![]() |
|
lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche (/showthread.php?tid=4136) |
RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 16.11.2024 - Pokaleczyłem sobie dla niej nie tylko palce. Nienawidził tego, jakie to było poetyckie. Takie rzeczy przechodziły mu przez gardło z niebywałym trudem i wyjątkowo nie pasowały mu do paskudnej relacji, jaka łączyła go z tą kobietą. Miłość, różany ogród? Kochał ją tak mocno, ale ona o wiele bardziej niż jego kochała władzę, siłę i wpływy. I zakazaną magię, od której degradowała się dusza. Obróciła wszystko, co było w niej dobre w proch, kiedy on dźwigał ciężar kolejnych okrutnych zadań. Ten flakon perfum był w tej historii absolutnie niczym. Detalem, który nie znaczył nic. Dlatego nie lubił tego typu mądrości - kocopoły rzucane przez ludzi niemających pełnego obrazu sytuacji. Przez moment myślał, że się zdenerwował, ale kiedy sięgnął w to głębiej, tym co czuł, okazało się... rozczarowanie. Nie wiedział skąd płynęło - rozczarował się nim czy sobą? Sytuacją? - ...czemu? - Powtórzył to samo. Czemu on to dla niego robił? Nie potrzebował niczego w zamian, nie lubił otrzymywać prezentów, które z nim zostawały. Może dlatego tak spodobały mu się te ciastka - dały mu chwilę, moment warty zapamiętania, nie dawały mu natomiast ciężaru. Bo takie prezenty były ciężkie. Nie wypadało się ich pozbywać, jednocześnie nie miał co z nimi zrobić, nawet jeżeli jakkolwiek mu się podobały. - Laurent, przecież to jest tyle pracy, tyle czasu... - czasu o wiele cenniejszego niż on - ja nawet nie mam pokoju, w którym mógłbym to trzymać. - Powiedział pokoju, bo w gruncie rzeczy nie mierzył wyżej. Nie miał pokoju, nie miał łóżka, mieszkania ani domu. Do niedawna miał półkę na regale Alexandra, dzisiaj tej półki już nie miał, ale przynajmniej nie miał też podbitego oka. Widać było, że kompletnie nie potrafił przyjmować prezentów. Machał tym zeszytem, nie wiedząc, co z nim zrobić. I zgubił się w tym tak cholernie, aby zacząć coś mamrotać, ale tak niezrozumiałego, aby dało się wyłapać z tego coś o aucie, o schowku. Co dokładnie? To było zbyt niezrozumiałe, jakby mówił sam do siebie. Znowu się nastroszył, napiął. Jednocześnie coś w nim pękało. Może i Laurent przestał ściskać jego dłoń, ale on jej nie zabrał - splótł razem ich palce, sytuacja, w której opadał na blat stołu, wcale nie go satysfakcjonowała. - Jeśli chcesz sprawić mi przyjemność, to zjedz te przeklęte ziemniaki. Nie chcę nienawidzić tego upiora jeszcze mocniej. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 16.11.2024 Mógł dopowiedzieć, że nie tylko dla niej pokaleczył te palce. Że kaleczył je sobie ciągle, nawet o rzeczy, które powinny być gładkie. Kartka papieru była w końcu taka niewinna, a każdy chociaż raz się nią zaciął. Wiedział, że pokaleczył się nawet na nim samym. Nie myślał o Fontaine i nie domyślał się, do kogo mogło to być nawiązanie. Myślami był w ogrodzie. Między różami. Między kwiatami. Myślami wskazywał Flynnowi kwiaty i pytał, które mu się podobają. I czy chce je zerwać. Prezent. Zebranie tamtych kwiatów nie kosztowało jednak tyle czasu, ile czasu kosztuje zrobienie tego dziennika, to prawda, ale Laurent cel miał dokładnie ten sam. Zalać te ostre kanty i wgłębienia po starych ranach żywicą. Co się odpowiada na takie pytanie? Krótkie, proste, teraz nie potrzebowało żadnych dopowiedzeń. Pytanie było proste - a odpowiedź wcale nie wychyliła się z głębin ciężkiej głowy Laurenta, którego palce ciągle trzymały dłoń Flynna. Przestał je tak zaciskać, ale ten dotyk był jak pomost. Zerwanie go wydawało się tworzyć przepaść, a przepaść była zerwaniem ostatnich nici porozumienia. Co odpowiedzieć? Jak odpowiedzieć inaczej niż tym dotykiem? Spojrzeć na niego? Czy go bardziej nie speszy? Nie zrobi się dziwniej? - Nie skończyłem go. - Flynn chyba nawet tego nie widział. A może to nawet lepiej - teraz tak się wydawało - będzie miał kartki, które będzie mógł zapełnić czymś... czymkolwiek. Choć podejrzewał, że nie będzie do tego chętny. I to była cała mądrość, jaką teraz miał do powiedzenia: "że go