![]() |
|
[wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice (/showthread.php?tid=3987) |
RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Heather Wood - 12.10.2024 Heather Wood kończyła jeść właśnie drugiego pączuszka, nie wtrącała się, kiedy nie miała nic do powiedzenia, była młoda, warto było wysłuchać tych starszych, szczególnie, że dużo mówiła jej zakonowa mama, jej słuchała bardzo uważnie. Rozmawiali w dużej mierze o ludziach, których nie kojarzyła, albo znała tylko z widzenia. Próbowała sobie w głowie dopasowywać twarze do nazwisk, to była całkiem niezła zabawa. Trochę obawiała się wizji ognia, starała się jednak nie dać po sobie tego poznać, musiała być odważna, jednak Beltane skończyło się dla niej niezbyt ciekawie, będzie musiała się mieć na baczności. Jej uwagę zwrócił dopiero Morpheus, kiedy wspomniał o Victorii, ona przecież była Lestrange tak samo jak ten pojeb Louvain, a do tego jej narzeczonym był Rookwood, chwilę wcześniej wspominali o tym, że jakaś laska od Greengrassów zaręczyła się z jakimś Borginem i mieli być w stosunku do niej uważni. To się nie trzymało kupy, szczególnie, że Charlie przecież był Rookwoodem i nie bez powodu się ukrywał. Odchrząknęła głośno, aby zwrócić na siebie uwagę. Nie miała problemu z tym, żeby odzywać się kiedy nikt jej o to nie pytał. - Z całym szacunkiem proszę pana, ale chwilę temu gadaliście o tym, żeby trzymać Greengrassów na dystans, a teraz chcecie wciągnąc tutaj Lestrange, to się kupy nie trzyma, ona jest blisko z Rookwoodem, oni wszyscy są popierdoleni, dlaczego niby Charlie u was mieszka? Jego ojciec też jest pojebany próbowali z niego też zrobić fanatyka czystej krwi, no i Lestrange, Louvain też jest pierdolnięty, czy naprawdę myśli pan, że angażowanie kogoś z takimi koneksjami w ogóle powinno zostać poddane dyskusji? - Jak dla niej takie postępowanie nie było logiczne. Nie mogli wciągnąć w to tej kobiety. RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Erik Longbottom - 12.10.2024 Zanim Longbottom zdołał się odezwać, do głosu doszła Heather Wood. W pierwszej chwili mężczyzna miał ochotę jej przerwać, aby samemu zacząć swój osobisty monolog, jednak w ostatniej chwili pohamował swoje odruchy, pozwalając dziewczynie wypowiedzieć się w gronie innych zakonników. Cóż, trudno było odmówić jej racji. Rookwoodowie od dawna byli na celowniku, jeśli chodziło o możliwe powiązania z sympatykami Czarnego Pana. Antypatie Chestera Rookwooda również okazały się dosyć jasne podczas prób przygotowania Polany Ognisk do obchodów Beltane. No i był jeszcze Charlie, który chwilowo uzyskał azyl w Warowni Longbottomów. To zdecydowanie trzeba było wziąć pod rozwagę.
— Cóż, zacznę od tego, że jestem jak najbardziej za tym, aby Zakon rozszerzał swoje wpływy, jednak... — podjął niepewnie Erik, starając się, chociaż próbować sprawiać wrażenie niewzruszonego sugestiami Morfeusza. — Celowanie w osoby znajdujące się praktycznie na samym szczycie łańcucha dowodzenia danego wydziału może się naprawdę źle skończyć. Nawet jeśli ufamy tym osobom i jesteśmy pewni co do tego, gdzie leży ich lojalność. Jeszcze parę miesięcy temu sam flirtował z myślą o tym, aby spróbować włączyć w to wszystko Elliotta. Miał wrażenie, że w ostatnich latach wpływ jego ojca znacząco zelżał, a i sam blondyn był dużo bardziej otwarty na dialog względem zmian w społeczeństwie czarodziejów. Poza tym, ich wspólne rozmowy pozwoliły mu zrozumieć, czego właściwie tak obawiali się czystokrwiści, którzy trzymali się z daleka od progresywnych pomysłów współczesnych polityków. Czy jednak koniec końców zdradził blondynowi tajemnicę o istnieniu Zakonu Feniksa? No właśnie nie. Elliott był Kanclerzem Skarbu i chociaż teoretycznie mógłby im w jakiś sposób pomóc, czy to przez swoją pozycję, czy różne znajomości, tak Erik nie miałby serca stawiać go w sytuacji, gdzie mógłby zostać kozłem ofiarnym, na którym skupiłyby się gromy mające trafić Zakon Feniksa. Tak samo teraz nie potrafiłby świadomie ustawić na tym miejscu Anthony'ego. A już tym bardziej po tym, jak odnowili kontakt. A już na pewno nie po wydarzeniach w podziemiach teatru Selwyna, gdzie nawiedziły go najgorsze myśli na temat losów starszego czarodzieja. — Jakby na to nie patrzeć, jesteśmy organizacją niejawną. Jeśli sprawa się w pewnym momencie sypnie, to Zakon może zostać pociągnięty do odpowiedzialności przez