie walczyć, był to odruch bezwarunkowy, jej ciało samo decydowało o tym, jak się zachowywało, zupełnie traciła nad tym kontrolę. Bezpieczniej pewnie byłoby stąd wyjść, tyle, że tego też nie chciała zrobić. Czuła się jak dziecko błądzące we mgle, nie podobało jej się to uczucie.

Czuła jego spojrzenie na sobie, kiedy nachylała się, aby wyciągnąć talerze z szafki, paliło ją w plecy, nie zakładała jednak, że aktem obserwacji był jej tyłek. Na szczęście, bo przecież mieli się tylko przyjaźnić, prawda? Tak ustalili, w sumie nie ustalali tego nawet, ale tak miało być, ona to czuła, on to czuł. Nie mogli sobie pozwolić na więcej.

- Nie zamierzam. - Nie było to w końcu jakieś wystawne przyjęcie, a śniadanie dwójki przyjaciół. Gdyby się postarała pewnie potrafiłaby mu pięknie nakryć do stołu, pomagała wiele razy Triss kiedy przygotowywała stoły na różne oficjalne okazje. Tak, pomagała skrzatce, właśnie taka okrutna była Geraldine, chociaż tamta tego nie chciała nie mogła odmówić pannie Yaxey, gdy chciała udzielić jej pomocy.

Czekała, aż podejdzie do stołu z przygotowanym przez siebie posiłkiem. Zapach, który unosił się w pomieszczeniu uświadomił jej, że faktycznie była głodna. Nie spuszczała wzroku z mężczyzny nawet na moment, miała dobre miejsce do obserwacji z tego fotela.

- Wzajemnie. - Cóż, sięgnęła i po bekon i po kiełbaskę, chociaż czuła, że żołądek jej się zacisnął, kiedy usiadł niedaleko. Powinno jej się udać jakoś to zjeść, musiała się do tego zmusić, jeszcze przed chwilą przecież była głodna. Przesunęła też bliżej kubek z kawą. Wbiła wzrok w talerz i zaczęła kroić jedzenie, bezpieczniej było wpatrywać się właśnie w nie. W końcu powoli wbiła widelec w pierwszy kawałek bekonu i wreszcie wsadziła go do ust.

- Całkiem smaczne. - Skomentowała, gdy go połknęła. Wypadało docenić pracę kucharza.