nie skończył". To było takie głupie, ale nie potrafił niczego wyłowić z jeziora swoich myśli, żadnego sensownego zdania, niczego poprawnego, co chciałby mu teraz przekazać. Wszystko się mieszało. Nic do siebie nie pasowało. Nie było takich słów, które dobrze przekazywałyby jego uczucia w tej chwili. - Zamówiłem ostatnio śliczne półki do zamontowania w siodlarni. - Tak, to było ważne. - Jedną z nich mogę podpisać "Crow". - Zabrać, przemontować, kazać umieścić ją gdziekolwiek. - Wiem, że to problematyczne dla ciebie, kiedy go robiłem, nie sądziłem, że twój partner jest taki... aagresywny. - Zawahał się przy tym ostatnim słowie, przez co "a" zostało nieco przeciągnięte. - Nie chcę ci stwarzać więcej problemów. Myślałem, żeby go wyrzucić, ale uznałem, że skoro należy do ciebie, to sam powinieneś zadecydować. - To tylko głupi dziennik. Albo i nie? Dopalił papieros, napił się herbaty, a złapanie za widelec okupione było dozą cierpiętnictwa. Odszukał spojrzeniem zegarek - wydawało mu się, że wstali o poranku. A może to jakieś dziwne, tutejsze zwyczaje? Spojrzał na ten talerz i chciał powiedzieć "Flynn, ale to jest jajecznica", ale tego nie zrobił. Doprawdy, co za różnica, co to było? Miał skręcony żołądek, kiedy dzielnie zaczął jeść. - Ty też sądzisz, że jestem głupi? - Można to było ujmować na różne sposoby, ale "niezbyt bystry" dla Laurenta brzmiało jak synonim. A jakże trafne to było, skoro wspomniany został ten wampir! RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 16.11.2024 Flynn nigdy nie dokończy tego dziennika. Będzie się zastanawiał nad rzeczami, które mógłby tam opisać. Może nawet kiedyś zapisze jakąś kartkę, ale później bardzo precyzyjnie wytnie ją nożem i będzie głęboko żałował tego, że w ogóle spróbował. Przecież nigdy nie uda mu się zrobić tego tak ładnie jak robił to Laurent. Nie potrafił ładnie pisać, robił to z częstymi błędami, mylił litery nawet znając je na pamięć i czytając absurdalne ilości książek. Nie potrafił tak ładnie rysować. Nie miał zmysłu pozwalającego mu na dobranie wszystkiego tak jak on - żeby było ładnie. Czy ten dziennik był kolorowy? Co on mógł do niego wnieść? Szarość grafitu trzymanego w kieszeni ołówka. Krzywe znaki udające pismo. To nie było ładne, to było... Smutne. - Szkoda - powiedział, odkładając zeszyt na blat. Szkoda, że coś takiego nie zostało dokończone. Jednocześnie nie szkoda, że nie marnował na niego czasu. Definitywnie nie zasłużył na dostawanie takich prezentów. - K-Kończenie takich rzeczy przynosi zwykle satysfakcję. - Kontynuował to właściwie tylko po to, żeby ukryć prawdę o swoich myślach, kompleksach. Jeszcze bardziej nasilonych przez półkę w siodlarni. Bo to było tak dobre podsumowanie tego kim był, jak go traktowano i jak on traktował siebie. Półka w siodlarni. Wydzielony dla niego kawałek regału. Fiery pozwoliła mu trzymać tych kilka przedmiotów nazbieranych przez lata pod łóżkiem. Był dodatkiem do życia innych ludzi, najlepiej takim którym nie trzeba było się zawsze przejmować. A przynajmniej tym się czuł. I oczywiście, że blondyn nie miał nic złego na myśli, Crow nawet domyślał się, że to była kolejna z prób uczynienia ich bliższymi sobie, ale... Dla kogoś kto ciągle żył koncepcją posiadania swojego biurka, swojej przestrzeni i zdążył odkryć w sobie w ogóle potrzebę posiadania go, ta półka w siodlarni brzmiała jak relikt przeszłości, skoro w zasięgu możliwości miał coś o czym marzył jako dziecko uciekające do Londynu - mieszkanie w wielkim mieście, mieście możliwości. Przy kimś na kim mu zależało i z kim się dogadywał. Gdyby jeszcze dało się pozbyć ciepła rozchodzącego się po ciele za każdym razem kiedy Laurent otwierał przy nim usta... Powinien mu powiedzieć, że to nieaktualne? Że jego agresywny partner był teraz jego agresywnym bratem? Właściwie, to znowu nim był. Może on nie był jego partnerem nigdy, skoro to Crow po trzech latach zapytał go o to czy są razem, a Alexander po trzech miesiącach rozciął to co zdążyli zapleść. Oczekiwał warkocza, nie kołtunu. Znowu zrobił minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. I to była prawda - chciał mówić o Alexandrze. Chciał też mówić o tym, że Laurent mógł sprawiać mu problemy. Rozwiązywanie jego problemów było jedynym do czego mógł się przydać, a on chciał być przydatny. Naprawdę układał już w głowie jakieś pierwsze słowa, w lekkiej panice, bo jeszcze przed chwilą Laurent narzekał jak rzadko się odzywał. Zdenerwował się, przez moment wpatrywał się w sufit próbując odnaleźć tam jakąkolwiek inspirację, a później... Została na niego zrzucona bomba. