Secrets of London
[01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4249)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.12.2024

Zawsze potrafili wykorzystać byle pretekst do tego, żeby się pożreć, czyż nie? Szczególnie, że oboje nie byli najlepsi w słowach. Mimo to wcale tego nie robili. Nie tak często jak mogłoby się wydawać, szczególnie nie w ostatnich miesiącach, które ze sobą spędzili.
Najwyraźniej teraz ich kłótnia po prostu musiała eskalować tak, aby zaledwie w przeciągu kilku minut nadgonili i rozpierdolili dosłownie wszystko, co ich jeszcze ze sobą łączyło. Nie chciał tego, ale nie umiał się powstrzymać. Szczególnie, kiedy mówiła mu to wszystko, co było poniekąd porwierdzeniem jego najmroczniejszych, najbardziej skrytych obaw. Zawsze wiedziała, gdzie uderzyć.
On też. Zazwyczaj się wahając, bo przecież znał umiar i wcale nie pragnął być wobec niej okrutny. Kochał ją. Jednakże w tej chwili oboje zachowywali się nieracjonalnie. Jakby coś ich ponownie opętało. Tyle tylko, że pod wpływem chwili pragnąc zepsuć wszystkie lata, które ze sobą przeżyli.
- Widzisz? Dowiadujemy się czegoś nowego - parsknął na stwierdzenie, które padło z ust dziewczyny. - Najwyraźniej po prostu nie umiem kochać. Możesz to dopisać do listy - oczywiście, że zamierzał mieć ostatnie słowo.
Poza tym codziennie się czegoś uczyli, nie? Jeśli nie tego, że miała go za kogoś kto jej nigdy nie kochał, nie tak właściwie. To na przykład rzucania naprawdę chujowymi porównaniami, bo nigdy nie przyrównałby się do tego, do czego ona go teraz porównała. W żadnym wypadku. Ewidentnie znowu pokazywała swoje własne urojone oczekiwania wobec niego, których nie umiał spełnić.
Nie było zatem szans, aby doszli do jakiegokolwiek konsensusu. Nie, gdy tak bardzo się rozwijali, mimo że zaraz co rusz ironicznie się w czymś godzili. To też już znali, nie? Robili dokładnie to samo, co zawsze. Szczególnie ostatnio w Dolinie. To była chujnia, nie zgoda. Oni w siebie godzili, nie się ze sobą godzili. Niby te same słowa, ale intencje i wyniki były zupełnie inne.
- Próbowałem dać ci dom - wyrzucił jej bez chwili namysłu. - Dom, Geraldine. Nie chujnię i nie bagno. Dom. Stabilny. Nie Dolinę. Nie jebaną Snowdonię. Coś, czego nam brakowało. I chyba kurwa brakło - bo ostatecznie nic z tego nie mieli, prawda?
Starał się ją chronić, również a może nawet zwłaszcza przed sobą i swoimi tragicznymi decyzjami a oto znowu tu byli, niszcząc się nawzajem.
Nie chciał wierzyć w to, że kiedyś mieli wspólne oczekiwania i że Geraldine też chciała tego wszystkiego. Już nie. W tym momencie znacznie łatwiej było, gdy kwestionował jej słowa. Głównie przez to, że gdyby przyznał przed sobą, że na tamtym etapie życia rzeczywiście pragnęli tego samego, musiałby również stwierdzić, że byli tego bardzo blisko. Cholernie blisko a on nie tylko dał ciała. On wszystko spierdolił i teraz też rozpierdalał. W drobny pył i proch, żeby nie było już niczego, co mogliby ocalić.
Aby Rina nie miała już co do niego żadnych wątpliwości. Nie potrzebował restartu. Nie chciał, żeby mu wybaczała. Ani tym bardziej, żeby uparła się, by go ratować przed jakimś nieokreślonym złem, straszliwym pokłosiem wydarzeń, o których jej nie mówił, metafizycznym bagnem i innymi bzdurami. Nawet, jeżeli kwestionowała jego słowa mówiąc mu, że to mogła być ich wspólna walka, po prostu nie miała racji. Myliła się.
Pokazał jej to właśnie w tej chwili, prawda? Starcie trwało, ale nigdy nie chodziło o żadną siłę, przeciwko której mogliby stanąć ramię w ramię. Chciał, żeby to sobie uświadomiła. Mimo to bolało go, gdy wreszcie oprzytomniała. Zaczęła zauważać istotę problemu. Dosłownie mu to wyrzygała i miała rację. Tak. Nie przyznałby jej tego, ale ją miała.
Przez cały czas chodziło o niego. To on był wrogiem. Tyle tylko, że wydawało mu się, że wyłącznie własnym, bo gdy odchodził był przekonany o słuszności swojej decyzji i o tym, że ją przed sobą ocalał. Nie chciał wylać na nią tego wszystkiego, co powiedział. To nigdy nie było jego zamiarem. Gdzieś tam pod skórą wiedział, że ona również nie chciała odpowiadać mu tym samym.
Tymczasem teraz i tak stanęli przeciwko sobie. Z opóźnionym zapłonem, ale raz zapalona iskra wcale nie wygasła. Przez cały czas ich spalała. Kolejne słowa uderzały z palącą precyzją. Były niczym ostre ogniste sztylety wbijające się w skórę. Choć nie wszystkie. Niektóre były jak drzazgi nasączone trucizną. Wbijane pod paznokcie aż do rozdzielania się wierzchniej tkanki od mięsa. Bolały do żywego ciała.
Dlatego nie chciał wierzyć komuś, komu powinien ufać. Nader wszystko. Ufał jej przez lata. Czasami bardziej niż sobie, bo zawsze wiedziała jak go przyhamować. Potrafiła trzymać go w ryzach w ten sam sposób, w jaki nieodmiennie go do siebie przyciągała. Po prostu. Niewymuszenie, bez zbędnych słów i czczych deklaracji. Wystarczyło, że go chciała i że trwali obok siebie, żeby ich idylla trwała.
Oczywiście, nie mieli idyllicznego życia. Pamięć była zawodna, ale nie aż tak, żeby zasłona nostalgii przykryła wszystkie złe i trudne chwile. Czas wraz ze wspomnieniami miały to do siebie - sprawiały, że historia w pamięci jakby się wygładzała. Nabierała bardziej pastelowych barw. Robiła się znacznie bardziej melancholijna, jednakże oboje w gruncie rzeczy było realistami.
Nie mieli życia usłanego różami. Choć może? Może mieli? Tyle tylko, że każdy z tych kwiatów miał również pędy i kolce. Długie pokręcone łodygi i ostre liście. Nie były idealne jak te kupowane w kwiaciarni, lecz to nie było nic złego. Nie dopóki umieli sobie z tym radzić. Nie musieli udawać, że zawsze było idealnie, ale był przy niej, ona przy nim była. To im wystarczało. Przynajmniej do czasu.
Nigdy wcześniej aż tak bardzo ich nie poniosło. Rina zawsze potrafiła go wkurwić. Ten talent posiadała niemalże na równi z byciem jego bezpieczną przystanią i kimś kto zawsze jakoś go uspokajał. Natomiast zazwyczaj reflektowali się dużo szybciej. Znali granice tego, co nieprzekraczalne. Nawet jeśli uderzali w siebie słowami to żadne nie były tak pochopne ani tak porywcze jak te teraz.
Teraz, choć nie czuł do niej nienawiści, nie potrafił przetrawić tego, co padło w ich kłótni. Ani z jego, ani z jej strony. Niszczyli się. Zniszczyli się? Czy istniało między nimi jeszcze cokolwiek po tamtych słowach? Nie miał ich wyprzeć z pamięci. Nie wątpił, że ona również nie. Były stanowczo zbyt precyzyjne i uderzyły za głęboko. Niemal jak miecze, choć to były tylko słowa. Aż słowa. Nie mogli postąpić gorzej. Policzek jaki mu wymierzyła wtedy w Dolinie bolał znacznie mniej.
Mimo to nie potrafił odnosić się do dziewczyny z tym samym gniewem, którym zionął jeszcze przed paroma chwilami. Wcale nie był spokojniejszy. Wewnątrz nadal czuł się jak ktoś kto nad sobą nie panował, jednakże na zewnątrz na powrót zaczął ważyć to, co opuszczało jego usta.
Nie chciał wracać do tamtej kłótni. Został tu, nawet jeśli bolała go głowa. Nawet po deklaracji wypierdalania. Jeśli chciała, mogła mu to wytknąć, bo ponownie coś obiecał i tego nie spełnił. To chyba zaczęło być ich nowym popieprzonym motywem. Kolejnym powodem, dla którego ich świat się kończył. Kto by pomyślał, że dla dwojga ludzi, dla których tak bardzo liczyły się gesty, koniec przyniosą właśnie słowa?
Chciał coś zmienić, ale nie umiał. Nie potrafił nawet na nią patrzeć. To w niego godziło, bo czuł się niczym ostatni tchórz. Żenująco unikowy, dlatego wreszcie przerwał tę ciszę. Kątem oka widząc jak Geraldine miętosi materiał na sobie.
- Zawsze dobrze w niej wyglądałaś - odezwał się cicho, patrząc przed siebie w burzowe niebo, nawet jeśli w rzeczywistości kątem oka spoglądał na dziewczynę.
Miał na myśli tę jasną koszulę. To, że zawsze, gdy ją zakładała, nieodmiennie przyciągała jego wzrok. Bez niej też to robiła, jednakże ta jedna drobna rzecz miała znaczenie. Była jego tak jak jego dziewczyna. Zawsze w niej dobrze wyglądała. Szczególnie wtedy, kiedy odzyskiwał swoją własność. Nie na długo, ale zmięta na podłodze, ta koszula wyglądała jeszcze lepiej.
To też stracili. Te małe rzeczy. Tego wieczoru padło zbyt wiele gorzkich i nienawistnych słów, żeby Ambroise w dalszym ciągu był w stanie uwierzyć w to, że go chciała. Mogła twierdzić inaczej. W tamtym momencie być może nawet szczerze w to wierzyła, jednakże w rzeczywistości miał rację z tym, co jej mówił. Chyba teraz to już wiedziała?
Kochała innego człowieka. Wyobrażenie o kimś, kto w jego własnych oczach prawdopodobnie nigdy nie istniał. Chciał, aby było inaczej, ale nie potrafił tego zmienić. Szczególnie, gdy zdawał sobie sprawę, że odpuścił w momencie, w którym odszedł od Geraldine. Poddał się zamiast próbować coś zmienić. Dał ciała. Nie od razu, lecz moment, gdy zaczęły do niego docierać tamte (teraz już przecież wiedział, kolejny gwóźdź do trumny) plotki, wycofał się.
Nie sądził, by to mogło cokolwiek zmienić na dłuższą metę, ale nawet nie próbował. Więc tym bardziej nie zasługiwał na to, co mu dawała zanim zaczęli się palić. Mógłby się łudzić, że dzięki temu prawda nie bolała, bo od samego początku upierał się, że Rina nie wiedziała, na co chciała się pisać.
Natomiast bolało. Jak sam skurwysyn. To wszystko, co przemilczała przez lata aż wreszcie powiedziała. Wyrzuciła mu to prosto w twarz. Nie był jej dłużny. Sam do siebie też miał teraz ogrom wyrzutów, ale jej prawda paliła go jakoś bardziej. To, że nie wierzyła w jego intencje, nawet jeśli z nim była. To, że mu nie ufała, jednak usiłowała układać sobie z nim życie.
Pytanie po co? cięło jak widmowy nóż. Było niczym tamta strzała z kuszy. Ten bełt, tyle tylko, że nie w nodze a w sercu i w głębi duszy. Również w tej chwili nasuwało mu się to do głowy, bo z jednej strony przed kilkoma chwilami żarli się gotowi wygnać się na dobre ze swojego życia a teraz znowu mówiła mu, by został. On zresztą zrobił to pierwszy. Gubił się we własnych słowach.
- Zostanę - odezwał się bardzo cicho, mocniej opierając plecy o ścianę i na chwilę przymykając oczy. - Nie na kanapie. Nie musimy się więcej kochać, nie będziemy się pieprzyć... ...to były żenujące słowa... ...wybacz... ... mogę... ...chcę zostać na noc, ale nie zostanę na kanapie - tak jak nie planował dodawać jeśli właśnie tego chcesz do tej pierwszej części wypowiedzi, tak teraz potrzebował, aby te słowa padły jasno, nawet jeśli tak cicho, że niemal bezgłośnie.
- Ty też nie - niby nie mógł jej do niczego zmusić, ale liczył na to, że Geraldine przystanie na to, nie próbując go kwestionować.
Był zbyt zmęczony, żeby z nią ponownie walczyć. Zresztą przecież nigdy nie planował. Przecież w istocie dawno temu ustalili, że nic nie musiała i ze wszystkich prawd, które utracili tego wieczoru, ta chyba nadal była na swoim miejscu. Mogli się zranić, zniszczyć, ale to się chyba nie zmieniło.
Zresztą, czemu by miało? Zazwyczaj bardziej ich dzieliło niż łączyło, poza tymi nielicznymi momentami, gdy żartowali. W każdym innym wypadku to było wyłącznie potwierdzenie uporu. Kolejne gorzkie wysrywy. Nie miał siły, aby ich teraz słuchać. Miał nadzieję, choć kruchą, że Rina daruje sobie te słowa. Wolałby już, aby kazała mu odejść.
Nie chciał spędzać czasu na kanapie w domu, w którym kiedyś pragnął układać sobie z nią życie. Nie mieli prawdziwej sypialni gościnnej. Nigdy nie była gotowa, bo po co, skoro nie zamierzali tu nikogo gościć?
W istocie tego wieczoru chyba okazało się, że prawda leżała gdzieś zupełnie inaczej. O ile to nie były wyłącznie kolejne puste, pochopnie ciśnięte słowa w odpowiedzi na to, czego nigdy nie powinien mówić. A jednak on to powiedział, ona wycelowała w niego odpowiedzią. I oto mieli zalążek jasności.
To nigdy nie miała być sypialnia dla gości. Dlatego nie wstawili tam łóżka ani nie zrobili nic innego z tym pokojem. Wtedy to nie był właściwy czas, aby cokolwiek robić. Nie te warunki, choć powoli powstawały plany. Nie rozmawiali ze sobą o tym, ale chyba mógł być moment, gdy chcieli tego samego. Pokoju dziecięcego, który nigdy nie powstał.
Trudno mu było myśleć o kolejnej rzeczy, której nie dane im było przeżyć, ale mieli rację kłócąc się ze sobą. Skoro to miało się rozpaść, nie zmieniłaby tego żadna nowa osoba. Szczególnie nie mała istota. Nieważne, że wspólna, to nigdy by nie wypaliło. Przecież coś o tym wiedział, prawda? Nie chciał być w tym synem swojej matki. I nie chciał być synem swego ojca.
Więc nigdy się nie dowiedzieli, jakby to było, ale nie powinni tego żałować. To akurat wyszło właściwie. Nie mogli ze sobą być, więc nie mogli również spełnić większości planów. Ani teraz, ani nigdy. A więc czemu z jego ust padły te następne słowa?
- Poza tym masz rację. Nie powinniśmy. To nie tak. Wszystko jest nie tak. Chcę z tobą być, ale nie mam dla ciebie wyjaśnienia, czemu to nie jest możliwe - przetarł zmęczone powieki wierzchem dłoni, nie chciał zaczynać tego sporu od nowa; miał nadzieję, że była w stanie to zinterpretować wyłącznie w kontekście tego wieczoru a potem chyba po prostu zaakceptować? - Tu jest pies pogrzebany - poza tym to chyba on był tym psem, uroczo, nie? Bo nie tylko dziś, wewnątrz nie tylko dziś tego pragnął, prawda?
Paradoksalnie, gdyby chodziło wyłącznie o ten dzień, ten wieczór i noc to wszystkie poprzednie wypowiedzi nie miałyby sensu. Prawdopodobnie nigdy by nie padły. Ciskali w siebie ostrzami, bo nie chodziło o tu i teraz. Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość mieszały się w jednym wielkim kotle wyrzutów.
Chyba rzeczywiście coś w tym było, że tyle razy wspominali o tym, że nie są zwyczajni. Tyle tylko, że teraz to brzmiało gorzko. A przecież nie powinno? Kiedyś coś mieli. To nie były wyłącznie puste słowa.
- Może to lepiej, nie uważasz? Normalność czystokrwistych jest dopiero zjebana - pozwolił sobie na bardzo nieznaczne uniesienie kącików ust i jeszcze ostrożniejszy ruch ręki.
Uniósł ramię, nie mając odwagi, aby ją do siebie przyciągnąć ani nawet ją objąć. Zawiesił palce kilka centymetrów nad jej przedramieniem, nie dotykając Geraldine, ale dając jej do zrozumienia, że jeśli tylko tego chciała, mogła do niego przylgnąć. Mógł ją objąć, przytulić, ogrzać w porywach coraz chłodniejszego wiatru. Nie musieli wyłącznie stykać się ramionami.
- Wiem, Ma Moitié - odpowiedział cicho, niemal miękko, co prawda nie przenosząc wzroku na Geraldine, ale kiwając głową.
Jego dłoń mimowolnie spoczęła na jej boku, to właśnie tam było właściwe miejsce, tam powinna leżeć i tam w istocie teraz leżała. Nie pozwolił sobie na nic więcej. Nie wiedział czy czegokolwiek chciała. Mógłby przycisnąć wargi do czoła dziewczyny tak jak to zazwyczaj robił, pozwalając jej wtulić się w niego tak mocno jak tego pragnęła, ale chyba nie miał na to siły.
Zresztą to, że siedzieli obok siebie nie wymazywało większości słów rzuconych w nerwach. Kłótnia wygasła. Już nie trwała. Niepotrzebnie ją wywołali, lecz przynajmniej dzięki temu wiedzieli na czym stoją. Podstawa ich przeszłości została zachwiana. Być może jeszcze nie runęła, ale była tego bliska. Ambroise nie wiedział czy był sens ratowania czegokolwiek, jeśli ich wspólna przyszłość i tak nie istniała. Zaś teraźniejszość była po prostu ciemna i ponura. Tak jak burza nadchodząca zza horyzontu.
Kiedy to wszystko tak bardzo się pokomplikowało? Sytuacja na świecie stale się zmieniała - tak było od zarania dziejów, zawsze coś się kończyło i zaczynało, jednakże ich aktualna rzeczywistość wydawała mu się czymś naprawdę ponurym i pełnym grozy.
Nawet wtedy, kiedy na zewnątrz świeciło słońce, gdzieś tam trwała jakaś walka, czaiła się jakaś groźba. Zresztą nie musiał sięgać dalej niż do własnego ogródka. Z pozoru dobre wieści wywoływały w nim gorycz i obawę przed przyszłością. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy przeszedł od milczenia w kolejne słowa. Tym razem już nie skupiające się wokół nich, bo chyba...
...i tylko chyba tego potrzebował. Jednej jedynej rzeczy, której nie zepsuli doszczętnie tego wieczoru. Nie była już jego. Nie byli ze sobą, nie mieli przyszłości, przeszłość jawiła się jako gruz zawalonych kłamstw, ale w tym wszystkim w dalszym ciągu pozostało im jedno. Właśnie ta rozmowa.
- Roselyn wychodzi za mąż - stwierdził grobowo, kręcąc przy tym głową, bo ten temat wcale nie zniknął tak jak miał to zrobić. - Zarzeka się, że to odkręci, ale - odetchnął głęboko, wciągając chłodniejsze burzowe powietrze w płuca - zaczęła zadawać się z Borginami - czy musiał mówić wiele więcej?
Nie, chyba nie. Wydobył z siebie to, co najistotniejsze. Do tej, której teraz potrzebował. Nie do utraconej ukochanej, nie do niedoszłej narzeczonej, niemalże żony czy matki jego dzieci, które istniały wyłącznie w złudzeniach dwójki naiwnych szaleńców. Teraz rozmawiał ze swoją najlepszą przyjaciółką. Kimś, za kim tęsknił równie mocno. Równie dogłębnie.
- Awans poszedł się jebać psu w dupę. Wpierdolą tam jakiegoś swojego koleżkę. Kto wie, może nawet jakiegoś krewniaka dyrektorki. Zresztą, ktokolwiek to będzie... ...niech spierdala - a więc kontynuował, przełykając gorycz, pozwalając sobie na te wszystkie słowa wypowiadane w ciemności nadchodzącego żywiołu. - I tak zamierzałem przejść na prywatną praktykę. Tylko ta wizja... ...wiesz - stabilizacja, wspólny dom i życie, upragniona rodzina, przyszłość, która już do niego nie należała - tylko ona mnie tam trzymała. W innym wypadku? Nawyki? Przyzwyczajenia? Powrót na stare śmieci to już nie to samo - stwierdził gorzko, choć cicho, nie miarkując się w słowach.
Nie, gdy poznało się smak innego życia. Nie, gdy zamiast pustego mieszkania w domu czekała na niego dziewczyna. Nie, gdy starał się w pracy, ale nie dla pracy. Kiedy chodziło mu się tam w inny sposób, bo miał jakiekolwiek pohamowania. Teraz spędzając tam tyle godzin nie miał możliwości nie dostrzegać tego, że nic się nie zmieniało.
Niby zawsze miał się za realistę, tak? A jednak spędził zatrważająco dużo czasu w tym miejscu. W domu. Z nią obok siebie, czytając te wszystkie cholerne książki i szykując się do następnych konferencji, kolejnych dodatkowych zajęć i dyżurów. Kiedy to wszystko przepadło, instynktownie wrócił w pracę, ale czas leciał a sugestywne deklaracje nic za sobą nie niosły. Przestawał wierzyć również w te słowa. Munga od dawna zżerała zgnilizna.
To lato było fatalne. Kurewsko trudne. Jesień wcale nie miała być lepsza, więc...
- Zresztą, kto wie, co będzie jutro. Jak nie Doppelganger, to nekromantyczne rośliny, widma w Kniei. Wojna. Połowa czarnego rynku spierdoliła do podziemia. Na Ścieżki. Druga część oszalała, zdechła, została zamordowana albo dołączyła do popleczników Voldemorta - może to był wysryw, być może przemawiała przez niego frustracja, ale wydawało mu się, że jeśli chciała z nim rozmawiać to było to, o czym mogli mówić, to nie były sekrety i niedopowiedzenia.
- Nie jestem po ich stronie. Niech to będzie jasne. Nie chcę, żebyś tak o mnie myślała - czuł potrzebę powiedzenia tego wprost, bo może po tym wieczorze wszystko przepadło, ale pewne rzeczy musiały być jasne. - Zresztą byłbym debilem, ujmując przekonania, gdybym to zrobił po tamtym w lutym, gdy ich - no tak, nie chciał, by miała o nim aż tak złe zdanie, a jednak jego słowa nie były pełne pocieszenia. - Natomiast to wszystko - przytłacza.
Ale czy to było łatwe do przyznania? Wręcz przeciwnie. Przynajmniej było ciemno. Burza trwała, była coraz głośniejsza i bardziej odczuwalna. Jej dźwięki przytłumiały część bicia serca i ciężkich oddechów. Deszcz zlewał resztki ogrodu, plątaninę jeżyn i szczątków szklarni. Nadchodziła jesień. Ciężka, zimna i niespokojna. A ich ostoja nie była już ich ostoją. Nie było niczego, co mogłoby to powstrzymać. Z powrotem dnia mieli to ponownie utracić.


RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.12.2024

Ich ostatnie miesiące były zaskakująco spokojne. Mimo tego, że świat płonął, oni wydawali się próbować w tym odnaleźć, znaleźć swoją metodę, dzięki której mogli jakoś przetrwać to wszystko. To działało, przynajmniej na samym początku, jasne zaliczyła kilka potknięć, bo chcąc nie chcąc wmieszała się w sprawy, które nie miała się mieszać, miała tendencje do pakowania się w irracjonalne sytuacje, jakoś to jednak przetrawili i zaczęli układać sobie życie na nowo. W Piaskownicy, z dala od płonącego świata. Wydawało się, że idzie to w dobrym kierunku. Może wtedy zbyt wiele przemilczeli, może po prostu chcieli ignorować ten cały niepokój? To eskalowało teraz. Aktualnie bowiem wylewały się z nich gorzkie żale, które sięgały bardzo dalekich odemętów. To siedziało w nich od dawna, a dopiero dzisiaj postanowili się tym podzielić.

Zapewne prędzej, czy później by sobie to wyrzygali, może gdyby zrobili to wcześniej, to udałoby się im uniknąć tej ogromnej eskalacji do której doprowadzili. Nie hamowali się, co im się nigdy nie zdarzało, cóż, sporo ostatnio przeżyli, to pewnie też mogło mieć na to jakiś wpływ. Miała wrażenie, ze faktycznie nie są już tamtymi ludźmi, którymi byli kiedyś. Wylewała się z nich złość i gorycz, jakby tylko te uczucia się w nich gromadziły, kiedyś tak nie było, kiedyś wiedzieli kiedy przestać, potrafili przystopować, aby nie skrzywdzić nieodwracalnie drugiej strony. Te słowa miały zostać w ich pamięci, czy tego chcieli, czy nie, nie mogło być inaczej, nie dało się tego ominąć. - Nadal mnie zaskakujesz, co? - Syknęła jeszcze na niego. Kiedyś to było coś dobrego, aktualnie jednak to zaskakiwanie wiązało się raczej z niezbyt przyjemnym doświadczeniem. Nie spodziewała się tego, że kiedyś mogłaby polubić przewidywalność, jak widać były pewne sytuacje, w których była mile widziana.

- Okazał się być kurewsko stabilny. - Może w tym był właśnie problem, że próbował, nie zakładał, że to zrobił, ale twierdził, że to była próba, chociaż czy zmiana założenia cokolwiek by zmieniła? Nie wydawało jej się. Cóś, gdzieś poszło nie tak, sama nie wiedziała gdzie, nie miała pojęcia, dlaczego to nie ułożyło się po ich myśli, skoro podobno pragnęli tego samego.

Nie było sensu dalej ciągnąć tej rozmowy, może bardziej kłótni bo ona chyba była ich ostatnim gwoździem do trumny, w której tkwili w zawieszeniu od półtora roku. To jeszcze bardziej ich pochłonęło, nadzieja znikała już całkowicie. Jak mogliby patrzeć na siebie tak samo po tym, co sobie powiedzieli? Chciał ją od siebie odsunąć, próbowała z tym walczyć, ale chyba się poddała. Zawsze tak było, jak się na coś uparł, to musiało być tak jak on chciał, nie mogła tego zmienić, chociaż przecież bardzo chciała. Uderzało w nią to, że nie była w stanie nic z tym zrobić, była bezsilna, a nie znosiła tego uczucia, zawsze okropnie ją irytowało. Nigdy nie nauczyła się sobie z tym radzić.

To było przykre, kurewsko przykre, jak łatwo im przyszło przekreślenie tego, co mieli, co mogliby mieć. Wszystko się rozsypało.

Samo trwanie przy sobie to było zbyt mało, szkoda, że nie dotarło to do niej wcześniej, może wtedy mogłaby coś zmienić, wtedy, kiedy jeszcze nie było za późno. To nie tak, że chciała z niego rezygnować, to nigdy nie było jej zamiarem, przecież nadal go kochała, tyle, że może czasem pojawiały się sytuacje, w których miłość nie wystarczała, może faktycznie to ich dotyczyło. Rozumiała z tego coraz mniej, przestała być pewna czegokolwiek i mimo, że jeszcze wczoraj nie sądziła, aby kiedykolwiek mogli wrócić do tego, co mieli, to dzisiaj pojawiła się nadzieja, która zgasła bardzo szybko, bo przecież jej nie chciał, niby chciał, ale jednak nie chciał. Nie mógł mieć jej znowu przy sobie, wkurwiało ją to, bo nie miała pojęcia dlaczego, to ciągle nie dawało jej spokoju. Przez to wyrzucała z siebie te wszystkie chujowe słowa, to była desperacja, która nie przyniosła w tym wypadku niczego dobrego.

Nie mogła znieść myśli, że kiedyś przecież naprawdę było im razem dobrze, rozumieli się bez słów, byli dla siebie oparciem. Nic z tego nie zostało. Tkwiło w nich wiele żalu, wiele złości, cóż nie ułatwiali sobie odnalezienia się w tej całej posranej sytuacji. Wbijali sobie kolejne szpilki, które miały jeszcze bardziej utrudnić to wszystko. Tyle, że ona naprawdę tego nie chciała, nigdy nie miała zamiaru go zranić, nie zakładała zresztą, że coś podobnego się dzisiaj wydarzy. To było zbyt wiele, dołożyli sobie sami kolejne rany, jakby nie mieli ich już wystarczająco. Nie powinni postępować w ten sposób, nigdy nie powinni byli doprowadzić do takiej sytuacji.

- Dzięki. - Cisza została przerwana. Trochę obawiała się tego, co może przynieść kolejne kilka minut, dlatego też ostrożnie podchodziła do tej rozmowy. Nie chciała popełnić drugi raz tego samego błędu, nie chciała żałować słów, które padną z jej ust. Próbowała się opanować, starała się pozbyć wszystkich negatywnych emocji, które jeszcze chwilę temu ją wypełniały, bo to nie była ona, nie była takim człowiekiem, nie zachowywała się w ten sposób. Musiała się ogarnąć i mieć pewność, że faktycznie będzie sobą, że nie stanie się znowu chaosem, który niszczył wszystko, co znajdowało się wokół niej. Nie chciała tego. Tylko, czy właściwie cokolwiek jej jeszcze pozostało? Trochę zaczynała w to wątpić.

Może faktycznie tak było, może nie wiedziała na co się pisze, tyle, czy faktycznie zrezygnowałaby z niego, gdyby wiedziała? Pewnie nie, nie tak łatwo było ją do siebie zrazić, chociaż dzisiaj, dzisiaj faktycznie mu się to udało, przynajmniej na tamtą krótką chwilę, kiedy wyrzucił z siebie to wszystko. Nie mogła się otrząsnąć po tym, co usłyszała, pewnie szybko tego nie zrobi, prawda powinna ją wyzwolić, tyle, że nadal jej nie dostawała. Nadal nie miała pojęcia dlaczego tak usilnie próbował ją od siebie odsunąć, musiała się z tym pogodzić, musiała to zaakceptować, bo nie było innej drogi. Nie była w stanie wyszarpać z niego informacji, które potrzebowała. To raczej się nie zmieni. To było przykre, bo naprawdę była skłonna wejść w to wszystko ponownie, gdyby nie to, że ją odrzucał, to też nie było typowym odrzuceniem, bo mówił jej, że wciąż ją kocha. Miała mętlik w głowie, niby jak miała teraz ruszyć do przodu, skoro usłyszała to wszystko? Trudno jej się będzie po tym pozbierać, tylko tego była pewna. Nie miała pojęcia, czy dalej powinna czekać, jeśli nie, to co wtedy? Szukać? Nie chciała szukać nikogo innego, ani niczego innego, nie kiedy zdawała sobie sprawę z tego, że nie da się dorównać temu co kiedyś mieli, a to było już stracone.

Czy desperacją było to, że nie miała nawet momentu zawahania, kiedy powiedział o tym, że faktycznie tu zostanie? Po raz kolejny nie chciała, aby wymknął jej się z rąk, po raz kolejny zgadzała się na te ułudę, którą się raczyli od kiedy tylko się tutaj pojawili. - Dobrze, zostań, zostańmy tu jeszcze na tyle, na ile potrzebujemy. - Akceptowała to, zrobią to tak, jak on chciał, chociaż w tym przypadku to było również to, czego ona potrzebowała. Nie miała pojęcia dlaczego, ale nie chciała jeszcze wrócić do rzeczywistości, która i tak próbowała już ponownie zaciągnąć ich do siebie. Mogło być tu im razem dobrze, chociaż pzez chwilę, przez moment? Pewnie tak, o ile znowu nie zaczną się ze sobą kłócić. Nie zamierzała do tego dopuścić, to nie było miejsce, w którym powinni to robić, nie tutaj. Nie chciała psuć wszystkich wspomnień, które mieli związane z tym domem.

Kiedy opuszczą Piaskownicę nic już nie będzie takie same, to wiedziała, zdawała sobie sprawę, będą musieli to zrobić już niedługo, ale skoro jeszcze mogli choć przez chwilę poudawać, że wcale nie było między nimi, aż tak źle, to zamierzała z tego korzystać, przecież chodziło im o pożegnanie, zasługiwali na nie, chociaż nie chciała dopuścić do siebie myśli, że to faktycznie będzie koniec. Nawet po tej kłótni, zdecydowanie lubiła sobie zadawać ból, skoro tak łatwo przyszło jej okłamywanie siebie.

- Wybaczam. - Mruknęła jeszcze cicho, chociaż nie umiała pozbyć się z głowy tego, jak okropnie to zabrzmiało, na pewno miał jakieś zamiary, kiedy jej o tym mówił, tak, czuła, że chciał w nią uderzyć, udało mu się to, ale teraz zszedł z tonu i ją za to przeprosił. Była nawina i głupia, ale mu wierzyła, chciała uwierzyć w to, że nie miał tego na myśli.

- Może kiedyś się dowiem, może kiedyś coś się zmieni. Nigdy nie można być pewnym. - Chyba nadal wierzyła w to, że kiedyś da jej te wyjaśnienia, było to bardzo naiwne, ale też dzisiaj chyba przestała już udawać, że myśli racjonalnie. Nigdy tego nie robiła, zawsze podążała za nim ślepo, bez względu na to, co się działo. Nadal była gotowa to robić, mimo tego, że przecież tego nie chciał i jeszcze przed chwilą próbowała mu udwodnić, że skutecznie ją do siebie zraził. - Na razie niech będzie jak jest, ale nie róbmy tego nigdy więcej. - Nie chciała znowu się kłócić, wylewać swoich gorzkich żali, nie tędy droga.

- Sama już nie wiem, co jest lepsze. - Miała wątpliwości, cholernie wiele wątpliwości. Gdyby byli normalni, może wszystko jakoś by się ułożyło, nie mogła być tego pewna, ale teraz rozważała różne opcje, różne możliwości. Zresztą to też było bez sensu, to i tak aktualnie w niczym by nie pomogło. Chyba musiała po prostu zaakceptować pewne fakty i tyle, nic nie mogła z tym zrobić, jeszcze nie.

Gdy poczuła dłoń na swoim boku odpuściła. Pozwoliła się sobie odruchowo opaść na jego ramię, tak jak robiła to wiele razy wcześniej, potrzebowała tej bliskości. Mimo tego, że jeszcze chwilę temu rzucali w siebie piorunami. Odpuszczała, złość z niej schodziła, już nie było tak źle. Nie, żeby sobie cokolwiek wyjaśnili, bo przecież nie zrobili tego, zresztą nie chciała ciągnąć tamtej konwersacji.

- Twoja siostra wychodzi za mąż za Borgina? - Cóż, nie dotarły do niej te plotki, więc było to dla niej coś zupełnie nowego. - Którego, jeszcze się okaże, że faktycznie zostaniemy rodziną... - Wśród czystokrwistych wcale nie było o to tak trudno. Zastanawiała się, czy być może któryś z jej kuzynów jest tym szczęśliwcem, a jeśli tak, to dlaczego się tym jej jeszcze nie pochwalił, z drugiej strony, to wcale nie było dziwne, bo starała się raczej trzymać od rodziny matki na dystans.

- Dobrze wiedzieć, że ktoś zmierza przed siebie, Astaroth umarł mi na rękach, wiesz, on nie ma zbyt jasnej przyszłości. - Nie pamiętała, czy się tym z nim podzieliła. Ambroise miał niewątpliwą przyjemność poznać jej brata z nieco innej strony, ale nigdy nie mówiła mu tak naprawdę co do tego doprowadziło. Nie było go wtedy blisko, co zresztą też mu kiedyś wyrzuciła. Ten rok był dla niej naprawdę paskudny, nigdy w jej życiu nie działo się gorzej, nie miała nawet za bardzo z kim o tym porozmawiać. Nie lubiła mówić o swoich uczuciach, być problemem dla innych. Kiedyś miała jego, mu mogła powiedzieć o wszystkim, później musiała radzić sobie sama.

- Nie, żeby mnie to dziwiło, chociaż wydaje mi się, że nie znajdą nikogo lepszego od ciebie, ale to ich strata, w Mungu jak w ministerstwie obstawiają wszystko przez znajomości. - Pamiętała, że zależało mu na tym, aby awansować, wkładał w to dużo pracy. Niektóre marzenia nie mogły się jednak spełnić mimo starań, nie na wszystko mieli wpływ, ba okazywało się, że tak praktycznie to nie mieli wpływu na nic.

- Polecam pracowanie na siebie, to zawsze najlepsza opcja. - Od lat przecież podążała tą drogą, była ona całkiem wygodna, podkreślała to od lat. Nie będzie się musiał przynajmniej przed nikim tłumaczyć.

- Coraz bardziej się panoszą, to co się stało w Beltane, gdzie przecież zginęła masa ludzi, nie tylko mugolacy, chyba jest im obojętne kogo zabijają. - Była w lesie po tym, jak to się stało. Zbierała trupy, widziała widma, miała świadomość, że świat stawał się coraz bardziej okropny, trudno się było w tym wszystkim odnaleźć. - Właśnie, widma, jaki to ma impakt na waszą rodzinę? One chyba szybko nie spierdolą z tej Kniei, obawiam się też, że mogą zacząć z niej wyłazić. Miałam przyjemność ostatnio kilka razy się na nie nadziać i dostałam pewne informacje, musicie uważać. - Tak, nic nie musieli, ale nie chciałaby, żeby jemu, czy komuś z jego rodziny stała się krzywda, nie po tym, co widziała. Jakoś wcześniej nie mieli możliwości porozmawiać o takich bieżących sprawach, a przecież kiedyś dyskutowali o wszystkim.

- Nigdy w to nie wątpiłam, nie jesteś taki jak oni, nie pasowałbyś do nich. - Od zawsze byli gdzieś pomiędzy, nie wybierali, nie próbowali walczyć, bo to nie miało sensu. Niestety ta wojna zaczynała coraz bardziej dotyczyć i ich, bo przecież wszystko się przez nią zmieniło. Dobrze było jednak wiedzieć, że jak ona nadal się nie złamał, nadal trwali w swoich przekonaniach. To było całkiem budujące, bo najwyraźniej nie zmienili się, aż tak bardzo jak mogło się wydawać.

- Czasem nie mamy wyboru. - Nie zamierzała go oceniać, sama robiła ostatnio wiele rzeczy, które nie mogły być uznane za właściwie, obcinała demonom głowy przy pomocy czarnej magii, ale nie tylko im, przecież zabiła też inną żywą istotę w ten sposób. Jeszcze kilka lat temu nie zakładałaby, że do tego dojdzie, ale jakoś tak potoczyło się jej życie. Nie była z tego szczególnie zadowolona, ale musiała sobie jakoś radzić, robiła to, co umiała.

- Dużo się dzieje, ciężko jest sobie z tym radzić samemu, szczególnie, gdy ma się tendencje do odrzucania pomocy i nie chce się dzielić z innymi swoimi troskami. - Cóż, ona tak miała. Nie potrafiła mówić o swoich obawach, próbowała brać wszystko na swoje barki, ale wychodziło to różnie, mogłaby nawet stwierdzić, że gorzej niż lepiej, ale wolała to, niż wołanie o pomoc. Wiedziała, że są pod tym względem do siebie podobni, rzadko kiedy otwierali się przed ludźmi.

Nie mieli już siebie, więc spodziewała się tego, że skończył jak ona. Zupełnie sam, ze swoimi wszystkimi obawami, to było przykre.




RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.12.2024

Tamten ostatni okres ich związku był daleki od ideału, ale jednocześnie chyba na swój sposób najbliższy temu, co mogliby chcieć od wspólnego życia. Przynajmniej od siebie nawzajem, bo tego nie dało się nie dostrzec - to była najbardziej słodko-gorzka idylla pośród chaosu i widma wojny.
Wszystko wokół zaczynało się walić. Nie było tak źle jak teraz, ale trudno byłoby nie dostrzegać narastającego zagrożenia. Oni jednak jakoś dawali sobie z tym radę. Było dobrze. Tak dobrze jak tylko mogło być. Szczególnie, że podejmowali wspólne decyzje, chcieli tego samego - spokoju u bezpieczeństwa.
Przeniesienie się do jednego miejsca było decyzją, która sama w sobie wiele zmieniła i jeszcze więcej dała. Zwłaszcza, że to był ich pierwszy wspólny dom. Ani jego, ani jej. Ich Piaskownica. W marzeniach budował tu sobie z nią dom. Tymczasem teraz nie było już marzeń. Co gorsza rujnowali również wszelkie dobre chwile z przeszłości. Niszczyli nawet wspomnienia.
Choć może dzięki temu łatwiej będzie im się rozstać? Tego chciała?
- Przecież za to mnie kochasz, co? Zdecydowanie nie możesz się ze mną nudzić - odsyknął, bo przecież nie zamierzał pozwolić Yaxleyównie mieć ostatniego słowa. - Poza tym, ukochana, sama też jesteś taka szalona i nieprzewidywalna. Jak to było? Wspaniały duet - w tym momencie nie potrafił nie ziać goryczą i wzgardą wobec tego, co kiedyś przynosiło mu radość, bo było ich dumą.
Szczególnie, że czuł się zraniony do granic możliwości, wyszydzony i pogardzany. Był dotknięty nie tylko tym, co teraz między nimi padało, lecz przede wszystkim tamtymi insynuacjami, które kierowała w jego stronę. Wszystkimi sugestiami, że nigdy nie miał wobec niej szczerych zamiarów. Że zawsze był po prostu kawałem zdradliwego chuja będącego z nią dla własnej wygody i przyjemności. Snującego plany pozostawienia jej samej. Porzucenia, gdy to będzie dogodne.
Sądził, że go znała. Tymczasem w momencie, w którym granice przestały istnieć i oboje zaczęli posuwać się coraz dalej, nie ważąc słów, brutalna prawda wychodziła na jaw. Raz po raz uderzała we wszystkie fundamenty, które jeszcze jakimś cudem się trzymały, ale niechybnie zaraz miały paść. Nie mieli już domu. Nie w postaci tego miejsca ani mentalnie, zrujnowali nawet wspomnienia.
- W istocie - odparł od niechcenia, usiłując wcisnąć w te słowa tyle goryczy ile tylko mogły znieść podobne słowa.
To nie tak, że przychodziło mu to lekką ręką. Świadomość, że mógł się pomylić pojawiała się raz po raz w jego myślach. Zwłaszcza podczas długich bezsennych nocy. Ba. Nawet teraz, dokładnie w tym momencie, gdy siedzieli obok siebie na ganku miejsca, które miało być częścią ich zawsze, na zawsze a zamiast tego po niespełna dwóch latach zastała ich tu kompletna ruina, rudera.
Chciał dobrze. W dalszym ciągu sądził, że podjął najsłuszniejszą możliwą decyzję, nawet jeśli nie była łatwa. Nie widział zbyt wielu innych opcji. W żadnej nie było zbyt wiele szczęścia. Tak samo jak żadną nie kierowała wyłącznie czysta logika, bo ta po prostu nie istniała w przypadku, w którym jeden wybór był gorszy od drugiego. Konsekwencje były nie do uniknięcia. To była decyzja pomiędzy tym, jaka fatalna przyszłość miała ich czekać.
A on nie chciał, żeby z czasem Rina go znienawidziła. Nie chciał być tym człowiekiem, który coraz częściej wracał do domu w samym środku nocy. Wściekły albo coraz bardziej obojętny, gdy maska zamiast spadać zaczęłaby być dokładnie tym, czym obecnie się stała. Nową twarzą. Czymś, co pasowało jak ulał. Jakby była na niego skrojona lepiej niż cokolwiek innego.
Nie chciał, żeby to dostrzegała. Nie chciał musieć przed nią grać. Nie chciał, by w którymś momencie zaczęła mierzyć się sama z coraz bardziej pożerającymi go sekretami, dusząc je w sobie, bo z czasem ta wewnętrzna świadomość, ta siła nie pozwalająca im zbyt długo chować przed sobą prawdy całkowicie by go strawiła. Ją by pochłonęła.
A on nie mógłby nic na to poradzić. Prędzej czy później wylałby z siebie w nią te wszystkie nagromadzone bolączki. Każda byłaby gorsza od poprzedniej. Aż w końcu któraś by ich spopieliła, zniszczyła, zjadła. Nie czekało na nich nic dobrego. Wyłącznie gorzka tragedia albo dokładnie ta sama refleksja, która do niego wtedy dotarła. Tyle tylko, że w teorii wspólna. Wyniszczająca równie mocno, jeśli nie mocniej niż ich dzisiejsza kłótnia.
Zapewne gorsza. Znacznie bardziej fatalna w skutkach, bo świadoma. Nie musiałby nic mówić. Nie potrzebowałby czegokolwiek wyjaśniać czy dodawać, bo wszystkie karty zostałyby odkryte. Cała dawna magia wspomnień całkowicie by się zatarła. Już teraz wyparowała, ale miał wrażenie, że byłoby jeszcze gorzej, gdyby Rina rzeczywiście poznała go od tej strony, której tak bardzo usiłował jej nie pokazać.
W wymianie zdań i tak już się ujawniła. Dał się temu porwać. Poniosło go, czego cholernie żałował, bo przecież nie chciał, żeby to tak wyglądało. Była dla niego ważna. W dalszym ciągu najważniejsza. To, co sobie zrobili było nie do wybaczenia, ale nie zmieniało tego, że ją kochał. Nie czuł w stosunku do niej niechęci czy nienawiści, wyłącznie falę smutku i wewnętrznego cierpienia, które wcale nie zgasło, gdy powiedziała te słowa.
Nieprawdziwe. Nie do spełnienia. Mogli tu zostać jeszcze przez jakiś czas. Do rana, może jeszcze kilka chwil dłużej zanim powiedzą sobie ostatnie słowa, ale to nie miało być na tyle, na ile potrzebujemy, przynajmniej nie dla Ambroisa.
Nie, gdy na tyle, na ile potrzebujemy kiedyś oznaczałoby dla niego koniec życia. Usraną śmierć, o której tak często wspominali w kłótniach i nie tylko. Mieli tu ze sobą być aż do końca. Nie mówiąc sobie żegnaj, nie patrząc na siebie na niespełnialne do widzenia.
Więc kiwnął głową na znak, że dosłyszał i zamierzał tak postąpić. Zostać z nią przynajmniej do rana. Nie mówiąc, że się myliła, bo najprawdopodobniej sama doskonale to wiedziała. Oboje tego potrzebowali, prawda? Mimo tamtych słów pełnych goryczy i niszczących wspomnienia.
Nie wiedział czy postępują właściwie. Najpewniej nie, ale w tym momencie nie chciał o tym myśleć. Ozując ciepło bijące od Geraldine, odetchnął głęboko, mocniej opierając rękę na jej boku, kiedy oparła się o niego. Chyba nie potrzebowali zbyt wiele, aby chociaż na chwilę ponownie wrócić do tych starych nawyków. Do jej głowy na jego ramieniu i jego ramienia wokół niej. Objął ją bez słowa, otulając dziewczynę przed wiatrem.
Odruchowo musnął wargami czubek jej głowy, składając krótki pocałunek na potarganych włosach i nieświadomie unosząc kąciki ust.
Moment później powrócił do poprzedniej pozycji - przytulając ją do siebie, ale już z głową odchyloną w tył, opierając się o ścianę i patrząc na ciemne burzowe niebo. Deszcz łał coraz mocniej. Rozpadało się na dobre. Rozbłyski coraz częściej przecinały niebo.
- Za osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat, kiedy będę mieć zaniki pamięci a ty będziesz seksowną starą rodzynką - odmruknął cicho, mrużąc oczy, by nie była w stanie dostrzec szklistości jego spojrzenia.
To były słowa. Wyłącznie głupie słowa bez jakiegokolwiek znaczenia, ale nie chciał kontynuować tamtej rozmowy. Powtarzać, że to było niewykonalne, że nie miała od niego dostać żadnych wyjaśnień. Ich wspólne życie nie mogło być czymś, co byliby w stanie odzyskać. Na pewno nie teraz, mimo że dostał od niej choć odrobinę wybaczenia.
- Pięćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt dwa. Pierwszy września... ...chyba nadal. Zapamiętaj to. To będzie ta data - nazywała go kłamcą, może nie wprost, ale z pewnością, więc kłamał.
Roztaczając wizję przed nią czy przed sobą - nie miał pojęcia. To był wyłącznie cichy bełkot brzmiący bardziej smutno niż prawdziwie. Nie był słodki, raczej podszyty goryczą, ale jednocześnie brzmiał w taki sposób, że Ambroise naprawdę chciałby być w stanie w to uwierzyć.
- Będzie z nas doskonała młoda para - całkowicie przymknął oczy, opierając policzek o czubek głowy dziewczyny i milcząc przez chwilę.
Padał deszcz. Woda lała się z daszku, spływając po drewnianych schodkach. Było coraz ciemniej, coraz chłodniej. Zimno, bardzo zimno jak na to, że lato nadal nie odeszło. Jesień jeszcze nie zagościła, jednak w tej chwili łatwo byłoby pomyśleć, że już tu z nimi była.
- Ironia, nie? - Odezwał się wreszcie, parskając niby to od niechcenia.
W istocie był tym niezmiernie wkurwiony. Zdecydowanie bardziej, bo chodziło o Borgina. Nie tylko o fakt, że jego siostra zrobiła coś tak niesamowicie głupiego i przyjęła przypadkowe zaręczyny. Głównie o to, z kim to zrobiła i że wbrew temu, co deklarowała, nie wyglądało na to, żeby coś się miało zmienić.
- Tyle lat i jest szansa - niemal wypluł z siebie to słowo z goryczą, ale z nieznacznym, ponurym uśmiechem - że nią zostaniemy - nie tylko Roselyn miała być pierwsza, nie tylko wkopała się w coś z najgorszą możliwą rodziną, ale spełniała tym jego marzenia.
Łączyła coś, co niegdyś prawie było jego. Równie dobrze mogła pójść o krok dalej i wyrwać najmłodszego Yaxleya.
- Choć najlepiej, by jej nie było - ale przecież ustalili, że to nie był koncert życzeń. - Anthony Ian. Ministralny piesek. W teorii dobra partia. Wiesz, co to sprawia - bardzo nieznacznie pokręcił głową, parskając przy tym cicho.
Nie musiał mówić nic więcej. Przecież oboje zdawali sobie sprawę z tego, jak zazwyczaj wyglądała ta dobra partia. On też w teorii nią był, przynajmniej niegdyś, bo teraz zaczęła przylegać do niego łatka starego kawalera, z którą nawet nie usiłował walczyć. To nie była maska, która mu nie odpowiadała. Była nawet całkiem wygodna. Z pewnością lepsza niż jakaś inna, bardziej prawdziwa.
Szczególnie w ich świecie, gdzie maskowanie się było niemalże stałym elementem repertuaru. Czymś, co wpajano od dziecka. Co robił ojciec i co robiła matka. Liczyły się pozory i pozycja, która mogła zostać zatrważająco szybko zachwiana, gdyby komuś przypadkiem spadła osłona.
Borginów szczególnie nie cierpiał. Nie ufał im i nie chciał tego zmieniać. Rina doskonale to wiedziała, nie musiał tego przed nią ukrywać, nawet nie próbował, choć przecież jej matka należała do tamtego rodu.
Wcale nie twierdził, że Jennifer była inna. Wręcz przeciwnie - z pewnością wdała się w swoją rodzinę, jednak była też chyba jedyną osobą, która w oczach Ambroise poniekąd się stamtąd wyrwała. Miała swoje nastroje i zamiary, ale nie była do szpiku kości zła. Natomiast reszta?
Nie chciał tego sprawdzać. W dalszym ciągu był przekonany o tym, że Roselyn się wpierdoliła. Wkopała się w coś, czego nie była w stanie udźwignąć. A im bardziej poprawny był jej narzeczony, tym mocniej najpewniej zżerała go zgnilizna. Ambroise był święcie przekonany, że ministralna menda po prostu doskonale grała.
Zresztą, choć nie chciał tego przyznawać, jego siostra też się zmieniła. Była inna. Coraz mniej mu znana. Rysa na szkle doprowadzała do coraz głębszego pęknięcia. Borgin. Ministerstwo Magii. Cholera wiedziała, co jeszcze Roo przed nim ukrywała. On z pewnością chował przed nią coraz więcej, nie odsłaniał się już praktycznie przed nikim. Znała go wyłącznie jedna osoba. Ta, która teraz przy nim siedziała.
Tęsknił za nią. Bardziej niż byłby w stanie powiedzieć. Znacznie bardziej niż mógłby przyznać, nawet przed samym sobą, bo prawda po prostu kurewsko bolała. Odchodząc stracił nie tylko ukochaną a również swoje jedyne prawdziwe oparcie. Osobę, która kiedyś tak dobrze go znała. Kogoś, przy kim niegdyś mógł być po prostu sobą. Która dawno temu po prostu go rozumiała. Bez słów, nawet w całkowitej ciszy, wiedziała.
To był koszt, którego nigdy nie wziął pod uwagę. Pamiętał wyłącznie tamtą ulgę, która się w nim rozlała, gdy uświadomił sobie, że jego uczucia były odwzajemnione. Że to nie była wyłącznie przyjaźń, która ich łączyła. Tamtego dnia na plaży nie myślał o konsekwencjach, liczyło się wyłącznie to, że ona też go chciała.
Przez następne lata łatwo było zapomnieć o myśli, która później wielokrotnie go prześladowała. Nie dostrzegał możliwości, aby pozostali przyjaciółmi. To nie było możliwe, siła, która ich do siebie przyciągała była zbyt intensywna. Pchała ich w swoje ramiona. On jej pragnął, ona go kochała. To mogłoby działać, gdyby cała reszta nie była taka skomplikowana.
Nie stracili wyłącznie wspólnej przyszłości. Nie utracili domu i rodziny, choć świadomość, że był moment, w którym Geraldine też tego chciała, dalej palił go od środka. Swoimi decyzjami prowadzącymi go do odejścia nie przekreślił wyłącznie ich związku. Stracił również swoją najlepszą przyjaciółkę, nawet jeśli teraz obok niego siedziała.
Rozmawiali. Nawet nie wiedział jak do tego doszło. Trzymał ją pod ramieniem, przymykając oczy i oddychając głęboko, gdy mówiła mu o tym, co się stało. Potrafili to jeszcze mieć. Umieli ze sobą rozmawiać, choć nie o wszystkim. Jako przyjaciele chyba nadal sobie ufali. A przynajmniej chyba próbowała mu ufać. Tak jak on, chyba też tego potrzebowała.
Bezwiednie odgarnął jej włosy z twarzy za ucho. Wiało, wichura na dobre się rozpętała. Powinni wrócić do środka, ale wtedy ta chwila również by się skończyła. Wątpił, że by trwała. Ciemność i burza sprawiały, że słowa przychodziły jakby łatwiej. Ciche i stłumione, ale płynęły.
- To dobry dzieciak. Tylko ma za długi jęzor i najpierw działa, później myśli, ale chyba nie można mu tego wytykać. Od stycznia nie minęło zbyt wiele czasu - powiedział powoli w zamyśleniu, patrząc w dal na rozbłyski na niebie i burze, która coraz bardziej się rozpętywała.
No cóż, przynajmniej chyba oni byli ostatnimi osobami, które powinny to robić, prawda? Oceniać porywczość Astarotha. Ani on, ani ona nie należeli do najbardziej spokojnych i opanowanych osób. Szczególnie teraz z osobna, podświadomie to wiedział, bo gdy jeszcze byli razem, jakoś udawało im się nad tym zapanować. Wtedy w ich życiu panowała większa harmonia.
Nawet nie zwrócił uwagi na to, że chyba nigdy nie powiedziała mu, że to było w styczniu. To były słowa Yaxleya. Oni nie mieli okazji rozmawiać ze sobą o tamtych okolicznościach. O tym, co się wtedy wydarzyło.
- To go może dojechać - kiwnął głową, bo nie zamierzał mówić, że brata Geraldine czekała jasna przyszłość.
Nie po tym, co obaj słyszeli, prawda? Miał w sobie na tyle dużo rozsądku, żeby tego nie przywoływać na głos. Ani teraz, ani kiedykolwiek później. Szczególnie, że przecież nie mieli mieć żadnego później. Natomiast nie chciał okłamywać Yaxleyówny. Sytuacja Astarotha była trudna i skomplikowana. Usiłował mu pomóc, ale to niewiele zmieniało. Nie, gdy było jednorazowe.
Jednakże nie chciał o tym mówić. Znowu by się pokłócili. Ponownie wyrzuciłaby mu wpierdalanie się w jej życie. Zamiast tego zmienili temat. Wygodnie, pozornie lekko.
- Dzięki, ciociu, powiesz mi jeszcze, że przystojny ze mnie kawaler? - Uśmiechnął się pod nosem z goryczą, bo te słowa, które mu powiedziała wcale nie były czymś, co koniecznie chciał słyszeć.
Brzmiały jak tamta dobra partia sprzed lat. Były miłe, ale nie zmieniały faktu, że nie dlatego jej o tym powiedział. Nie chciał klepania po głowie. Sam nie wiedział, jakie miał pragnienia. Prócz tych, których nie był w stanie spełnić, rzecz jasna. One w dalszym ciągu wysuwały się na pierwszy plan, nawet jeśli nie rozmawiali już na te tematy.
- Teraz to wydaje się najlepszym rozwiązaniem - kiwnął głową, przyznając jej rację, bo przecież widział jak to u niej wyglądało.
W tamtym okresie poważnie zastanawiał się nad czymś podobnym, jednak za bardzo lubił swoją pracę. Środowisko, w którym się obracał, ułatwione kontakty wynikające z działalności wykonywanej pod zarządem Munga. Tym całym szajsem, w którym naprawdę chciał dostrzegać szansę dla siebie na to, żeby wyrobić sobie pozycję w poważnej instytucji. Rola ordynatora była czymś, co miało dla niego znaczenie.
W dalszym ciągu nie chciał do końca puścić myśli o tym, że gdzieś tam kiedyś była mu pisana, czekała na niego, bo był przecież najlepszym, najbardziej solidnym kandydatem. Tyle tylko, że lata mijały i nic się nie zmieniało. Nikt nie deklarował mu niczego wprost. To były wyłącznie sugestie coraz bardziej przypominające mydlenie oczu po to, żeby zostawał w nadgodzinach. A on rzeczywiście je brał.
Szczególnie teraz, gdy nie miał już gdzie wracać. Nikt na niego nie czekał. Nikt nie planował z nim reszty dnia. No, może nie do końca tak to wyglądało, bo przecież miał tego cholernego futrzaka. Kolejną zmianę w życiu, której by się nigdy nie spodziewał, ale na tym etapie, gdy całkowicie tracił kontrolę nad swoim życiem, wszystko wydawało się już wyłącznie coraz bardziej gorzko zabawne.
Częściej gorzkie, ale w pewnym momencie można było się wyłącznie śmiać. Nawet wtedy, kiedy wszystko wokół zaczynało się walić. Gdy ludzie ginęli a ziemia nasiąkała posoką.
- To zabijanie dla zabijania. Przelewanie krwi dla chorej satysfakcji - nie było dla tego innego komentarza, tak samo jak wytłumaczenia.
Nie było, z czym dyskutować. To, co się działo przechodziło granice pojmowania. A Knieja i widma? Z początku otworzył usta, chcąc odpowiedzieć na usłyszane pytania, ale potem dotarła do niego ta część o stanięciu z nimi twarzą w twarz. Wspomnienia wróciły.
- Co? - Zamrugał zaskoczony, przenosząc wzrok na dziewczynę, na jego twarzy zagościło coś więcej niż zwykła powaga.
Powoli przetarł czoło wolną dłonią tylko po to, żeby w następnej sekundzie bez zawahania musnąć palcami drugą rękę Geraldine. Odruchowo i bezwiednie ją za nią złapał. Była ciepła a może to on był zimny? Miał wrażenie, że chłód ponownie go ogarnia.
- Tak, wiem. Jesteś silna, jesteś dużą dziewczynką, dasz sobie radę, mam cię nie bagatelizować, bo jesteś mi równa - wbrew pozorom nie mówił sarkastycznie tylko jak ktoś zmęczony i wyczerpany, bo wokół cały czas trzęsła się ziemia.
Tragedia goniła tragedię. A te słowa, które mu powiedziała były wyłącznie dowodem na to, jak głęboko i daleko sięgały zniszczenia.
Nie machnął ręką, bo tak jak mówił - nie zamierzał wytykać Rinie plątania się w niebezpieczeństwo, bo przecież zawsze to robiła. On też. Oboje. Tyle tylko, że tym razem stawka była zbyt wysoka. Znacznie wyższa, nie warta ryzyka bez świadomości tego, co dało się zrobić a czego należało się wystrzegać.
- Obiecaj mi, że już nigdy więcej nie będziesz w takim miejscu. Sama czy nie. Knieja jest kurewsko niebezpieczna - chyba nie potrzebowała tego ostrzeżenia. - Nie jest już nasza - jego pierś uniosła się w oddechu, ale prawie nie zaczerpnął przy tym powietrza. - Nie wiem czy chcę o tym mówić - nie chciał ucinać, nie unikał odpowiedzi, jednak obawiał się, że wtedy mógłby po prostu pęknąć.
Już był blisko granicy. Szczególnie, gdy usłyszał te kolejne słowa. W teorii powinny przynieść mu wewnętrzne ciepło, ale praktyka wyglądała zgoła inaczej. Tu również nie było miejsca na zbyt wiele rozmowy. Nie, gdy nie umiał zapewnić jej rozjaśnienia, czemu jednocześnie miała rację i sromotnie się myliła.
- Nie, nie jestem - odezwał się, jednak w jego tonie na próżno byłoby szukać ulgi z tego powodu.
Nie miał tu zbyt wiele do powiedzenia, nie bez wyjaśnień. A przecież jak już sam stwierdził - nie istniały żadne wyjaśnienia. Nie mógł ich zapewnić. Potrafił jedynie się z nią nie zgodzić.
- To inny rodzaj upodlenia - uśmiechnął się z goryczą, zawieszając wzrok na horyzoncie w deszczu.
Obiecywali sobie neutralność. To się nie zmieniło. Nie chciał być częścią tego konfliktu w sposób, który wymagałby od niego wzięcia czyjejkolwiek strony. Jego stroną byli bliscy, nie idee. Nie zamierzał mieszać się w coś, co nie leżało w jego interesie.
Liczył na to, że Geraldine również nie zmieniła tego pragnienia i pozostawała neutralna. Nie sądził, by mogła pójść w stronę, o której mówił, jednak w drugą? Nie był tego taki pewien. Zawsze miała tendencję do kierowania się sercem, emocjami i uczuciami. Nie pytał o to, bo to nie było coś, co zamierzał od niej wyciągać, ale mimowolnie pokręcił głową. Nie, nie sądził, aby to się zmieniło. Ich postanowienia.
- Nie - stwierdził mimo to, słysząc kolejne słowa. - Niektóre rzeczy nie są godne usprawnienia - to były te uczynki, które niosły za sobą konsekwencje.
Czasami, znacznie częściej niż mógłby przyznać, wracał do tej myśli. Do tego, co by było, gdyby rzeczywiście potrafił podjąć decyzję, by nic nie robić. Spróbować przeczekać pewne sprawy, choć nie sądził, żeby to mogło zadziałać. Szambo miało tendencję do wybijania w najgorszych momentach. Zwłaszcza w ich przypadku. Jego. W jego przypadku.
Dlatego świadomie wybierał, by się nie odsłaniać. Tak jak mówiła. Unikanie było strategią, nawet jeśli na dłuższą metę wyniszczającą I ze wszech miar chujową.
- Auć. To nawet nie był rzut za dziesięć punktów. Złapałaś znicza, Chérie. Mecz zakończony - mruknął pod nosem, usiłując nadać tym słowom lżejsze brzmienie, bo w gruncie rzeczy nawet go nie ugodziła.
Tego wieczoru padło zdecydowanie wiele więcej znacznie bardziej bolesnych rzeczy. To była ta nieszkodliwa szczerość, nawet jeśli przykra to w pełni prawdziwa. Chyba nareszcie doszli do momentu, w którym faktycznie ze sobą rozmawiali, nie rzucali w siebie oskarżeniami. To była ta chwila, która powinna nadejść już na samym początku. Tyle tylko, że pojawiła się nieco zbyt późno.
- Możesz mi powiedzieć o wszystkim - przez cały czas delikatnie przesuwał dłonią po brzegu koszuli dziewczyny, starając się zachować spokojny ton głosu.
Chyba nawet mu to wychodziło. Tyle tylko, że nie miało zbyt wiele związku z jakąkolwiek ulgą. Tylko ze zmęczeniem. Był tym wszystkim wyczerpany, niemalże skrajnie wycieńczony. Nie chodziło nawet o ten wieczór a o wszystko, co się działo. O pierdolone półtora roku, niemal dwa lata głębokiego bagna.
Nie wiedział, czemu rozmawiali o tym teraz, bo przecież nie powinni, ale paradoksalnie było łatwiej mówić niż milczeć. Nie dlatego, że ta cisza byłaby trudna czy ciężka, lecz przez to, że gdy już się odezwał, kolejne słowa płynęły samoistnie.
Geraldine chyba rzeczywiście miała rację. Z pewnością ją miała. W tym momencie nie zamierzał temu zaprzeczać, bo niby po co? Dlaczego miałby to robić, skoro takie były fakty. Dużo się działo. Z miesiąca na miesiąc coraz więcej. Trzeba było sobie z tym jakoś radzić, zwłaszcza że oboje potrafili to robić. Tyle tylko, że samotnie było trudniej. Niemożność otworzenia ust do kogoś, kto by zrozumiał, spróbowałby zrozumieć albo przynajmniej nie oceniałby bez potrzeby była trudna. Ciężka i przytłaczała. A otwieranie się przed kimkolwiek, nawet deklarującym pomoc? Nie wchodziło w grę. Szkodziło, było nic nie warte, zwłaszcza wtedy, kiedy swego czasu miało się wszystko.
Stracili to bezpowrotnie, ale teraz nagle wydawało się, że mogli znów po prostu rozmawiać.
- Wiem, że mnie nie było. Zdaję sobie sprawę z tego, że to zawsze będzie moja decyzja i moja wina. To nie jest coś, co można zapomnieć, ale zawsze masz we mnie przyja... ...nie używajmy tego słowa, nie? - Zreflektował się niemalże błyskawicznie, bo żadne z nich nie używało tego słowa od dawien dawna i to nie przez to, że byli dla siebie kimś więcej, no, nie tylko przez to. - Sojusznika.  Nawet, gdy mnie obok nie ma. Zawsze będę o ciebie dbać, nawet z daleka - stwierdził cicho, nie wpatrując się w Geraldine, żeby dać jej pewnego rodzaju przestrzeń, choć fizycznie sami ją ponownie zredukowali niemalże do zera.
To było takie naturalne. Nie musieć ograniczać swoich ruchów. Móc ją trzymać w ramionach, czuć policzek tuż przy skórze, nawet jeśli osłoniętej swetrem. Oddychając głęboko, znacznie wolniej. Powoli nabierając powietrza w płuca i odzyskując choć trochę utraconego spokoju.
Aż dziw, że jeszcze przed chwilą skakali sobie do gardeł. W tej chwili czuł się przy niej znacznie bardziej spokojny. Może nie do końca opanowany, ale fizycznie spokojniejszy. Bez nerwowego kołatania serca i wrażenia, że zaraz osunie się na ziemię, choć w gruncie rzeczy nie miałby daleko, bo przecież siedzieli na deskach.
To nie była obietnica. Nie składał kolejnej obietnicy, bo to była po prostu rzeczywistość. Fakt. Mieli to na teraz już nieżywym przykładzie Doppelgangera, prawda? Może czuł się dogłębnie zraniony. On ją skrzywdził, ona go skrzywdziła. Nie sądził, że mogli odzyskać cokolwiek po tym, co padło między nimi tego wieczoru. Pewne poczucie bezpieczeństwa zostało najpewniej bezpowrotnie utracone.
Zresztą zamierzał trzymać się swojego postanowienia, nawet jeśli to było kurewsko trudne. Nie po to odszedł. Nie po to się pokłócili, żeby odpuścił i próbował naprawić nienaprawialne. Zresztą konsekwencje byłyby jeszcze trudniejsze do udźwignięcia. Przecież doskonale o tym wiedział.
Nie mieli niczego odbudować. Dać sobie drugiej czy nawet trzeciej szansy. Nie chciał być tuż obok, jeśli to nie oznaczało bycia razem. Nie mogli być przyjaciółmi. To nigdy by nie wyszło. Zbyt wiele wspólnie przeżyli. Za bardzo by się tym ranili, jednak to nie oznaczało, że zmieniał zdanie co do wypowiedzianych słów. Nie tylko dzisiaj, kiedyś również. Był dla niej w najgorszym bagnie. O ironio - tylko wtedy, nie w całkowitym szczęściu. W nim zamierzał trzymać się od niej z daleka.
- Nie chcę, żebyś czuła się osamotniona. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować wsparcia, jestem tutaj - nawet po takim czasie.
Chciał, żeby potrafiła to zaakceptować. Nadal miała w nim przyjaciela w chwilach, w których ziemia się paliła. Nie mógł być nim zawsze, ale mogła się do niego zwrócić w momentach, w których nie chciała tego robić w przypadku innych ludzi. Tam, gdzie Florence nie mogła nic zdziałać. Tam, gdzie nie miała Astarotha czy Erika, tam, gdzie nie było nikogo kto by nie pytał. To było jego miejsce. Jego niewielka rola. Zawsze miało tak być.


RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.12.2024

To był ich dom. Przynajmniej zawsze tak się jej wydawało. Bezpieczna przystań, która dawała im ostoję. Lubiła się tutaj chować przed całym światem. Korzystać z chwil spędzonych sam na sam. Tutaj życie toczyło się zdecydowanie wolniej, z dala od londyńskiego zgiełku. Ten dzień nieco zmienił jej wrażenie o Piaskownicy. Wydawało jej się, że minęło wiele dni, wiele godzin, bo strasznie dużo się wydarzyło, a nie spędzili tutaj nawet dnia. Wzbudzali w sobie całą gamę bardzo intensywnych emocji, nie miała pojęcia, które z nich były prawdziwe, a które były kłamstwem. Coraz bardziej się w tym gubiła, co nie do końca jej się podobało. Jak w ogóle to możliwe, że tak zmienili nastawienie w przeciągu ledwie kilku minut? Jak widać niektóre słowa potrafiły całkowicie odwrócić sytuację. Zdarzało jej się wątpić w to, że słowa mogą wiele zdziałać, bo to nie one były istotne, a czyny, tym razem jednak czuła, że to właśnie te słowa będą miały największe znaczenie. Słowa, które padały z ich ust zupełnie nieświadomie, byleby tylko zraniły drugą stronę. Powinni się po prostu zamknąć i znowu zamilknąć, bo to im służyło.

