![]() |
|
[Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4033) |
RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 Pokiwała jeszcze twierdząco głową, tak. Nie widziała żadnych przeciwwskazań. Mogli spóbować się tam przenieść na dłużej, uciec na trochę od tej szarej rzeczywistości, zaszyć się w nadmorskiej chatce i zapomnieć o całym świecie. To brzmiało naprawdę dobrze, w sumie strasznie cieszyło ją to, że to zrobią. Podobało jej się też to, że byli w tym jednomyślni, jedno i drugie chciało spróbować wspólnego życia. Nie zastanawiała się nad tym, kiedy to zrobią, wiedziała, że zdarzy się to niebawem, teraz wypadało się jednak skupić na tym, co działo się w tej chwili. Byli na sabacie, mieli do odbębnienia pewne założenia, wypdałoby je doprowadzić do końca. Jutro też mogło nie być im po drodze, w końcu takie spędy jak ten trwały długo, w nocy mieli szukać kwiatu paproci, a po powrocie do domu również planowali świętować sabat. Nie zakładała więc też że zrobią to jutro, była pewna tego, że chatka im nie ucieknie, zresztą należeli do tych osób, które działały raczej szybko, więc miała świadomość, że nie będą tego odwlekać w czasie zbyt długo, tylko wybiorą najdogodniejszy i najbliższy moment. - Nie wydaje mi się, że powinniśmy się martwić o twoje ego. - Zdawała sobie sprawę, że na pewno miało się dobrze. Ambroise był cholernie pewny siebie i wiedziała, że jej całkiem na pewno nie spowoduje żadnych wątpliwości. Nie było szans, żeby zachwiać to jego mniemanie o sobie. Była tego świadoma. Ona nie była pamiętliwa, przynajmniej nie starała się być dopóki ktoś faktycznie nie uderzył w coś na czym naprawdę jej zależało. Wtedy bywało różnie, chociaż starała się nie żywić urazy, sama wiedziała, że różnie to bywa. Nie należała do osób, które potrafiły panować nad swoimi nerwami, czasami jedno, nieodpowiednio wypowiedziane słowo wystarczyło, aby doprowadzić ją do ogromnej irytacji. Momentalnie wybuchała i traciła nad sobą panowanie, zaczynała wypowiadać słowa, które pojawiały się w jej myślach, nie dbała o to, że może kogoś nimi skrzywdzić. Po takim dość krótkim, aczkolwiek bardzo efektowanym wybuchu szybko się uspokajała i często żałowała, że nie umiała trzymać języka za zębami, bo obeszłoby się bez większości tych nieprzyjemnych komentarzy, bo warto też wspomnieć o tym, że kiedy odzywał się jej temperament, to potrafiła być bardzo zgryźliwa, specjalnie też dolewać oliwy do ognia, jakby czerpała przyjemność z tego, że druga osoba jest doprowadzana na skraj swoich emocji. Nigdy nie nauczyła się nad tym panować. Wyjaśnili sobie wszystko, przynajmniej z pozoru. Ustalili, że mają trochę rzeczy do przegadania, w przyszłości, prawdopodobnie niedalekiej, nie mieli się tym zamartwiać dzisiaj, bo to tylko psuło klimat tego wieczoru, doszli do porozumienia. To było najważniejsze, mimo chwilowego kryzysu. Jakoś się w nim odnaleźli i udało im się ruszyć dalej. Miała wrażenie, że wspólna egzystencja szła im coraz lepiej, nie udawali, że problem nie istnieje, nie zamierzali ukrywać faktów, tylko mówić o wszystkim wprost. To był naprawdę spory krok, szczególnie, że jeszcze kilka miesięcy temu naprawdę przed sobą wiele ukrywali. Udzielił jej się nastrój tego wieczoru. Bardzo szybko poszuła beztroskę panującą na parkiecie, szczególnie gdy grała ta skoczna muzyka, przy której wszyscy bawili się wyśmienicie. Miała świadomość, że nie jest to typowa, rytualna oprawa i, że to było dopiero przed nimi, jednak sama nie wiedziała, czy ta część nawet nie podoba jej się bardziej. W tym tańcu było sporo ruchu, musiała nadążać za Ambroisem, nie było czasu na zastanowienie nad następnym krokiem, a to jej służyło. Uwielbiała wszelakie aktywności fizyczne, lubiła czuć zmęcznie spowodowane ruchem. Zauważyła te czasem nieco przeciagnięte gesty, jakby chciał się nią nacieszyć chociaż sekundę dłużej, sama zresztą nie była mu dłużna, zachowywała się tak samo. Jej ręce zbyt często dotykały tych jego. Zapewne nikt tego nie zauważył, bo na parkiecie działo się zbyt wiele, a do tego bardzo szybko tańczyli - wszyscy. Bardzo szybko się zaróżowiła, nie potrzebowała wiele, aby widać było po niej aktywności fizyczne, jej normalnie niemalże biała skóra przyjmowała kolor różowego prosiaczka. Yaxleyównie zdarzało się świętować różne sabaty. Pojawiała się czasem na tych spędach, korzystała z okazji, kiedy wypiła odpowiednią ilość alkoholu potrafiła być naprawdę rozrywkowa, zawsze znajdowała sobie do tego jakichś towarzyszy. Nigdy jednak nie czuła się tak wyjątkowo jak dzisiaj, w jej oczach dopiero teraz to celebrowanie nabierało większego sensu. Kiedy miało się kogoś bliskiego, na kim naprawdę jej zależało wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Mogła z nim dzielić te magiczne chwile i to było wspaniałe. Może zacznie trochę bardziej wierzyć w to, co się tutaj działo? Nie wykluczała tego, bo naprawdę dzisiaj czuła się wyjątkowo i wspaniale. Zostali na parkiecie, póki co z niego nie zeszli. Poczuła bardzo szybki pocałunek na swoich wargach, nie zdążyła jednak na niego zareagować, więc westchnęła pod nosem nieco rozczarowana. - Słucham? - Pokiwała jedynie zaprzeczająco głową uśmiechając się przy tym od ucha do ucha, że niby ona nie była gotowa? Dobre sobie. - Nigdy nie byłam na to bardziej gotowa niż teraz. - Nie pozbędzie się jej tak łatwo, powinien o tym wiedzieć. Zauważyła kątem oka, że spora część par zaczęła się wycofywać z parkietu, rozumiała, że mogą się czuć nie do końca swojo podczas tych bardziej oficjalnych i zdecydowanie bardziej intymnych tańcach, które były jedną z tradycji tego święta. Nie zamierzała teraz się stąd ulatniać, to była idealna okazja do tego, aby pokazać wszystkim, że są tutaj razem, że należą do siebie. Sięgnęła po jego dłoń i wplotła w nią swoje palce. Stała jednak w miejscu, nie zamierzała stąd uciekać. Lubiła stawiać czoła wyzwaniom, nawet jeśli miał to być tylko taniec. Czekała, aż w końcu rozbrzmi się tak bardziej eteryczna muzyka. RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 - Auć - nieznacznie się skrzywił, wyginając usta w niewielką podkówkę i kląskając językiem o