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że zadrżał. Dużo się zmieniło przez ten miesiąc. Na początku lipca powiedziałby bez cienia zawahania: tak Laurent, jesteś idiotą. Samo to, że musisz o to pytać świadczy o tym, że jesteś tępy. Dzisiaj coś takiego by mu przez gardło nie przeszło. Owszem, w wielu aspektach oceniłby jego wiedzę poniżej przeciętnej, momentami zbyt łatwo go było przegadać (szczególnie kiedy milczał i te rozmowy odbywały się w jego wyobraźni...), mówił rzeczy tak naiwne i odklejone od rzeczywistości. Ale... Ale... Oczywiście, że zaczął go tłumaczyć. Tłumaczył go tak samo jak tłumaczył faceta który go bił, faceta który dochodził tylko wyzywając go od dziwek, kobietę traktującą go dobrze tylko kiedy dobrze wykonywał swoje zadania. Laurent... Może trochę manipulował... Może... Może zaprosił upiora do swojego domu i kąpał się z nim w wannie, ale... - Laurent - zaczął. To że nie odpowiedział od razu mówiło chyba samo za siebie, ale pierwszy raz wybiórczy mutyzm stał się jednocześnie jego tarczą - bo można było zakładać różne, niekoniecznie najgorsze rzeczy. Czasami Crow zwyczajnie bał się odezwać. - Są momenty kiedy mówisz rzeczy od których mam ochotę złapać się za głowę. I takie kiedy mówisz coś czego kompletnie nie rozumiem. To znaczy że ty jesteś głupi czy ja? RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 16.11.2024 - To prawda. - Kończenie takich rzeczy przynosi satysfakcję. Jakże trafne podsumowanie z ust Crowa! Sam był twórcą, projektantem - nie potrafił tylko zaprojektować własnego wnętrza. Za to kreowanie sprawnie działających pułapek i projektowanie kolejnych przejść na Głębokich Ścieżkach wychodziło mu perfekcyjnie. - Nie mógłbym go skończyć. Chciałem go wyrzucić. - Wydawało mu się, że już to powiedział, ale chyba jednak nie. Albo nie. Powiedział. Dosłownie chwilę temu to chyba powiedział? Tak... Zawahał się nad tym, ile rzeczy wypowiedział w myślach, ile z nich nie chciało przejść przez gardło, a ile powinno zostać dopowiedzianych, a nie zostały. Jak to nieśmiałe: "mam też wolny pokój, którego drzwi mogę opatrzyć napisem Flynn Bell". - Ale to byłoby zbyt impulsywne. Chciałem go skończyć. I nie chciałem go wyrzucać. - Czy Flynn potrafił pojąć ten dualizm odczuć? Kiedy nic się nie ze sobą nie zgadza, a jednocześnie pasuje do siebie idealnie? Może nie, bo kiedy Crow czuł gniew to brał wazon i wyrzucał go przez okno. Laurent myślał, że powinien go trzymać, ponieważ... - Cieszę się, że do ciebie dotarł. Chyba choć trochę spełnił swoje zadanie..? - Chyba. Chociaż trochę. Bo wydawał się nim tak zaabsorbowany przez chwilę, jak i zdawał się być większym kłopotem, niż mile widzianym prezentem. Niektórych po prostu nie było warto uszczęśliwiać na siłę. Blondyn miał to w zwyczaju robić za często. Pytanie-pułapka. Nie to jego - to Flynna. Właściwie to spodziewał się usłyszenia dokładnie tego, co nie przeszło przez gardło Flynna, ale jego pytanie... Wiedział, co chciał przekazać. Mimo to odpowiedź rodziła się sama w głębi głowy. Przez ten krótki moment zeszkliły się jego oczy, ale kiedy uniósł je na Flynna to łzy zdążyły wyschnąć nim w ogóle opuściły powieki. Tu była ta chwila ciszy. To zastanowienie. Cisza ta jednak mu nie przeszkadzała. Rozumiał - Flynn musiał się zastanowić. Przemyśleć. Jak nadać komunikat poprawnie, kiedy jesteś osobą, która tak łatwo w słowach się gubi, wątpi w nie, a potem się denerwuje, kiedy coś mu źle wyszło? - Dziękuję. - Za próbę i chęci, nawet jeśli wnioski miał przeciwne do tego, co Flynn chciał osiągnąć. Przynajmniej tak mu się wydawało. Że Crow był jakiś inny, jakiś... dogłębnie poruszony. Czymś. Kimś. Sytuacją z wczoraj? Nie pytał, ale czy nie był mu winny wyjaśnień? Znów przeniósł wzrok na swój talerz. - Uważam, że jesteś inteligentny. - Do dzisiaj się wstydził tego, że w pewnym momencie czuł się wręcz jak zwycięzca, kiedy w jednej pierdole nad nim zatriumfował. Z jednym głupim słówkiem. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 17.11.2024 - Dlaczego nie mogłeś? Powiedział to bardzo cicho. Miał wrażenie, że odrobinę zbyt cicho, aby wziąć to pytanie na poważnie. Trzymał go za tę rękę, chociaż uścisk już zelżał, a pozycja musiała być niewygodna przy próbach spełnienia jego życzenia. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej - zwyczajnie pytał, chciał zrozumieć głębiej to, co czuł Laurent, samemu pozostając kimś równie trudnym do odczytania co wcześniej. Jego oczy rozbłysły dopiero wtedy, kiedy po ucieknięciu wzrokiem w kierunku adaptera usłyszał kilka pierwszych nut Rock and Roll Suicide, od których momentalnie się zapowietrzył. Istniało wielu muzyków, którzy przelewali na swoje dzieła tyle emocji i magii, aby zawrzeć w nich coś niezwykłego, zniewalającego umysł i duszę (i kto wiedział to lepiej niż Laurent?), ale David Bowie zdecydowanie był mugolem. Spokojna, cicha piosenka o mierzeniu się z głęboką melancholią przez kogoś, na kim bardzo ci zależy, ale nie potrafisz mu pomóc, poniosła się po cichym teraz salonie, a Crow zdawał się reagować na nią wyjątkowo mocno. Tylko dlatego, że na nią czekał? Raczej nie - to było, jakby skupiwszy się na muzyce docierającej do ich uszu z automatycznego gramofonu, zaczął odpływać w jej kierunku. Wcześniej swobodnie splecione palce zacisnęły się na dłoni blondyna, a on wydawał się reagować na te nuty z wysokim, emocjonalnym zaangażowaniem. Z pewnością znaczyło to dla niego coś więcej - ten mugolski grajek zagrał na nim jak na fortepianie, naciskając na wszystkie odpowiednie klawisze sprawiające, że drgał i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Muzyka go zmieniła. Przestał być taki sztywny, rozluźnił mięśnie, przestał palić papierosa (odłożył go na talerz) i zgarbił się lekko. Przygryzł na moment wargę, chyba szukał słów, którymi mógłby sam przerwać ciszę i kiedy wreszcie wydusił z siebie krótkie: - Nie chcę... - Zamarł. Wziął głęboki wdech, po czym wolną z dłoni zatkał jego usta. Delikatnie, ale nachalnie. - Nie chcę, żebyś myślał, że jesteś sam. Nie... - Błądził, wpierw powtarzając słowa usłyszanego utworu, pokazując tym samym, że musiały być dla niego jakimś pójściem wyjścia. Dla człowieka, który twierdził, że nie lubił poezji, poetyckich zrywów, uniesień tej kategorii. Trzymał go w takiej niepewności, wskazując mu na swoją niechęć do tego, żeby się odzywał tak długo, że musiał translokować adapter i wyłączyć go z zasilania, żeby móc skupić myśli i nie wypaść z rytmu, bo piosenka dobiegła końca kilkanaście sekund temu, a kolejna z nich wprowadzała do sceny zupełnie inną atmosferę. - Nie... lubię myśleć o tym, że siedzisz w tym domu, k-którego nienawidzisz kompletnie sam, przy wazonie pełnym kwiatów doprowadzających cię do pła-aczu, wypełniając dziennik i myśląc, że to nic dla mnie nie znaczy. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 17.11.2024 Rozchylił wargi, z których mógł snuć opowieść i nucić wierszem. Albo śpiewać to, co właśnie usłyszał. To, co sprawiło, że lekko drgnął i przeniósł wzrok na odtwarzacz, kiedy usłyszał część słów. To ta piosenka. Muzyka stała się tutaj takim tłem, że niemal zapomniał, że leci. To ta piosenka, a on za mało się na niej skupił, za mało uważał. To ta płyta, a on nie poświęcił jej tyle uwagi, ile chciał. Czy teraz już za późno? Zawsze można ponowić utwór, spisać tekst. Spróbować go zapamiętać, ale teraz nie było na to szansy. Opuchnięty mózg, opuchnięte myśli, ciężko było o znalezienie przestrzeni na coś tak... trywialnie ważnego. - Było mi zbyt smutno. Czułem się zbyt beznadziejnie. Głupio. Naiwnie. - Powinności i ich brak rozpływały się - może to dzięki tej piosence. Nie mówisz drugiej osobie takich rzeczy, szczególnie takiej