Secrets of London
[09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4080)

Strony: 1 2 3 4


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.10.2024

Mogło się wydawać, że od tamtego ciepłego, słonecznego dnia na plaży minęły wieki a nie miesiące. Nadciągający chłód jesieni zdawał się być innym sezonem życia. Szczególnie wobec tego, ile zmieniło się przez ostatnie tygodnie. Jeśli mogli świadomie zamknąć ten rozdział, zaczynając kolejny to właśnie tak. To bez wątpienia było najlepsze domknięcie i zarazem rozpoczęcie.
Było zarówno jednym jak i drugim. Wszystkim na raz i niczym z osobna. W przeciwieństwie do ich dwojga. Z nikim innym nie czuł się tak naturalną jednością, nawet zanim złączyli swoje ciała w akcie następującym po wymianie pierwszych pocałunków. Nieostrożnych, tak właściwie to całkiem przeciwnie. Brakowało temu umiaru. Wcale nie musiało go tam być. To było we wszystkim najlepsze.
Nie potrzebowali powstrzymywać instynktów. Wyczucie przychodziło samoistnie. Po prostu wiedział, w jaki sposób powinien opleść jej włosy wokół dłoni i całować szyję, przesuwając zębami po wrażliwej skórze i pociągając płatek delikatnego ucha. Jak dotknąć jej piersi, obejmując wargami wrażliwe na dotyk sutki i zostawiając ślad dotyku na mostku pomiędzy nimi.
Jak nakierować ją na niego, pozwalając jej w dalszym ciągu grać pierwsze skrzypce, ale nie pozostając biernym słuchaczem. Nie mógłby być bierny, nie przy niej. Nie pod wpływem wyraźnego dotyku jasno dającego mu do zrozumienia, w czym tkwiła jego rola. Zarówno teraz jak i zawsze.
Cała reszta zatarła się pod naciskiem ciała kobiety na jego odsłonięte ciało. Pod gwałtownością i zdecydowaniem w braniu tego, co należało do niej. Miało należeć zawsze. Teraz. Od teraz. Bez chwili namysłu.
Jeśli wcześniej dawali to sobie do zrozumienia, łącząc życie i codzienność, teraz to było tylko pieczętowanie niepisanego kontraktu, niewypowiedzianej umowy, obietnicy składanej żarliwej niż jakiekolwiek inne, wieczystej przysięgi na łonie natury pod nieboskłonem i cieniem drzew. W podmuchach wiatru, które powinny być przejmujące a przyjemnie muskały ogarnięte gorączką ciało.
Jednakże nie mogły go schłodzić. Nie istniało nic, co mogłoby to ugasić. Nic poza ich dwojgiem i coraz wyraźniejszymi dążeniami.
Pod wpływem chwili podparł się na łokciach, napierając wargami na usta Geraldine, po sposobie w który pociągnęła go zębami (choć nie tylko po tym - tu nie było miejsca na zastanowienie ani domysły) wiedząc, że spełnienie miało nadciągnąć w przeciągu kilku chwil. Była na skraju i całkowicie się w tym zatracała, ogarniając go swoim ogniem, na który odpowiedział dokładnie tym samym - na minutę czy dwie przejmując część inicjatywy z powrotem w swoje...
...no, również nie do końca ręce, choć te z pewnością odegrały swoją rolę w tych paru gwałtownych, intensywnych, sycących momentach chwilę przed tym, gdy jej oddech na chwilę zamarł, spomiędzy warg wydostał się słodki dla uszu jęk a gałki oczne zadrgały wraz z całym napiętym, wygiętym w łuk ciałem.
Nie potrzebował wiele więcej, biorąc to za znak, by wcale nie pozwolić Geraldine tak łatwo opaść mu na pierś. Nie, kiedy oboje dążyli do ostatecznego ujścia rozkoszy. Tym razem inaczej. Wszystko w tej chwili było inne, nawet jeśli nie nieznane. Miał wrażenie, że przesuwając tą niewidoczną granicę posunęli się dalej, jeszcze bardziej plącząc nie tylko swoje rozdygotane ciała. Nie tylko języki, palce dłoni, oddechy i pomruki.
To była ich własna Litha. Ich osobisty intymny rytuał spełnienia, które nadeszło gwałtowniej i bardziej nieokiełznanie niżeli kiedykolwiek.