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

- Dobrany z nas duet, huh? - Posłał Geraldine przelotny uśmiech, mrugając do niej okiem.
Może gdyby któreś z nich trafiło na inny typ współzleceniobiorcy podczas tamtej feralnej wyprawy to teraz znalezienie odpowiedzi nie byłoby takie skomplikowane. Tymczasem oboje byli do siebie nazbyt podobni. W gorącej wodzie kąpani. Nieprzykładający zbyt dużej wagi do rzeczy, którym nie chcieli poświęcać uwagi. Pewni siebie, chorobliwie uparci i potrzebujący postawić na swoim. Podobieństwo powinno działać na ich korzyść, ale oboje najprawdopodobniej fiksowali się na czymś, co inny typ człowieka szybko by wykluczył.
Albo przynajmniej poruszył na głos zamiast milczeć i oczekiwać cudów. Sytuacja nie miała się sama rozwiązać. Im dłużej próbowali ignorować narastające napięcie tym gorsze mogły być skutki. Wystarczyłoby, żeby Ambroise otworzył usta i wypuścił z nich coś więcej niż ciężki oddech. Tylko problem w tym, że nie umiał. Greengrass był teraz najbardziej zapobiegawczym ryzykantem jakiego nosiła ziemia.
- A dlaczego nie? - Odbił pytanie jak miał w zwyczaju, rozkładając ręce.
Jeśli oczekiwała od niego czegoś jaśniejszego to srogo się myliła. Nie robił tego celowo. To nie był żaden wyszukany rodzaj odwetu za to, że ona nie skorzystała z furtki, którą jej dał. Ambroise w tym wypadku nie prowadził gry. Nie odpowiedział na zasłyszane pytanie, bo nie wiedział co miałby powiedzieć. Zamilkł na chwilę oddychając powoli i marszcząc czoło.
- Chcę być twoim przyjacielem? - To nie miało zabrzmieć jak pytanie. - Przyjaciele okazują jakiekolwiek chęci, żeby się starać - dopowiedział w bardziej zdecydowany sposób, ale odwrócił wzrok.
Niedopowiedzenia, niedopowiedzenia. Plątał się od jednego w drugie poprzez trzecie. Zapewniał Geraldine o rodzącej się przyjaźni, choć w tym momencie jedynym co się między nimi rodziło było narastające napięcie. Co gorsza nieznane, bo w żadnym razie nie wracali do skakania sobie do gardeł. Paradoksalnie wtedy byłoby trochę bardziej stabilnie. Teraz miotali się (on się miotał) w nienamacalnej sieci. Jak ryba, która nie wie co ją czeka. Mógł trafić do innego akwarium albo wprost na talerz.
Słyszał podszepty o konieczności poddania się losowi. Coś mu mówiło, że to nie byłoby takie złe. Całkiem dobre. Na pewno nie byłoby stagnacją. Z dwojga złego mógłby ruszyć w jakąś stronę zamiast stać jedną nogą tu a drugą tam. Problem w tym, że nie lubił oddawać kontroli. Chciał być panem swojego losu. Destrukcja miała być tylko i wyłącznie jego dziełem i winą. Zasługa w postaci udanego życia również. Nie chciał, żeby odpowiadały za to siły, których nie kontrolował.
Znacznie łatwiej byłoby, gdyby wreszcie dowiedział się co było jego odruchem a co nim nie było. Na przykład miał pewność co do tego, że naturalnie objął ją spojrzeniem, kiedy się pochyliła, ale kiedyś najpewniej wyciągnąłby do niej ręce i po prostu jasno nazwał sprawy po imieniu. Może coś by z tego wyszło. Jeśli nie to nie próbowałby być jej przyjacielem, bo nie był typem człowieka wybierającego opcję zapasową. Zazwyczaj wiedział, czego chce i jak spróbować to zdobyć. Potrafił sobie poradzić z porażką poprzez wyeliminowanie śladów z życia i otoczenia. Problem z tym, że nie chciał tego robić z Geraldine. Podejmować ryzyka, że stracą cienką nić porozumienia (kiepską jak na to, że była okupiona milczeniem na inne sugestie) przez coś bez racji bytu.
- To dobrze - pokiwał głową z uznaniem.
Właśnie tak. Miał więcej uznania dla tego, że Geraldine nie próbowała mu na siłę wciskać swoich akcentów niż dla tego, co mogłaby zrobić. Nie potrzebował ładnego zastawienia stołu, bo mieli tylko stolik do dyspozycji. Ani poduszek, które mogłaby mu przynieść. Ani firanek ani nic innego, co wprawiłoby go w większe zmieszanie i konsternację. Niby przyjaciele przynosili sobie różne podarki, ale jeszcze nigdy nikt nie próbował mu meblować jego nory (a wynajmował już kilka z racji konieczności bycia w Londynie niemal dwadzieścia cztery na siedem) i tym razem niczego tak nie pragnął jak tego, żeby to miejsce też zostawiono w spokoju. Było czyste. Miało sterty książek porozrzucane wszędzie, ale to był kontrolowany chaos. Ambroise nie chciał, żeby ktoś mu to niepotrzebnie zaburzał sprzątaniem.
Co gorsza nie chciał się złapać na tym, że być może wcale nie poczułby się z tym aż tak źle jak zakładał. Lubił tę kobiecą energię w wydaniu Geraldine. Była podobna do jego własnej, ale z tym pierwiastkiem, którego mu trochę brakowało (nie, nie przyznałby tego). Lubił zapach, jaki po sobie pozostawiała i aurę czegoś, przez co czasami mocniej biło mu serce.
A przez co aktualnie nie miał już ochoty jeść tego, co im przyniósł. Pięknie pachniało. Wyglądało bardzo dobrze. Ambroise uśmiechnął się nieznacznie słysząc słowa uznania i zasalutował jej w pozornie luzacki sposób. Ale miał zaciśnięte gardło. Nałożył sobie, grzebiąc widelcem po talerzu. Jak dzieciuch.
Nie lubił niedopowiedzeń, które między nimi narastały.
- Co planujesz dziś robić? - Spytał luźno, starając się nadać tym słowom neutralne brzmienie.
Tylko pytał. Nic nie proponował. Przynajmniej jeszcze nie, bo wszystko zależało od uzyskanej odpowiedzi. Jeżeli już miała coś w planach zamierzał się przymknąć, ale jeśli nie to może miałby kilka ciekawych propozycji. Żeby nie czekać w milczeniu, zajął się kiełbaską na talerzu, krojąc ją na drobne kawałeczki.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

- i to jak. - Właściwie zawsze było lepiej współpracować z kimś swojego pokroju, przynajmniej zdaniem panny Yaxley. Nie musiała martwić się ocenianiem jej niewiedzy, kiedy ta druga osoba miała podobne podejście. To nie tak, że była zupełną ignorantką, w małym palcu miała podstawy większości dziedzin, ale w tych bardziej skomplikowanych problemach to nie wystarczało. Gdyby przyszło jej współpracować z kimś innym, bardziej sumiennym może byłby w stanie znaleźć jakąś lukę, coś więcej w tym co się wydarzyło. Zresztą to przecież nie tak, że nie mogli skorzystać z pomocy innych osób, na pewno ktoś ze znajomych byłby w stanie im pomóc, nakierować na inny tor. Póki co jednak nie mówili o tym nikomu, we dwójkę angażowali się w sprawę i szukali rozwiązania razem. Nie do końca wiedzieli co im się przytrafiło, więc to też była bezpieczna opcja, omijali plotki na ich temat, które mogłyby się pojawić. Jasne, powinni ufać znajomym, ale wiadomo, że ściany mają uszy nawet w tych najbezpieczniejszych miejscach. Wolałaby uniknąć gadania o wątpliwej jasności jej umysłu. Musiała utrzymać swoją reputację, zresztą spodziewała się, że Ambroise kieruje się tym samym.