Ministerstwo Magii. A obawiam się, że argumenty o walce z Voldemortem niezbyt nam w czymkolwiek pomogą. — Przesunął wzrokiem po wszystkich, zatrzymując dłużej spojrzenie na czuprynie wuja Morfeusza. — Nie chcę narażać osób, które na własną ręką są w stanie zrobić dobrą robotę. Brak oficjalnego wsparcia z naszej strony zapewnia im poniekąd bezpieczeństwo. A pozostawiając pewne znajomości w tajemnicy mamy opcję sięgnięcia po plan B czy C, gdybyśmy musieli sięgnąć po znajomości na wyższym szczeblu. Gdyby wpadli... Gdyby nazwiska członków organizacji i sympatyków wpadły w ręce władz lub Śmierciożerców… Nie tylko oni byliby ugotowani, ale także ich rodziny. Kto wie, może niektóre rody nawet zdecydowałyby się na ostracyzm w stosunku do członków swoich familii? Rodziny czystej krwi na pewno byłyby do tego zdolne, pomyślał trzeźwo, wzdrygając się na samą myśl, jakie mogłyby być konsekwencje takiego przecieku. Nie powinni tak po prostu decydować o tym, kto mógłby poświęcić wszystko dla sprawy tylko dlatego, że mógł być bardziej użyteczny w szeregach Zakonu. — Nie powinniśmy bez namysłu ryzykować zdrowiem, życiem czy statusem innych ludzi. Zwłaszcza... Zwłaszcza że niespełna tydzień temu doszło do nieudanej próby porwania Shafiqa przez... bliżej niezidentyfikowanych sprawców. — Ułożył usta w ciasną linię. Tego to już na pewno nie powinni ignorować. — Sprawa jest oficjalnie zgłoszona, oczywiście. Wątpię, aby Śmierciożercy byli w to zaangażowani, ale sam fakt, że taki incydent miał miejsce... No, nie wiem, czy powinniśmy kusić los, póki nie jesteśmy przyparci do muru. Odchrząknął cicho. — A jeśli chodzi o Victorię... — kontynuował po dłuższej pauzie. — Nie znam jej prywatnie na tyle, aby ocenić, co sądzi o toczącym się obecnie konflikcie. Nie chcę też oceniać jej przez pryzmat nazwiska i powiązać z Rookwoodami. Wprawdzie sprawa Charliego nie przemawia na ich korzyść, ale nie ma sensu zakładać, że cały ród jest na wskroś zły. — W końcu sam spotkał się już parę razy z Saurielem. Odbyli nawet względnie koleżeński sparing w Klubie Pojedynków. Nie musiał być od razu potworem lub przestępcą, prawda? A może to po prostu płonne nadzieje idealisty, który dalej mimowolnie liczył, że jednak nawet w konserwatywnych rodach można było znaleźć ludzi myślących zdroworozsądkowo? — Ale co by się nie działo... Oficjalnie Victoria robi dobrą robotę. Robotę, która sama w sobie działa bardziej na naszą korzyść niźli sympatyków Czarnego Pana. Czasem działanie bez znajomości wszystkich szczegółów pomaga bardziej niż świadomość pełnego obrazu. RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Thomas Figg - 12.10.2024 - Anthony ma dość liberalne poglądy jeżeli chodzi o mugoli i mugolaków - odezwał się, skoro już wywołali z imienia i nazwiska osobę, z którą spędził niemało czasu poza granicami kraju, nawet wrócili w podobnym czasie. Dwoje osób, które przedłożyło dobro czarodziejskiej Anglii i najbliższych, ponad przygodę i zwiedzanie świata. Thomas nie znał całkowicie motywów, które kierowały Shafiq'iem, ba do niedawna nawet nie wiedział, że tem również przebywa w kraju. - Jego szerokie znajomości na całym świecie, nawet jeżeli nie będzie wprost wspierał naszej sprawy to dobrze będzie mieć w nim przyjaciela - wolał pomijać w szerokim gronie fakt "kolekcji" jaką Anthony posiadał, wspomni o niej Brennie później. Dawny Thomas zapewne by uciekł, wyszedł z domu nie mówiąc nic nikomu i wysłał sowę kilka dni później, że jest na drugi krańcu świata. O wiele łatwiej było ignorować problemy niż stawiać im czoła, a przecież wystarczająco długo ignorowany problem rozwiązywał się sam - często i gęsto w najgorszy możliwy sposób. Tylko, że ten Thomas już nie istniał, dorósł i zamiast uciekać przed swoimi słabościami to zaczął stawiać im czoła, co prawda z różnym skutkiem, raz za razem wpadając w głębinę, gdy już myślałem, że wypłynął na powierzchnię. Milczał nie chcąc się niepotrzebnie wtrącać do rozmowy, gdzie nie miał nic mądrego do powiedzenia, poza dość wąską dziedziną w której naprawdę się znał to zazwyczaj inni dużo szybciej i w lepszy sposób artykułowali jego myśli, dlatego spokojnie pochłaniał ciasteczka i pił herbatę. Drgnął na wspomnienie o ogniu, co co zapewne jeszcze niedawno by zignorował wywołało wspomnienia jednego wieczoru i słowa jednej z osób, która siedziała tutaj przy stole. Zerknął w obawie na