Jeśli tak miały wyglądać ich wspólne chwile, bez wahania pisał się na więcej. Wiele więcej. Znacznie, znacznie więcej. Nie sądził, aby lepiej - mało co byłoby w stanie przebić ich wczesne popołudnie, choć niewątpliwie mieli jeszcze spróbować, ale na pewno nie był już aż tak krytycznie nastawiony do leśnych wypraw.
Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że ta była ze wszech miar wyjątkowa. Pierwsza, ale nie ostatnia, jeśli miał coś do powiedzenia (a miał całkiem dużo; zazwyczaj, bo w tej chwili jak rzadko kiedy brakowało mu słów). To była niemalże idylla. Nie potrzebował weryfikować niczego a pytanie, które z pomrukiem satysfakcji padło z jego ust było raczej przerwaniem ciszy, wyrazem aprobaty niżeli koniecznością dowiedzenia się czegokolwiek.
- Zawsze będziemy polować w ten sposób? - Wymamrotał ogarnięty błogim rozluźnieniem, jeśli nie rozleniwieniem sprawiającym, że nawet nie próbował utrzymać oczu otwartych.
Były półprzymknięte wraz z wyrazem twarzy świadczącym o tym, że Greengrass nie planował jeszcze przez dłuższą chwilę zmieniać tego, w jaki sposób umościł się na leśnym poszyciu, delektując się jednymi z ostatnich ciepłych promieni odchodzącego lata. Nie przeszkadzały mu chłodne powiewy.
Ciało nadal miał rozgrzane, reagujące na każdy dotyk, ale teraz już inaczej, bo nie chęcią zaspokojenia a ukojenia. Kilku minut napawania się tym klimatem, Geraldine przytuloną do boku, której instynktownie oddał większość płaszcza, nie przejmując się niczym więcej tylko tym, żeby przygarnąć ją z powrotem do siebie, kiedy się z niego zsunęła.
Jeśli wcześniej w ich ruchach i pieszczotach nie było miejsca na łagodność ani delikatność to teraz bezwiednie jej to rekompensował. Bardzo powolnym ruchem opuszków palców gładził ją po uniesionym boku, od czasu do czasu zahaczając o wygięty kręgosłup, gładząc ją po skórze.
Kąciki ust miał uniesione. Włosy w jeszcze większym nieładzie niż ona - z małymi gałązkami i listkami wplątanymi to tu, to tam. Śladem zgniecionej późnej dzikiej maliny na policzku i jakimś nazbyt natrętnym połyskującym żukiem łaskoczącym go w kark, którego strzepnął ruchem dłoni, uśmiechając się jeszcze bardziej. Tym razem z tym kocim zadowoleniem nie do pomyślenia z niczym innym.
Dookoła było cicho i spokojnie. Świergot ptaków, które jeszcze nie odleciały za ocean, ale już powoli się do tego szykowały, na nowo rozległ się w ciszy. Gdzieś w oddali trzasnęła jakaś gałązka, ale ten dźwięk nie był już niepokojący. Cokolwiek było w tym lesie, zniknęło razem ze śmiercią akromantuli. Jedynie ciężki słodki zapach jeszcze nie do końca się ulotnił. W dalszym ciągu dało się go wyczuć, ale już nie tak intensywnie.
Szczególnie, że Ambroise w dalszym ciągu nie zamierzał przejmować się tym, co jeszcze chwilę wcześniej całkiem mocno przyciągnęło jego uwagę. Zmodyfikowana czy nie, wielka pajęcza bestia nie miała jego zainteresowania. Nie, gdy mógł leniwie wyciągnąć się na leśnym runie, łaskocząc Geraldine kosmykiem jej własnych włosów po dekolcie, napawając się tą wczesnojesienną chwilą.
- Kocham cię, Geraldine, kocham cię, zawsze będę - to był ten moment, kiedy nie musiał tego robić wbrew sobie, obawiać się z jakiegoś powodu wydźwięku tych słów, bo przyszły same z siebie z naturalną lekkością, która w każdym innym momencie mogłaby kontrastować z jedynym poprzednim razem, kiedy posunął się do tak otwartego wyznania, ale nie - tu były po prostu właściwe.
Jak idąca za nimi obietnica zadbania o to wszystko. O nich. O nią. O to, co mieli i co mogli mieć. Co niewątpliwie było im pisane.
Nie był w stanie uwierzyć w przewrotność losu. Nie po tym wszystkim. Teraz musiało być już po prostu dobrze.