podniebienie. - Gdzie się podziała droga przyjaciółka, która dbała o moje dobre samopoczucie? - spytał z całkowicie przesadnym i przerysowanym dąsem, przy którym wzniósł wzrok w kierunku dymu lecącego w niebo, kręcąc przy tym głową. - Ona by się martwiła. Nie chciała mnie krzywdzić. Miała wyczucie - zarzucił Geraldine tę całkowitą zmianę podejścia, która tak naprawdę nigdy nie miała miejsca, o czym oboje wiedzieli. Jego ego nie było kruche jak kryształowy kieliszek. Podświadomie bardzo dbał o to, żeby było wręcz nie do ruszenia. Czasami nieświadomie zachowywał się przy tym jak ostatni buc i gbur, wpadając w pasywną agresję, żeby tylko nie poczuć się w żaden sposób czemukolwiek winny lub poruszony jakąś godzącą w niego informacją. Zdecydowanie posiadł zaawansowanie w wykorzystywaniu swojego wrodzonego talentu. W tym wypadku do tego stopnia, że nawet pozwalał sobie żartować z Yaxleyówną o swoim niełatwym, trudnym do nagięcia charakterze, choć w żadnym razie nie planował jej przyzwyczajać, że zawsze mogą tak robić. Nie. Czasami bywał bardzo wyczulony na próby godzenia w niego i na sugestie, że mógłby być przesadnie arogancki. Nie uznawał czegoś takiego. W jego świecie nie dało się być zbyt pewnym siebie, zbyt eleganckim i nazbyt wyedukowanym - żadna z tych rzeczy nie była możliwa. Nosił się z bardzo zasadniczym, monogenicznym wyrafinowaniem. Jeśli komuś to przeszkadzało, nie był to już problem Greengrassa. On miał swoje wyszukane standardy, których niemal nigdy nie zaniżał. Dla niektórych mogły być co prawda całkiem niezrozumiałe (choć zarzekał się, że jest prostym człowiekiem), bo stanowiły osobliwą mieszankę z dużymi wpływami zarówno wychowania, kariery zawodowej, zainteresowań alchemicznych i botanicznych, jak i reguł szarej strefy czy praw ulicy, ale Greengrass nie był od tego, żeby ktoś mógł go rozumieć. Nie zależało mu na tym. To on miał postępować w zgodzie ze sobą. Nie inni mieli być w stanie przewidzieć jego posunięcia. A przynajmniej tak było jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy nie rozważał na poważnie tego, że mógłby chcieć kiedyś odsłonić przed kimś większość swojej osobowości. Postarać się cierpliwie ją ukazać, wyjaśnić, dostosować do wspólnych potrzeb i oczekiwań. Wtedy nie chciał się zmieniać, ponieważ nie widział w tym konieczności. Teraz to uległo diametralnej zmianie i w dalszym ciągu to robiło. To był powolny, stale postępujący proces. Coś, co przyjął niemal tak łatwo jak oddychanie. Szczególnie, że oddechu też mu czasem brakowało - dokładnie tak jak cierpliwości do niektórych wymagań mu stawianych. Krótko mówiąc: naturalne jak oddychanie. To w żadnym razie nie była przesada. Tym bardziej, że jakiś czas wcześniej ze znaczną irytacją przyjął ich spięcie a teraz to złapanie oddechu nie szło mu zbyt dobrze. Tracił go na widok tych rumianych policzków, błyszczących oczu, potarganych włosów, piegów na twarzy i wypieków na dekolcie. Musiał odwrócić swoją uwagę, żeby nie odpuścić oficjalnej części świętowania i nie szepnąć propozycji powrotu do domu. To było bardziej skomplikowane niż brzmiało. Całe szczęście fortel zadziałał i Geraldine podjęła decyzję o zostaniu na parkiecie, nawet jeśli wcześniej wyglądała, jakby mogła chcieć się wycofać. - Wspaniale - instynktownie posłał uśmiech w jej kierunku, przy czym odruchowo poprawił wianek na jasnych włosach dziewczyny, dopiero teraz dostrzegając, że splot roślin był trochę bardziej chaotyczny niż wcześniej myślał. Uśmiechnął się na to pod nosem. - Żywię nadzieję, że wybaczysz mi lekką sztywność - stwierdził zaraz, skłaniając się przed nią, kiedy ze sceny poinformowano uczestników wydarzenia o rozpoczęciu tańców. - Posiłkuję się w większości teorią. W praktyce nie miałem zamiaru tego kiedykolwiek wykorzystywać - wyjaśnił gładko, skoro obiecał jej szczerość w miarę możliwości to planował dotrzymać danego słowa. W takim przypadku nie czuł żadnego zażenowania związanego z tym, że sabatowe rytualne tańce nie są jego konikiem. Wręcz przeciwnie - był dostatecznie pewien, że wszystkie inne jego umiejętności zachowania się w sytuacjach towarzyskich w wystarczającym stopniu rekompensowały Geraldine te drobne braki. Zwyczajnie nie korzystał wcześniej z okazji, ucząc się podstawowych ruchów wraz z pobieraniem reszty nauk tanecznych od osób zatrudnionych przez macochę, gdy miał naście lat, ale później raczej nie zostawał z nikim na parkiecie podczas Lithy, zbierając się tak jak znaczna część ludzi teraz. Podświadomie uznawał istnienie pewnych granic, których nie miał ochoty przekraczać. W końcu był tradycjonalistą, który wyłącznie od czasu do czasu miewał bardziej nowoczesne podejście. Szczególnie wtedy, kiedy od tego zależało jego utwierdzenie się w przekonaniu, że postępuje właściwie a powszechnie przyjęte normy są wyłącznie sugestiami do nagięcia. Tym samym Ambroise nie miał żadnych wyrzutów sumienia odnośnie składanych obietnic układania sobie wspólnego życia i częściowej wspólnej przeprowadzki do nadmorskiej chatki. W teorii nie powinni tego robić zanim nie sformalizują swojego związku. Ponadto mając wobec niej jakiekolwiek poważniejsze zamiary powinien wpierw udać się do nestorów obu rodów, aby porozmawiać o możliwościach. Wypadało, by udał się wpierw do swojego ojca, zaś później do Gerarda na poważną rozmowę z prośbą o zezwolenie mu na zawarcie małżeństwa i tym samym również przymierza między rodzinami. To były bardzo poważne rzeczy, które teoretycznie należało zrobić jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem. Jednakże to traktował głównie jak dawne obyczaje, stare dzieje, sugestię a nie konieczność. Nie wątpił, że jeśli ułożą sobie życie (a miał co do tego niemal całkowitą pewność) w którymś momencie czeka go konieczność podążania w zgodzie ze wszystkimi zwyczajami i formalnościami. Zastanawianie się nad tym zostawiał na później. W tym momencie to nie był dla nich żaden problem, bo mogli podchodzić do większości kwestii z dużą dozą swobody. Mimo to nie miał zamiaru ukrywać przed nią, że udział w rytuałach traktował znacznie poważniej - jakkolwiek śmiesznie to brzmiało. Nie planując wiązać się z kimś na stałe