Millie, pamiętał jej reakcję na wspomnienie tego żywiołu, jak dewastująca to była dla niej wizja, zacisnął mocniej rękę na swoim kubku, aż mu knykcie pobielały. Obiecał jej przecież, że ją będzie bronić i żaden ogień nie będzie jej groźny. Wpatrywał się w Ziemię nie wiedząc czy i co powinien zrobić? Wstać i usiąść obok niej? Złapać za rękę niczym kojąca fala przypływu przynieść zapewnienie, że nic jej nie grozi i jest bezpieczna. Tylko dlatego nie umknęła mu jej rekcja i to jak uciekła wzrokiem od niego. To pomogło mu podjąć decyzję, choć rzadko robił coś dla samego siebie, innych stawiając przed sobą zawsze - choć czy teraz robił to tylko dla siebie? I być może nadinterpretował jej zachowanie, jednak nie potrafił tego zignorować tego przeczucia, które pchało go w jej kierunku. - Wrócisz sama do domu? - zapytał szeptem nachylając się do siostry. - Przepraszam, muszę tu jeszcze załatwić jedną sprawę i będę wracał później - albo nawet nie dzisiaj, ale tego już nie dodał na głos, wystarczyło, że nie czuł się komfortowo z tym, że nie odstawi Nory do domu, ale biorąc pod uwagę ich rozmowę sprzed kilku dni, powinna zrozumieć co chce zrobić. Sam dobrze wiedział, że po wyjściu stąd powrót nie będzie taki prosty, a cała determinacja mogła z niego wyparować wraz z przekroczeniem progu. Nie mógł odwlekać już dłużej nieuniknionego - nie chciał tego przekładać ponownie. RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Morpheus Longbottom - 13.10.2024 Morpheus utkwił wzrok w suficie. To była najgorsza forma wojny, bo to Śmierciożercy oblegali ich i zmuszali do stawania przeciwko sobie. A przecież każdy był czyimś krewnym. Czymś wujkiem, dziadkiem, kuzynem. W tej wojnie nie było potworów, byli tylko ludzie. Już wiedział, że przyjrzy się bardziej Eden, bo była żoną Williama Lestrenge i córką Malfoya. Za bardzo obawiał się, że wyrachowanie blond łani może przynieść im śmierć. — Ciężko się myśli o tej małej dziewczynce... — Miał przed oczami te wszystkie lata, gdy pilnował Victorii i Brenny i jak nic nie wiedział na temat tego, co działo się w Anglii przez ostatnie dwa lata, najpierw zaszywając się w piwnicach Departamentu Tajemnic, a później uciekając w delegację do Grecji. — Dobrze. Victoria, czy jest poplecznikiem, czy nie, całkowicie odpada, ze względu na wasze reakcje. Sądzę, że Alastor powinien w takiej sytuacji przynajmniej postarać się o wyższy stopień względem niej, żeby mieć ją pod kontrolą. Nie możemy pozwolić sobie na tak silnego przeciwnika na wysokim stanowisku. Kiedy Erik mówił, patrzył wprost na niego i miał ochotę się zaśmiać. — Dwie sprawy, jeżeli nie zaczniemy infiltrować i przekonywać do naszych racji osób na wysokich stanowiskach, nie mówię o rekrutowaniu do Klubu, możemy równie dobrze się poddać, a wszyscy BUM-owcy mentalnie przygotować do odbierania różdżek mugolakom i represjonowania ich. Jeśli ja na to wpadłem, Śmierciożercy również, więc potrzebujemy wpływów w legislacji. W rządzie. Druga... — zawiesił głos na chwilę. — Anthony Shafiq jest połową mojej duszy, znam go dłużej, niż większość was żyje. Jest osobą, która wyciągnęła mnie ku światłu w najbardziej mrocznym momencie mojego życia. Anthony by za mnie umarł, tak jak ja za niego i nie obawiam się tego, co mogłoby wyjść na wierzch. Znam go lepiej, niż kogokolwiek, dzięki niemu staram się być lepszym i jestem tą osobą, którą jestem teraz. Anthony wierzył we mnie zawsze. Więc tak. Sprawdźcie go. Niech Erik to zrobi, kilkukrotnie był jego ochroniarzem podczas wyjazdów, nie będzie to podejrzane. I sposób, w jaki patrzył na bratanka, jasno mógł powiedzieć Erikowi, że Morpheus wie. — Mogę nie wiedzieć o rzeczach, które tutaj planujecie, o strukturach, o zadaniach, celach, ale wiem jedno, chcę zrobić wszystko, żebyście nie umarli. Przejęcie Ministerstwa powinno być naszym priorytetem i w tym będę wam służył. Wy macie swoje walki, ja mam swoje, a bezwzględność jest łaską, nawet jeżeli będą musiały spaść głowy osób, które długo nazywałem przyjaciółmi. Mógł się nie zgadzać, mógł mieć swoje opinie, ale przysięgał Brennie. Nie wiedział, że Victoria jest tak drażliwym tematem, ale teraz? Tysiące mieczy przebijające serce, tak to widział. Brenna, jako ikona prawosławna, spoglądająca z żalem i krwawymi oczami w górę. Nienawidził tej gry i Voldemorta. Tego, jak rozdzielał ich wszystkich. Głowa zaczynała go boleć, ciśnienie