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.10.2024

Wiele się wydarzyło podczas tego dosyć krótkiego czasu. Uświadomiła sobie, że odnalazła kogoś, bez kogo nie widziała swojej przyszłości. Podejmowali dosyć szybkie, spontaniczne decyzje, z którymi niektórzy zwlekali przez lata, kupili dom, ciągle ze sobą przebywali, uczyli się siebie na nowo, to powodowało, że miała wrażenie, że naprawdę minęło dużo czasu, a przecież było to ledwie kilka miesięcy. Wierzyła w to, że przyjdzie im razem spędzić jeszcze wiele podobnych lat, pełnych niespodzianek, wspólnie podjętych decyzji. Wszystko układało się naprawdę wyśmienicie, ułożyli sobie pewien plan, którego się trzymali. Byli ze sobą szczerzy, bo ustalili już, że nie służą im niedopowiedzenia, wszystko wydawało się zmierzać w jedynym, słusznym kierunku. Była pewna, że to początek naprawdę długotrwałej relacji, ba w tej chwili mogłaby nawet stwierdzić, że takiej, która miała trwać do końca jej żywota. Nie umiała sobie wyobrazić swojego życia bez Ambroisa, czuła, że trafiła na kogoś, kto był w stanie dać jej to wszystko czego potrzebowała, nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło, i nie sądziła, że kiedykolwiek mogłaby to powtórzyć z kimś innym, zresztą nie zamierzała sprawdzać, nie chciała nikogo innego. Kochała tylko i wyłącznie tego mężczyznę. Szaleńczo. Emocje, które na początku ją przerażały stały się teraz dla niej przyjemną codziennością. To naprawdę wspaniałe uczucie trwać u boku kogoś z kim połączyła ją taka więź, najsilniejsza z możliwych. Nie sądziła, że coś byłoby w stanie zepsuć to, co los im dał. Nie było na to szans, to musiało trwać do końca jej dni.

Uzależniła się od niego, był dla niej niczym narkotyk i ciągle chciała sięgać po więcej, nie potrafiła tutaj stawiać żadnych granic, zresztą nie czuła takiej potrzeby, to uczucie mogłoby ją pochłonąć do cna.

Żaden z pocałunków wydawał się jej odpowiednio nie sycić, ciągle chciała więcej i więcej, jakby nie mogła w pełni się nim naciszyć, w tym przypadku była bardzo zachłanna i wcale nie było jej z tego powodu głupio. Nie uważała, że to coś złego.

Nie pomyślałaby nawet, że mogłaby się powstrzymywać. To nie było wskazane w tej chwili, dzisiaj wystarczająco wiele już kosztowało ją trzymanie rąk przy sobie, teraz nie musiała tego robić, mogła pozwolić sobie na to, aby dać się ponieść temu, co rosło w nich od kiedy tylko weszli do tego lasu. Nic już ich nie ograniczało.

Wiedział w jaki sposób ją dotykać, aby doprowadzać do szaleństwa. Jego usta trafiały na te miejsca, które najbardziej pragnęły jego bliskości, robił to perfekcyjnie, dokładnie tak, jak tego potrzebowała. To tylko potwierdzało jej pewność, że są dla siebie stworzeni.