jeszcze do początku tego roku, raczej stronił od kultywowania tych tradycji. Tym samym prezentował tu głównie teoretyczne doświadczenie. Wiedział, w jaki sposób ująć ją za rękę, jak się skłonić, że mógł pozwolić sobie na ucałowanie wierzchu dłoni dziewczyny, ale nie na kolejny pocałunek, bo bezpośredni kontakt fizyczny musiał zostać znacząco ograniczony w pierwszych chwilach wybrzmienia muzyki zupełnie innej od poprzedniej. Dopiero po chwili mogli ponownie nawiązać pewien subtelny rodzaj intymności. Wszystko było wyważone, miało swój czas, kolejność i miejsce. Tym razem nie było miejsca na mocny, gwałtowny dotyk. Tu chodziło o muśnięcia - zwiewność w pewnym sensie metafizyczną. O nastrojowość, subtelność, zmysłowość pełną żaru, ale podsycanego bez wygaszania go od razu. W pewnym sensie o słodką torturę mieszających się oddechów i splątanych ciał pragnących więcej czegoś, co było teraz poza zasięgiem. RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 - Twoja droga przyjaciółka już jakiś czas temu została zakopana bardzo, ale to bardzo głęboko... - Tak, nie zamierzała wyciągnąć tej wersji siebie nigdy więcej. Nie lubiła tamtej roli, zdecydowanie lepiej się czuła jako jego partnerka i miała nadzieję, że tak zostanie, że nigdy nie wrócą do tego, co minęło. Zresztą nie umiała sobie wyobrazić co musiałoby się wydarzyć, żeby zrezygnowała z tego, co mieli teraz. Nie umiała myśleć o swoim życiu bez Ambroisa. Raczej wręcz przeciwnie. Potrafiła sobie wyobrazić z nim przyszłość. Myślała o ich wspólnych wyprawach do lasu, gdzie on będzie zbierał te swoje magiczne roślinki, a ona będzie polowała, o nocach spędzonych na plaży, kiedy będą obserwowali rozgwieżdżone niebo, potrafiła sobie nawet wyobrazić ich dwójkę z obrączkami na palcu, co było naprawdę dziwne. Nigdy nie myślała o tym, że mogłaby chociaż zastanawiać się nad tym, że być może kiedyś będzie chciała wyjść za mąż. Dla niego była w stanie zrezygnować ze swoich przekonań związanych z tym tematem, a byli przecież razem ledwie kilka miesięcy. Okropnie zmienił się przez ten czas jej tok rozumowania, ona się zmieniła, była w stanie naginać swoje zasady, którymi kierowała się przez całe dotychczasowe życie. - Czy wolałbyś może, żeby ona wróciła? Wygląda na to, że się za nią stęskniłeś. - Zapytała bardzo uroczym tonem głosu, oczywiście nawet nie brała takiej możliwości pod uwagę, ale postanowiła zadać to pytanie, znała na nie odpowiedź. Pamiętała jak się miotali, kiedy byli swoimi przyjaciółmi. Nie wątpiła, że jemu również było lepiej z tym, co teraz mieli. Zresztą nie wydawało jej się, aby specjalnie przestała mu słodzić. Nieco się z nim droczyła, ale te początki były dla niej cholernie trudne i bardzo kompromitujące, wtedy dyskretnie próbowała mu dać do zrozumienia, że jest nim zainteresowana w inny sposób, nie szło jej to najlepiej, miała tego świadomość. Na szczęście aktualnie nie musiała już sięgać po takie metody. Nie wydawało się jej zresztą, żeby znała kogoś bardziej pewnego siebie i świadomego własnej wartości od niego. Czasem mu tego zazdrościła, bo jej czasami tego brakowało. Podziwiała go za to, że potrafi mieć takie podejście. Nie uważała tego za coś złego, wręcz przeciwnie, dobrze jest doceniać samego siebie. Zdarzało jej się nawet zastanawiać od czasu do czasu, co właściwie w niej widział, brakowało jej trochę, aby wejść na taki poziom pewności siebie, na jakim on się znajdował. Nie była pewna, czy jest w stanie zaspokoić jego wysokie standardy, próbowała sobie wmawiać, że nie byłby z nią, gdyby nie uważał, że nie jest jego warta, ale różne myśli przychodziły jej do głowy. Oczywiście wolała do nich nie wracać, żyła nadzieją, że zostali dla siebie stworzeni i że zawsze będą razem, tak jakoś lżej jej było myśleć o tym w ten sposób. Wpatrywała się w niego, kiedy poprawiał jej wianek. Jego zielone oczy niesamowicie lśniły oświetlane blaskiem ognisk. Nie mogła oderwać od nich wzroku, w tej chwili wydawały się być nienaturalne, kolor był bardzo intensywny. Dotknęła też wtedy opuszkami lewej dłoni jego policzka, bardzo delikatnie, atmosfera Lithy jej się udzieliła. Najchętniej w ogóle nie odrywałaby od niego rąk, chociaż wiedziała, że nie mogła do tego doprowadzić. Mieli zatańczyć ten jeden taniec, a później pójść kupić bibeloty do domu, na samym końcu wyruszyć na poszukiwania magicznego kwiatu. Kiedy już go znajdą będą mogli się stąd zwinąć, i znaleźć w jej mieszkaniu gdzie wreszcie przejdą do tego, na co czekała najbardziej. Obiecali sobie, że będą odpowiednio celebrować ten sabat, bardzo na to liczyła. - Nie wydaje mi się, że będę ci miała co wybaczać. - Szczególnie po tym, co jej zaprezentował przed chwilą. Ambroise okazał się być wyśmienitym tancerzem, nie żeby ją to dziwiło, najwyraźniej wszystko za co się brał robił doskonale. Taki idealny chłopak się jej trafił... - To nie może być takie trudne, na pewno sobie poradzimy. - Tak, ona też unikała tych tańców, ta część sabatów nie interesowała jej jakoś specjalnie, ba może nawet nieco krępowała. Nie potrafiłaby się zbliżyć i otworzyć przed kimś obcym, mimo, że niby nie miała wstydu. To doświadczenie wydawało jej się łączyć ze sobą cielesność i duchowość, a nigdy raczej nic emocjonalnego nie łączyło ją z żadną osobą. Teraz czuła pewność, że chce to zrobić. To miało być nowe doświadczenie dla ich dwójki, miała nadzieję, że go nie pożałują, a może wręcz przeciwnie, że będą zamierzali to powtórzyć. Nie lekceważyła tego, co miało nadejść. Wiedziała, że rytuały nie odbywały się bez przyczyny, od lat gościły w tradycji czarodziejów. Zamierzała potraktować to z odpowiednim zaangażowaniem, nie chciała go zawieść, skoro już się zdecydowali na to, aby w tym wziąć udział, to miała to zamiar zrobić według wszystkich ogólnoprzyjętych norm. Obserwowała tańce podczas innych sabatów, pamiętała, że w szkole też o nich czytała, ale nigdy tego nie praktykowała. Nie mogło być to jednak specjalnie trudne, inaczej nie brałoby w tym udziału tyle osób, fakt - spora część zeszła z parkietu, ale podejrzewała, że było to spowodowane podobnym zachowaniem do tego jej, kiedy była młodsza. Muzyka była