w skroniach naciskało na mózg, przypomniała mu się niedawna wizja, roslinny pokój i jego własne odbicie, łzy z krwi. — Przepraszam was, mam klęskę urodzaju w postaci tragicznych wizji — Potarł skronie. Wyglądał na bardzo, bardzo słabego i bardzo, bardzo zmęczonego. — Coś niedobrego dzieje się w Kniei, ona cierpi. I ma to związek z Sadem Abbottów, Departament Tajemnic prowadzi w związku z tym śledztwo, ale widziałem państwa Abbottów i kogoś, kto chyba był naznaczony czarną magią, a na pewno tym, co trawi knieję. Czarne kurki nad Doliną. Pożar i śmierć. Co za wspaniałe wróżby. Miałem ją po zetknięciu sięz magicznym kwiatem z Sadu, kojarzysz go Noro? Uśmiechnął się do nich słabo i zapalił kolejnego papierosa. Ostatnio już go nie było widać bez jednego czy dwóch. RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Millie Moody - 14.10.2024 Wspomnienie Louviana podziałało na nią jak płachta na byka. Zawsze była dobra w kłamaniu, zawsze była dobra w udawaniu, ale akurat okrzyki Heather w wyraźny sposób zamknęły i tak zaciśniętą w sobie dziewczynę. Nigdy nie uważała, że jest "w związku" z buńczycznym miotlarzem, bawiło ją kiedyś jak zdeklarowany rasista płaszczy się pod jej butem, jak w narkotycznym szale sprzedaje dusze komuś, kim sam powinien przecierać podłogi. Nie widziała go od wydarzeń z Beltane, ale dowiedziała się od pielęgniarek, o dziwnym wytatuowanym gościu, który płakał nad jej uśpionym ciałem i nie przyszedł nigdy więcej. ...i Eden... nie zdejmujcie masek Gryzła się po ustach tak mocno, żeby nic nie powiedzieć, odłożyła kubek i ukryła palce w zbyt długich rękawach swetra. Za dużo ludzi, za dużo strachu, zbyt ciężkie chmury koszmaru unosiły się nad nią. Słowa dochodziły jak przez mgłę, napinała całe ciało by drgawkami nie zdradzić, że wcale nie jest z nią dobrze. Nie powinna tu przychodzić. To było zbyt wiele. Mogła ukryć się pod sufitem, pośród malowanych przez siebie gwiazd. I tak była zbyt głupia by im w czymkolwiek pomóc. Zbyt słaba. Złamana dusza w wątłym, karmionym na siłę ciele. Potrzebowała snu. Dobrego snu. Sen. Ciepło spełnionego marzenia. Tęskna mara, która po przebudzeniu rozrywa serce na dwoje. Owiał ją zapach świeżego białego mydła, zapach soku ze świeżo obieranych pomarańczy na wielkich, twardo ciosanych dłoniach. Odwaga wtłoczona w serce. – Nawet ja nie jestem tak pojebana, żeby włazić do Limbo i dać się prawie zabić kumplom w maskach w imię dobrej przykrywki. Ona walczy z tymi dupkami tak jak my, całkiem na legalu. Alek powiedz im... – podniosła głowę w kierunku drzwi, gdzie spodziewała się zobaczyć spóźnionego brata. Przełknęła ślinę, zamierając w bezruchu. Tylko palce drobiły, kompulsywnie rozszarpując dziergany mankiet. – Alek może powiedzieć co i jak. Pracuje z nią. Jemu nic nie umknie, jak już chwyci trop, prześwietli ją na wylot. On będzie wiedział. Albo lista. Czarna lista. Tak. Dajcie mi znać z kim nie mogę już gadać – wydusiła ostatkiem sił, po czym zsunęła się z krzesła. – Przepraszam, źle się czuje, pójdę do siebie i tak... i tak...– głos jej się zatrząsł, fasada odpadała z twarzy kawałek po kawałku, pozostawiając okruchy białego tynku na ziemi. – i tak się Wam na nic na razie nie przydam. – wymamrotała wychodząc z kuchni. Postać opuszcza sesję
RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Heather Wood - 14.10.2024 - Ona była na pierdolonej służbie, weszła tam, bo nie miała innego wyjścia, tak samo jak Bulstrode, który przyjaźni się z Borginami, jesteś pewna, czy wybrałby ciebie, czy ich, gdyby został postawiony pod ścianą? Ja nie, jak chcesz możesz to sprawdzić, ja nie zamierzam. - Ruda walczyła podcza Beltane, do kurwy nędzy została zakopana żywcem pod ziemią, bo próbowała dorwać tych, którzy chcieli skrzywdzić Moody. Wolała być pewna, że inni ludzie, którzy zostaną zaangażowani do tej grupy będą mieli takie samo podejście, że ktoś nie będzie się wahał między tym, czy ma ocalić ją, czy swoją rodzinę. To nie były łatwe dezycje, miała tego świadomość. - Walczy dla ministerstwa, nie dla nas. - Zamierzała to podkreślić. Ruda miała w dupie to, że komuś może się nie spodobać to, co mówiła. Widziała trupy, wiele trupów, mimo swojego młodego wieku. Zabili dziewczynę jej przyjaciela, zaatakowali sklep jej rodziców. Musiała mieć pewność, że gdy przyjdzie co do czego to wybiorą ich, a nie swoje czystokrwiste rodziny, szczególnie