jak Flynn. Nie mówisz, bo nie chcesz, żeby odczuwali to toksyczne poczucie winy. Nieprawidłowe nałożenie na czyjeś ramiona jakichś oczekiwań. Laurent najbardziej był zły w tym wszystkim na siebie. - Przecież chciałem go wypełnić samymi pozytywnymi odczuciami. - Jeśli kartki papieru mogłyby śpiewać tak, jak jego gardło, jeśli mogłyby dotykać z taką łagodnością, spoglądać z ciepłem, to te kartki właśnie tak oddziaływałyby na Fleamonta. Przynajmniej tak powinny były wyglądać. Tak powinny działać. Taki przekaz powinny dawać. Nie przemawiały teraz kartki, nie przemawiał on, nie mówiły nawet gesty. Milczał - z dłonią Flynna na swoich wargach. Z przykazaniem zachowania tego milczenia, by świat przestał drżeć w posadach od rytmiki drżących strun. I tego głosu, który niby się nie wahał, a mimo to śpiewający wydawał się cały rozchybotany. Jesteś moim samobójstwem. Hahaha..! Jakże ironicznie to brzmiało w perspektywie ostatniej nocy! Samotności! Ironia tego, że czekał na niego, chciał, żeby przyszedł, ale się nie pojawiał. I w końcu, wczorajszej nocy, nie chciał już niczego. Jedyne, czego pragnął to umrzeć. W ostatniej chwili odkrył, że do umierania wcale mu nieśpieszno. Nastała po tym cisza aż kąsała w skórę. Oddech Flynna był nawet głośny. To, w jaki sposób teraz spoglądał, mówił... to wszystko było tak samo urocze. Laurent chciał wierzyć, że szczere. - Dziękuję, Crow... - Delikatnie ułożył palce na jego nadgarstku i odsunął ze swoich ust, kiedy ta cisza się przedłużyła. Nie puścił go jednak. Obrócił się na krześle, żeby usiąść przodem do niego. Nakrył jego dłonie swoimi na własnych udach. - Ostatnio myślałem, że na to nie zasłużyłem. Może nie jestem najlepszym człowiekiem, ale to chyba niesprawiedliwe, wiesz? - Puch z łabędziego brzucha miał ciężar jego aktualnego uśmiechu. - Niestety po tym weselu zobaczyłem, że dokładnie tak to będzie wyglądać. Będę siedzieć sam przy stole, z nowym bukietem kwiatów, licząc na to, że nie będę głupią dziwką do wyruchania. I wiem, wiem... - Wyciągnął dłoń, żeby pogłaskać go po twarzy. - wiem, że chciałbyś... - chciał tutaj posłużyć się właśnie tą poezją, ale zmienił swój ton. - nie chciałbyś, żebym tak o tym myślał. Ale koniec tego będzie taki sam. Zostanę przy tym samym stole. - Ciężko było przewidzieć, skąd była ta zmiana we Flynnie i pomyśleć, że to "tylko" albo "aż" piosenka. Coś się jednak zmieniło - to na pewno. - Prawdę mówiąc jestem już tym wszystkim zmęczony. Na tyle, że wczoraj myślałem, że chcę umrzeć. Dziwne, prawda? Ratowałeś mnie przede mną samym. A ja wykorzystałem tego biednego, pogubionego chłopaka w świecie nieżywych, żeby go wykorzystać do tego, czego sam nie miałem odwagi zrobić. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 17.11.2024 Ona wciąż grała w jego głowie. Jeżeli nie byłeś uważny, prawdopodobnie nigdy byś tego nie zauważył, ale to był ten sam rytm - wystukała go jego noga, podrygująca nerwowo, zagrały go jego palce przeczesujące splątane na głowie loki. Ta muzyka sprawiła, że czuł dużo i miękł, nie chciała go opuścić i chyba nie był z tego do końca zadowolony, ale trwał w tej pętli i pozwalał jej się pożreć, dając zrzucić na siebie słowa, których ewidentnie nie potrafił udźwignąć. Ten błysk w jego oczach, rozpalony mugolskim muzykiem, podsycony fizyczną bliskością której zasługą było to, że Crow czuł się obecny... Zgasł. Do chwili tego zgaśnięcia słuchał go, wpatrując się w niego błyszczącymi oczyma, a później bez słowa opuścił głowę w dół. Czarne włosy opadły na dłonie Laurenta i w kuchni zapadła już kompletna cisza, zakłócona jedynie dźwiękami miasta docierającymi zza rozwartej okiennicy i dźwiękiem otwieranych i zamykanych szuflad. Nie byli sami, więc powinien pewnie powstrzymać zalewające go obrzydzenie do samego siebie i to co było jego skutkiem, ale więcej osób nigdy nie działało na niego szczególnie dobrze. Poza tym co niby miałby zrobić? Co się mówiło w takich sytuacjach? Udawanie, że nigdy tego nie usłyszał nie miało żadnego sensu, a już nigdy tego nie odusłyszy. Od dzisiaj będzie musiał żyć ze świadomością, że mimo szczerej