Teraz brzmiało to strasznie gorzko, ale kiedyś, kiedyś naprawdę uważała to za jedną z ich zalet. Nie nudzili się razem, ich życie było bardzo kolorowe, działo się w nim sporo. - Za to też... - Nie mogła skłamać, mimo, że zbierała się w niej złość i nad sobą nie panowała, nie zamierzała zaprzeczać, bo to nie byłoby prawdą. - Wyśmienity duet. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Tak, zawsze wydawało jej się, że to będzie działało zawsze, byli do siebie kurewsko podobni, tyle, że tym razem miała wrażenie, że przeszkadza im to w poprowadzeniu tej rozmowy, kłótni, zwał jak zwał w inny sposób. Mieli krótki lont, co zresztą było widać teraz, wystarczyło jedno słowe, które nie powinno zostać wypowiedziane do tego, aby zupełnie się odpalili i przestali nad sobą panować.

Strasznie łatwo przyszło im rozpierdolenie tego, co tworzyli razem przez wiele lat. Nie spodziewała się, że może to runąć przez jedną, aczkolwiek bardzo intensywną kłótnię. Jak widać, dało się wszystko rozpieprzyć w bardzo krótkim czasie. Cóż, może faktycznie powinna się tego po nich spodziewać, byli chodzącymi chaosem, razem mogli wiele zdziałać, ale osobno, kiedy działali przeciwko sobie? Cóż, mogli całkiem mocno się skrzywdzić, szczególnie, gdy przestawali dbać o to, co się z nimi działo. Kiedy puszczały im hamulce i liczyło się tylko to, aby jak najbardziej dopierdolić drugiej stronie.

Na werandzie nieco się zmieniło, chociaż czy faktycznie, aż tak bardzo? Nie wątpiła, że będą żywić do siebie urazę po tych wszystkich wyrzuconych z siebie bezmyślnie słowach. Wiatr jednak całkiem skutecznie koił nerwy, zmęczenie też robiło swoje, tak naprawdę to od samego początku nie miała siły na kłótnie, zdecydowanie nie powinni poruszać tych tematów, bo to nie przyniosło niczego dobrego, jeszcze bardziej ich pokiereszowało, jakby bez tego nie byli wystarczająco rozwaleni.

Nigdy nie chciała, żeby zwątpił w jej zamiary, zawsze były szczere, jednak postapiła, jak postąpiła, to nie tak, że czekała na to, aż z niej zrezygnuje, wiele razy przecież udowadniał Geraldine, że naprawdę mu na nim zależy, tyle, że w końcu odszedł, co nieco zmieniło jej podejście. Czuła, że ten czyn jest podszyty czymś więcej, właściwie to dzisiaj upewniła się, że dokładnie tak było, nie sądziła jednak, że to coś zmieniało, jasne mogła znowu próbować walczyć, ale czy ta walka po tym wszystkim miała jakikolwiek sens? To nie były rozmyślenia na ten moment, nie miała siły się nad tym zastanawiać, może kiedyś.

Zmienili się, niezaprzeczalnie. Nigdy też nie zachowywała się w ten sposób, zawsze potrafiła przystopować w odpowiednim momencie. Ostatni rok był jednak okropny i chyba gdzieś w tym wszystkim zaczęła się zatracać, nie umiała się zatrzymać, dążyła do autodestrukcji, nawet przy nim, kiedyś obecność Ambroisa ją przed tym powstrzymywała, aktualnie - cóż, potrafił ją rozwścieczyć tak, że zupełnie straciła kontrolę. Zdecydowanie w jej życiu brakowało stagnacji, czegoś, czego mogłaby się chwycić, kiedy było już naprawdę źle. Raczej nie zapowiadało się, aby mogła to szybko odnaleźć, już nie.

Kiwnął głową, dostrzegła ten drobny gest, ulżyło jej, ale czy powinno? Trochę obawiała się tego, że mogą powtórzyć taką nie do końca przyjemną wymianę zdań, a zdecydowanie nie była gotowa na powtórkę, z drugiej strony naprawdę chciała odpocząć, odetchnąć, a i to im dzisiaj zaczęło wychodzić. Nie wiedziała co oznacza na tyle na ile potrzebujemy, ale to teraz nie było istotne. Na pewno zrozumieją, kiedy powinni stąd odejść, bo przecież nie mogli tu zostać na zawsze. Już nie było na zawsze. To się skończyło półtora roku temu, czy tego chciała, czy nie. Wypadało się wreszcie z tym pogodzić. Najwyższy czas. Miała jednak nadzieję, że faktycznie uda im się nieco uspokoić i jakoś przetrwać ten najgorszy czas. Potrzebowali tego.

Nie wymagali od siebie wiele, wystarczała ta chwilowa bliskość, świadomość, że nie są teraz sami, to wystarczało. Robili tak przecież wiele razy. Ciepło bijące od ciała Roisa ją uspokajało, zawsze tak było. To nie tak, że wyparła zupełnie istnienie tej awantury, którą przed chwilą odbyli, jednak nie chciała się na niej skupiać, nie teraz, kiedy mogło być znowu zupełnie inaczej. Przeskakiwali dzisiaj po wszystkich możliwych emocjach, to też było wyczerpujące, mylące.

- Całkiem sprytne rozwiązanie, będziesz mieć zaniki pamięci, niezłe wytłumaczenie. - Wiedziała, że są to tylko słowa rzucane na wiatr, całkiem silny, ale skutecznie odsuwało to jej myśli od tego, co się między nimi wydarzyło. Gdybanie, jakby faktycznie istniała dla nich jakaś przyszłość.

- Na pewno ją zapamiętam, będę czekać. - Skoro już się na to umawiali, to musiała to zapamiętać, chociażby po to, żeby pojawić się przed jego progiem i wyrzygać mu to, że w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim znowu ją okłamał. Tak, to był naprawdę idealny argument, aby zatrzymać w pamięci tę datę.

- Ależ oczywiście, przecież my zawsze jesteśmy doskonali. - Chciałaby w to wierzyć, aczkolwiek aktualnie miała zupełnie inne wrażenie. Wydawało jej się, że i ona i on gdzieś się mocno pogubili, nie miała pojęcia gdzie i co tak naprawdę na to wpłynęło, ale nie dało się tego nie zauważyć. Nie byli już tymi szczęśliwymi ludźmi, którzy pojawiali się w Piaskownicy i marzyli o wspólnej przyszłości. Stracili to, zapewne nieodwracalnie. Może to była wina otaczającego ich świata, stał się dosyć mocno brutalny i w sumie wymagał tego, aby się do niego dostosować. Czy było tu jeszcze miejsce na jakiekolwiek marzenia? Nie wydawało jej się.

- Straszna, tego się nie spodziewałam. - No, zaskoczyło ją to. Nie zakładała, że w ogóle jest taka opcja, ale świat czystokrwistych był przecież bardzo mały, tutaj powinna się spodziewać wszystkiego. Cóż, najwyraźniej jej kuzyn miał dostać coś, co nigdy nie było jej pisane.

- Nie wyglądasz na szczególnie zadowolonego z tego powodu. - Nie dało się nie wyczuć tego w tonie jego głosu. Nie, żeby ją to specjalnie dziwiło, sama miała dosyć mocno wyrobioną opinię na temat rodziny swojej matki. Ostatnio widziała swoich kuzynów chyba gdzieś w czerwcu? Tak, podczas wyprawy na magiczny statek, który okazał się być statkiem widmo, prawie tam umarli... Nie powinna chyba do tego wracać w tym momencie. Nie było się czym chwalić.

- Wiem o kim mówisz, Tony potrafi być czarujący. - Kiedyś z nim więcej rozmawiała, aktualnie trzymała się raczej z daleka, bo cóż miała wiele swoich własnych spraw, które ją przytłaczały. Nie dało się przy okazji utrzymywać poprawnych stosunków z wszystkimi członkami rodziny.

- Dobra partia brzmi znajomo. - Aż za bardzo. Nie sądziła, aby jej kuzyn miał złe zamiary, jednak nigdy nie wiadomo w którą stronę postanowił pójść, czasy były niepewne, ludzie niezdecydowani, można ich było łatwo przekabacić. Nie zastanawiała się nad tym, wolała nie wnikać jakoś szczególnie w to kto z jej rodziny mógłby postawić się po stronie Voldemorta. To nie były tematy, które ją interesowały. Jej kuzyni byli dorośli, mogli o sobie decydować.

Brakowało jej chwil jak te. Kiedy mogli rozmawiać w nieskończoność o wszystkim i o niczym. Od wielu lat byli przecież sobie bliscy, wiedziała, że może przyjść do niego z każdą wątpliwością, z każdą pierdołą, nigdy jej nie oceniał. Kiedy Roise tego potrzebował ona też zawsze dla niego była. Szkoda, że to również stracili, ale przeszłość nauczyła ich tego, że przyjaźń nie jest im pisana. Nie potrafiliby zbyt długo tkwić w tej relacji i byli tego świadomi. Już kiedyś przecież próbowali udawać, że tego chcą, dosyć szybko jednak zmienili tor jaki przybrała ich znajomość, nie dało się inaczej.

Rozmowa nawet się kleiła, nie spodziewała się, że jeszcze potrafią to robić. Nie warczeli już na siebie, wręcz przeciwnie, całkiem przyjemnie było wymienić się tym, co się wydarzyło w między czasie. Sporo go minęło, dobrze było dowiedzieć się tego, co działo się w jego życiu, bo przecież i nad tym się wiele razy zastanawiała, tak po prostu, co się u niego dzieje, jak sobie radzi, czy jest szczęśliwy?

- Zawsze taki był, to chyba u nas rodzinne, mam wrażenie, że ta przypadłość to jeszcze bardziej potęguje. - Próbowała jakoś ogarnąć brata, ale to też jej nie wychodziło. Zresztą ostatnio z niczym sobie nie radziła, nie była w pełni skupiona na jednym problemie, bo było ich zbyt wiele i wszystkie traktowała nieco po macoszemu, czego nie dało się nie zauważyć. Nie skreślała brata, wiedziała, że jest szansa, że jakoś uda mu się dostosować, zresztą wspierała go w tym i miała zamiar nadal to robić. Próbowała się nim opiekować, chociaż wcale tego nie ułatwiał.

- Tak, jest bestią nieco ponad pól roku. - W styczniu nie udało jej się go uratować, więc teraz robiła, co mogła, aby jakoś ułatwić mu egzystencję na tym świecie. Co innego mogła zrobić? Czasu nie dało się cofnąć, nie mogła dotrzeć do wampira przed nim, chociaż wiele razy żałowała, że to nie ona trafiła na niego wcześniej. Może udało by się jej go zabić, albo on zrobiłby krzywdę jej - najważniejsze że jej młodszy brat wyszedłby z tego bez szwanku.

- Ostatnio też doppelganger próbował go zabić, pożarliśmy się znowu przez to, chyba muszę go przeprosić. - Tym razem dotarła na czas i uratowała Atarotha, tyle, że nadal nie potrafili się dogadać, średnio radzili sobie z komunikacją. Nie ma się co dziwić, nie byli wychowani w rodzinie, w której mówiło się o uczuciach. - Mam nadzieję, że jakoś uda mi się go ogarnąć. - Tak, zdecydowanie to była jedna z najważniejszych spraw, które czekały na swoją kolej.

- Chyba nie powinnam ci mówić takich rzeczy, bo będziesz mi to później wypominał. - Ciągle wracał do tych nieporadnych słów, które kiedyś rzucała w jego kierunku, wtedy, gdy jeszcze nie potrafiła się przyznać do swoich uczuć. Nie miało być żadnego później, ale i tak nie chciała mu dawać kolejnych powodów do zaczepek, to już było za nimi.

- Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co jest dla nas najlepsze, wyglądałeś jakbyś się tam spełniał, ale czasem pojawiają się mury, przez które nie da się przebić, nawet ty nie masz na to wpływu. - Tak, wiedziała, że jak się na coś usrał, to raczej trudno byłoby mu stanąć na drodzę, jak widać jednak pojawiały się pewne ograniczenia, na które nawet Ambroise nie miał jak reagować. Szkoda, może to faktycznie by go uszczęśliwiło? Pamiętała, jak przygotowywał się do tych wszystkich swoich konferencji naukowych, wiele to dla niego znaczyło, szkoda, że nie mógł się spełnić w ten sposób, ale bez sensu też angażować się w coś, co nie miało możliwości się udać.

- Tak, ten ich cel jest zupełnie bezsensowny, wielu ludzi już straciło życia. - Niektórzy zupełnie przypadkowo, inni nie, nie potrafiła zrozumieć tego postępowania, nigdy nie umiała. Miała świadomość, że różne pojeby chodziły po świecie, ale nie spodziewała się tego, że kiedyś postanowią się dogadać i przejąć władzę nad światem.

Poczuła, że jego dłoń zacisnęła się na jej ręce. Może nie powinna o tym wspominać? Chcąc nie chcąc i w tę sprawę się nieco zaangażowała, zamierzała zresztą teraz też się nad tym nieco bardziej skupić, skoro jeden z jej większych problemów został rozwiązany (tak, musiała znaleźć jakiś następny, bo nie byłaby przecież sobą).

- Wiem, że jest niebezpieczna, byłam tam, spotkałam ich dziesiątki. - Nie było to szczególnie przyjemne spotkanie, ale jakoś udało jej się przetrwać noc. Może jak zawsze miała więcej szczęścia, niż rozumu, ale nie zabiły jej, nie odebrały jej życia. Na samą myśl o tych istotach przenikał ją chłód, tego się nie zapominało. - Nie mogę ci tego obiecać. - To nie tak, że chciała się pakować w kłopoty, może odrobinę, ale nie do końca miała inny wybór. Czuła na sobie pewną odpowiedzialność, była przecież łowcą potworów, a widma były najgorszymi z potworów, tacy jak ona powinni zaangażować się w sprawę. - One zaczęły wyłazić z Kniei, ostatnio się tego dowiedziałam, ewoluują. - To nie brzmiało dobrze, bo kto wie, kiedy rozejdą się po świecie i zaczną pożerać niewinnych ludzi? Brakowało im tylko tych stworzeń odbierających życie krążących między czarodziejami. - Spotkałam się też dosyć blisko z jednym takim egzemplarzem, to nic przyjemnego. - Prawdziwa z niej była specjalistka od widm... Szkoda tylko, że nie potrafiła z nimi walczyć. To była rzecz, na której musiała się skupić. Szczególnie, że widziała, jak kończą ludzie, którzy spotkali się z nimi oko w oko, co zabawne nie poruszyły nią najbardziej trupy, a chłopiec, którego odnalazła w Dolinie, który został zamknięty w ciele starca mimo swojej młodej duszy.

- To dobrze, znaczy nie dobrze, ale dobrze, chociaż nie spodziewałabym się, że może być inaczej, zawsze mieliśmy podobne poglądy. - Nie chcieli walczyć po żadnej ze stron. No, może jej się zdarzyło przypadkiem pojawić się w niedopowiednim miejscu i czasie i jakoś tak wyszło, że zaangażowała się w sprawę, ale nie zamierzała się wychylać. Nie wydawało jej się to potrzebne, bo to nigdy nie była ich wojna. Czuła, że niektórzy z jej przyjaciół mogą znajdować się po jednej ze stron barykady, ale ich o to nie pytała, nie rozmyślała nad tym w jaki sposób walczą, zaoferowała swoje drobne usługi, gdyby ich potrzebowali, ale nic więcej. Nie chciała pojawić się na polu bitwy.

- Myślałam, że nie byłabym dobrą szukającą, może całe życie się myliłam? - Cóż, w tym przypadku mieli podobnie, nie zdziwiło jej to wcale. Nie byli osobami, którym łatwo przychodziło sięganie po pomoc, to nie było w ich stylu, raczej radzili sobie ze wszystkim sami, chociaż radzili, to chyba zbyt dużo powiedziane. Na dłuższą metę każdy w pewnym momencie potrzebował kogoś. Kiedyś on był kimś takim dla niej, teraz właściwie nie miała już nikogo, nie chciała się otwierać, bo trochę się tego bała, wolała udawać, że jest silna i radzi sobie ze wszystkim, chociaż i ona miewała momenty słabości. Ją też przytłaczało to, co działo się wokół nich, bo było tego zbyt wiele.

Całkiem lekko jej szło otwieranie się przed nim. Może chociaż to im zostało? Nie chciała tego nadużywać, nie zamierzała niepokoić go wszystkimi swoimi durnymi przemyśleniami, czy problemami, które na siebie ściągała, ale może dobrze było wiedzieć, że gdzieś tam będzie i w ostateczności, kiedy nic jej nie pozostanie mogłaby się do niego zwrócić. - Wiem, zawsze mogłam. - Czy faktycznie się nic pod tym względem nie zmieniło? Cóż, pokazał jej swoje zaangażowanie poprzedniej nocy, nie zostawił jej na pastwę demona, walczył o nią u jej boku. Mogła mu ufać, jeśli o to chodzi. Przesunęła dłoń na jego rękę i splotła swoje palce z jego, delikatnie.

Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, tak to nie było ich słowo, zdecydowanie. Nigdy nie będą przyjaciółmi, to nie miało racji bytu, nie teraz, nie po tym wszystkim, nie kiedy sami zrezygnowali z tej łączącej ich przyjaźni na rzecz czegoś większego. Granice zostały przekroczone i nie potrafiłaby wrócić do tego, co mieli dawno temu. Nie byłaby w stanie oszukiwać się, że może spojrzeć inaczej niż jak na miłość swojego życia.

- Sojusznik brzmi fantastycznie. - Tak, było to bardzo neutralne i działało na odległość. Nie, żeby marzyła o tym, żeby nazywać go właśnie w ten sposób, ale lepsze to niż nic, czyż nie. - Wolałabym tego nie nadużywać, ale zapamiętam to sobie. - Nie spodziewała się, że łatwo będzie jej przyjść i prosić go o pomoc, ale dobrze było wiedzieć, że gdyby coś się wydarzyło, to nie ma nic przeciwko temu, oby nie żałował tych słów.

Nie mogła być pewna tego, co jeszcze przydarzy jej się w chaotycznym życiu, które prowadziła. Nie zamierzała odrzucać wyciągniętej w jej stronę ręki, powoli do niej docierało, że to nie miało sensu. Nie ze wszystkim była radę poradzić sobie sama, chociaż bardzo by tego chciała. Musiała przeżyć niemalże trzydzieści lat swojego życia, aby to do niej dotarło. Lepiej późno, niż wcale, czyż nie?

Ta rozmowa zaczęła zmierzać w zupełnie innym kierunku, niż się spodziewała. Nie zakładała, że w ogóle kiedykolwiek będą w stanie jeszcze mówić w ten sposób, zwłaszcza po tym, co zdarzyło się przecież ledwie przed chwilą. To nie tak, że o tym zapomniała, na pewno w niej to zostanie, ale teraz nie żywiła do niego urazy. Powoli zaczynała się uspokajać, a może po prostu nie miała już siły skupiać się na tych wszystkich negatywnych emocjach, byli zmęczeni, musieli jakoś doprowadzić się do porządku, a awantury tylko potęgowały to zmęczenie. Teraz znajdowała się tuż obok niego, ponownie i napawała się tą bliskością, póki jeszcze ją mieli.

- Mamy jasność, ty też wiesz, gdzie mnie szukać. - Musiał wiedzieć, że mógł liczyć i na nią. Była gotowa go wesprzeć, jeśli tylko będzie tego potrzebował. Nie było innej możliwości, w końcu zawsze miał i będzie miał specjalne miejsce w jej sercu, czy tego chciał czy nie. Tego nie dało się zmienić.

Tęskniła za tym, ich rozmowami, tym spokojem, który sobie dawali. Mało kto potrafił do niej dotrzeć w ten sposób. Roise ją znał, wiedział, jakie miewa tendencje, miał świadomość, że nie tak łatwo przychodziło jej trzymanie się z dala od kłopotów, jakoś łatwiej było jej opowiadać o swoich niepowodzeniach akurat mu, bo większość jej przyjaciół była aż nadto rozsądna i nie do końca umieli zrozumieć irracjonalne decyzje, które zdarzało jej się podejmować. Ambroise był pod tym względem do niej podobny, może nie akceptował jakoś specjalnie, ale miała wrażenie, że potrafił zrozumieć z czego wynikały podejmowane przez nią decyzje, mógł zrozumieć kierowanie się emocjami, które potrafiły bardzo łatwo przejąć władzę nad wszystkim, co działo się wokół.

Miała nadzieję, że jeśli coś mu się przydarzy, to też nie będzie miał oporu przed tym, aby do niej przyjść, chciała w to wierzyć.




RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.12.2024

Wszystkie słowa, które z siebie wyrzucili w dalszym ciągu obijały się o wnętrze czaszki Ambroisa. To była jego wina. Nie potrafił nie być na siebie wściekły, jednocześnie nie oszczędzając również Geraldine, bo to, co z siebie wypluła sprawiało, że nie potrafił już patrzeć na ich przeszłość w ten sam sposób co jeszcze kilka godzin temu.
Wszystko zostało zniszczone, zbrukane i zaprzepaszczone. Siła, która ich niegdyś łączyła teraz posłużyła wyłącznie ku temu, aby siać zniszczenie. Ich dom był ruiną. Ich przeszłość również nią była. To, co usłyszał i powiedział, nie chcąc przecież tak łatwo dawać jej mieć ostatnie słowo, było ciężkie i trudne do przełknięcia. Chyba nawet nie próbował tego robić.
Ich relacja całkowicie się zmieniła. Jeśli jeszcze jakaś jego głęboko ukryta część żywiła jakiekolwiek nadzieję co do odległej przyszłości, teraz Rina całkowicie je rozwiała. Rozmyła tym, co mu zarzuciła. Tym, że w niego nie wierzyła, że zawsze sądziła o nim coś, z czym nie chciał się zgodzić.
Miała dla niego znacznie. Tak właściwie przez cholernie długi czas wyłącznie ona się dla niego liczyła. Nie chciał tego kończyć. Nie w taki sposób jak to zrobił. Nie w żaden inny. Gdyby tylko to zależało od niego, tego świadomego i dorosłego niego, który budował sobie życie z ukochaną kobietą, marząc o wspólnym domu i rodzinie.
Ale tak nie było. Decydowała o tym zupełnie inna siła. Ta, o której nie chciał i nie zamierzał mówić. Tym bardziej, że wszystko i tak się rozpierdoliło. On to zniszczył, ona to dobiła. Ich resztki wspomnień runęły przykryte wyrzutami. Nawet jeśli zaczęli się uspokajać, ujawniona prawda nadal go paliła.
Starał się wyłącznie robić dobrą minę do złej gry. Mówił te wszystkie bezsensowne rzeczy. Rzucał słowa na wiatr a ona im przytakiwała. To było żałosne, desperackie, lecz przede wszystkim okrutne. Nie tak miała wyglądać ich przyszłość, nie w taki sposób mu się kiedyś jawiła. Teraz wyłącznie mógł patrzeć na swoją dziewczynę, która już nią przecież nie była.
- Tylko pamiętaj, że będziesz zmuszona być dla mnie miła. Nie kopie się leżącego - stwierdził z cieniem uśmiechu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co miał usłyszeć.
Jasne, jasne. Dlatego to zresztą powiedział, czyż nie? Poniekąd sama go do tego sprowokowała.
- Doskonale. Trzymam cię za słowo. Lepiej, żebyś faktycznie była przygotowywana - to nawet nie było mydlenie sobie wzajemnie oczu.
Nic z tego nie miało wyjść, jakakolwiek nie była ich przyszłość, nie była wspólna. Tak długa zresztą zapewne też nie była. Przynajmniej nie w jego przypadku. Nie miał co do tego złudzeń. W ostatnim czasie coraz bardziej się zapętlał, gubił, dążył ku samozagładzie a skoro jej już przy nim nie było to nie istniał nikt, kto mógłby go przed tym powstrzymać.
- Najlepsi, Miła - skinął głową, sięgając instynktownie, żeby mocniej ją objąć i przymykając oczy.
Ta chwila dużo go kosztowała. Może była słodka, ale nie był w stanie odsunąć od siebie również tej całej goryczy. Szczególnie, że ta przyszłość, o której mówili, nie istniała. Zamiast tego mogli zostać rodziną w zupełnie innym sensie. Ironia, która w tym tkwiła aż dosłownie zwalała z nóg.
- Co ty nie powiesz - uniósł brew, ironia aż od niego biła. - Poza tym właśnie tego się obawiam - stwierdził z przekąsem, choć chyba nie dobrał odpowiedniego określenia.
Nie bał się. Nie w tym standardowym sensie. Wiedział, że wbrew temu, co mówił w kłótni z Roselyn, w razie potrzeby wciąż postawiłby tego człowieka do pionu. Nie obawiał się konfrontacji, nawet jeśli miałby mieć do czynienia z kimś spaczonym, kto wyłącznie krył się pod płaszczykiem ministralnego elegancika.
Wkurwiał go czar tego człowieka. Świadomość, że nie było nikogo gorszego od czarującego młodego mężczyzny ze śliskimi intencjami. W końcu sam co nieco o tym wiedział z doświadczenia, nie? Nadal używał swojego uroku osobistego, choć po latach nie przychodziło mu to już tak chętnie. Raczej robił to od niechcenia.
Nie mówiąc już o tym, że ci z młodszego pokolenia raczej właśnie zaczynali podkreślać swój status i miejsce na salonach a jemu już nie chciało się aż tak bardzo bawić w podobne zagrywki. Jasne, stale podkreślał swoją pozycję w hierarchii, jednakże nie był desperatem.
Patrzył z góry na ludzi pokroju Borgina, raczej nie oceniając ich przez pryzmat sympatii wynikającej z tego, że w młodości (bo ostatnio czuł się coraz starzej) sam był do nich podobny. Raczej przez to czuł do nich narastającą niechęć, bo doskonale wiedział, co mieli w głowach. Jakie myśli i intencje nimi kierowały. A tego rodu po prostu szczerze nie cierpiał.
- Tym bardziej widzisz - rzucił spojrzenie w kierunku Geraldine, kręcąc głową i powracając wzrokiem w kierunku burzowego nieba.
To był naprawdę wspaniały spektakl, ale nie był w stanie rozproszyć wrażenia, że oboje aż za dobrze wiedzieli jak kończyły się podobne historie. Jak to mawiano? Ambroise czytał już tę książkę, był świadomy zakończenia i za cholerę mu się ono nie podobało. Nie musiał dodawać nic więcej. Nie potrzebował rozwijać swojej wypowiedzi. Rina też ją czytała. Takie sytuacje na ogół nie miały dobrego pokłosia.
Miał tak wyjebane na Borgina jak tylko mógł. Nie obchodziło go to czy był sensowny, czy miał dobre i właściwe założenia, czy pod otoczką czarusia kryło się cokolwiek więcej - człowiek a może maska człowieka. Nie chciał poznawać tego osobnika ani nie zamierzał wypytywać o niego Geraldine.
Natomiast zdecydowanie nie chciał, by Roselyn wiązała sobie z nim jakieś marzenia. Z kimkolwiek normalnym? Jasne. Tyle tylko, że Borginowie w oczach Ambroisa nigdy nie byli ludźmi godnymi zaufania. A już szczególnie nie w obliczu magicznej wojny, gdzie Roise był raczej pierwszy do wydania osądu, po której stronie się opowiadali. Nie zapewne. Dla niego to były realia. Prawda a nie założenia.
I nawet jeśli były tam jakieś jednostki warte pochwalenia, nie zamierzał odsiewać ziarna od plew. Nie zwykł dawać kredytu zaufania a młodsza siostra była jedną z ostatnich osób, jakie nadal miał w swoim życiu. Oczywiście, że chciał ją bronić.
Tak jak Geraldine ewidentnie broniła Astarotha. Choć raczej nie byłaby mu wdzięczna za to, co zrobił, aby ją w tym odciążyć. Kierowały nimi inne intencje, więc tak - zdecydowanie by nie była. Mimo że przecież niegdyś poniekąd lubił tego małego zwyrola. Wtedy, kiedy jeszcze Yaxleyem nie kierowała żądza krwi i był po prostu porywczym dzieciakiem. Kimś takim jak faktycznie Rina czy nawet on sam. W końcu byli do siebie podobni. Przynajmniej kiedyś.
Teraz to się zmieniło, jednakże ona nadal się dla niego liczyła, stąd pomagał jak mógł. Dla niej. Nie doceniłaby tego, więc milczał, nie posyłając jej żadnego konkretnego spojrzenia. Jego mina była neutralna, nawet wtedy, gdy mówiła o tych wszystkich trudnych chwilach.
- Żądza krwi to niezaprzeczalnie mocna siła - przytaknął jej poważnie, odruchowo głaszcząc dziewczynę po ramieniu.
Przecież wiedział, że robiła wszystko, co w jej mocy, żeby jakkolwiek zapanować nad sytuacją. Z pewnością się starała. Nie miał co do tego wątpliwości, jednak wszystko ostatecznie zależało od jej brata. Nie od niej. Ambroise miał nieodparte wrażenie, że Geraldine trochę za bardzo się za to wszystko winiła.
- On sam musi podjąć decyzję, żeby się pozbierać, Mouffette, to nie jest twoja odpowiedzialność ani tym bardziej twoja wina. Doppelganger to nie twoja wina - musiał jej to powiedzieć, tym razem wprost, całkiem dosadnie, wbijając w nią spojrzenie. - Już go nie ma i nie będzie. Cała reszta jakoś się rozwiąże - powiedział, starając się zachować spokojny ton głosu, miękki i przekonujący.
Naprawdę nie chciał psuć tego, co mieli. Nawet jeśli rozmawiali o niełatwych tematach. To była ich chwila. Zasłużyli na nią.
- Ależ i tak będę ci to wypominać, bo już pojawiła się ta sugestia. Mi to w zupełności wystarczy - stwierdził, rozkładając ręce zamiast dodawać coś w rodzaju przecież mnie znasz.
Oczywiście zauważył to, o czym mówiła. Dostrzegał używanie tego konkretnego czasu. To, że później kolejny raz przewinęło się przez ich rozmowę, ale tego nie wyciągał. Usiłował delektować się chwilą, gdy mogli ze sobą rozmawiać. Ta zmiana była miła, naprawdę go koiła. Potrzebował tego najpewniej równie mocno, co dziewczyna, więc chyba oboje świadomie pozwalali sobie pomijać ich prawdziwą przyszłość. Albo raczej brak przyszłości, przynajmniej wspólnej. Ta rana się nie goiła.
- Spełniałem się. Nadal się spełniam, ale w pewnym momencie przyświecał temu jeden cel, wiesz - słowo stabilizacja ugrzęzło mu w gardle a rodzina prawie do przydusiła; potrzebował przełknąć ślinę, milknąc na chwilę, choć ta chwila trwała chyba dłużej niż powinna. - Wkurwia mnie to - ale przecież wiedziała, nie?
Nienawidził bezsilności. Nie umiał sobie radzić z tym, że coraz więcej nie zależało od niego. Miał swoje wyobrażenia i w momencie, w którym one przestawały istnieć, zaczynał czuć się przytłoczony, coraz bardziej się irytując. Teraz nie było już nikogo, kto mógłby go przed tym powstrzymać. Nikt nie był go w stanie uspokoić czy pocieszyć. Wyłącznie ona to potrafiła.
A więc działał więcej. Intensywniej. Momentami powyżej granic możliwości, nadal podejmował czcze starania, ale miał wrażenie, że na próżno. Decyzja już została podjęta bez niego, tak? To wszystko to nigdy nie była szansa. Tylko kolejna ułuda. Coś, co sprawiło, że nie poszedł całkiem w prywatną praktykę, marchewka, która go trzymała. Tyle tylko, że czy on wyglądał na osła? Coraz bardziej się irytował. Ta sytuacja go wpieniała, nawet jeśli z zewnątrz tego nie pokazywał.
Nie ulżyło mu, gdy się tym podzielił. To nie była taka chwila, bo nie zamierzał w to głębiej wnikać. Zmienili temat. On sam to zrobił, żeby uniknąć dalszego drążenia w czymś, co go bolało, bo to też było elementem przyszłości, która nie nadeszła.
Spierdolił swój związek. Stracił szansę na rodzinę. Nie miał domu ani życia poza pracą. A praca robiła się coraz bardziej uciążliwa. Wojna i widma, całe to gówno również nic nie ułatwiało. Jego życie było równią pochyłą w dół a teraz jeszcze słysząc, co mówiła Geraldine, czuł się, jakby dawała mu w ryj. Nieważne, co robił, ona i tak mieszała się w sprawy, które mogły ją zniszczyć. Nawet nie próbowała go słuchać.
Powinien na nią warknąć, powinien nią potrząsnąć a jednak nadal po prostu ją do siebie przytulał. Jedynie ściskał jej rękę. Nerwowo, mocno. Dłonią zesztywniałą z zimna.
- Rina - chyba nie miał do tego innego komentarza niż kolejne zaskoczone wciągnięcie powietrza. Tyle tylko, że wcześniejsze co? zastąpiło jej imię.
Albo raczej to, do czego mimowolnie powrócił po tych kilku próbach dystansowania się od niej poprzez używanie jej pełnego imienia albo tamtego prześmiewczego Gerry, którego chyba (chyba na pewno) od niego nie lubiła, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że ją tym wkurwia.
- Nie jesteś nekromantką, Bruyère, a to, z czego czerpią to kurewsko niska energia, musisz na nie uważać - nie miał zamiaru się z nią o to kłócić, zresztą mogła to wyczuć w jego tonie i w sposobie, w jaki ją obejmował, bezwiednie znowu opierając policzek o jej głowę. - Cokolwiek zamierzasz, proszę, nie bądź w tym pochopna - nie mógł jej powstrzymać, zdawał sobie sprawę, nawet jeśli cholernie mu to teraz ciążyło, jednakże o to mógł ją prosić, prawda? - Widma to kwintesencja zła - nie chciał jej stracić, ale wiedział, że cokolwiek sobie założyła, nie miała posłuchać upomnienia.
Nie radził sobie z tym. Również z tym. Kolejną rzecz do sterty gówna.
Nawet nie zauważył, kiedy przyzwyczajenia wzięły górę i wróciła Rina, wróciły też te wszystkie urocze, małe słówka, którymi ją określał przez lata, choć teoretycznie już nie powinien mieć do nich prawa. Ale je sobie nadawał?
- Wiem, że ewoluują. Robią rzeczy, które powinny być fizycznie niemożliwe. Łamią wszystkie prawa i nie mam tu na myśli ludzkich praw, wiesz sama - zacisnął usta w wąską linię, starając się jakoś przełknąć wszystko, co mu właśnie mówiła, ale miał z tym trudność.
Nawet nie zamierzał udawać, że go tym wszystkim nie poruszyła. To, co miała do powiedzenia nie tyle go wkurwiło, nie był wkurwiony, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zaniepokoił. Nie. Nie zaniepokoił.
On się kurwa bał. W dalszym ciągu. Od tamtej nocy w Kniei. On się kurewsko bał, nie mogąc nic poradzić na to, że mimowolnie zadygotał czując wspomnienie tamtego przejmującego zimna, które nadal gdzieś tam trawiło go od środka. Mimo upływu czasu nigdy do końca nie zniknęło.
- Nic przyjemnego to niedopowiedzenia. To jest naprawdę mroczna siła - poprawił ją bez wahania.
Nie zamierzał się kłócić. Nie czuł potrzeby poprawiania tego, co mówiła a jedynie dania jej do zrozumienia, że cokolwiek robiła to było ponad nią. To była naprawdę ciemna, żrąca i paskudna siła. Nie chciał, aby się w to mieszała. Nie chciał, żeby to robiła. Wiedział, że wiedziała. Wiedział, że zamierzała to robić. Czuł się bezsilny.
I rozgoryczony. Naprawdę cholernie rozgoryczony. Nawet tym, co mu mówiła.
- Jasne - odpowiedział cicho, nie zamierzając mówić jej jak bardzo się tutaj myliła.
Ich poglądy niegdyś były naprawdę bliskie. Ba. Nawet w ich kłótni wyszło, że były niemal identyczne w wielu sferach, jednak teraz to uległo zmianie. On się zmienił, ona się zmieniła, ale chyba nie w tym samym kierunku. Raczej nie sądził, by tak było. Miał nadzieję, że nie. Że cokolwiek robiła, nie kierowała nimi ta sama siła. Geraldine zawsze była lepsza. Jego lepsza połowa, nawet jeśli równie zacięta i uparta.
- Nie masz do tego cierpliwości. Poskładałoby cię z wkurwienia - pokręcił głową, kwitując to parsknięciem bez jakiejkolwiek wiary w to, że mogłaby być dobrą szukającą.
Może była wyśmienitą łowczynią. W to nie wątpił, przecież sam wielokrotnie widział jej poczynania, jednakże w kwestii opanowania byli do siebie zbyt podobni. Z niego też byłby naprawdę chujowy szukający. To była rola wymagająca skupienia, latania w kółko, niezbyt wielu siłowych interakcji czy gry w zespole. Indywidualistyczna, ale nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Przynajmniej nie dla osób takich jak oni. No, tak jak mówił - poskładałoby ją z wkurwienia.
Na tyle jeszcze ufał w to, że się nie zmienili. Nie aż tak mocno. Pewne elementy musiały pozostać. Chciał wierzyć, że tu jeszcze nadal mogli dojść do porozumienia. Znał ją, chociaż coraz mniej.
- Nie będę cię oceniać - dopowiedział, choć to też przecież wiedziała, mogła być tego pewna, nie musiał się bawić w głębokie zapewnienia. - Ani pytać. Po prostu daj mi znać - nie wbił w nią spojrzenia, bo podświadomie wiedział, co by tam zobaczył.
Rozmawiali ze sobą tak, jakby nadal wiele ich łączyło. Zupełnie, jakby tamta kłótnia nie miała miejsca. Ani lata rozłąki, ani mentalna zdrada, decyzje o porzuceniu tego, co mieli. W tej chwili zachowywali się inaczej. Czy racjonalnie? Chyba nie chciał tego analizować. Nie, póki tu siedzieli razem. Miał to zostawić na moment osamotnienia.
Zresztą w tej chwili mógłby kwestionować czy to, co teraz robili miało jakikolwiek związek z ich niedawną awanturą. Piaskownica zatrzęsła się w posadach. Całkowicie zniszczyli piękne wspomnienia. Jako kochankowie, partnerzy, para stracili do siebie zaufanie. Tego nie dało się nie dostrzec.
Więc chyba nie jako oni tu teraz siedzieli. Na pewno nie. W tej chwili był jej przyjacielem, ona była jego przyjaciółką. Zupełnie tak, jakby nigdy nie podjęli decyzji o przeniesieniu tej relacji na wyższy, bardziej intymny poziom. Tak, jakby potrafili w dalszym ciągu ze sobą rozmawiać i wymieniać nawet najtrudniejsze doświadczenia, bo nic z tego, co miało miejsce przed chwilą się nie wydarzyło.
Tyle tylko, że to też były złudzenia. Nie byliby w stanie wytrzymać tego, co się między nimi działo pod koniec maja wiele lat temu. W tamtym momencie nie mieli większego wyboru. Mogli pójść za pragnieniami, głosami serca i ciała albo spróbować wziąć się na dystans. Nie żałował wyboru, szczególnie, że jego uczucia były odwzajemnione. Podjęli najlepszą możliwą decyzję, nawet jeśli magia zniknęła.
Nie mogli wrócić do tamtego okresu. Nawet jeśli teraz jeszcze czuł, że odzyskał bliskość kogoś kto był dla niego istotny, Geraldine nie miała być jego przyjaciółką. Nie tylko nią. Nie, gdy była miłością jego życia. To był układ wiązany. Dwa w jednym. Przyjaźń również się skończyła. Miała być stracona. Kiedy? W świetle kolejnego dnia?
- A więc sojusznik - kiwnął głową, uśmiechając się nieznacznie wyłącznie po to, żeby nie wyglądać jak ktoś, komu te słowa wcale nie przychodziły łatwo. - Kto jak kto, ale ty byś tego nie nadużywała. Tutaj nie ma wątpliwości - przecież miała tę możliwość, ale celowo tego nie robiła.
Unikała kontaktów. Zresztą czy jakoś specjalnie się temu dziwił? Nie, nie mógł tak powiedzieć, nawet jeśli w kłótni wyrzucił jej coś zupełnie przeciwnego. Wtedy naskoczył na nią, że do niego nie przyszła, choć powinna. W dalszym ciągu nie rozumiał tego do samego końca, jednakże wiedział, czym się kierowała.
Trudno było rozmawiać z kimś, z kim kiedyś budowało się przyszłość. Jeszcze trudniej było odsunąć dawne marzenia i uznać tę osobę za kogoś neutralnego. Za sojusznika, o którym mówili. Kiedy używał tego słowa, instynktownie unikał głębszego myślenia o ich wydźwięku. To było zbyt tragiczne, za bardzo go przytłaczało.
Nie sądził, żeby to miało ulec zmianie. Czy to w najbliższym czasie, czy to w perspektywie lat. Nawet na dłuższą metę ta świadomość miała przynosić głównie gorycz, bo przecież nigdy nie zakładał czegoś podobnego. Nie przewidział tego, że przyjdzie im przyjąć rolę tak inną od tej, do której się mentalnie przygotowywał. Spędził miesiące sądząc, że to, co ich łączyło rzeczywiście ulegnie zmianie, lecz z pewnością nie takiej.
Mogli tego nie mówić. Mógł sam wyjść z tym określeniem. Mógł teraz skinąć głową i obdarzyć ją uniesieniem warg imitującym uśmiech, ale to była degradacja. Całkowite zaprzeczenie tego, czego mógłby chcieć w głębi serca. Tego, czego potrzebował bardziej niż chciałby przyznać. Czy to przed nią, czy to przed sobą. To nie było istotne. Chodziło o sam fakt a rzeczywistość piekła i paliła od środka.
Nie chciał być jej przyjacielem. Nie widział Geraldine w roli swojej przyjaciółki, abstrahując od tego, że to nigdy nie grało. Nie wyobrażał sobie być gdzieś tuż obok ze świadomością, że byli w swoich życiach, ale na koniec dnia każde miało swoje zobowiązania. Również wobec innych ludzi. To nie byłoby dobre.
Nie widział więc innego rozwiązania niż odsunięcie się i zachowywanie dystansu. Przynajmniej złudnego, bo wzajemna świadomość istnienia tej drugiej osoby dosłownie na wyciągnięcie ręki miała być trudna. Przynajmniej dla Ambroisa. Już była. Aczkolwiek nie widział innej opcji, naprawdę, choćby do momentu, gdy coś uległoby zmianie. Wtedy mógłby zrobić to, o czym już wielokrotnie myślał, jednak nie zamierzał psuć tej chwili podobnymi deklaracjami.
Odsunąć się zupełnie. Szczególnie, jeśli Roselyn rzeczywiście zamierzała wyjść za Borgina. Knieja byłaby spokojna. Mung go nie potrzebował, wbrew zapewnieniom i sugestiom zarządu mydlącego oczy Greengrassa. Ziemia była rozległa, na pewno mógł sobie znaleźć jakieś odległe miejsce.
Może na wzór Thomasa? Choć Figga przecież też zawiódł. Zawodził każdego po kolei, więc kwestia odcięcia się do końca wcale nie wydawała się taka zła. Normalnie nawet by o tym nie myślał. Miał w zwyczaju walczyć, nie uciekać. Przynajmniej przez większość czasu, bo tuż obok niego przecież siedział żywy dowód na to, że decyzja o spierdoleniu już raz padła.
Natomiast był zmęczony. Coraz bardziej cholernie wyczerpany. Nawet poprzednia noc stanowczo zbyt głęboko w niego uderzyła. Poruszyła w nim struny, które nie powinny zostać dotknięte. Czuł jak kolejny raz zatrzęsła się pod nim ziemia i to nie był koniec. Nie musiał być jasnowidzem. Wystarczyły ostatnie doświadczenia, aby widzieć, że wszystko coraz bardziej się pieprzyło. A on był wyczerpany. Po prostu wykończony.
- Nie zawsze - zauważył, starał się nadać swoim słowom lekki ton, nutę rozbawienia, ale rzeczywistość wcale taka nie była. - Raczej nie sądzę, że postanowiłaś zmienić stare przyzwyczajenia. Nie będę adresować listów do lasu, nie? - Nie, nie zamierzał.
Teraz już nie musiała się przed nim z czegokolwiek spowiadać. Zresztą nigdy tego od niej nie wymagał. To znaczy - tak, bez wątpienia chciał wiedzieć, gdzie była i co robiła w ramach swojej bądź co bądź ryzykownej pracy, ale to była raczej nieoficjalna umowa. Transakcja wiązana. On ją informował, ona mu mówiła i to działało. Teraz już nie mógł tego od niej wymagać, szczególnie jeśli to miała być wyłącznie okazjonalnie wyciągnięta ręką. Nic więcej. Nie zamierzali utrzymywać relacji.
- Zresztą zbliża się jesień, nie? Stare przyzwyczajenia? - Nawet samym brzmieniem głosu dawał do zrozumienia, że odpowiedź nie była konieczna.
Mimo to chyba był po prostu ciekawy tego jak to teraz u niej wygląda. Czy wróciła do wyjazdów z kraju na okoliczność chłodniejszych, śnieżnych miesięcy? Tak jak on wrócił do spędzania większości życia w pracy, zagrzebując się w kolejne przypadki i do domu wracając raczej od niechcenia?
Nie tak miała wyglądać ich przyszłość. Marzenia diametralnie rozminęły się z rzeczywistością. Zresztą nic dziwnego, skoro to zawsze były wyłącznie marzenia. Może, gdyby rzeczywistość wyglądała inaczej, ewoluowałyby w plany, którymi je nazywali, ale teraz już nie było na to szansy. To były tylko złudzenia, które miały rozmyć się wraz z ustąpieniem pierwszego deszczu września.
- Exumai - odezwał się cicho, niemalże bezgłośnie, wzdychając przy tym ciężko. - To ich nie powstrzyma, ale może da ci szansę wyjścia z sytuacji. Nie walcz z nimi sama - mogła go posłuchać, nie musiała.
Aż nazbyt dobrze to wiedział, wbijając wzrok w horyzont. Tym razem już nawet nie próbował się uśmiechać.


RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.12.2024

Była pewna, że raczej nigdy nie wyprze z pamięci tych wszystkich słów, które między nimi dzisiaj padły. Było tego zbyt wiele, mleko się rozlało i nie mogli już nic z tym zrobić. Nie powinna sobie pozwolić na taki brak opanowania, ale okropnie ją podpuszczał, nie umiała nie reagować i jakoś tak sami się nakręcali, zresztą to nie był pierwszy raz. Nikt nie potrafił jej wkurwić tak jak on, to się nie zmieniło. Wiedział, w które miejsca uderzyć, aby zabolało, to było niezaprzeczalne, nie pozostawała mu dłużyna, odgryzała się, tak jak potrafiła. Nie powinna negować pewnych spraw, ale to zrobiła, zdawała sobie sprawę z tego, że to nigdy nie powinno paść z jej ust, no ale to powiedziała. Spodziewała się, że konsekwencje mogą być poważniejsze, niż zakładała, bo kwestionowała to, co mieli w przeszłości, a to nie powinno mieć miejsca.