ci, którzy od lat nie kryli się ze swoim podejściem do porządku, jaki panował na świecie. - Gadaj sobie z kim chcesz, przecież nie o to chodzi. - Miała wrażenie, że Millie zaczęła dramatyzować. Chodziło tylko o to, aby nie wtajemniczali wszystkich jak leci do tego, czym zajmowali się w czasie wolnym. Zresztą pamiętała o czym mówiła Brenna, że uważają komu ufają. Prychnęła, kiedy Moody wyszła z pomieszczenia. Najwyraźniej niektórzy nie do końca radzili sobie z tym, w jakiej rzeczywistości przyszło im żyć, jasne, nie było to łatwe, ale musieli się dostosować do panujących warunków. RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Thomas Figg - 14.10.2024 Drgnął nie bardzo wiedząc o zrobić. Czy oni jako Zakon nie powinni działać w konspiracji i nie rekrutować jak największej liczby ludzi i zamiast tego skupiać się na tych naprawdę sprawdzonych. Rozumiał zachowanie ludzi, że chcieli, aby były wtajemniczone osoby, którym ufają. Ale czy w tych czasach można było każdemu ufać w stu procentach? Czy zaufanie stało się już towarem deficytowym czy jeszcze nie? Spojrzał po twarzach przebywających tu ludzi, zatrzymując się dłużej na Morpheusie, Eriku, Norze, Brennie i Dorze - na koniec wrócił do obserwowania Millie. Miał pojęcie, że człowiek ścigany czasami męczy się nieufnością i tęskni za przyjaźnią, ale czy to znaczyło ,że nie powinni być bardziej ostrożni? każda nowa osoba niosła ze sobą niebezpieczeństwo początkowo. Nie podobało mu się to co widział, nie dlatego, że miał w swojej głowie inne wizje czy wyobrażenia, ale dlatego, że nie wiedział co i jak ma zrobić. Wszak obiecywał jej coś tamtego wieczoru, a teraz bez słowa pozwalał jej cierpieć, bez żadnego wsparcia ze swojej strony. Ale z drugiej strony był zagubiony w wydarzeniach obecnego spotkania. Wiedział jednak że rozmowę o zegarze, o ile w ogóle zostanie poruszona, będzie musiała przejąć Brenna. Nie czekał na nic widząc jej zachowanie. - Przepraszam - zwrócił się jeszcze do siostry w momencie, gdy Millie zsuwała się z krzesła, dopiero teraz pozwolił swoim oczom odwrócić się od niej. Jakkolwiek jednak by się nie starał nie mógł zwalczyć chęci pójścia za nią, zresztą nawet nie chciał. Nie miał pojęcia kto i jak odczyta to, że podaży jej śladem, ale nie dbał o to, wiedział, że teraz musi być w innym miejscu. Podniósł się patrząc w stronę Brenny i powiedział. - Przepraszam, ja... muszę iść - zakończył koślawo, bo tylko dwie osoby (a przynajmniej on powiedział tylko dwóm) w tym gronie wiedziały co dzieje się między nim a panną Moody. Zgarnął jeszcze swoja torbę i zgrabnie wysunął się ze swojego krzesła, aby płynnie niczym fala odpływu zniknąć z pomieszczenia z zebraniem, ruszając w ślad za kobietą, która pierwsza opuściła to miejsce. Postać opuszcza sesję
RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Dora Crawford - 14.10.2024 Dora chłonęła kolejne słowa we właściwym dla siebie zawieszeniu, nastawiając się znowu na słuchanie w momencie kiedy wypowiedziała ostatnie słowo. Ale mimo nonszalanckiego miejsca, które zajęła na blacie jednej z kuchennych szafek, było widać że czuła się odrobinę niezręcznie. Zebrania Zakonu zawsze sprawiały, że nie była do końca pewna w jakim miejscu powinna się umiejscowić; czy powinna może jakoś bardziej zaznaczyć swoją obecność, czy wystarczyło potulne słuchanie kolejnych osób, które zabierały głos. Nigdy jej to specjalnie nie przeszkadzało i innym też raczej nie, ale... Ale czasem miała wrażenie, że ci szczególnie uprzywilejowani nie spoglądali na sprawę tak jak powinni. Bardzo żałowała, że Dumbledore nie postanowił ich tym razem zaszczycić swoją obecnością, bo może wtedy wymiana zdań w kuchni potoczyłaby się nieco inaczej. Może byłoby spokojniej. Łagodniej. Może wtedy wszyscy jakoś lepiej by się dopasowali, gdyby mieli nad sobą dodatkowego mediatora. Crawley nigdy specjalnie nie miała problemu z Zakonową hierarchią, głównie dlatego że stawiała sama siebie gdzieś na samym dnie tak zwanych bojówek. Nie była przesadnie sprawna w posługiwaniu się bojową magią, bo jej domeną zawsze była ziemia i teoria. Ale teraz miała wrażenie że wiążące wszystkich więzy krwi i przyjaźni wszystko dodatkowo utrudniały. Że struktura organizacji, tak w tym momencie potrzebna, zacierała się nieprzyjemnie. Skuliła się nad swoim kubkiem z herbatą, chociaż po prawdzie miała ochotę zatkać sobie uszy, czując