chęci nie był dla niego żadnym oparciem ani punktem zaczepienia. Był zrywem desperacji w chwili, kiedy coś w jego głowie powiedziało mu, że chyba chce jeszcze żyć - być może jednym z elementów, które doprowadziły Laurenta do obecnego stanu. Nie potrafił się opamiętać, powstrzymać fali łez spływających mu nagle po policzkach i spadających na blade dłonie, nad którymi się pochylił. - P-przs- To śniadanie miało przywrócić go do normalności. Miało sprawić, że będzie w stanie funkcjonować dalej. Rano miało być dobrze. Ale nie było dobrze, a on tracił grunt pod nogami bo niezależnie od tego co o sobie mówił i myślał... Najbardziej na świecie chciał uczynić swoich ukochanych szczęśliwymi. - P-przsprszam. Oh jak on nie lubił tego słowa. Może nawet bardziej niż poezji, ale jeszcze nie tak bardzo jak samego siebie. Cokolwiek się tu działo bolało i rozrywało go na dwa kawałki - bo wszechświat najwyraźniej uwielbiał go karać. W to lato w jego życiu pojawiło się dwóch młodszych od niego chłopaków. Dwóch chłopaków pięknych na wszystkie możliwe sposoby, ponad jego zrozumienie i pragnienia. Dwóch chłopaków dających mu otwarcie znać, że... Był idealnym lekiem na to wszystko, co czyniło ich smutnymi i przerażonymi, pchało ich ku granicy własnej wytrzymałości. Dla kogoś komu nowe miłości nadawały sens istnienia posiadanie jednej osoby nie mogącej bez niego istnieć oznaczało spełnienie najskrytszych snów, ale dwójka? Nuklearna katastrofa - serce waliło mu jak opętane kiedy wraz z nutami piosenki Bowiego docierało do niego, że wybranie jednego mogło oznaczać śmierć drugiego. Przetrwałby widzenie go szczęśliwym z kimś innym, chociaż z zazdrości miał ochotę wydrapać sobie oczy, naprawdę. Jakoś by to przecież było. Ale... Miał patrzeć jak on umiera? - Tak b-ardzo cię przpraszsm - za to, że chociaż on stał obok, to Laurent wciąż czuł się tak cholernie samotny. Przecież nie chciał tego dla żadnego z nich. Gdyby tylko serca działały jak kartka papieru, to by je rozerwał na dwa i oddał im obojgu. To nie było sprawiedliwe, że oni balansowali na ostrzu śmierci, a on przeżywał takie momenty jak cholerny karaluch i trwał... I trwał... Jak John opierający się o framugę drzwi sypialni. Milczał. Nie przerywał im. Zamknął te drzwi, żeby jego synowie tego nie słyszeli, tak cicho, jakby wcale go tutaj nie było. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 17.11.2024 Wyciągnął ręce do tej delikatnej, rozedrganej istoty, przenosząc je z jego dłoni na jego ramiona. Oplatając go nimi, żeby przyciągnąć go łagodnie, zapraszająco, do siebie samego. Do swojej klatki piersiowej. Kiedy widział taki smutek pękało mu serce. Dzisiaj nie miało co pękać. Nie był pustą wazą pozlepianą złotem, ale nie był też niczym wypełniony. Był połamaną wazą, w której cząstkach jeszcze leżały resztki dawnej zawartości. Zebrać je do słoika? Byłoby najłatwiej. Nie zebrało go jednak to śniadanie. Spadały na niego te ciepłe, gorące łzy. Błogosławieństwo mądrych i głupich - każdy mógł płakać tak samo, każdy mógł płakać za swoje i cudze grzechy. Za jakie grzechy płakał teraz Flynn? Pewnie za swoje. Miał skłonności do brania na siebie odpowiedzialności za rzeczy, które w odpowiedzialności zupełnie do niego nie należały. Nie było jego winą, że Laurent sobie nie radził. Nie jego wina, że miał oczekiwania, którym nie mógł wyjść na przeciw. Nadzieje, które nie mogły zostać spełnione. Blondyn zdał sobie w pełni sprawę kilka dni za późno - najgorsze było to, że czarnowłosy teraz ponosił za to karę. Myśl czy nie powinien wcale nie nawiedzała głowy. Wtedy musiałbyś pomyśleć, czy tobie się nie należało. Dobry człowiek... pobożne życzenie. Pytanie, jak wiele z tego powinno zatonąć w mroku i nigdy nie zabłysnąć? Nie być nutą wygrywaną do ucha? Oparł policzek na jego lokach, głaszcząc go tak, jakby się spodziewał, że następne naczynie pęknie i się rozsypie. Flynn był chyba do rozpadania się przyzwyczajony. Lubił to? Nie. Nie lubił tego tak bardzo, że bał się decyzji, a decyzje te były kluczowe do unikania wpadania w to, co nie lubił. Zamknięte koło bólu, które dręczyło