zdecydowanie spokojniejsza od tej wcześniejszej, ten taniec wyglądał bardziej jak gody zwierząt, podchodzili do siebie, delikatnie się dotykali, a później odchodzili. Nie mieli czasu na to, aby zbliżyć się do siebie za bardzo. Nie było ku temu miejsca. To wyglądało bardziej jak podchody, delikatne ruchy, dotknięcia, spojrzenia w oczy, spokojny oddech w okolicy ucha, a później powrót i znowu oddalenie. Tak, ten taniec zdecydowanie pobudzał zmysły, przyprawiał ciało o szybsze bicie serca, a świadomość, że nie mogła dostać od niego teraz tego na czym najbardziej jej zależało doprowadzała ją do białej gorączki, musiała jednak panować nad tym żarem, który zaczął w niej płonąć. RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 - Nawet nie poszedłem na pogrzeb - rzucił zawadiacko, kręcąc głową, po czym zmarszczył czoło. - Poszedłem? - Cóż, może warto było upewnić się odnośnie tego, kiedy to milsze, ale też bardzo poplątane alter ego Geraldine zniknęło z powierzchni. Nie był w stanie powiedzieć, kiedy przestała mu mówić jakieś uroczo zagmatwane głupoty, prawiąc babciowe komplementy i uroczo się przy tym czerwieniąc. Nie dostrzegł tego momentu. Nie wiedział czy to było od razu, czy ustąpiło równie z jego rozplątaniem języka i nauką mówienia wprost o tym, jak bardzo chciał nie kontynuować nic związanego z tą przyjaźnią. - Chcesz szczerości i czy mamy przy tym pewność, że już nas nie nawiedza? Mogłaby się obrazić - dopytał, unosząc brwi i wpatrując się w nią z wyrazem twarzy mówiącym, że nie do końca chciałby narazić się tej swojej przyjaciółce, która choć przyjemnie łechtała mu ego w większej ilości okazji to jednocześnie potrafiła go również mocniej zjebać. Obecnie raczej to mieli wyrównane. W ich relacji panowało coś na kształt harmonii wynikającej z tego, że starali się być dla siebie partnerami. Nie musiał zniżać się do tandetnych umizgów. Mógł przeznaczyć ten czas na konkretne dowody tego, że mu zależy - w ostatnim czasie próbował dodać do tego trochę więcej powszechniejszego romantyzmu głównie w postaci materialnej. Kwiatach, olejkach roślinnych, uzupełnianiu eliksirów w zapasach na łowieckie wyprawy, zrobieniu czarnej brązowej kawy i prostego śniadania do łóżka. Ze słowami ograniczał się do powolnych prób. Trudno mu było tak po prostu powiedzieć to, co wielokrotnie przechodziło przez myśl. Miał niesamowite szczęście w życiu, że nie zawalił tego do końca w zeszłym roku. Ciężko było pomyśleć, że mogli nie stać tu razem. Nie dało się powiedzieć, że bez tego wszystkiego między nimi nie braliby udziału w uroczystościach, ale te byłyby puste. Jak we wszystkich poprzednich latach. Nie byłby w stanie wrócić do tego. Nie teraz. Szczególnie po tym wieczorze. Nie spodziewał się, że tak magicznym i mistycznym, tym bardziej, że to nie był jego pierwszy rok uczestnictwa w sabacie. Perspektywa miała znaczenie. - A jednak wróciła spędzić ze mną noc? - Uśmiechnął się porozumiewawczo z przymrużeniem oka. - Możesz jej przekazać, że faktycznie poradzimy sobie razem - nie potrzebowali nic więcej prócz tych autentycznych siebie. Szczególnie, że Ambroise odkrywał tego wieczoru nieznane oblicze każdego z nich. Udział w tańcu również w tym pomagał. W tym, co było między nimi nie brakowało pożądania, żądzy i erotyzmu. Niemalże każdy gest z jego strony był nimi przepełniony, stanowiąc dowód na to, jak bardzo pragnął ich wspólnej cielesności, jednakże pod tym wszystkim kryły się też pokłady czegoś znacznie głębszego. O niektórych rzeczach nie był w stanie mówić a próby skategoryzowania tego w głowie przynosiły Ambroise'owi niewiele więcej sukcesu. W gruncie rzeczy nie chodziło o słowa ani określenia. Mieli coś, czego nie doświadczył z nikim innym. Jakieś głębsze porozumienie na poziomie podświadomości, duchowe połączenie. Coś, w co nigdy niespecjalnie wierzył i pewnie nie zmieniłby co do tego zdania, gdyby nie to, że tak po prostu było. To istniało, niemalże dało się tego dotknąć, jakby jeszcze chwila i mogło namacalnie się ujawnić. Chciał być dla niej kimś lepszym. Właściwym człowiekiem, którego potrzebowała. Nawet przy pełnej świadomości, że nie był ideałem. Wbrew temu, co pokazywał na zewnątrz, świecąc - nie - błyszcząc arogancką pewnością siebie i nie wahając się podkreślać, jak to był najlepszą partią dopóki nie ściągnęła go z rynku. W rzeczywistości czasami zastanawiał się, jakim cudem udało mu się znaleźć kogoś takiego. Jak z nim wytrzymywała. Szczególnie wtedy, kiedy on sam miał z tym problem. Tak. Jak bardzo pełna niepokory by była, niewzruszona pewność siebie była cnotą. Mało kto o tym mówił. To nie było powszechnie akceptowane, ale każdy, nawet bezkrytyczny przejaw wysokiego poczucia własnej wartości stanowił coś pozytywnego. Znacznie ułatwiał radzenie sobie w sytuacjach zawodowych i towarzyskich a w parze z odpowiednim tonem głosu i dobranymi słowami ograniczał możliwość bycia zupełnie nielubianym. Raczej przyjmowanym za kogoś specyficznego, ale w porządku. Niestety jednocześnie nie było to coś uniwersalnego. Nie musiało emanować na każdą płaszczyznę i tu... ...tu Ambroise czuł się cholernie odsłonięty i zachowawczy, choć nie nieszczery, mając świadomość, że po raz pierwszy w życiu jest stanowczo zbyt samoświadomy w tej miłości. Miała go w garści, mogła z tym zrobić wszystko. Zawróciła mu w głowie, zawładnęła jego oddechem i myślami. Dopóki było dobrze, dopóty nie miał wobec tego nawet cienia obaw. Zachowywał się zupełnie tak jak zawsze. Dokładnie tak jak chciał wtedy, kiedy byli przyjaciółmi, ale same te miesiące były dowodem na to, jak bardzo obawiał się spierdolić całą sprawę. Miał przy tym świadomość, że niektóre przyzwyczajenia i sam charakter nie dadzą mu założyć sobie kagańca. Prędzej czy później dojdzie między nimi do spięcia, kiedy będzie musiał wybierać między swoją dumą (w tym wypadku już kruchą jak szkło) a dobrem wszystkiego, co budowali. Między nią jawiącą mu się jako jedyna osoba, z którą mógłby faktycznie łączyć życie a sobą - w tym wypadku uważanego za kogoś, z kim trochę nieświadomie dusił się przez lata, teraz zaczynając odżywać. Co gorsza nie wiedział, jaki mógłby być wynik tej