powoli narastające napięcie. Nie padały ostre słowa ani nikt nie krzyczał, ale nie musiał, kiedy podważany był osąd osoby, która nomen omen została wybrana na lewą rękę Albusa Dumbledora. Dora wlepiła bezradne spojrzenie w Erika, wybierając go chyba dlatego, że w pewien sposób zgadzali się na temat tego jak powinni postąpić w zaistniałej sytuacji i podejść do widma czającego się na jesieni. Cholera, nawet Heather, na której temat jeszcze parę dni temu miała swoje uwagi, wydawała się rozumieć w czym właściwie leży problem jeśli chodziło rekrutację Anthony'ego i Victorii. A ona i Charlie byli doskonałymi argumentami za tym, że należy uważać na to kogo się angażowało w całą sprawę. Crawley bardzo powoli odstawiła na blat kubek po herbacie, a potem zsunęła się z niego ostrożnie, jakby w zwolnionym tempie i próbując zrobić jak najmniej hałasu. Millie wyszła, opuszczając zebranie, a Thomas ruszył za nią i Crawley odprowadziła ich jakimś zmartwionym spojrzeniem, zanim nie wbiła spojrzenia w podłogę. - Tu nie chodzi tylko o ciebie - głos jej zadrżał, kiedy spojrzała na Morpheusa. - Tu nie chodzi o to czy pan Shafiq jest w stanie umrzeć za ciebie albo ty za niego. A o to czy jest w stanie poświęcić się sprawie sam z siebie, a nie dlatego że go o to poprosisz albo jesteś w nią zamieszany. - ale nie była w stanie wytrzymać patrzenia na niego zbyt długo, więc zaraz spuściła wzrok. Dora czuła, jak coś w niej powoli pękało i nie chodziło o ten konkretny dzień. Całe lato trwał jakiś żmudny proces, którego w gruncie rzeczy się brzydziła całą sobą, zauważając delikatne zmiany, które wybijały ją z rytmu. Nie bała się zmian samych w sobie, ale możliwość że kolejne rzeczy odkształcały ją w ten kolejny sposób napawała ją jakimś dziwnym... gniewem. A przecież ona nigdy się nie gniewała. - Dlaczego to brzmi tak, jakby podważenie słów Brenny było nadrzędnym celem? Miałam wrażenie że w Zakonie chodzi o to, by nawet jeśli jesteśmy gotowi się poświęcić, to nie szafować ludzkim życiem na prawo i lewo. Życiem tych, którzy dopiero mają dołączyć i tych, którzy są już pośród nas. Erik ma rację - bardzo chciałaby to mówić poważnym głosem i ostrym tonem, ale słowa drżały lekko, bo nigdy nie była stworzona do mówienia czegokolwiek ponad plecenie głupotek albo cytowanie ustępów z encyklopedii. Ale teraz myślała samolubnie o swoim ojcu i rodzeństwie. Myślała o Charliem. Myślała o tym, że została wychowana w przeświadczeniu że powinna się przynajmniej trochę bać Borginów, a potem zostało to tylko ugruntowane. Nie miała nic do Victorii, ale z tego co zrozumiała zbyt wiele było wokół niej niewiadomych. A Shafiq? Słowa Morpheusa brzmiały pięknie i pewnie innym razem by mu zaufała, ale teraz, pod koniec lata, była w niej ta konkretna niepewność, która nakazywała zachowanie ostrożności. Rozmowy z Brenną o jej pochopnym postępowaniu najwyraźniej zrobiły swoje. - Przepraszam - powiedziała w końcu sztywno, bo żałowała wszystkiego co właśnie padło z jej ust. Nienawidziła stawać w opozycji do innych ludzi, szczególnie tych których kochała całym sercem, a przecież Morpheus się do nich zaliczał. I teraz, jakimś błędnym spojrzeniem rozejrzała się wnętrzu kuchni, niczym spłoszona sarna. - Będę w bibliotece - bąknęła i czym prędzej i wyszła. Postać opuszcza sesję
RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Brenna Longbottom - 14.10.2024 - Nie wątpię, że byłby gotów umrzeć za ciebie. Ale nie jestem pewna, czy nie byłby też gotów na to, aby któreś z nas umarło dla dobra jakiegoś innego jego przyjaciela – odparła Brenna. Lubiła Anthony'ego, ale po kilku spotkaniach widziała w nim oportunistę. Kogoś, kto lubił manipulować ludźmi w drodze do osiągnięcia swoich celów. Kogoś, kto będzie chronił swoich przyjaciół i swoich interesów, a Zakon Feniksa nigdy nie składał się z ludzi, którzy mieli dbać o swój interes. - To... jak z Victorią. Nie traktuję jej jako przeciwnika, Morpheusie, a jedynie nie jestem pewna, czy widzę ją w nielegalnym ruchu oporu, wykonującej polecenia Dumbledore’a. Nie wierzę, że jest popleczniczką Voldemorta. Walczyła z nim w Limbo. Nie wierzę, nie chcę wierzyć, że zrobiłaby mi świadomie krzywdę. Umarłabym za nią. Ale jeśli ktoś z jej najbliższej rodziny jest w to zamieszany... myślę, że zrobiłaby wiele, aby go chronić. I przede wszystkim, wątpię, by wykonywała rozkazy Albusa, w imię dobra