Bella i wpędzało jego życie w mizerność. Czuł w sobie tak dziwny spokój, jakby mógł pokazać Flynnowi drogę, która uczyni go szczęśliwym. Ale nie mógł. Nie mógł, ponieważ jej nie widział. Nie zdawał sobie sprawy z tego, dokąd prowadzi, że Flynn chciał tego biurka, mieszkania w Londynie. Nie zdawał sobie sprawy, że to Alexander był tym "chujem" i że to teraz wcale nie do niego chciał wracać. Że ten brak własnego pokoju znaczył coś więcej niż powiedzenie, że nie ma swojego mieszkania, bo mieszka w przyczepie z mężczyzną, który nie chciał widzieć w niej takich prezentów. Właściwie czułby się szczęśliwy mogąc powiedzieć do niego "do widzenia" i patrząc, jak z uśmiechem bierze tych kilka swoich rzeczy, żeby wejść do mieszkania londyńskiego, w którym już zostanie. Fikcja, śliczne obrazki, nierealne zakończenia. Wszystkie zakończenia stawały się nieszczęśliwe, kiedy się w nich pojawiał. Dosłownie... wszystkie. A to były ledwo zapowiedzi nowych początków. Być może powinien z siebie wydać dźwięk. Zacząć zapewniać, że już dobrze, albo że "mu wybacza", ale to jedno słowo było jak świętość na ustach Flynna. Trzy razy powtórzone, w mocy Trójcy Świętej, trzy - duszo, ciało i umysł. Harmonia. Trywializowanie tego jednym "już dobrze" było jak świętokradztwo. Sprzeniewierzenie łez, które te śliczne, pieskie oczy wylewały. Być może John będzie tym, który udzieli mu potem rozgrzeszenia. A może pozwoli zatonąć temu wszystkiemu w porannej herbacie. - Crow... - Odezwał się dopiero po czasie - kiedy płacz przestał być taki intensywny, kiedy coś się zmieniło - chociaż trochę. I nagle było tyle słów. Tyle słów do powiedzenia, że to się stawało frustrujące, że nie mógł tego zrobić na raz, żeby nic nie zostało źle zrozumiane, źle przekazane. - czekałem na ciebie od Lammas, ale się nie pojawiłeś. Rozumiem, że to by produkowało problemy z twoim... partnerem. Wszystko się sypało przez te dwa tygodnie. Wszystko ciągle się sypie. I wczoraj... widziałem tak straszne rzeczy... - Więc może powinien być strasznie poruszony? Ale to wszystko było ledwo smutne. I to dlatego, że Flynn tak rzewnie płakał. - Ale możesz mnie puścić, Flynn. Chciałbym ci pomóc, ale chyba mogę ci pomóc tylko puszczając cię. - Chciał ująć jego twarz, żeby ucałować jego policzki, otrzeć te łzy. Spojrzeć w zaczerwienione oczy. - Ostatnio odkryłem, że to miejsce przy stole jest tylko trochę samotne. Najbardziej samotny zacząłem się czuć wśród ludzi. I to nie ty ponosisz za to odpowiedzialność. Jestem bardzo wdzięczny za twoją obecność. Spełniłeś moje największe marzenie. Mimo tego, że masz tego partnera złapałeś mnie za dłoń i przeprowadziłeś przez jeden z najgorszych dni mojego życia. Zamieniłeś je w coś ładnego. Nie chcę być problemem w twoim życiu. Chciałbym być osobą, z którą się uśmiechniesz, na którą się podenerwujesz, poklniesz, a potem i tak zrobisz te swoje pieskie oczy. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 17.11.2024 Sapał chaotycznie, zapowietrzał się. Naprawdę starał się oddychać stabilnie, ale emocje zgniatały go teraz z każdej możliwej strony. Po tym co zostało w tym pomieszczeniu powiedziane wyglądał inaczej, gorzej, po tym co Laurent dodał teraz... Crow wyglądał jak mała ludzka katastrofa. Przyznanie się do sprowokowania wampira do ataku w ramach próby samobójczej było potworne, było czymś, od czego mężczyzna stracił grunt pod nogami, a teraz kiedy wisiał na skraju przepaści, usłyszał mogę ci pomóc tylko puszczając cię i pierwszy raz wtrącił się tak gwałtownie pomiędzy jego wypowiedzi. Wpierw prostym, cichym Aha..., ale po dwóch sekundach namysłu nad tym co mu przekazano, powiedział to ostrzej: AHA?, pytająco, nieco złowieszczo, z krzywym panicznym i koślawym uśmiechem wyglądającym okropnie kiedy jednocześnie płakał. Wytarł te łzy ręką. Był wyraźnie roztrzęsiony. Widziało się to w tym jak się zachowywał, jak uciekał spojrzeniem gdziekolwiek, jak mówił i drżał mu głos. - Cholera jasna, dałem ci wszystko, c-co tylko potrafiłem, a twoją reakcją jest zerwanie ze mną jeszcze zanim zaczęliśmy ze sobą chodzić? - Niedowierzanie. Głębokie. - Co