Nie chciała psuć ich wspomnień, bo przecież tyle im pozostało, a nawet to udało jej się rozpieprzyć. Siała zniszczenie, jak widać, chaos, który ją pochłaniał niszczył też to, co miała, lub co kiedykolwiek miało dla niej znaczenie. Nic nie mogło tego zatrzymać.

Ufała mu, zawsze mu ufała, wtedy i teraz, nie powinna tego negować, ale złość przejęła nad nią władzę, chciała, żeby go zabolało, tak samo jak bolało ją. To było może nieco egoistyczne, ale postanowiła podążyć tą ścieżką, zupełnie niepotrzebnie. Zresztą i tak nie było dla nich nadziei, czy nie to chciał jej udwodonić, proszę bardzo postanowiła jakoś odnaleźć się w tej narracji.

- Do tego akurat nie trzeba mnie zmuszać, na pewno będę jedną z tych miłych staruszek. - Wydawała się być tego bardzo pewna, może nawet za bardzo. Cóż, Yaxleyówna nie należała do szczególnie miłych osób, ale wierzyła w to, że na stare lata to się zmieni. Nie będzie się wtedy przecież musiała niczym przejmować, jej życie będzie spokojne, czy coś. Taaak, na pewno, chyba sama nie była w stanie w to uwierzyć.

- Ja zawsze jestem gotowa, to też nie powinno się zmienić. - Gdybali o czymś, co nie miało mieć miejsca, niesamowite. Skoro tego w tej chwili potrzebowali, to zamierzała w to brnąć, mimo, że wiedziała, że to na pewno się nie wydarzy. Mydlili sobie oczy dla chwili spokoju. Przecież nie było szansy na to, że jeszcze kiedykolwiek, nawet za chuj wie ile lat będą mieli ze sobą coś wspólnego. Już o tym wspominali, wiedzieli, że to się nigdy nie stanie, ale nadal brnęli w tę narrację.

- Może jeszcze z tego zrezygnuje, wiesz, zaręczyny zawsze można zerwać, zresztą nawet ślub nie jest jakimś końcem świata. - Może rozwody były nieco kontrowersyjne, ale zawsze istniały jakieś dodatkowe opcje, to nie tak, że była to ostateczność. Miała świadomość tego, że Roise nie przepadał za Borginami, nie dziwiła mu się wcale, gdyby nie to, że byli spokrewnieni, to pewnie też miałaby do nich jeszcze większy dystans. Była ostrożna w kontaktach z nimi, bo nigdy nie wiadomo, czego się można było po nich spodziewać. Jego siostra mogła trafić lepiej - zdecydowanie, z drugiej jednak strony chyba nie byli, aż takimi specjalistami od relacji romantycznych.

- Tak, widzę, wiem, o co ci chodzi. - Często ci uroczy kawalerowie byli tacy tylko z pozoru. Ostatnio raczej rzadko rozmawiała z Anthonym, także nie miała pojęcia na jakiego człowieka wyrósł, nie mogłaby zbyt wiele powiedzieć na jego temat, jasne miała możliwość zapuścić swoje wici i się czegoś dowiedzieć, ale Roise chyba i tak miał już swoje zdanie na ten temat, więc to nie miało większego sensu, było zbędne. Pozostawało jej jedynie trzymać kciuki za to, żeby ten ślub nie doszedł do skutku, wtedy pewnie byłby spokojniejszy. Zresztą nie takie relacje potrafiły przestać istnieć w kilka chwil, a co dopiero jakieś tam narzeczeństwo, które pojawiło się zupełnie znikąd.

- Miałam przyjemność już kilka razy odczuwać to na własnej skórze. - Jej brat nie potrafił nad sobą panować, tak próbował - wychodziło mu to jednak różnie. Mieli spore szczęście, że potrafiła sobie radzić z takimi bestiami, bo gdyby miał inną siostrę to cóż, bardzo szybko mogłaby dołączyć do wampirzej rodziny. Na szczęście Ger miała doświadczenie z wampirami. Potrafiła je pacyfikować i zabijać, oczywiście nigdy nie zabiłaby Astarotha, ale wiedziała, że co by się nie działo, to będzie sobie z nim mogła jakoś poradzić. Nie bała się tego, czym się stał. Jasne, było to dość nietypowe, bo ich rodzina walczyła z podobnymi potworami, tyle, że to mogło przydarzyć się każdemu z nich, przecież zawsze istniało ryzyko. Każdy dzień mógł być ostatnim, albo pierwszym.

- Gdybym znalazła się tam szybciej, to nadal byłby całkiem żywy. Wiesz jak do tego doszło? Zrobiliśmy sobie durne zawody, jak wiele razy wcześniej, nawet nie pamiętam, co było do wygrania, no i on wygrał, on znalazł wampira wcześniej, ja znalazłam jego, konającego. - Nadal nie mogła sobie tego wybaczyć. Gdyby dotarła tam kilka minut przed nim, to Astarothowi nic by się nie stało, najwyżej ona odniosłaby porażkę, ale on byłby cały i zdrowy. Była jego starszą siostrą, powinna nad nim czuwać, miała do siebie ogromny żal przez to, jak właściwie się wszystko potoczyło. - To jest moja wina, poniekąd. - Nie wydawało jej się nawet, że możnaby było brać pod uwagę inną możliwość. - On chyba próbuje się pozbierać, ale jak po czymś takim w ogóle można się pozbierać? On nigdy więcej nie zobaczy słońca, nie poczuje jego promieni na twarzy. - Jej brat został skazany na zamknięcie w domu, mógł wyłaniać się poza niego tylko w nocy, to nie było szczególnie wspaniałą możliwością. Jasne, mógł wtedy umrzeć, to było jeszcze gorsze, chociaż z drugiej strony, czy aby na pewno? Teraz miał mieć namiastkę życia, która mogła trwać wieczność.

- Wątpię w to, że doppleganger pojawił się w moim życiu przypadkiem, na pewno jego też na siebie sama sprowadziłam. - Miała tendencje do takich zachowań, zresztą, gdy była w tej jaskini miała wrażenie, że to nie był jej pierwszy raz w tamtym miejscu. Pojawiła się tam już wcześniej, zapewne zupełnie przypadkiem uwolniła tę bestię, która chciała odebrać jej życie. Sama zrobiła to sobie i innym, to też była jej wina.

Oddychała powoli, bo nie chciała się znowu zdenerwować, tym razem na siebie. To nie powinno mieć miejsca, nie teraz. Potrzebowała odpoczynku i spokoju, musiała przestać myśleć o tych wszystkich popierdolonych sprawach. Wtuliła się jeszcze mocniej w ramię mężczyzny, jakby mogło jej to w jakikolwiek sposób pomóc ukoić ból, który się pojawiał.

- Licho nigdy nie śpi. - Oczywiście, że zamierzał skorzystać z tego, że ponownie użyła nie do końca fortunnych słów, chociaż właściwie zapewne nie pojawi się ku temu okazja. Później przecież nie było czymś, co miało nadejść, nie dla nich razem.

- Mhm. - Cóż, chyba wiedziała, tak wydawało jej się, że potrafiła zrozumieć, czym to było spowodowane, aktualnie jednak nie musiał się tym przejmować, mógł spełniać się na innych płaszczyznach swojej pracy, nic go już nie ograniczało, miał czas rozwinąć skrzydła. Posiadał przecież wiele możliwości. - Nie dziwię się, pewnie też bym się wkurwiła, chujowo jest nie móc się przebić, jeśli ma się wszystko czego trzeba poza odpowiednimi znajomościami i plecami. - Niestety w ten sposób był stworzony świat. Właśnie przez to gardziła czy to ministerstwem, czy innymi podobnymi miejscami pracy, by się tam spełnić trzeba było mieć koneksje, często wysokie stanowiska piastowały te same rodziny, nie dało się nie zauważyć, że robili to celowo, bo przecież nie przez ich ogromną wiedzę, wystarczyło, że syn, czy córka kogoś ważnego rozpoczynali swoją wielką karierę, a zawsze znajdowało się dla nich odpowiednie stanowisko.

- Wiem, że muszę na nie uważać i wiem, w jaki sposób działają. - Naprawdę starała się odnaleźć w tym temacie, od samego początku, kiedy wylazły z limba próbowała się czegoś o nich dowiedzieć. Nie postępowała bezmyślnie, no może trochę, ale w ostateczności jakoś zawsze udało jej się umykać przed spotkaniem z nimi twarzą w twarz. - Znalazłam miejsce w Kniei, w którym nie są w stanie zrobić nam krzywdy, jest tam taki krąg, który jakoś chroni przed widmami. - Najwyraźniej istniały sposoby, aby jakoś trzymać je od siebie z daleka. Zamierzała tam wrócić, zobaczyć, na czym dokładnie polega ta magia. Szkoda, że nie udało jej się wtedy podpierdolić jednego z tych głazów...

- Zaczęły wychodzić z Kniei, podobno, to kwestia czasu, kiedy rozejdą się po całym świecie, musimy nauczyć się z nimi walczyć. - Tak, nic nie musieli, ale w tym przypadku chyba nie było innego wyjścia. W końcu i oni mogli wpaść na jedno z tych stworzeń. Powinni się przygotować na każdą ewentualność. Lubiła mieć świadomość, że jest w stanie obronić się przed wszystkim, co chodziło po świecie.

- Mam tego świadomość. - Miała wrażenie, że nie zdawał sobie sprawy, że ona doskonale to wiedziała. Naprawdę już kilka razy miała doczynienia z tymi bestiami i wiedziała, że są najbardziej okropnymi ze stworzeń, które stąpały po świecie. Tyle, że ktoś musiał interweniować, ktoś musiał się tym zająć, zważając na to, że ministerstwo jakoś za bardzo się do tego nie kwapiło i działało opieszale. Cóż, poczuła, że to może być odpowiednia nisza dla niej - jak zawsze oczywiście kierowała się przede wszystkim rozsądkiem.

- Zapewne tak by było, wkurwiałabym się, jakbym miała za nim latać dłużej niż pięć minut. - Miał w tym rację. Lubiła dostawać wszystko od razu, a znicze bywały strasznie paskudne i czasem trzeba było za nimi podążać godzinami. Najpewniej po prostu pierdolnęła by miotłą i poszła w pizdu zamiast go szukać. No, zdecydowanie nie nadawała się na szukającą. Nie ma się co dziwić, że w Hogwarcie grała jako ścigająca.

- Wiem, nigdy tego nie robiłeś. - Miała świadomość, że mogłaby do niego przyjść ze wszystkim i nie wyśmiałby jej. Raczej by jej po prostu wysłuchał, nigdy nie obśmiewał jej problemów, jakie by nie były. Tyle, że nie miała pojęcia, czy aktualnie zdecydowałaby się na taki krok. Nie do końca uważała to za właściwe, ale dobrze mieć świadomość, że gdyby faktycznie było źle to mogłaby się do niego zwrócić. Sama świadomość wystarczała.

Słowa przychodziły jej wyjątkowo łatwo. Nie miała problemu z tym, aby się przed nim otworzyć, mimo tej kłótni pełnej goryczy, która ich poróżniła. Właściwie zdała sobie sprawę z tego, jak jej brakowało jego obecności. Gdy byli razem nie potrzebowała wokół siebie nikogo innego. Był dla niej wszystkim. Mogła się z nim podzielić sprawami, które nie dawały jej spokoju, to też straciła. Zamknęła się w sobie, wybudowała mur i nałożyła maskę, tej wkurwionej, butnej dziewczyny, którą była kiedyś, dawno temu, nim go poznała, tak było prościej - nie musiała się mierzyć z problemami, które nie dawały jej spokoju, właściwie to robiła to tylko w nocu, kiedy męczyła ją bezsenność, osaczały ją i nie dawały jej spokoju.

- To dobrze, mamy tutaj jasność. - Oczywiście, że nie zamierzała nadużywać jego propozycji. To nie było na miejscu. Nie zamierzała prosić go o pomoc, dobrze było wiedzieć, że po prostu gdzieś tam będzie. To wystarczało, wcale nie musiała korzystać z wyciągniętej ręki, chociaż czasem, jak w przypadku poprzedniej nocy było to wskazane.

Dystans był wskazany. Nie mogli przecież udawać, że wszystko było między nimi w porządku - bo nie było. To nie to, czego chciała. Już dawno przestała pragnąć być tylko i wyłącznie jego przyjaciółką, sojusznik brzmiał jeszcze gorzej, ale chyba nic innego im nie pozostawało w obecnej sytuacji. Mogli pozostać dla siebie zupełnie obcy, chociaż to też nie było możliwe, nie po tym, co ich łączyło. Nie było innej drogi, musieli znaleźć jakąś metodę. Sojusznik, dystans, tak - chociaż sama wizja tego bolała, bo była okrutnie daleka od tego, o czym kiedyś marzyli. Musiało im to jednak aktualnie wystarczyć.

- W lasach bywam nadal, ale można mnie znaleźć w tym samym miejscu, nie znikam na dłużej niż na kilka dni. - Nadal tego nie robiła, mimo, że minęło już półtora roku. Trzymała się domu, zresztą teraz miała zobowiązania - dwa psy, którymi musiała się opiekować i wampirzego brata. Osiadła w Londynie, trochę nie do końca potrafiła się z tego wykręcić. Przez najbliższy czas nigdzie się nie wybierała.

- W tym roku niestety nie, sam wiesz, jak wygląda sytuacja. Poprzednią jesień spędziłam w Ameryce Południowej, to była spora odmiana, ale tylko chwilowa. - Nie chciała wtedy zostać na miejscu, szukała siebie, tak jak robiła to wiele lat temu, ale nie udało jej się nic znaleźć. Wróciła do Anglii i wtedy wszystko się spierdoliło, teraz znowu była uwiązana do kraju. Wzięła na siebie sporo obowiązków związanych z rodzinną działalnością, bo w sumie tylko ona została ojcu. Nie miała wielu okazji do tego, żeby spierdolić stąd gdzieś na dłużej, nawet jeśli tego chciała. Te możliwości zostały jej odebrane, trochę sama sobie je odebrała.

- Jesteś pewien? - Odniosła się do zaklęcia, o którym wspomniał. Póki co jeszcze nie próbowała z nimi walczyć, raczej spierdalała przy każdej możliwej interkacji, bo czuła, że może się to źle skończyć, ale wiedziała, że prędzej, czy później do tego dojdzie. - Nie zamierzam z nimi walczyć sama, ale muszę być gotowa na każdą ewentualność. - Cóż, nie była specjalistką od nerkomancji, wiedziała, że czas najwyższy nadrobić te braki, bo aktualnie ta dziedzina magii mogłaby się jej przydać. Zresztą te wakacje uświadomiły jej to, że powinna się tym zająć zdecydowanie wcześniej, nie zamierzała tego ignorować, tylko wziąć się do roboty i zacząć szkolić się w tych zaklęciach. Najwyraźniej Ambroise posiadał jakieś doświadczenie, cóż, oby nie musiała z niego korzystać, chociaż, kto wie, do czego pchnie ją desperacja.




RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.12.2024

- Będzie z ciebie stara miła rodzynka? Wybacz, ale jakoś w to nie wierzę - parsknął pod nosem, nie kryjąc przekornego rozbawienia, bo za bardzo na niego kurwiła, aby mógł jej uwierzyć w to, że zamierzała być naprawdę poczciwą staruszką.
Nie, nie jego Rina. Ona miała mieć pazur do końca życia i jeszcze dłużej. Nawiedzać ludzi po śmierci. Łypać na nich z portretów. Komentować decyzje podejmowane na jej oczach. Zapewne nawet znaleźć sposób na to, aby w dalszym ciągu pilnować swojego wampirzego brata. Nie, bycie milusią starszą panią zdecydowanie odpadało.
- Miejmy nadzieję - to nie była łatwa odpowiedź, bo przecież sytuacja wyglądała zgoła inaczej.
Jak mogli mieć jakąkolwiek nadzieję, gdy ich relacja już nie istniała? Nie mieli przyszłości. Ani teraz, ani za wiele lat. Dziesięć, dwadzieścia czy dziewięćdziesiąt. Jeśli kiedykolwiek była jakaś nadzieja na to, że cokolwiek jeszcze się poukłada to ich ostatnia kłótnia całkowicie ją wymazała. Nie było między nimi niczego prócz wyrzutów i krzywdy, nawet jeśli ich rozmowa wcale na to teraz nie wskazywała.
Od początku pobytu w tym domu karmili się złudzeniami. Dlaczego? Nie miał pojęcia. Być może to była aura tego miejsca. Możliwe, że byli zbyt zmęczeni, instynktownie powracając do starych nawyków. Cokolwiek to sprawiało, w tym momencie chyba nie był w stanie z tym walczyć. Po prostu się temu poddał, pozwolił na to, aby gniew opadł i chwila spokoju znowu trwała.
- Ta. Już mnie o tym zapewniała. Wymyśliła cały plan, w którym wychodzi na skrzywdzoną przez Borgina, łapie go na zdradzie czy inny chuj i z nim zrywa - stwierdził z goryczą, bo ani przez sekundę nie sądził, żeby to rzeczywiście mogło zadziałać. - Tyle tylko, że wróćmy do tego, że to dobra partia. Jaka dobra partia weźmie na siebie podobne oskarżenia? Nawet jeśli tak jej wmawia, to nie wypali - tak, był bardzo szybki, aby oceniać czyjeś założenia, ale nie widział w tym zbyt dużego pola do manewru.
To była wyłącznie tania wymówka. Chwilowy wykręt, niczym niepoparte założenia, że gdy przyjdzie co do czego, kuzyn Geraldine rzeczywiście postanowi postąpić zgodnie z malutkim, wcale nie tak niewinnym planem Roselyn, po którym jego reputacja poleci na łeb na szyję. A w świecie, w którym pozycja liczyła się jak mało co, trudno było w to uwierzyć.
- Nawiasem mówiąc, to była naprawdę dobra konsolka - tym razem nie potrafił powstrzymać chwilowego rozbawienia, błysnęły mu oczy a kąciki ust zadrżały w stłumionym uśmiechu. - Circa tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty. Rzemieślnicza robota. Prawdopodobnie jedyna taka - cóż, wcześniej się o to wkurwił, ale przecież to nie była wielka strata.
Nie wobec tego, co faktycznie mogło się stać tamtego wieczoru i nie mówił o pochopnym zrobieniu czegoś, czego potem by żałował. Wbrew pozorom nie o zabiciu Astarotha, choć był wtedy bliski odbicia ataku dokładnie w ten sposób. Ani o kłach w swojej szyi, bo mimo że za cholerę by tego nie przełknął (za to Yaxley bardzo chętnie), miał raczej na myśli coś zupełnie innego. Któreś z nich mogło skończyć w znacznie gorszy sposób od ugryzienia.
- A gdyby baba miała jaja to byłaby chłopem - skwitował ciężko i ponuro wcale nie po to, żeby robić sobie z niej jaja czy ponownie się z nią kłócić tylko raczej dla zasady, bo mówiła o czymś, co było poza zakresem jej możliwości.
Nie chciał, żeby się o cokolwiek obwiniała. Stanowczo zbyt często to robiła. Doskonale pamiętał jak podejmował starania, aby cokolwiek zmienić w tym zakresie, bo tak naprawdę nigdy tego nie zaakceptował. Paradoksalnie wolał, gdy wszystko było jego winą, nawet jeśli te słowa nieodmiennie go wkurwiały, niż gdy ona tak o sobie mówiła. Wtedy ściskało go w piersi. Nie mógł przechodzić obojętnie wobec jej załamanego spojrzenia. Nie zasłużyła sobie na to.
Tak jak na ten pierwszy komentarz, nawet jeśli to była u niego norma. Zazwyczaj miał tendencję do odruchowego wydobywania z siebie czegoś takiego, dopiero później przechodząc do rzeczy. Tak jak teraz, choć nie bez zawahania. Starał się dobierać odpowiednie słowa. Naprawdę o tym myślał, potrafił nie mówić bez namysłu, to co czuła przecież było do zrozumienia.
- Przeżył, kochanie, przeżył to a ty nie zawiniłaś. Nawet, jeśli bestia go prawie zabiła, byłaś przy nim. Znalazłaś go. Nie był wtedy sam - powiedział spokojnie, bardzo miękko jak na kogoś, kto raczej zazwyczaj nie miał żadnych predyspozycji do pocieszania ludzi, a jednak teraz mocniej ją do siebie przygarnął, ściskając chłodną dłoń dziewczyny. - To się liczy. To ma znaczenie. Nie jesteś w stanie cofnąć czasu, żeby temu zapobiec, ale przy nim byłaś - tyle mógł jej powiedzieć bez poczucia, że kłamał w jakimkolwiek zakresie.
Poprzedni wieczór był dowodem tego jak bardzo liczyła się czyjaś obecność w obliczu śmiertelnego zagrożenia, prawda? Ciepła dłoń drugiej osoby, gdy wszystko dookoła pogrążało się w mroku i w chłodzie, gdy nadzieja zaczynała gasnąć a wizja śmierci przestawała być czymś odległym. Nie była już tylko wyobrażeniem a czymś, co niemal się działo.
Było blisko. Nie tak blisko jak w przypadku Astarotha, którego faktycznie opuściło życie, lecz gdy on zmienił się w wampira, oni mogli po prostu przestać istnieć dla świata. Los potępionego z pewnością znaczyła wieczna męczarnia, ale śmierć sama w sobie też nie była niczym wiele lepszym. Zwłaszcza z rąk bytu, który wpierw wysysał szczęśliwe wspomnienia, karmiąc się ofiarą a dopiero potem odbierał jej resztki życia.
Roise nie mógł powiedzieć Rinie, że nie zawiniła. Nie wierzył w to, by to była jej wina, ale nie mógł uciec się do czegoś, czego i tak nie chciała słyszeć. Już kiedyś miała rację mówiąc mu, że go przy tym nie było. Chuja wiedział o tym jak wyglądała tamta sytuacja. Co dało się zrobić a co było z góry przesądzone. Ona też mogła tam zginąć. Z pewnością była tego świadoma. I jak zwykle mimo wszystko się winiła.
Obiecał tego nie oceniać, prawda? Przynajmniej nie na głos, więc tego nie robił. Obejmował ją ramieniem, czując jak dziewczyna mocniej się w niego wtula i reagując na to głaskaniem jej po ramieniu. Daniem Yaxleyównie ciepła, którego teraz potrzebowała a nie bezsensownych słów bez większego znaczenia.
Potrafił się zamknąć, gdy to było konieczne. Umiał trzymać usta zamknięte. Szczególnie teraz, gdy dookoła działo się tyle zła, że czasami po prostu zaczynało brakować mu słów. Nawet on potrafił ich po prostu nie mieć. Nie wiedzieć, w jaki sposób skomentować sytuację, czuć, że nieważne, co powie, to niewiele zmienia.
Było trudno i ciężko. A przecież oboje mieli pełną świadomość tego, że z upływem czasu wcale nie miało być łatwiej. Czasami nadzieja zwyczajnie go opuszczała. Tak jak w tej chwili, gdy siedzieli tuż obok siebie. Zupełnie jak niegdyś, gdy była jeszcze dla nich wspólna przyszłość.
Wszystko zniszczyli. Zepsuli nie tylko marzenia, lecz także wspomnienia wszystkich chwil, jakie mieli. Tamtych pięknych momentów będących jak rozbłyski w mroku. Jak świetliki na bagnie, choć może bardziej jak błędne ogniki zwodzące w kierunku potępienia? W końcu nigdy nie były prawdziwe. Nie mieli szans. Od początku byli skazani na porażkę.
Teraz trudno mu było stwierdzić, co było rzeczywistością a co ułudą. Ile razy wyłącznie wydawało mu się, że wszystko się między nimi układa, podczas gdy ona wcale tak nie myślała. Nie chciał wierzyć w tamte słowa, szczególnie że sam przecież nie miarkował się w gorzkich stwierdzeniach nie mających zbyt wiele związku z prawdą, jednak Geraldine brzmiała zupełnie tak, jakby szczerze myślała to, co mówiła. Jakby to płynęło prosto z jej zranionego serca.
W tym momencie domyślał się tego, co mogła czuć wtedy na wiosnę. Nie chciał, by tak było, ale taka była prawda. Odrzucił ją, dał jej do zrozumienia coś, czego nie chciał. Nic dziwnego, że mu się zrewanżowała, że coś w niej pękło i jedynym, co miała mu szczerze do powiedzenia było właśnie to, że w niego nie wierzyła, ale to bolało.
Być może teraz już tego nie okazywał. Z pozoru kłótnia wygasła, jednak ilość milczenia, która się między nimi pojawiła nie była naturalna. Tak samo jak to, że instynktownie unikali swoich spojrzeń, nawet jeśli wyciągnął ku niej ramiona a ona się w niego wtuliła.
- Pozbiera się po tym - odpowiedział po stanowczo zbyt długiej chwili. - To silny dzieciak. Pozbierałby się nawet bez wsparcia - a przecież je miał, prawda? - Nie zapominaj, że jesteś kurewsko uparta, jak coś sobie założysz to nie ma chuja, że będzie inaczej. Podkładasz go, zawsze umiałaś wyciągać ludzi nawet z najgłębszego bagna - bardzo nieznacznie uniósł kącik ust, odruchowo trącając ją bokiem w bok.
Ich historia była skomplikowana, ale na kilka lat rzeczywiście była w stanie go ze sobą pociągnąć, prawda? Przez parę lat naprawdę sądził, że go poskładała. Nikt mu tyle nie dał, z nikim nie czuł się w ten sposób i nie wątpił w to, że to była ta jedna jedyna szansa w życiu. Miała sobie poradzić z Astarothem. Wiedział, że miała.
A w przeciwieństwie do niego, Yaxley miał rzeczywiste szanse powodzenia. Był porywczy, ale w gruncie rzeczy nie aż tak pojebany. Tak, nadal nie zamierzał mu ufać, zresztą nie planował podtrzymywania tej relacji, ale to, co mówił płynęło z serca. Kiedyś lubił tego smarka, teraz nie przepadał za jego wampirzą wersją, ale to była chyba głównie kwestia ponownego przechodzenia okresu dojrzewania u Astarotha. Może kiedyś miał przestać być takim dupkiem. Choć rodzina Yaxleyów miała tendencję do fiksowania.
- Sprowadziłaś go na siebie czy nie, już go nie ma. Nie wróci - próbował być spokojny, nie dać jej odczuć tego, jak bardzo irytowała go tą swoją tendencją do szukania w sobie najgłębszego problemu.
Nie chciał się dłużej wściekać. Był na to zdecydowanie zbyt mocno zmęczony. Zresztą przecież dostatecznie dużo sobie już powiedzieli. Nie musieli mówić nic więcej, co zniszczyłoby im tę najpewniej ostatnią spokojną chwilę.
Zamiast tego skupił się na najważniejszym. Na tym, czego nie mógł popsuć, jeszcze bardziej skopać. Wystarczyło, że skopał wszystko, co było dla niego najistotniejsze a resztą zajęły się czynniki zewnętrzne albo ludzie. Machnął ręką na komentarz o znajomościach, cóż, Rina z pewnością miała co nieco doświadczenia w tym zakresie wyniesionego z Ministerstwa. Byli tu na tej samej stopie.
W przeciwieństwie do widm. Cholernie mocno wiedział, że wciąż zamierzała się w to angażować. Szczególnie, gdy dotarło do niego to, że najwyraźniej była w tym bardziej doświadczona, posiadając wiedzę, której on nie miał.
- Krąg chroniący przed widmami? - Powtórzył, marszcząc przy tym czoło. - Wiesz, na jakiej zasadzie? Magiczna tarcza w stylu Protego? Pole siłowe? Inna energia? Jak się zachowuje? Co tak właściwie robi? Jak wygląda? Musisz mi to pokazać. Koniecznie - w tej jednej chwili poczuł coś na kształt przypływu zainteresowania, coś w rodzaju fascynacji, która instynktownie sprawiła, że nie zważał na słowa.
Nie dostrzegał tego, co jej powiedział. Nie zwrócił uwagi na tworzenie kolejnych nieprawdopodobnych planów. Nie w obliczu odkrycia, które mogło coś zmienić. Możliwe, że było w stanie dać im jakąś szansę. Jeśli Geraldine faktycznie miała rację, a przecież nie miał podstaw ku podważaniu tego, to mogło wiele zmienić.
- Jeśli dowiedzielibyśmy się, co sprawia, że krąg jest skuteczny, można byłoby to przenieść na inną płaszczyznę. Przeskalować tak, żeby objąć nim jak największy teren a jeszcze lepiej przekierować siłę w taki sposób, żeby obrócić sposób, w jaki działa przeciwko nim. Przekręcić pole do spodem do góry, wierzchem w drugą stronę, rozumiesz, o co mi chodzi? Odbić je tak, żeby zamknęło widma w środku, wtedy je zmniejszyć - rozgadał się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, przynajmniej tego wieczoru, tym razem emanując znacznie większą ekscytacją, mimowolnie patrząc na dziewczynę ze znacznie większą energią. - Metafizyczna pułapka na muchy - tak, to było całkiem niezłe określenie, nawet jeśli trochę zbyt lekkie jak na to, o czym teraz myślał.
Przez chwilę, przez moment sądząc, że to faktycznie mogłoby zadziałać. Jednak ta chwila przygasła wraz z kolejnymi myślami, bo cóż, to nie było tak proste. Nie tak łatwe i banalne jak mogło się wydawać w pierwszej chwili.
Zresztą, przecież nie byli już zespołem, nie chciał, żeby się narażała, szczególnie nie w ten sposób. Tak samo jak nie chciał angażować jej we wszystkie tajniki tego, co mogło być konieczne, by w ogóle byli w stanie być na tej samej stronie. By móc rozmawiać o opcjach.
Entuzjazm opadł tak szybko jak się pojawił. Ambroise pokręcił głową, ponownie opierając się o ścianę i kląskając językiem o podniebienie.
- Rozrysujesz mi to w domu? - Mimo to przynajmniej próbował podtrzymać temat rozmowy, lepsze to niż nic, nie? - Wygląd okręgu. To, na jakim dokładnie jest planie. Ile ma punktów zewnętrznych i tak dalej - potrzebował tych informacji, nawet jeśli ostatecznie prawdopodobnie nie miały mieć praktycznego wykorzystania.
Przynajmniej mógł zaktualizować swoją wiedzę. Przez całą tę rozmowę to robił. Zarówno o te przydatne elementy, jak i rzeczy, których nie chciał słyszeć. Cóż, te ostatnie dwa dni dosyć dużo zmieniły.
- Zapamiętam - kiwnął głową w odpowiedzi, nawet jeśli nie było tu zbyt wiele do zapamiętania.
To kiedyś był też jego dom. Zostawił tam wiele wspomnień, wiele szczęścia, niemalże wszystkie swoje rzeczy i marzenia o przyszłości. Nawet jeśli to już nie było jego mieszkanie to aż za dobrze pamiętał wszystko, co było do pamiętania. A nawet znacznie więcej.
- Ameryka Południowa, mówisz? To rzeczywiście musiała być - pierwsza zima od wielu lat, którą spędzili z osobna, cholernie trudny okres, szczególnie w okolicach Yule, ale nie tylko, bo od wiosny nie było dnia, by cokolwiek było łatwe - miła odmiana od zimna - stwierdził mając nadzieję, że zabrzmi to lekko i przyjemnie, jednak nie miał złudzeń - brzmiał jak ktoś przygnieciony świadomością tego, że oboje wrócili do rzeczywistości sprzed lat.
On się zaharowywał, ona wyjeżdżała. Realia nie wyglądały już tak pięknie jak niegdyś. Nie mieli lekkiego życia, tak właściwie to nigdy. Razem z pewnością było im dużo łatwiej dźwigać ciężar wszystkiego, co się działo. Nawet jeśli musieli przy tym iść na jakieś ustępstwa, to było niczym w porównaniu do tego jak teraz wyglądała rzeczywistość.
Z dnia na dzień sytuacja dookoła robiła się coraz bardziej skomplikowana. Odnalezienie się w nowym świecie, gdy nie miało się dawnego oparcia było trudne, dziwne, niewłaściwe. Łatwo było się w tym pogubić, zapominając o wszelkich wartościach, o rzeczach wartych starania. Być może nie chciał tego przyznać, ale gdzieś w głębi duszy wcale nie chciał się w tym odnajdywać. Nie, gdy wiedział, że kiedyś miał wszystko.
Jak mógł budować nową rzeczywistość, kiedy jego stara nadal gdzieś tam była? Tęsknił za nią bardziej niż mógłby powiedzieć. Nie chciał wychodzić na kogoś takiego, nie był miękki, to była jego własna decyzja. Zresztą słuszna, więc czemu coraz bardziej ją podważał? Czemu ich rozmowa odbiegała w kierunku, przez który było mu coraz ciężej trzymać się powziętego postanowienia?
Ich świat już nie istniał. To były wyłącznie złudzenia. Ta chwila nie miała żadnego znaczenia wobec tego, co z siebie wylali. Jeśli coś mogło być w tym wszystkim jeszcze trudniejsze niż kilka dni temu to właśnie ta świadomość, że jeszcze parę minut wcześniej być może było co ratować, o co walczyć. Choć czy prawda i tak nie wyszłaby na jaw? Zaufanie nie istniało od dawna. Teraz ta walka była stracona, ale już wcześniej nie przyniosłaby nic dobrego. Złudzenia miały to do siebie.
Wbrew temu, co powiedział kilka minut wcześniej, nie miał ich wobec tego, że ich współpraca w zakresie zajęcia się problemem widm nie istniała. Nie zamierzali utrzymywać relacji, która zbyt mocno by im ciążyła. Bycie sojusznikiem nie było tym, czego by pragnął ani tym, czego ona chciała od niego zanim wszystko spierdolili. Teraz nie wiedział, jakie mogła mieć oczekiwania i czy w ogóle jakieś miała.
Gubił się w tym wszystkim, jednak jedno było pewne - cokolwiek każde z nich zamierzało zrobić, to była odobna sprawa. Dlatego postanowił się odezwać, choć przecież nie chciał, żeby znała go od tej strony. Nie chciał, żeby wiedziała o tym zbyt wiele. Ani żeby sama zbyt głęboko w to wszystko wnikała. Mimo to nie dostrzegał innego rozwiązania.
- Nie wiem, ale to jedyna możliwość, jaka przychodzi mi do głowy. Nie próbuj innego rozwiązania - stwierdził nie bez wahania, bo przecież był całkowicie świadomy tego, że to nie jedyna, jaka istniała.
Tyle tylko, że tak jak sam dawał jej przecież do zrozumienia: nie sądził, by udźwignęła jakąkolwiek inną. Nie bez wcześniejszego przygotowania. Nie bez podjęcia ryzyka, którego nie powinna podejmować, nie mówiąc tu o samych widmach, tylko o całej reszcie. O P
pokłosiu decydowania.
- Ale to mroczna energia. Widma. Możliwe, że to okaże się za słabe albo da wręcz odwrotny efekt do założenia - mruknął, wbijając wzrok w wyładowania na ciemnym niebie. - Nigdy nic nie wiadomo. To zawsze jest kwestia teoretyzowania - dodał powoli, bo przecież tym tak naprawdę była nekromancja.
Działanie na energiach nigdy nie było do końca przewidywalne. Zawsze pozostawiało wiele pola do nadużyć i niedoszacowań. Nekromancja nie była stabilna w żadnym znaczeniu tego słowa.


RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.12.2024

- Na starość ludziom odawala, zakładam, że mnie może coś popchnąć właśnie w tę stronę, szkoda, że nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić. - Może nawet nauczyłaby się piec? Znalazła w sobie jakąś wewnętrzną babcię i by się w tym odnalazła? Nie, to zdecydowanie nie było w jej stylu, raczej nie było opcji, aby aż takie zmiany zaszły w jej zachowaniu. Zapewne nadal będzie wrzodem na dupie wszystkich wokół i nie nauczy się trzymać języka za zębami. W sumie to może być całkiem zabawne, bo jej brat nigdy miał się nie zestarzeć, więc pewnie jego będzie najbardziej wkurzać.

- Mhm, miejmy. - Nie, żeby jakoś w to wierzyła, bo przecież dzisiaj upewniła się w tym, że nie miało być już żadnej nadziei, wszystko rozsypało się niczym domek z kart, a kiedy opuszczą to miejsce rozejdą się na dobre. Nigdy więcej ich już nic nie połączy, tego chcieli, przynajmniej pozornie. Ona nigdy tego nie chciała, ale nie miała na podejmowane wspólnie decyzje żadnego wpływu. Pogodziła się już z tą myślą. To miało być ich pożegnanie, chociaż nie wiedzieć czemu rozmawiali teraz o przyszłości, której nigdy nie mieli mieć. Nie razem. Zresztą zdawała sobie z tego sprawę już od jakiegoś czasu, dzisiaj nieco się to zmieniło, ale później została sprowadzona na ziemię. Nie było żadnej nadziei, już dawno przepadła.

- Całkiem śmiałe założenie, że ktoś może wziąć na siebie taki skandal, który zapewne będzie miał wpływ na jego dalsze życie. - Nie sądziła, żeby ktokolwiek był w stanie zgodzić się na coś takiego, szczególnie pośród czystokrwistych, bo to wiązało się ze zszarganą opinią, smród ciągnął by się za nim zapewne przez kilka lat. Miał wiele do stracenia. - Najwyżej ona ucieknie sprzed ołtarza, tyle, że wtedy to o niej będą plotkować. Cóż, nie możemy przeżyć życia, za nasze rodzeństwo, mają prawo podejmować swoje własne decyzje. - Łatwo było stawiać się w sytuacji innych i sugerować im to, że postąpili bezmyślnie, tyle, że akurat oni, cóż, oni nie powinni tego robić. Sami nie należeli do szczególnie rozsądnych osób, nie ma się co oszukiwać.

To, jak wyglądał ich świat już dawno powinno się zmienić, wtedy może nikt nie musiał by się zmuszać do podejmowania takich irracjonalnych decyzji, czarodzieje - czystokrwiści w szczególności byli w tym względzie mocno zacofani, nadal liczyły się tutaj mariaże po to, aby zwiększyć swoją pozycję, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Nigdy nie potrafiła tego zrozumieć, ślepego podążania za tradycją.

- Pewnie nie zakładałeś, że skończy jako broń na wampira, tym bardziej, że tym wampirem będzie mój własny brat. Los bywa naprawdę przewrotny. - Tamten wieczór i tak zakończył się w miarę spokojnie, może nie spokojnie, ale bezpiecznie, bo mogło być naprawdę dużo gorzej. Astaroth przeżył chwilę słabości, podczas której mógł odebrać im życie, albo zmienić w podobnego sobie, sama nie wiedziała, co byłoby gorsze. Chyba wolałaby umrzeć, niż żyć wiecznie, a właściwie to egzystować, bo to nie było przecież życiem.

Westchnęła jedynie na jego kolejny komentarz i przewróciła oczami. Tak, miała świadomość, że czasu nie dało się cofnąć, mogła sobie gdybać o tym, co by się wydarzyło, gdyby pojawiła się tam wcześniej. Niestety aktualnie to nic nie zmieniało, stało się. Ponieśli ogromny koszt przez swoją głupotę i musiała to jakoś przetrawić. Oczywiście, że wolałaby być na miejscu brata, był jedną z nielicznych osób w jej życiu, dla których byłaby w stanie wskoczyć w ogień, tyle, że wtedy nie miała takiej możliwości. Spóźniła się i chyba wypadałoby się z tym pogodzić, chociaż to wcale nie było takie proste. Trudno jej było akceptować porażki, nie umiała tego robić, nie znosiła dawać dupy.

To było u niej normą. Obwiniała się za wszystkie niepowodzenia, które przytrafiały się gdzieś obok. Wydawało jej się, że powinna jakoś mieć kontrolę nad tym, co działo się w jej życiu, jej i jej najbliższych. Tyle, że było zupełnie inaczej. Wszystko się rozpierdalało. Czego by się nie dotknęła to zaczynało się pieprzyć. Zauważała niestety taką tendencję, nie umiała jednak w pełni się wycofać, musiała mieć świadomość, że ma jakiekolwiek możliwości. Może podejmowała złe decyzje, to też było prawdopodobne, przestała w pełni ufać swoim osądom, bo nie przynosiło to niczego dobrego. Jakoś najbardziej skupiała się na tych momentach, kiedy popełniała błędy, nie zauważała swoich sukcesów, nie myślała o nich, a przecież czasem też jej się udawało wyjść z twarzą z różnych chujowych momentów.

- Tak, byłam tam i do dzisiaj nawiedza mnie ta wizja. - Nie miała pojęcia, czy było to jakimkolwiek pocieszeniem, ale faktycznie nie pozostawiła go samego. Umierał w jej ramionach, miał przy sobie kogoś znajomego, to zawsze było lepsze od odchodzenia z tego świata w samotności.

Wiele zła działo się tuż obok niej, niby była przyzwyczajona do widoku krwi i przemocy, ale nawet ona miewała problem z tym, aby odnaleźć się w tym wszystkim. To przygniatało, brakowało w jej życiu słońca, chociaż jednego promienia, który byłby w stanie odciągnąć jej myśli od tego zła. Pochłaniała ją ciemność i czuła, że szybko nie wydostanie się z mroku. Nie było niczego, co mogłoby ją wyciagnąć z tego dołka w którym się znalazła. Może nie powinna mówić o tym wszystkom Ambroisowi, bo przecież to nie były jego problemy, ale jakoś tak łatwo przyszło jej dzielenie się z nim tym, że postanowiła zrzucić z siebie ten ciężar. Potrzebowała tego, ale nie miała komu wcześniej opowiedzieć o tych swoich niepokojach.

- Kiedyś na pewno się pozbiera, pewnie mijający czas pomoże. Początki bywają trudne. - Naprawdę starała się w to wierzyć, zresztą już poruszyła nieco znajomości, aby jakoś ułatwić mu egzystencję na tym świecie, teraz - gdy pozbyła się swojego problemu, będzie mogła bardziej się skupić na bracie, zamierzała mu dać tyle wsparcia ile tylko mogła dać, liczyła na to, że to pomoże. - Czy ja wiem, czy zawsze, czasem i mnie się nie udaje. - Wolała to sprostować, bo przecież to nie było prawdą. Ambroisowi również pozwoliła odejść, nie pomogła mu, mogła zrobić więcej, poddała się, był świadectwem tego, że nie do końca to było prawdą.

Miała nadzieję, że chociaż z bratem jej się uda, nie znosiła patrzeć z boku na to, gdy jej bliskich zaczynały pochłaniać demony, starała się reagować, kiedy tylko mogła, ale czasem ponosiła porażkę. Nie dało się zawsze wygrywać - ku jej ogromnemu niezadowoleniu.

- Obyś miał rację. - Chciała wierzyć w to, że demon na zawsze pozostanie w tej jaskini, że udało im się go zabić, tylko nie dawało jej spokoju to, że po odcięciu głowy nadal słyszała jego głos, że dotknął Roisa, że mógł im coś odebrać, to pewnie będzie ją męczyło jeszcze przez długi czas, bo co jeśli to wcale nie było prawdą? Może powinna wrócić do tej groty i upewnić się, że się go pozbyli. Jeszcze nie teraz, na pewno nie zbyt szybko, bo chciała się nacieszyć tym chwilowym spokojem, ale tak, czy siak pojawił się niepokój, że nie dokończyła tej sprawy w odpowiedni sposób, że nie była odpowiednio przygotowana. Była jednak specjalistką do walki z potworami, a nie demonami, co nieco komplikowało sprawę.

Nie odrywała się nawet na moment od ramienia mężczyzny, ciepło drugiej osoby przynosiło jej spokój, którego potrzebowała, wiedziała, że są to tylko pozory, że miało ich już nic nie łączyć, ale nadal korzystała z tych ostatnich chwil, które mieli razem spędzić. Wiedziała, że zaboli ją dość mocno to, jak opuszczą to miejsce, ale miała już przedsmak tych wszystkich negatywnych uczuć, jakoś to przetrawi, kiedyś się pozbiera.

- Krąg. Złożony z kilku, wielkich głazów. Nie miałam czasu jakoś zbyt dokładnie mu się przyjrzeć, bo krążyły wokół niego widma, dziesiątki widm. - Wolałaby nie przekroczyć tego kręgu, bo pewnie bardzo szybko straciłaby życie. Starała się więc trzymać w bezpiecznej odległości. Nie były to dziedziny magii na których się znała, nie umiała tworzyć specjalistycznych zabezpieczeń, czy pułapek. Nie miała pojęcia na jakiej zasadzie to działało - zresztą najważniejsze było to, że działało, że nie pozwoliło tym istotom jej zjeść.

- Za dużo pytań, jak na to, co udało mi się zobaczyć. Znalazłam się tam z wilkołakiem i niedźwiedziem, wilkołak padł i zasnął, a my czekaliśmy do rana. Z tego, co udało mi się zauważyć niedźwiedź był animagiem, przemienił się później, gdy wilkołaczyca się obudziła. Musiałam to przeczekać, bo sam wiesz, nie powinnam nikomu wspominać o swoich ukrytych talentach, bo tak, nie wspomniałam ci, znalazłam się tam w swojej zwierzęcej wersji. - Dosyć szybko zresztą zwiała z tego kręgu, bo miała pewne obawy o to, że jej towarzysze poinformują pracowników ministerstwa o swoim znalezisku, a zdecydowanie wolałaby się nie tłumaczyć z tego, że nigdy nigdzie nie zgłosiła oficjalnie, że jest animagiem. To była jej tajemnica, o której właściwie nie wiedział praktycznie nic. As, którego mogła wyciągnąć z rękawa w najbardziej chujowych sytuacjach.

- Na pewno można spróbować zbadać ten krąg, dokładniej się mu przyjrzeć, taka pułapka brzmi całkiem nieźle, nie sądzę jednak, że potrafiłabym zrobić coś takiego, trochę mnie martwi też to, że ministerstwo mogło się zainteresować tematem, pewnie zaczną pilnować tego kręgu, ale moglibyśmy spróbować. Mogę cię tam zaprowadzić. - Pamiętała, gdzie się znajdował, więc nie powinno to być żadnym problemem. Cóż, samo dotarcie tam może nieco większym, bo przecież Knieja była pełna widm, które zapewne chciałyby ich wpierdolić.

Cóż, jeszcze przed chwilą wyznaczyli sobie granice i chyba właśnie zaczęli je przekraczać, bo planowali jakiś wspólny plan. Trochę się zagalopowali, albo może to uznają za swoje ostatnią, wspólną misję? Nie miała pojęcia, jak potoczy się sytuacja, ale nie zamierzała ukrywać przed nim tych informacji, bo przecież jemu były jeszcze bardziej potrzebne. Mieszkał w Dolinie, może to spowodowałoby, że byłby bezpieczny?

- Postaram się to rozrysować. - Cóż, nie była szczególnie uzdolniona jeśli chodzi o takie rzeczy, ale jakoś powinno jej się udać narysować kilka kamyków, to nie musiało być przecież dzieło sztuki.