Nigdy dotąd nie czuła, że należy do kogoś tak mocno jak w tej chwili. Oni należeli do siebie, ich światy wyraźnie do siebie pasowały, połączyły się jeszcze bardziej podczas tej chwili, którą wyrwali codzienności.

Widziała w tym mistycyzm, coś bardzo potężnego, z czym nie mieli walczyć, wręcz przeciwnie powinni po prostu zaakceptować to, że tak to wyglądało, dawać się temu ponosić, nie wątpiła bowiem, że to był dopiero początek. Zapewne pisane było im wiele podobnych chwil, czuła, że dopiero zaczynali się w tym odnajdywać.

Spełnienie nadeszło, całkiem szybko, bo nie zamierzali się tutaj rozdrabniać, osiągnęli to, czego potrzebowali. Gdy była pewna, że każde z nich dostało to, na czym im zależało opadła w końcu nieco zmęczona, uspokoiła oddech, starała się zapanować nad przyspieszonym biciem serca. Dostawała od niego tak wiele, że nie była w stanie wyrazić swojej wdzięczności. Zresztą nie miała pojęcia, komu właściwie powinna dziękować za to, że przeznaczenie ich połączyło. Byli sobie pisani, tak tego była pewna. Nie miała zamiaru tego negować, nigdy.

Wtuliła się w niego i oparła swoją głowę na piersiach mężczyzny, chciała, aby ta chwila jeszcze trwała najlepiej jak najdłużej, chciała się nią nacieszyć.

- Mhm, zawsze. - Mruknęła cicho, bo perspektywa powtórzenia tego doświadczenia wydawała jej się być bardzo atrakcyjna. Żadne z dotychczasowych polowań nie przyniosło jej aż takiej satysfakcji (ciekawe dlaczego).

Czuła spełnienie, nie mogła przestać się uśmiechać, chociaż policzki powoli zaczynały ją boleć od tego, że kąciki jej ust nie chciały opaść. Nie mogła oderwać swoich palców od jego ciała, błądziły po nim nadal, chociaż teraz bardzo powoli, delikatnie, jakby chciała zapamiętać każdy, najdrobniejszy fragment.

Nikt nie miał im przerwać tej chwili. Znajdowali się w samym środku lasu, otoczeni dziką naturą, to doświadczenie wydawało się mieć w sobie coś pierwotnego, nadnaturalnego, czego raczej nie miał szansy doświadczyć nikt inny. Nie wierzyła w to, że mogło to być pisane komuś jeszcze. To było tylko ich, dwoje wyjątkowych ludzi.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy usłyszała jego wyznanie. Tym bardziej, że raczej stronili od takich słów, miały więc one ogromne znaczenie, dobrze było wiedzieć, że dla niego również ta chwila była w pewien sposób wyjątkowa.

Uniosła się delikatnie w górę, szukała jego ust, aby skomentować to w jedyny słuszny sposób, jaki jej się nasuwał. Nie słowa, lecz gesty, tym się zazwyczaj kierowała. Gdy w końcu odnalazła jego usta złożyła na nich pocałunek, tym razem zdecydowanie inny od tych sprzed chwili, które były pełne pragnienia i nienasycenia, ten był delikatny, słodki, miał świadczyć o tym, że też go kocha. Wiedziała, że zrozumie do czego zmierza.

Później odsunęła swoje usta od jego i wpatrywała się dłuższą chwilę w twarz mężczyzny, w jego zielone oczy, w których mogłaby się gubić bez przerwy.

Starła kciukiem ten ślad dzikiej maliny z jego policzka. Dopiero teraz również zauważyła gałązki w włosach Ambroisa, cóż, warunki były dosyć specyficzne, ale nie wydawało im się to przeszkadzać.

Opadła znowu tuż obok niego i nie chciała się stąd ruszać. Wiedziała, że niedługo będą musieli zacząć się zbierać, ale póki co jeszcze chwilę mogli trwać tu razem, w tym miejscu. Pełni nadziei na to, że każdy kolejny dzień będzie lepszy od poprzedniego, pełen podobnych niespodzianek.



Koniec sesji