potyczki. Nie chciał tego sprawdzać. Nie niedługo ani nie nigdy. Wiedział to, patrząc na nią teraz w tym świetle, kiedy wydawała mu się wręcz niesamowicie eteryczna. Jak złudzenie. - Ten kwiat paproci - wręcz wydusił z siebie cicho i z trudem, jakby coś przyblokowało mu gardło. - Może w przyszłym roku? - Spytał z wyczuwalną nadzieją na usłyszenie czegoś, czego się mimo wszystko nie spodziewał. Wiedział, że jest uparta a w tym momencie nie próbował ukrywać tego, że ma go w garści. Chciał z nią wrócić do jej lub jego mieszkania, chatki nad morzem, prywatnej części rezydencji Greengrassów w Dolinie Godryka (w końcu tu mieli najszybciej i całkiem dogodnie), tak naprawdę gdziekolwiek, gdzie mogliby zostać sam na sam. Miejsce nie miało większego znaczenia. Oczywiście, celebracja sabatu powinna odbyć się gdzieś w odpowiednich warunkach, stąd kawalerka na Pokątnej raczej nie wchodziła w grę. Natomiast cała reszta niespecjalnie Ambroisa obchodziła. Liczyło się, że już teraz zdejmował z niej spojrzeniem tę białą sukienkę. W tej chwili materiał wydawał się wręcz nieprzyzwoicie śliski i otulający. Teoretycznie ukrywający wszystko, ale jednocześnie nie pozostawiający zbyt wiele pola do domysłu dla kogoś takiego jak on, kto spędził długie godziny na studiowaniu wszystkich krzywizn i zakamarków jej ciała. Mógł wskazać kształt pieprzyków przy kolanie, łukowaty zarys niedużej blizny przy łokciu, każde załamanie kości obojczyków, wielkość dołeczków na plecach. Mógł przywołać w pamięci obrys długiej blizny na plecach ukochanej, czasami w nocnej ciszy zastanawiając się nad tamtym pamiętnym okresem i tymi dniami spędzonymi w posiadłości Yaxleyów w górach. Zrobił wszystko, co mógł, żeby nie nosiła zbyt wielu śladów spotkania z kelpie a ten jeden jedyny traktował jak wspomnienie, czasem również jako przypomnienie dla siebie, że złożył to przyrzeczenie, by być przy niej już zawsze, usiłując być dla niej we wszystkich trudnych chwilach. Tak, żeby już nie musieć widzieć smutku na jej twarzy, załamania i rozgoryczenia. Zamierzał dotrzymać tej obietnicy jak żadnej innej. No. Może prócz tej na dzisiejszą noc. RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 - Byłam pewna, że byliśmy na tym pogrzebie razem... - Tak naprawdę sama nie zauważyła, kiedy przestała sięgać po te jakże wyszukane komplementy. Cieszyła się tylko z tego, że przestała to robić, zdecydowanie niechętnie wracała do tamtego czasu, miała wrażenie, że to był dosyć mocno kompromitujący ją moment. No, ale miała to za sobą, to było najistotniejsze. On również zauważył zmianę, więc musiało być już lepiej. - Tylko i wyłącznie szczerości. - Wydawało jej się, że to jest jasne. Szczerość wydawała się być dość istotna, o ile nie najważniejsza w tym, co przyszło im razem tworzyć. - Czy ja wiem, ona chyba nie była szczególnie obrażalska... - Jasne, wcale. Chcąc nie chcąc wróciła do dnia swoich urodzin, kiedy się na niego okropnie sfochała, bo nie potrafił zrozumieć, że chciała z nim spędzać sabaty właśnie w ten sposób jak dzisiaj, oczywiście bardzo pokrętnie próbowała mu to wtedy przekazać. Pamiętała jak mocno się wtedy zirytowała, i tak, zdecydowanie była wtedy obrażona na niego, chociaż zapewniałaby go, że wcale tak nie było. Czasem zachowywała się jak nastolatka, która nie radziła sobie ze swoimi emocjami, szczególnie, że wtedy to wszystko się w niej kotłowało i szukało ujścia. Teraz było zdecydowanie lepiej. Naprawdę była zadowolona z tego, że udało im się jakoś ułożyć to wszystko. Wymagało to pewnych zmian w ich typowych zachowaniach, ale widać było, że obie strony nad sobą pracują, a naprawdę mieli całkiem sporo rzeczy, które mogli poprawić. Nie tak łatwo było osobom z ich temperamentami współtworzyć coś z podobnymi do siebie partnerami. Te charaktery potrafiły przynosić chaos, nigdy nie można było przewidzieć jak zareagują na coś co im się nie spodoba, chociażby jedno słowo. Geraldine uczyła się przy nim cierpliwości, tak, tego była pewna, kiedyś jej brakowało tej cechy, nie, żeby teraz było o niebo lepiej, ale naprawdę nad tym pracowała. - Jasne, już znika. - Dodała z uśmiechem, oczywiście, że nie zamierzała wyciągać w tej chwili przyjaciółkowej wersji siebie, to nie było wskazane, nigdy nie chciała z niej korzystać. Nie sądziła, że taniec może okazać się takim magicznym doświadczeniem. Słyszała o tym, że te rytuały potrafiły przywołać pewne ukryte, pierwotne instynkty, jednak trochę podchodziła do tego z przymrużeniem oka. Zapewne przez to, że nigdy nie należała do jakoś szczególnie wierzących osób, szanowała tradycję, ale nie do końca była człowiekiem, który odpowiednio traktował duchowość. Zapewne przez to, że nie do końca to rozumiała, wychowano ją też aby mocno stąpała po ziemi. Sięgała po wszystko, co miała na wyciągnięcie ręki, a nie rozmyślała o niebieskich migdałach i gdybała o tym, co w ogóle mogło nie istnieć. Powoli docierało do niej, że może jednak faktycznie było coś więcej. To co łączyło ją z Ambroisem było czymś więcej. Nic nie mogło się równać z tą więzią, miała czasem wrażenie, że dopiero przy nim była tak naprawdę sobą, w całej okazałości, że miał w sobie kawałek jej duszy, jakby jedynie razem mogli tworzyć całość, która była właściwa. Oczywiście jeszcze nie podzieliła się z nim tymi przemyśleniami, bo uważała, że nie był to jeszcze na to odpowiedni moment, zresztą nie przepadała za mówieniem o swoich uczuciach, to zawsze sprawiało jej problem. Przy nim i tak się dosyć mocno otworzyła, bo obiecała mu, że będzie mówiła wprost i starała się tego trzymać. Nie chciała dawać mu nawet najmniejszego powodu do zwątpienia. Zależało jej przeogromnie na tym, żeby im się udało. Pragnęła tego, jak niczego innego. Nie wydawało jej się przy tym, żeby zaczęła w tym tracić siebie, mimo, że trochę brakowało w niej dawnej zawziętości, potrafiła mu ustępować, właściwie to tylko przy nim się tak zachowywała. To nie tak, że w stosunku do innych stała się równie miękka. Nie, to dotyczyło tylko i wyłącznie Ambroisa. Zapewne na tym polegała ta cała miłość, na szukaniu kompromisów, ustępowaniu, aby zobaczyć uśmiech na jego twarzy. Nie musiała podążać