Drgnęła jej powieka, kiedy po raz kolejny odbił piłeczkę. Jak dzieci. Nic w tej rozmowie nie było proste, musiała naprawdę bardzo mocno skupiać się na jej przebiegu, aby się nie zgubić. Zresztą mimo, że to robiła to miała wrażenie, że zagubiła się w tym wszystkim już jakiś czas temu. Westchnęła znowu, nie miała argumentu na to dlaczego ma tego nie robić, więc znowu spasowała i się nie odezwała. Robiła to zatrważająco często kiedy ze sobą dyskutowali.

- Wydawało mi się, że przyjaciele po prostu są, nie muszą wykazywać chęci ani się starać, bo akceptujemy ich bez tego. - Najwyraźniej jej wizja przyjaźni różniła się od tej jego. Wiadomo, wypadało wykazywać jakiekolwiek zainteresowanie, aby nie zaniedbać osoby z którą chciało się przyjaźnić, jednak przesadne nadskakiwanie nad nią nie było metodą. Czuła, że coś jej umykało, nie miała pełnego obrazu całej sytuacji, zresztą nie było to tylko przeczucie, miała pewność, że tak jest. Dlatego tak bardzo się irytowała, bo sama pierwsza nie miała zamiaru brnąć w ten temat. Próbowała, nie dał jej odpowiedzi, to postanowiła się wycofać. Potężna łowczyni miała problem z tak podstawową rzeczą jaką była prosta komunikacja.

Gubiła się, błądziła po omacku, do tego sama siebie pilnowała, aby nie przegiąć. To nie był dla niej najłatwiejszy czas. Może skupiali się na nieodpowiednich rzeczach, zdecydowanie łatwiej byłoby jej podejmować decyzje, gdyby miała pewność, że nie ma z tym nic wspólnego ta część, która została wyrwana z niej podczas wizyty w magicznym dworku. To tam wszystko zaczęło jej się mieszać, zastanawiała się, czy też sobie czegoś nie wmawiała, bo jaką miała pewność, że faktycznie to była siła wyższa? Zraniła go, chciała mieć pewność, że nic mu nie jest, przez to zmieniła do niego nastawienie, przecież odpowiedź mogła być taka prosta. Dlaczego nie chciała jej przyjąć i uwierzyć, że to jest prawdziwe? Nie miała pojęcia.

Nie wiedziała, czy to dobrze, ale nie zamierzała mu imponować na siłę. Nie była osobą, która przywiązywała wagę do szczegółów, nie miała pojęcia, czy on by tego od niej oczekiwał. Jasne, mogłaby zaznaczyć swoją obecność w tym mieszkaniu, ale czy te kapcie, które jej kupił już o czymś nie świadczyły. Może powinna pokazać jakąś swoją inicjatywę, ale bała się wpakować z buciorami w jego życie. Działała po omacku. Mogłaby mu przynieść któryś ze swoich skarbów przywieziony z jednej z wielu wypraw, ale nie miała pojęcia, czy by tego chciał. Nie chciała go osaczać, bo nie miała pojęcia czy go tym nie wystraszy, bardzo zależało jej, aby nie popsuć tego wszystkiego, co już udało im się utkać, bo miała świadomość, że coś tam im wyszło. Tyle, że to nie do końca było to, czego chciała.

Sięgnęła w końcu po tę kawę, która była jej pierwszym życzeniem. Podmuchała na kubek, żeby nie poparzyć się wrzątkiem i dopiero wtedy upiła z niej niewielki łyk. Potrzebowała kofeiny, aby myśleć jaśniej, musiała wlać w siebie ten cały kubek.

Zjadła ten jeden, nieszczęsny kawałek bekonu, ale nie czuła, że będzie w stanie wcisnąć w siebie więcej, zajęła się więc kawą, bo zdecydowanie łatwiej było jej przełknąć płyn.

- Nie mam żadnych planów na dzisiaj. - Ostatnio mało polowała, trochę bała się, że nie była w pełni sił, bo nawet gdy od niego wychodziła kierowała swoje myśli ku jego osobie. Ta cała sytuacja powoli pożerała ją od środka. Czuła narastające między nimi napięcie, jednak kiedy zapytał ją o plany na ten dzień pojawiła się nadzieja, że może ma ochotę spędzić go z nią. Lgnęła do niego niczym ćma do światła, chociaż wiedziała, że to ją niszczy. Jeszcze trochę, a pewnie całkowicie się spali, a może pozwoli w pełni zatracić w tym wszystkim.