mugolaków. Nie każdy, kto nie jest śmierciożercą, ma ochotę działać dla nielegalnej organizacji ruchu oporu. Nie każę nikomu przestać z nią rozmawiać, bo sama nie mam zamiaru się od niej odwrócić. A jeśli chodzi o Shafiqa, co tak naprawdę dałoby nam wciągnięcie go w nasze sprawy? Jakie informacje przyniesie, których nie zdobędzie Jonathan? Co dzięki wprowadzeniu go zrobi, czego nie zrobiłby na twoją prośbę? Pewnie, mógłby coś dla nich zrobić, ale czy byłoby to cokolwiek ponad to, co już mógł robić na prośbę swojego przyjaciela? A Erik? On miał skłonności do ufania ludziom - Brenna nie wierzyła, że czegokolwiek mógłby się dopatrzeć, sprawdzając Shafiqa. – Jeśli chodzi o sad Abbottów... to nasi sąsiedzi, krewni Nory i Thomasa. Może po prostu powinieneś umówić się z nimi na spotkanie? Przyznać, że doświadczyłeś wizji, gdy badałeś kwiat, obawiasz się ataku na sad, pożaru? Zasugerować przygotowanie jakiegoś zbiornika wodnego, zaoferować pomoc, jeżeli wskażą, co moglibyśmy dla nich zrobić? Powinna pewnie przemyśleć to bardziej, ale to co się działo w Stawie… Przesunęła palcami po skroni, przepełniona w tej chwili zmęczeniem i z jedną myślą w głowie - absolutnie się do tego nie nadawała. Dumbledore powinien wybrać kogoś innego. Nie była w stanie być tak otwarta, jak najwyraźniej być powinna, by nie mając naprawdę dobrych argumentów „za” podawać komuś więcej informacji. Nie po śmierci Derwina, nie po śmierci Jasona. Nie po Beltane. Nie po tamtej nocy w dziurze, nie po pochylaniu się nad nieprzytomnymi ciałami Zimnych, nie po tym, jak klęczała przed duchem chłopca z Kniei Godryka. Nie po odejściu Mav. Nie nadawała się. Wybuch Mildred tylko to wszystko potwierdzał i rozpoczął reakcję łańcuchową - Thomas, Dora i... wreszcie Brenna. Skoro wyrażenie wątpliwości, czy powinni rekrutować kogoś, kto owszem, jej zdaniem nie był śmierciożercą, ale też nie był oddany idei promugolskiej, nie wypełniłby pewnie jej rozkazu i zdaniem Brenny niekoniecznie chciałby być w takim Zakonie, bo skupiał się na aurorskiej karierze... wywoływała pełne urazy oskarżenia o próby zabraniania im rozmawiania z ludźmi, zakończenie tymi oskarżeniami rozmowy i wymaszerowanie w środku zebrania... to było raczej jasne. Nigdy nie prosiła, by przestawali z kimś się przyjaźnić. Nie chodziło o sprawę Anthony'ego i Victorię, ale o to, jak potoczyło się to dalej i że nie umiała tego ogarnąć. Może mogliby dojść do porozumienia, co do… sprawdzenia paru rzeczy, ale wybuch Moody sprawił, że skończyło się, jak się skończyło. Zachowanie Millie pokazało, że Brenna generowała problemy w Zakonie, zamiast je rozwiązywać. Uśmiechnęła się jednak do Dory na odchodne, jak gdyby nigdy nic, trochę przepraszająco, bo widziała, że Crawleyównę to przerastało. I wiedziała, że powinna iść za nią do tej biblioteki i ją pocieszyć, powinna zobaczyć, co z Millie i Thomasem, powinna zapewnić wszystkich, że wszystko w porządku i jakoś to pozbierać. W tej chwili jednak nie była w stanie. Chyba pierwszy raz w życiu, po prostu nie potrafiła. Na pewno nie od razu. – Jeżeli jesteście gotowi powierzyć im życia członków Zakonu, to działajcie, jak uznacie za słuszne – powiedziała jeszcze bezbarwnym tonem, bo zdecydowanie ona nie powinna podejmować decyzji, gdy były wbrew woli innych. Chyba wcale nie powinna ich podejmować. - Wygląda na to, że zebranie skończone. Dziękuję wszystkim za udział, gdyby komuś o czymś się przypomniało, może podesłać sowę. Ja też muszę wpaść dziś do biura.. Skoro ludzie zaczęli wychodzić, to nie było sensu kontynuować. Może dobrze. Nie będzie musiała siedzieć tu i udawać, że jest w porządku. Sama również wstała, by wyjść tylnymi drzwiami i teleportować z ogródka do Londynu, i to wcale nie dlatego, że faktycznie musiała wpaść do biura. Ta rozmowa i zachowanie Millie w finale sprawiły, że ona też potrzebowała wyjść i parę rzeczy przemyśleć. Jak zareagować na te propozycje, na ile mogła i potrafiła działać w nowym Zakonie, jak odnieść się do ostatnich słów Moody. To wszystko wymagało... zastanowienia. Do Warowni i Księżycowego Stawu nie planowała póki co wracać, choćby dlatego, że nie było mowy, aby mogła z którymś z nich porozmawiać niczego nie dając po sobie poznać. Brenna też miała granice wytrzymałości, nieważne, jak mocno próbowała tego nie pokazywać. Postać opuszcza sesję