za tą niezależnością, która kiedyś wydawała jej się najważniejsza. Przestało jej na tym zależeć. Nigdy by nie uwierzyła, że przyjdzie jej to tak lekko. Zmienić te wszystkie typowe dla siebie zachowania. - Nie wiedziałam, że jesteś legilimentą... - Powiedziała bardzo cicho z pełną powagą, bo przed chwilą przeszło jej przez myśl dokładnie to samo. Brakowało już w niej tej pewności, że to poszukiwanie kwiatu paproci było dobrym pomysłem. Nie chciała marnować więcej czasu, chciała przejść do tej ważniejszej części celebracji, tak, zdecydowanie na tym zależało jej najbardziej. Szczególnie po tym nie do końca przewidywalnym tańcu, podczas którego mogła pozwolić sobie w większości na wyobrażanie sobie tego, co z nim zrobi, kiedy znajdą się w domu. Obojętne w którym, musieli po prostu oddalić się stąd jak najszybciej, jeśli nie chcieli dołączyć do tych par, które sprawdzały zieloność runa leśnego. Zakaładali, że są ponad to i naprawdę zależało jej na tym, aby się tego trzymać, chociaż znajdowała się już u skraju swojego opanowania. - Tak, zróbmy to w przyszłym roku, w tym możemy zająć się czymś innym. - Wyszeptała mu jeszcze te słowa do ucha, muskając je przy okazji bardzo delikatnie ustami. - Chodźmy. - Powiedziała w końcu głośniej. Muzyka się wyciszyła, był to odpowiedni moment, aby wycofać się z parkietu, złapała go przy tym za nadgarstek, bo nie zamierzała zgubić Ambroisa w tym tłumie, a przy okazji mogła poczuć pod palcami ciepło jego skóry, bardzo, ale to bardzo chciałaby odczuwać je mocniej, ale aktualnie nie było to możliwe, korzystała więc z tego, na co faktycznie mogła sobie pozwolić. Jej kciuk zaczął zataczać kręgi na jego nadgarstku, nie mogła utrzymać rąk spokojnie. - Amulety... - Powiedziała jeszcze nieco cicho, gdy wrócili w okolice straganów, myślała o tym, że to też mogliby pominąć, jednak chodziło o Piaskownicę, to trochę zmieniało postać rzeczy. Zatrzymała się w miejscu i próbowała wyszukać wzrokiem stoisko przy którym był najmniejszy tłum, najlepiej byłoby zahaczyć właśnie o takie. Właściwie to przy większości aktualnie kolejki należały do tych mniejszych, w sumie robiło się coraz później, czarodzieje zajmowali się teraz innymi sprawami i bardzo dobrze. Dzięki temu będą mogli szybciej się stąd ulotnić, a to aktualnie stało się jej priorytetem. Nadal nie miała pojęcia, gdzie pójdą, ale o tym zadecydują później, pewnie zupełnie przypadkiem. RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.10.2024 - Tylko, jeśli trafiła do zbiorowej mogiły z naszą przyjaźnią. W innym wypadku nie wiem, kiedy złożyłaś ją pod ziemią - wywnioskował, że to raczej była ta pierwsza opcja, jednakże nie był co do tego aż tak pewny, żeby użyć bardziej zdecydowanych słów. Mówili o tej teoretycznej, tak właściwie to nieistniejącej personie. Specyficznym wytworze specyficznych warunków między specyficznymi ludźmi, jakimi wtedy byli. Zresztą teraz również wcale nie przestali nimi być. Po prostu nie mieli już problemów, które jeszcze kilka miesięcy temu były dla nich czymś niemalże nie do przeskoczenia. To było na swój sposób śmieszne - w jednej chwili kluczyli we mgle, stąpali po niestabilnym i grząskim gruncie, obawiali się rozmów, więc rzucali w siebie słabo wyczuwalnymi sugestiami i wieloznacznościami. W kolejnej jedynym, co chciał z niej zrzucić była bielizna zaraz po sukience i tych ciężkich buciorach, które oczywiście zauważył podczas pierwszej przechadzki. - Więc: nie. Niech spoczywa w pokoju - zrobił adekwatny gest ręką, odsyłając tę przyjacielską wersję dziewczyny z powrotem w zaświaty albo do krainy urojeń (nie był pewny, bo tamte pół roku jawiło mu się trochę jako wariacja i ich wspólną halucynacja). Prawdopodobnie mógłby zapomnieć o istnieniu tamtego okresu, gdyby to było im na rękę i gdyby dała mu do zrozumienia, że ona też tego chce. To nie był jego najbardziej błyskotliwy czas. Po kilku miesiącach i z obecnej perspektywy czasami łapał się na tym, że nareszcie docierało do niego coś, co już dawno powinno być jasne. Ot przypadkowa myśl, wspomnienie jakiejś rozmowy i dwuznaczności słów, które aktualnie byłyby bardzo jasne i klarowne, i zagoniłyby ich w wiadome miejsce. Na przykład jej ostatnie urodziny. Te, które całkowicie negowały poprawność twierdzenia, że tamta wersja Yaxleyówny była ze wszech miar ugodowa i na pewno nie była obrażalska. Ambroise parsknął, odruchowo wznosząc wzrok w kierunku ciemnego nieba. - Chciała mnie udusić tortem urodzinowym. Na pewno o tym myślała - skwitował bez powątpiewania; teraz to było całkowicie jasne. - A mogła wlać w nas więcej alkoholu. Było całkiem blisko - zasugerował dodatkowo bezczelniej, przenosząc wzrok na Geraldine. To był fakt. Jeszcze pół butelki, może nawet trochę mniej i prawdopodobnie puściłyby mu hamulce. W żadnym innym momencie nie był tak blisko zsunięcia ciasta ze stolika i przyciągnięcia jej do siebie na tamtej kanapie. Wcześniej tamtego wieczoru wielokrotnie mówił sobie, żeby nie przesadzać z alkoholem, którego podszepty mieszały mu w głowie. Więc naturalnie schlał się z nią tak jak nigdy wcześniej ani później. Kropla więcej zaważyłaby na decyzjach, dodałaby odwagi... ...ale może tak było lepiej, że rozsądnie wyszli wtedy na miasto, pozostając tylko dobrymi przyjaciółmi? Dzięki temu ich pierwsze zbliżenie było świadome, pozbawione alkoholu buzującego w żyłach. Znacznie pewniejsze i świadome od czegoś, do czego mogłaby ich popchnąć fałszywie nakręcona odwaga. Bowiem taką odwagę uważał raczej za maskowane tchórzostwo. Odkąd zaczęli ze sobą być, praktycznie nie zdarzało mu się wychodzić gdzieś samotnie do baru. Kiedyś to była raczej norma przynajmniej dwa lub trzy razy w tygodniu. Oczywiście nie przestał spotykać się z przyjaciółmi, o ile dało się tak określić dokładnie dwa wypady przez cały ostatni czas, po których od razu wracał do domu stęskniony za dotykiem jak szczeniak. Nie przestał palić. W dalszym ciągu kopcił jak smok, ale z zadowoleniem stwierdził, że nie miał już chęci spędzać czasu z butelką. Kieliszek wystarczał, szklaneczka tak samo, szczególnie ten wypity przed kominkiem lub w innych miłych, domowych okolicznościach. Wirując