to kurwa jest... za pojebane uniwersum, jakiś nowy k-kurwa wymiar, arghhhh - warknął, zabierając te dłonie, żeby zakryć czerwoną już teraz ze wstydu twarz. To było takie głupie i żałosne, ze wszystkich rzeczy mogących wywoływać w nim tak silny, wewnętrzny konflikt to musiało być akurat to? I jeszcze dwa końce czegoś, na czym mu zależało w ciągu dwóch tygodni. Kurwa mać! - Zapomniałeś dodać: to nie ty, to ja... a właściwie to jednak ty. - To brzmiało już jak jakiś żart, jakby próbował obrócić to wszystko w dowcip, ale ta mowa pożegnalna przyspieszyła jego serce do poziomu, przy którym serce biło mu tak mocno, aby słyszał w głowie szum. Crow wstał. - Waughy, pożegnaj ode mnie chłopaków. Wróciła ta piekielna niezręczność. Palące uczucie w gardle. Sapnął znów, tupnął nogą, objął go i Prewett mógł usłyszeć głośny świst. Zniknął ciepły dom państwa Waugh, a oni znaleźli się przy aucie zaparkowanym na skraju absolutnie niczego. Wokół było widać tylko polną drogę i morze zieleni (w przypadku Crowa - szarości), to było jedno z tych miejsc na mapie świata, z którego dało się podziwiać horyzont - widoku nie blokowało nic prócz pojedynczego drzewa. Nie miał na sobie butów. Nie miał na sobie swojej kurtki. Nie miał dziennika, który dostał, nie miał kluczyków, bo zostały w kieszeni. Nie miał nic. Miał tylko tę cholerną plątaninę myśli. Tak gęstą, tak... duszącą, że gdyby zebrać to wszystko w myślodsiewni, to pewnie zdołałby się w tym utopić. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 17.11.2024 Zerwaliśmy ze sobą zanim zaczęliśmy chodzić. To brzmiało tak, jakby w ogóle można było mówić o jakimkolwiek "chodzeniu". Czy to naprawdę brzmiało jak mowa pożegnalna? Chciał się żegnać? On, właśnie z Flynnem? Jaka była różnica między poczuciem, co się powinno zrobić, a czego się chciało? Szczególnie, kiedy właśnie chciałeś tego, co być powinno. A mimo to rzeczywiście zabrzmiało tak... to brzmiało tak dramatycznie. Nie powinno? Nie, och nie - powinno. Powinno właśnie tak brzmieć, bo to było dramatyczne. Ale Laurent nie potrafił poczuć tej dramaturgii. Smutku. Gniewu. Nie potrafił... po prostu tego nie czuł. Tak jakby część jego została wycięta którymś z wczorajszych czarów, albo przelała się wraz z krwią. A może pozostała po drugiej stronie tej pustki, której jednak nie pożądał? Bo pożądał tej samej, ciągle stałej - tej, która teraz wylewała łzy i rodziła w sobie gniew na miejsce smutku. Lub gorycz. Jedno z drugim potrafiło być bardzo tożsame. - O jakim zerwaniu mówisz... - Brzmiało tak abstrakcyjnie, tak... niedorzecznie. No właśnie - mówić o zrywaniu, kiedy było... co w zasadzie? Tak, zrywanie relacji, ale nie było tu żadnej relacji poza problemem, poza toksyczną plątaniną, w której był problemem dla Flynna na wielu płaszczyznach. Gdzie żaden z nich nie mógł wyjść naprzeciw oczekiwaniom drugiego, bo za dużo niedopowiedzeń i za dużo osób ich od siebie dzieliło. Zagubił się w wichurze ognia, który zatańczył wokół nich. - Mówię o tym, że... Albo: chciałem powiedzieć? Planowałem to ująć? A może wszystko w sumie zostało powiedziane tak, jak powinno? Nie, no przecież, że zawsze dało się coś ująć lepiej. Nie chciał go ranić. Krzywdzić. Siebie też już krzywdzić nie chciał. Cokolwiek jednak chciał, a przede wszystkim chciał dokończyć swoje zdanie, nie zrobił tego - świat zawirował. Zawirowała też jego głowa i wczepił się jak miś koala w ramiona Flynna (albo inny ślimak w liść kapusty), czując kamyki i ziemię pod swoimi nogami. Nogami, które teraz musiał wyprostować i na nich stanąć, bo już nie miało co go podpierać i gdyby nie siła Flynna to pewnie by właśnie wyrżnęli obaj w dół. Rozejrzał się wokół - po tym morzu zieleni. Gdzieś tam czując jakiś zawód, jakąś tęsknotę, że nigdy nie było Matki, na której łono mógłby wrócić. Tej Matki Wody, która bez przerwy do niego szemrała i obiecywała, że pod lazurem będzie lepiej. Często było. Było też bardziej samotnie. - Czemu tu jesteśmy? - Pytanie "gdzie jesteśmy" w zasadzie nie miało sensu, bo nie miało to znaczenia, GDZIE byli. Istotne było to, DLACZEGO tu byli. |