Zamknę sesję bardem 19.10, nie obowiązuje kolejka, wrzuciłam mój odpis wcześniej, bo pasowała, by postać teraz wyszła, ale nie skracam tym postem tury. RE: [wieczór 29.08.72, Księżycowy Staw] Nasze małe tajemnice - Nora Figg - 14.10.2024 Czy Nora Figg miała coś do powiedzenia? Nie. Nie czuła się odpowiednią osobą do komentowania czegokolwiek. Panna Figg była jedynie wytwórcą, który dbał o to, aby mieli pod dostatkiem mikstur, czy kadzideł, czy pączków, czego tylko potrzebowali. Była też gotowa ich wysłuchać, każdego po kolei, przytulić do swojego maminego serca i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze - chociaż wiedziała, że tak nie jest. Martwiła się okropnie, tym co się przed chwilą wydarzyło. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek doszło do takiego wybuchu na jakimkolwiek innym spotkaniu, to nie było w porządku, szczególnie, że Brenna wkładała całe serce w działalność Zakonu. Starała się pomagać wszystkim potrzebującym. Ona nie sypiała, prosiła ją o eliksiry, które miały ją utrzymywać świadomą, pomagać jej znajdywać więcej czasu na to, aby pomóc jak największej ilości osób. Przerażały ją rzucane w głos nazwiska. Figgówna przecież znała Sauriela Rookwooda, był jej kolegą jeszcze z czasów Hogwartu, czy mu ufała? Trochę. Nie mogła być pewna, że kiedyś nie stanie w jej drzwiach i nie spróbuje jej zabić, szczególnie po tym, co usłyszała o Rookwoodach. To przynosiło ciężar na piersi, który jakoś musiała udźwignąć. Victoria wydawała jej się zawsze miła, nie znały się może zbyt blisko, ale każde spotkanie zaliczała raczej do tych miłych, tylko, czy bycie miłym wystarczy, aby mieć pewność iż ktoś na pewno stanie po słusznej stronie? Nie. Shafiqa poznała jako pracownika ministerstwa, wspaniale, że Morhpeus był pewien ich relacji, ale czy gdyby chodziło o kogoś innego, to faktycznie mogliby na niego liczyć? Nie jej to było oceniać. Greengrass był przyjacielem Thomasa, jej trochę też, a przynajmniej stał się przez lata, zdziwiło ją, że brat się nie odezwał, aby choć trochę stanąć w jego imieniu. Był specyficzny, ale opiekował się nią niczym prawdziwy brat, kiedy Thomasa nie było. Nie wierzyła, że od niego mogłaby ją spotkać jakakolwiek krzywda. Powinna chyba zacząć weryfikować swoje znajomości. Norka była miła dla wszystkich, miała całą masę znajomych z różnych rodów, nikomu oczywiście nie opowiadała o swoich dodatkowych zainteresowaniach, była życzliwa dla wszystki, od zawsze, nie miała zamiaru tego zmienić. To, że wokół toczyła się wojna nie miało mieć wpływu na to jakim była człowiekiem. Była ponad to. Martwiły ją zbliżające się święta. Pamiętała Beltane. Morpheus wspomniał o ogniu, czyżby mieli zaliczyć powtórkę z rozrywki? Bała się tego, cholernie się bała, że znowu kogoś stracą, a ona nie będzie mogła ich pomóc. Zawsze miała do siebie wytrzuty, że siedziała w cukierni i czekała na to, aż wrócą. Nie miała wpływu na to, co działo się na polu bitwy, to nie należało do jej obowiązków, mogła im tam tylko wadzić. Ta jej nieprzydatność strasznie ją drażniła w takich sytuacjach. Pokiwała jedynie bratu twierdząco, że wróci sama do domu. Nie wiedziała jeszcze jak, ale nie przejmowała się tym szczególnie, najwyżej skorzysta z kominków, albo ktoś ją odstawi do Londynu, nie brakowało tutaj życzliwych dusz. Podeszła w końcu do Erika i szepnęła mu do ucha. - Masz papierosa? - Nie było to wcale takie oczywiste, bo wiedziała, że palił tylko, kiedy był bardzo zdenerwowany, a ona sięgała po papierosy jeszcze rzadziej od niego. W tej chwili jednak miała ochotę zapalić. Później Millie wybiegła, a Thomas za nią, i jeszcze Dora. Westchnęła ciężko. Rozumiała Crawleyównę, mało kogo spotkało tyle złego ze strony ich przeciwników, co ją. Zabrali jej życie, musiała żyć w ukryciu jak jakiś więzień. Nie potrafiła zrozumieć Moody, dla której najwyraźniej ważniejsze było utrzymywanie kontaktów ze swoimi znajomymi niż ich sprawa. Niczym obrażone dziecko wyszła na zewnątrz okazując wszystkim swoje niezadowolenie. Przeniosła wzrok na Morpheusa. - Tak, kojarzę te kwiaty, badałam je z Dorą po tym, co stało się w sadzie. - Nie wydawało jej się jednak aby to było teraz istotne. Trochę zmartwiło ją to, że wspomniał o sadzie Abbottów, bo w końcu to była jej rodzina, cioci i wujkowi coś groziło? Nie zdążyła pożegnać się z Brenną, obawiała się, że to co się tutaj wydarzyło mogło ją nieco zaniepokoić, sama Norka była strasznie rozbita. |