z ukochaną w tańcu czuł się odurzony. Nie miał pewności, że to nie Macmillanowie w porozumieniu z Mulciberami dodatkowo dorzucili coś do ognisk. Prawdę mówiąc niespecjalnie by się zdziwił, szczególnie znając tych drugich. Niespecjalnie się tym przejmował, jedynie dostrzegł stan podobny do upojenia alkoholowego, choć tego wieczoru nie uraczyli się jeszcze ani jedną kroplą. To też powinno należeć do tradycji. Wspólny toast był jedną z rzeczy, jaką mogliby zrobić, gdyby tylko nie to, że w tym momencie Greengrassowi wcale nie brakowało dodatkowych metafizycznych doznań. W żaden sposób nie musiał podkręcać swojego przyjemnego rauszyku, dostatecznie pobudzony, by z ledwością powstrzymywać się od nieprzyzwoicie jawnego dotyku na ciele partnerki i oszołomiony atmosferą. Nie wiedział, na które M należało stawiać: M jak Miłość czy M jak Mulciberowie i ich kadzidła kładące się dymem pod nogami tańczących jak upajająca mgła. Chyba wszystko na raz, jedno w żadnym razie nie wykluczało drugiego a wyłącznie podbijało, wprawiało w uczuciowy rozdrgany haj. - Ja też umiem zaskakiwać - odmruknął z szelmowskim cieniem kryjącym się w uniesionych kącikach ust, przysuwając się odrobinę, kiedy wykonała ten jednoznaczny ruch w jego stronę. Mimowolnie przymknął oczy, uśmiechając się jeszcze bardziej. Pieszczota warg sprawiała, że przechodził go dreszcz. Przyjemny, nawet bardzo, ale jednocześnie również niesatysfakcjonujący jak urwana obietnica czegoś głębszego. - Chętnie posłucham o wszystkich alternatywach, jakie przychodzą ci do głowy, moja droga - nienachalnie zbliżył rękę ku jej talii, obejmując ją w pasie, żeby przytrzymać Geraldine na dłużej przy sobie zanim się od niego odsunie. Powinni już stąd iść. Zdecydowanie oboje tego pragnęli. Nie było co do tego żadnych wartości, a jednak zastygnięcie tak jeszcze na moment czy dwa delektując się atmosferą ognisk było bardzo kuszące. W pewnym sensie napawał się tą chwilą, starając się zapanować nad własnym ciałem i umysłem. Odrobina odroczenia nagrody w czasie nie była taka zła. Dopiero uczył się to dostrzegać. To natomiast nie znaczyło, że nie skrzywił się na to jedno słowo powstrzymujące ich przed dalszym kierowaniem się ku krawędzi lasu poza ograniczenia teleportacji. Bzdety, srety, pierdolety - miał ochotę mruknąć, odciągając myśli Geraldine od dokonywania zakupów zamiast ulatniania się z nim w kierunku jakiegoś bardziej prywatnego miejsca. Nie leśnego runa. Byli na to za dobrzy - ustalili to już dawno, chociaż w tym momencie zdawało mu się, że być może mogliby trochę o tym ponegocjować, bo pragnienie znalezienia się jak najbliżej coraz bardziej natrętnie wypierało przejawy logiki. Nie spodobałoby mu się stwierdzenie, że przy niej tracił poczucie konieczności zachowywania się z godnością. Zresztą wcale tak nie było. Czuł, że jej obecność przy boku go uświetniała tak jak sprawiała, że ten sabat był bardziej wyjątkowy od dziesiątków innych, na których był w przeszłości. Miał wrażenie, że przy niej staje się po prostu lepszym, bardziej poukładanym człowiekiem. Niekoniecznie łagodniejszym, raczej nadal równie chłodnym i oficjalnym w stosunku do pacjentów w szpitalu, w dalszym ciągu twardym i zdecydowanym w relacjach biznesowych, konkretnym i dążącym do swego. Z tym, że we wszystkim zmieniło się właśnie to ostatnie - teraz jakby przestawał w tak neurotyczny sposób zabiegać o to, co jeszcze chwilę wcześniej. Zmieniał swoje priorytety. I chyba stawał się bardziej odpowiedzialny w stosunku do własnego życia, bo ostatecznie skinął głową, dając się pociągnąć w kierunku stoisk z amuletami, które normalnie by ominął, bo zazwyczaj nie myślał o zabezpieczaniu domu. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia, ale nie podejmował takich kroków, gdy był sam. Teraz pomyślał o niej i o tym, że warto byłoby dodać coś magicznego do ich nowej nieruchomości, toteż mimowolnie zajął się przeglądaniem towaru na jednym z kilku bardziej pustych stoisk. Całe szczęście udało im się przeczekać najgorszy tłum. - Widzisz coś, co chcielibyśmy kupić? - Spytał wprost, ignorując zniesmaczone spojrzenie sprzedawczyni, dla której cały towar był niezmiernie cenny i wartościowy. - Proszę się nie kłopotać. Poradzimy sobie. W razie czego panią poinformujemy, oczywiście - zapewnił kulturalnie acz z dystansem, rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Geraldine, kiedy kobieta odwróciła wzrok i zezując w kierunku mniejszego, bardziej kameralnego stoiska wyglądającego bardziej obiecująco od komercyjnie sprzedawanych wyrobów. Kto wie czy nie od czarodziejów z dalekiej Azji. Te, na które wskazał wzrokiem wyglądały dużo bardziej rzemieślniczo. - Dziękujemy bardzo. Niestety na nic się dzisiaj nie zdecydujemy - stwierdził samowolnie po krótkim zawahaniu, po czym z sabatowym pożegnaniem na ustach odciągnął swoją dziewczynę w kierunku tego drugiego straganiku na obrzeżach polany. Miał ku niemu znacznie lepsze przeczucia, choć bardzo stara sprzedawczyni sprawiała co najmniej bardzo osobliwe wrażenie. Trochę przyprawiała go o wewnętrzny niepokój, ale chyba w tym pozytywnym sensie. Jakby dzięki niej miało się wydarzyć coś nieoczekiwanego, ale dobrego. RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.10.2024 - To było wtedy. - Potwierdziła, chociaż wcale nie była taka pewna, ale wydawało jej się, że faktycznie stało się to tego pięknego dnia, kiedy wyszli z friendzone'u w którym tkwili przez kilka miesięcy. Zdecydowanie cieszyła się z tego, że mieli to za sobą. Nie chciała wracać do tej niewygodnej sytuacji, tyle, że tamto musiało się wydarzyć, aby trafili do tego momentu, w którym aktualnie się znajdowali. Od poznania, poprzez nienawiść później przyjaźń, aż wreszcie miłość, której tak naprawdę żadne z nich jeszcze nie nazwało wprost. To nie było potrzebne, przynajmniej jak na razie. Gesty, przywiązanie wszystko świadczyło o tym, że to właśnie mieli teraz. Pewnie kiedyś odważą się użyć tego konkretnego słowa, chociaż, czy właściwie było to potrzebne, skoro wiedzieli co się z nimi dzieje? Nie potrzebowali tego do niczego. Wystarczały te konkrety, które dostawała, jak chociażby wspólny dom, to świadczyło o tym, że faktycznie mieli zamiar razem coś stworzyć. - Gwarantuję, że tak będzie. - Nie miała zamiaru wyciągać spod ziemi tamtej wersji siebie. Zdecydowanie bardziej podobała się jej ta obecna, naturalna, która nie musiała się zastanawiać nad każdym swoim gestem, tak było prościej, szczególnie gdy ustalili, że chcą tego samego. Nie musiała już nad sobą panować, mogła sięgać po wszystko, na co tylko miała ochotę, zresztą on również. Nie potrzebowali hamulców, które wcześniej skutecznie powstrzymywały ich od przekraczania granic, teraz to było ponad nimi. - Nie wiem, czy chodziło o uduszenie, ale na pewno miała zamiar rozsmarować ci tego torta na twarzy. - Nie była, aż tak brutalna, chociaż wtedy się o to prosił. To był jeden z dni, kiedy najgorzej sobie radziła z tym, co się między nimi nie działo. Pamiętała, że była bardzo bliska przekroczenia ram tej relacji, która ich wtedy łączyła, tyle, że Ambroise jakimś cudem wybrnął z tego i postawił ją do pionu. - To prawda, było bardzo blisko. - Gdyby nie opuścili wtedy jej mieszkania zapewne zakończyłoby się to zbliżeniem, o którym w sumie myślała od wielu dni. Wydawało jej się jednak, że nie był to odpowiedni moment, wtedy mogliby sobie z tym nie poradzić. Zwalić to, co by się wydarzyło na alkohol, jeszcze zaczęliby się unikać, żeby nie wracać do tematu... Może więc i dobrze, że trochę przesunęli to w czasie. Kosztowało ją to trochę nerwów, ale jednak miała pewność, że chcą tego samego i nie mogli tego zwalić na nietrzeźwość. Yaxleyówna również mocno zmieniła swoje przyzwyczajenia, kiedyś nie znosiła siedzieć w domu, przytłaczało ją puste mieszkanie, szukała towarzystwa niemalże codziennie, spotykała się ze znajomymi, jeśli nie z nimi to chodziła do pubów, aby wychylić kilka drinków z nieznajomymi, zawsze potrafiła sobie znaleźć kompanów. Zmieniło się to jednak, już tego nie potrzebowała, przestała też w siebie wlewać hektolitry alkoholu, wydawało jej się to zbędne. Znalazła inny sens w swoim życiu, nie spodziewała się, że tak łatwo jej przyjdzie zmiana przyzwyczajeń. Jak widać dla każdego była nadzieja, skoro ona się ogarnęła tak szybko. W jego towarzystwie nie musiała sięgać po alkohol, zupełnie tego nie potrzebowała, i tak była nieco oderwana od rzeczywistości, trochę, jakby ciągle była odurzona, tyle, że nie żadnymi używkami, a Ambroisem Greengrassem. Przypominało jej to nawet opętanie, nie mogła przestać o nim myśleć, szczególnie, gdy nie było go przy niej, kiedy znikał na swoich całonocnych dyżurach. Oduczyła się spania w samotności, łaknęła jego obecności, najchętniej nie odstępowałaby go nawet o krok, chociaż wiedziała, że to nie było możliwe. Dziwne to uczucie i strasznie potężne, nie miała pojęcia, co to były za sztuczki, ale działały, tonęła w tym uczuciu i nie chciała, aby kiedykolwiek się to skończyło. - Wiem, zauważyłam. - Nie musiał jej o tym wspominać, zaskakiwał ją wiele razy. W szczególności te jego wszystkie gesty, o których sama pewnie nigdy by nie pomyślała. Drobne, aczkolwiek zauważalne, uświadamiające jej o tym, że o niej myślał, kiedy przynosił do domu te wszystkie pierdolety, które kupował dla niej, czy wracał z kwiatami. Niby nic, ale ją to cieszyło, to oznaczało, że pojawiała się w jego myślach, kiedy nie znajdowała się obok niego. Może ta obsesja nie dotyczyła tylko jej? - Szkoda czasu na opowiadanie o nich, wolałabym od razu przejść do działania. - Oczy jej błyszczały, zdecydowanie wolała przejść do rzeczy niżeli rzucać słowa i opowiadać o tym, czego to by z nim nie zrobiła. Wolała działać, tak, to zdecydowanie łatwiej jej przychodziło. Wolała wymknąć się z jego objęć, bo czuła, że dłużej nie wytrzyma tej ograniczonej bliskości. Nie mogli sobie pozwolić na zbyt odważne ruchy, co trochę ćwiczyło ich siłę woli, bo nie byli do tego przyzwyczajeni, raczej zawsze dostawali od razu to na co mieli ochotę, to była ogromna zaleta tego, że zazwyczaj spędzali czas w czterech ścianach, gdzie nikt im nie przeszkadzał. Pomyślała o tych amuletach, bo ich dom musiał być bezpieczny. Zależało jej na tym, aby nikt nie mógł im zrobić krzywdy, szczególnie w ich azylu. Chciała mieć pewność, że będą mogli się tam zaszywać na dłużej bez przejmowania się tym, że ktoś mógłby im przeszkadzać. Zabezpieczenia były więc dość istotne, wtedy faktycznie będą mogli zupełnie się zatracić w rzeczywistości. To nie był jej typowy tok myślenia, nigdy bowiem nie wydawało jej się to ważne, ale nigdy też nie chciała, aż tak zatracać się w codzienności. Obawiała się, że mogłaby stracić czujność w jego obecności, zresztą już to robiła, potrafił ją rozproszyć, jak nikt inny. Nie, żeby jej to przeszkadzało, ale w takim wypadku musiała sięgnąć po inne możliwości, stąd pomysł na kupno amuletów. Przyglądała się pstrokatym amuletom i innym błyskotkom, jednak jakoś niezbyt potrafiła wybrać coś, co chciałaby zabrać do ich chatki. Faktycznie te rzeczy wydawały się jej być mocno tandetne. Na szczęście Ambroise miał takie samo zdanie, pokiwała jedynie głową i udała się z nim dalej, do kolejnego stoiska. Tym razem mniejszego, gdzie każdy drobiazg wydawał się być wyjątkowy, jakby ten wystawca poświęcił naprawdę ogrom czasu, aby sprawić, aby te rzeczy miały swoją duszę. To zdecydowanie bardziej do niej przemawiało. W oko wpadły jej muszelki, zawieszone na długim sznurze, niemalże od razu potrafiła je sobie wyobrazić na ich ganku, więc to właśnie był jej pierwszy wybór, do tego poprosiła sprzedawcę o zapakowanie dużego łapacza snów, którego miała zamiar powiesić im nad łóżkiem w sypialni, może wydawał się być nieco tandetny... ale cóż, trochę tandety nie zaszkodzi. Ponoć oba przedmioty były zaklęte jakimiś zabezpieczającymi czarami. W końcu mogli opuścić polanę, na szczęście żadne z nich nie próbowało przepchnąć tego pomysłu związanego z poszukiwaniem magicznego kwiatka, bo bardzo, ale to bardzo nie chciała tego dzisiaj robić, szczególnie po tym tańcu. Zależało jej na tym, aby jak najszybciej znaleźli się w domu, którymkolwiek, mieli na szczęście całkiem spory wybór miejsc, w których mogliby zakończyć celebrację tego sabatu. Koniec sesji
|