- Nie chciałam tu zostać. - Właśnie dlatgo wyjechała, bo to był naprawdę chujowy moment w jej życiu. Musiała wyjechać, aby jakoś wszystko przetrawić, nie czekała na zimę, już w październiku postanowiła opuścić Wielką Brytanię, aby zaszyć się jak najdalej stąd. Najłatwiej jej nie było myśleć o tym wszystkim kiedy polowała, zatracała się w swojej pracy, jakoś próbowała leczyć rany. Nie, żeby to szczególnie pomagało, ale co innego mogła zrobić? Uciekła od tej smutnej, szarej rzeczywistości z którą nie do końca sobie radziła. Znalazła się na drugim końcu świata, a i tak za nim tęskniła. To było popierdolone, ale chociaż nie miała możliwości go nawiedzać, to pozwoliło jej się trochę zdystansować.

Świat komplikował się coraz bardziej, był pełen zła, pełen sił z którymi coraz trudniej było walczyć. Pojawiały się nowe, nie do końca zbadane zagrożenia. Nie miała pojęcia, kiedy to się skończy i czy w ogóle się skończy, czy ich życie miało tak wyglądać już zawsze? We dwójkę wcale nie było łatwo zmierzać przed siebie, ale samemu wyglądało to jeszcze gorzej. Miała wrażenie, że w jej przypadku naprawdę wszystko zaczęło się sypać dopiero wtedy, kiedy została sama, gdy postanowił odejść. Wszystko zaczęło w nią wtedy uderzać ze zdwojoną siłą. Może nie zauważała tego po prostu, gdy znajdował się obok niej, Ambroise często brał na siebie sporą część zła, które ich otaczało. Teraz została z tym sama, a i niebezpieczeństw było coraz więcej. Wydawać by się mogło, że czają się za każdym rogiem i czekają na drobne potknięcie.

- Jeśli mam być szczera, to żadnego wolałabym nie próbować dopóki nie będę pewna, że zadziała. - W przypadku widm nie zamierzała ryzykować. Zdecydowanie wolałaby najpierw przetestować te zaklęcia w bezpiecznym miejscu, aby przypadkiem nie zakończyć swojego żywota. Można było więc wywnioskować, że nawet na niej te stwory zrobiły ogromne wrażenie, bo zazwyczaj nie działała w ten sposób, wręcz przeciwnie - nie miałaby problemu z tym, aby bez żadnego przygotowania mierzyć się z potworami.

- Najłatwiej byłoby złapać jedno z nich i przetestować różne możliwości, obawiam się jednak, że to jest niemożliwe do zrealizowania. - Nie miała pojęcia, w jaki sposób możnaby było to zrobić, a ryzyko utraty życia przy spotkaniu z tymi istotami było naprawdę ogromne, zresztą nie tylko utrata życia była możliwością, która mogła im się przytrafić. Nie dawało jej spokoju to, co stało się z tym małym chłopcem, którego szukała w Dolinie. One odebrały mu praktycznie całe życie, pozostawiając pod postacią starca.




RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.12.2024

Starość powinna go przerażać. Tak mu się zawsze wydawało, gdy był młodszy. W czasach Hogwartu raczej myślał o tym jak o czymś odległym, ale na swój sposób zniechęcającym, wzbudzającym w nim odrazę. Nawet jeśli czarodzieje starzeli się wolniej od niemagicznego społeczeństwa, to starość wciąż zazwyczaj nie była zbyt udana.
Później miał okazję, by nieco, ale tylko lekko zweryfikować swoje przekonania, zyskując świadomość tego, że choroba raczej z automatu nie zapewniała mu długiego życia. Była raczej gwarantem tego, że nie dożyje późnej starości. Ta po prostu go nie czekała.
Na samym początku się temu sprzeciwiał. Ział gniewem, miał poczucie oszukania, jakby ktoś nagle wytrącił mu niemal wszystkie karty z dłoni i kazał mu grać dalej kilkoma, które jakimś cudem utrzymał w dłoniach. Paradoksalnie to właśnie wtedy podjął najgorsze decyzje, przez które wszystko zjebał. Bo skoro nie czekała na niego żadna przyszłość to co miał do stracenia?
Otóż wszystko. Wszystkie marzenia, dom i rodzinę. Ukochaną kobietę. Teraz również wspomnienia, które w tym momencie kwestionował, bo już nie wiedział, gdzie leżała granica między prawdą a kłamstwem. Nawet tego nie wiedząc, sam zapoczątkował spiralę zniszczenia. Na długo przed tym jak pojął, ile stawiał na szali.
Reszta tego, co się wydarzyło? Skłonności dziedziczone po rodzinie matki, przeklęty dar widmowidzenia? To był wyłącznie krzyż do trumny, choć zawsze żywił przekonanie, że nie będzie mieć takowej, przynajmniej nie w metafizycznym sensie, bo przecież miał żyć pod postacią drzewa. No cóż, to także mu odebrano. Przeklęte widma panoszące się w Kniei przetrzewiały grono przodków. Tu również nadzieja gasła.
Możliwe, że w tej chwili rozmawiali o czymś, co nie miało żadnych szans spełnienia. Oboje to wiedzieli, więc to chyba nawet nie były złudzenia, tylko raczej puste słowa. Nie zapewnienia, nie kłamstwa, nic więcej niż tylko kolejne słowa bez większego znaczenia. Mówili, by mówić. Tak, jakby nikt niczego im nie odebrał. Jakby nadal mieli swoje marzenia. To było gorzkie i nieprawdziwe, ale nie niewłaściwe. Po prostu bez znaczenia.
- Podejdź do tego jak do kolejnego wyzwania. Zawsze potrafiłaś mnie zaskoczyć. Może tu też będziesz mieć okazję, by to zrobić - odpowiedział zmuszając kąciki ust do uniesienia się, choć wesołość niespecjalnie się go trzymała.
Tak właściwie to od momentu, gdy dopiero co się obudzili, kotłując się przez chwilę w pościeli jak ludzie pogrążeni we wspomnieniach, Ambroise nie czuł już niemalże żadnego ciepła.
Tamta chwila zniknęła. Wtedy uśmiechał się do niej jak szczeniak, teraz zmuszał się do mówienia. W tamtej chwili przyciskał czoło do jej czoła a nos do nosa, aktualnie raczej stronił od spojrzenia dziewczyny. Nie było między nimi miejsca na radość, choć Piaskownica kiedyś mu się z tym kojarzyła. Obecnie była tylko pustą skorupą.
Przeszłość zniknęła, rozmyła się. Zaś oni byli dwójką ludzi, którzy siedzieli tuż obok siebie, ale nie ze sobą. Bez dystansu fizycznego, ale psychicznie oddaleni od siebie o setki mil.
Możliwe, że Rina miała rację. Zaręczyny z pewnością dało się zerwać. Małżeństwa również się rozpadały, choć w ich świecie nie było to zbyt częste. Raczej dominowało trwanie przy sobie na papierze i zdrady na boku, osobna sypialnia i zmowa milczenia, nieszczęśliwe spojrzenia posyłane osobie, która miała być na zawsze a która odwracała się w innym kierunku, ale nie robiła tego w taki sposób, aby zraniony małżonek mógł podjąć próbę ułożenia sobie życia na nowo.
Nie chciał myśleć, że mogłoby to być również częścią ich historii. Może nie zdrada, bo przecież co do tego miał całkowitą pewność. Nie zdradziłby jej, ale popsułby wszystko tak czy siak.
Jego marzenia i oczekiwania były zupełnie inne od tego jak wyglądały realia. Prawdopodobnie cholernie by się starał, choć jeśli doszłoby do zaręczyn to czy później udałoby mu się przy tym trwać? Przecież i tak próbował wszystko naprawić. Nie odszedł z dnia na dzień, nawet jeśli dla Geraldine tak to mogło wyglądać, bo starał się nie dawać jej do zrozumienia, że coś go trawiło.
Czy wtedy udałoby mu się nie zawalić sprawy tak jak to zrobił? Gdy miał świadomość, że to niewiele by zmieniło? W tym momencie podburzyła jego pewność, może faktycznie byłby tym, za kogo go miała?
Decyzja o odejściu była najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek podjął i wykonał, jednak może tak było lepiej. Zanim doszło do sformalizowania ich związku. Zanim zmusiłby ją do trwania przy sobie w bagnie. Nie na dobre, wyłącznie na złe i jeszcze gorsze. Może tak było lepiej.
Ale nie chciał, żeby Roselyn była zmuszona do decydowania o czymkolwiek podobnym. By dotyczyła jej sytuacja, w której to ona musiałaby podjąć trudną decyzję. Trwać przy czymś, co miało ją zżerać od środka czy wywołać skandal mogący odbić się na niej po stokroć.
- Prawda? Nie wiem, co elegancik chce osiągnąć. Żona z dobrego domu na pewno pasowałaby do jego otoczki szczurka z Ministerstwa, ale to, że Roselyn na to poszła? Z chujem się łbami pozamieniała - nie mógł sobie darować komentarza, łaskawie nie dodając, że nie ze swoim chujem, bo go jednak nie miała.
A naprawdę nieistotne, jak dużego Borgin miał kutasa. Nie musiała za niego od razu wychodzić. Nie potrzebowała kupować destylarni, żeby popróbować destylatu. Kto jak kto, ale ona powinna to wiedzieć.
- A tak na marginesie to pierwszym, co zrobiła było wyjechanie mi z informacją, że jest dziewicą i na pewno z nim nie wpadła - uściślił, bo ta wieść też raczej w dalszym ciągu go mieszała.
Na tyle, że uznał to za informację wartą dodania do kontekstu sytuacyjnego przez to jak bardzo była absurdalna.
Natomiast w pewnym sensie musiał kiwnąć głową. Słowo racja, co prawda, nie przeszłoby mu przez usta, ale bardzo nieznacznie przytaknął Geraldine w bardziej niewerbalny sposób, choć chwilę później uniósł wzrok w kierunku nieba.
- No nie. Twój brat już nie żyje a moja siostra ocipiała czy tam ochujała, jeden pies - machnął wolną ręką, nie dodając oczywistego.
Tego, że ocenianie kogokolwiek z tamtej dwójki może było warte wykonania, ale nie przez nich. Oni raczej nie mieli zbyt wiele do powiedzenia w zakresie przeżywania życia we właściwy sposób.
Być może kiedyś byli na drodze, która wydawała się odpowiednia, jednak obecnie znacząco z niej zboczyli. Nie mieli szans, aby na nią wrócić, więc przeszłość chyba była bez znaczenia? Nie chciał, żeby tak to wyglądało, ale taka była prawda.
- Zawsze mogło być gorzej i mogli zacząć smalić do siebie cholewki - parsknął cicho w ramach podkreślenia tego, o czym zresztą Yaxleyówna też mówiła - los był naprawdę przewrotny. - To raczej miała być pamiątka rodzinna. Coś do przekazania dalej na stare lata, nie do dźgania wygłodniałego wampira, ale cóż. Tu też się nieźle sprawiła - przyznał, choć nie taki był przecież zamiar kupowania tego mebla.
Teraz to było wyłącznie zbyt optymistyczne myślenie życzeniowe ckliwego debila, który wił sobie gniazdko. Coś, o co lata wcześniej w życiu by się nie posądził a wtedy ewidentnie porwała go chwila.
Patrząc na to przez pryzmat ich dalszego życia i rozpadu wszystkiego, co mieli, to była wyłącznie głupia konsolka. Naprawdę dużo warta durna konsolka, która najpewniej i tak powinna zostać stamtąd wyrzucona wraz z resztą jego rzeczy i wkładu w urządzenie mieszkania, co pewnie właśnie się stało. Raczej wątpił, żeby poza Piaskownicą Rina zostawiła po nim jakikolwiek ślad. Ta materialna strata była zresztą najłagodniejsza.
W obliczu wszystkiego, co się wydarzyło i co nadal się działo, pieniądze nie miały znaczenia.
- Chcesz o niej porozmawiać? - Starał się być przy tym miękki i pełny zrozumienia, nie wpatrując się w nią wprost tylko przyglądając się dziewczynie kątem oka.
Raczej wątpił, by wybrała go na swojego powiernika również tej wizji, tego ciężaru, ale skoro już podjęła z nim ten temat to nie zamierzał nie dać jej do zrozumienia, że mogłaby zrobić i to. Po prostu mu o tym opowiedzieć, wiedząc, że jej wysłucha. Zawsze słuchał, prawda? Nawet jeśli czasami się wściekał.
- Każda zmiana jest trudna - przyznał z wahaniem, obserwując ciemniejący horyzont.
Łuna światła znad morza praktycznie już nie istniała. Latarnia morska nadal świeciła w ciemnościach, ale światła pobliskiego miasteczka już nie odbijały się od chmur. Zamiast tego burza coraz bardziej grzmiała. Była naprawdę blisko. Idealnie wpasowywała się w klimat tego, co trwało w ich życiu.
Tak. Zrozumiał, co Geraldine miała na myśli. Może jednak do pewnego stopnia udawało mu się jeszcze wyczuć to, co mu przekazywała. Szkoda tylko, że to były takie gorzkie słowa. Prawda, ale bolesna i trudna.
- Niektóre przypadki są nie do ocalenia - odpowiedział cicho, unosząc kąciki ust w wyrazie rozgoryczenia.
Sam jej to przecież powiedział, tak? To, że chciała mu pomóc nie oznaczało, że miała tę możliwość. Nie, gdy nie chciał, żeby go ratowała, bo nie uważał, by było jeszcze cokolwiek, co mogłaby zmienić. Nie w tym, co się stało. Zrobiła dostatecznie dużo. To nie była przegrana. Jedynie brutalna rzeczywistość. Czasami każdy musiał odpuścić.
Powinien cieszyć się, że to zrozumiała.
Nie potrafił.
Nie zamierzał tego mówić.
- Astaroth to inna sprawa - zaznaczył nie po to, by być adwokatem małego dupka tylko po to, by wiedziała, że tam była jeszcze nadzieja.
Musiała ją mieć. Nadzieja była wszystkim, szczególnie w tych czasach, gdy ciemność zdawała się wszechogarniająca. Mrok wszystko przysłaniał. Tragedia goniła tragedię. Radzenie sobie z tym było niemalże niemożliwe, szczególnie bez wsparcia. Geraldine musiała mieć chociaż swojego brata. Ten musiał się ogarnąć, stanąć na nogi, zacząć jej pomagać w różnych okolicznościach, również takich jak sprawa doppelgangera.
- Zawsze mam. Jestem nieomylny. Pierdolona wyrocznia - nie brzmiał radośnie, bo czemu by miał?
Przepełniała go gorycz, nic ponadto, nic więcej. Jedynie rozgoryczenie i przeświadczenie, że ze wszystkiego, co miał w zanadrzu - w repertuarze popierdolenia bycie wyrocznią prawdopodobnie byłoby zadziwiająco przydatne.
Tymczasem nie. Przyjemność go nie ominęła, za to wyłącznie jeszcze bardziej mu dowaliła. Zupełnie tak, jakby był skazany na życie przeszłością, bo przyszłość dla niego nie nadchodziła.
Widma mogły mu to zagwarantować. Jeśli Geraldine miała rację i rzeczywiście miały rozpierzchnąć się poza Dolinę, los ich wszystkich stawał pod znakiem zapytania. Nie wiedzieli jak z nimi walczyć, nie mieli o tym bladego pojęcia.
Krąg? Krąg brzmiał jak możliwość znalezienia jakiegoś rozwiązania, ale czy rzeczywiście nim był? Początkowy entuzjazm zaczął opadać niemal szybciej niż się pojawił.
- Czyli krąg je odpycha i przyciąga? Czy były w nim zablokowane? Musisz wyrażać się jaśniej, Ma Moitié - upomniał ją, bo coraz bardziej go w tym plątała.
Choćby chciał (a chciał) nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, w której się znalazła. Szczególnie, że w swoim życiu widział naprawdę dużo kręgów i tak naprawdę był zdania, że nie istnieją dwa identyczne. Każdy miał swoje specyficzne możliwości i ograniczenia, nawet jeśli intencja, która im przyświecała była jedna.
Poza tym pozostawała jeszcze jedna kwestia.
- Animag i wilkołak? Coś ty tam z nimi robiła? - Uniósł brew, tym razem otwarcie posyłając dziewczynie badawcze spojrzenie.
Jej historia była zagmatwana, skomplikowana a on czuł się zmęczony wszystkim, w co obfitowały ostatnie dni. Musiała mówić do niego zdecydowanie jaśniej. A jeszcze lepiej, by to faktycznie rozrysowała. Nieistotne, że nie potrafiła malować. Szkic mógł być wystarczający. Musiał pamiętać, by jej to zaproponować.
- Jeśli Ministerstwo się w to włączyło to pozamiatane. Nie będą w stanie nic z tym zrobić. Na nic się to im nie zda a my nie będziemy w stanie tego zbadać - stwierdził z nieskrywaną niechęcią, w dalszym ciągu nie zwracając uwagi na formę, w której o tym mówił. To, że była wspólna. - Taką pułapkę najlepiej stawiać w kilka osób. To nie sprawa dla jednej. Fakt - kiwnął głową bez zastanowienia. - Jeśli pamiętasz drogę to wciąż należy to sprawdzić - w głosie Ambroisa nie było wahania.
Chciał tam pójść. Tego wymagała sytuacja. Tyle tylko, że nie miał pojęcia, czemu nagle do niego dotarło, o czym tak właściwie rozmawiali. Znowu snuli plany. Kolejna akcja razem. Jeszcze jedna możliwość spędzania ze sobą czasu, robienia czegoś wspólnie, współpracy w zakresie wielkiego zła i co dalej?
Sytuacja wcale się nie zmieniła. Choć nie - była gorsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jak mieli ze sobą współdziałać, gdy nie mieli ku temu żadnych podstaw? Tak, rozmawiali o byciu sojusznikami, jednak przez niego Geraldine krwawiła. Ona też wydarła mu dziurę w piersi.
Nie powinni, prawda?
Ta rozmowa powinna być ich ostatnią.
- Jeśli chcesz się w to angażować, czego wolałbym, żebyś nie robiła, ale przecież i tak mnie nie posłuchasz - uniósł wzrok w kierunku daszku od balkonu, lekko kręcąc głową, ale się nie uśmiechnął. - To prawdopodobnie nadejdzie moment, w którym będziesz do tego zmuszona, więc powinnaś brać to pod uwagę. Konieczność zapewnienia sobie możliwości ucieczki. A wtedy przejdzie ci przez głowę dużo różnych metod, o których gdzieś tam kiedyś usłyszałaś. Uwierz mi, że Exumai powinno być najmocniejszym, po co sięgniesz - był śmiertelnie poważny w tym, co mówił, nie przestając gładzić jej ręką po boku, ale jednocześnie mimowolnie napinając własne ciało.
Jeśli jeszcze chwilę wcześniej potrafił uciec się do ponurego żartu czy uniesienia kącików ust, teraz przestał to robić.
- Zresztą nie będę cię oszukiwać mówiąc, że to jest coś lekkiego i wychodzi za każdym razem, gdy powinno - stwierdził, nie zamierzając rozdrabniać się odnośnie tego, że raczej nie powinno, nigdy, w idealnym świecie nie trzeba byłoby z tego korzystać, ale przecież nie żyli w takim. - Bardzo możliwe, że ci się nie uda a wtedy po prostu spierdalaj. Animagia faktycznie może ci w tym pomóc - na moment zmarszczył brwi, kiwając głową w wyrazie zastanowienia.
To, co powiedziała wcześniej o konfrontacji z widmami pod postacią skunksa miało wiele nieoczekiwanie korzystnych stron. Przede wszystkim mogła przed nimi znacznie szybciej spierdalać. Być może nie rzucając zaklęć, ale będąc zwinniejszą i bardziej zwrotną od standardowego czarodzieja a to z gruntu dawało jej trochę przewagi.
Jeśli by z kimś tam była, niechybnie uczyniłaby z tej drugiej a może nawet i trzeciej osoby lepszy kąsek do wyssania. Choć wiele z pewnością zależałoby od ilości widm, które by tam spotkała. Mimo wszystko z pewnością miałaby sporo szans na ucieczkę.
A kierunek? Zależałby od miejsca, jednak tu też istniało rozwiązanie. Nie posunąłby go każdemu. Raczej nie miał masochistycznych skłonności i nie chciał narażać się na jeszcze większe mentalne cierpienie, więcej lodu i zimna, kolejną dawkę wyczerpania, ale w przypadku Yaxleyówny to wyglądało inaczej niż u kogokolwiek innego. Jej był w stanie to doradzić. Dla niej mógł zrobić ten wyjątek. Bez wahania.
- I drzewa. Nasze dęby. Przyciągają je na tyle, że to jest opcja. Możliwe, że widma dadzą ci sposób, jeśli znajdziesz się pod ich osłoną. Zrezygnują z ciebie na rzecz wysysania energii łatwiejszej do pozyskania - dopowiedział, wolną ręką przecierając zmęczone powieki.
Nie brzmiał dobrze. Był zdecydowanie ponury i zmarkotniały. Nawet nie próbował ukrywać fizycznego wyczerpania. Krycie psychicznego wyrżnięcia również raczej niespecjalnie mu wychodziło, ale w dalszym ciągu powstrzymywał się od pęknięcia.
Starał się zagryźć zęby, celowo unikając zagłębiania się w temat związany z jego rodzinnymi powiązaniami z duchami Kniei i tego, czym w rzeczywistości miała poskutkować opcja, którą podsuwał Geraldine jako wyjście awaryjne.
Dbał o nią. W dalszym ciągu o nią dbał, prawda? Powiedział jej, że to nie miało się zmienić i nie kłamał. Być może zachowywał wiele spraw dla siebie, nie miał zamiaru angażować jej we własne bagno, ale ta część przyrzeczenia nie uległa zmianie. Mogła na niego liczyć. Bardziej niż sądziła.
Tyle tylko, że nie w tym najważniejszym aspekcie codziennego życia. Nie w tym, czego naprawdę chciał i co powinien mieć jej do zaoferowania a nie miał. Zresztą teraz to było już bez znaczenia. Raz wypowiedzianych słów nie dało się cofnąć. To, co od siebie nawzajem usłyszeli miało wystarczyć do całkowitej utraty tej części zaufania.
Sojusznicy, tak?
- Wszystko jest możliwe do zrealizowania - w tym wypadku nie mógł się z nią zgodzić, kwitując to wzruszeniem ramion, jakby to było coś oczywistego. - Natomiast zakładam, że to zależy co najmniej od trzech czynników, z których łącznie pewnie mamy ze dwa - stwierdził, całkiem celowo nie nawiązując kontaktu wzrokowego, choć nie łudził się, że tak jak w jego głowie, tak i w jej mnożyły się różnorodne pytania.
Obawiał się, że odpowiedzi na nie przyniosłyby wyłącznie kolejne i kolejne słowa.
- Wracamy do środka? - Spytał po chwili ciszy, kątem oka patrząc na dziewczynę.
Naprawdę mocno się rozpadało. Burza rozszalała się na dobre. Siedzenie na ganku nie było kłopotliwe, bo dach jakimś cudem praktycznie nie przeciekał, co było o tyle dziwne, że niezadbana konstrukcja mocno się zniszczyła.
Jednakże rozsądniej byłoby wejść do środka. Spojrzeć na zawartość szafek kuchennych, zmyć z siebie resztki śladów poprzedniego dnia. Zapach dymu i swąd śmierdzącego ognia, wilgoć jaskini i całą resztę. Ambroise nie wątpił, że jeśli wcześniej mieli plany wzięcia wspólnej kąpieli, teraz ta część wieczoru poszła się gonić, ale wciąż mogli jeszcze przez chwilę normalnie porozmawiać, szykując się do spania.


RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.12.2024

Yaxleyówna raczej nigdy nie zakładała, że dożyje starości, ostatnio w sumie była tego coraz bardziej pewna. Wydawało jej się, że umrze podczas walki, tak chyba byłoby najlepiej. Nie musiałaby patrzeć na to, jak się zmienia, jak staje się nieudolna. W jej przypadku sprawność fizyczna warunkowała dobre samopoczucie, bo dzięki temu mogła robić to, co kochała i nie potrafiła sobie siebie wyobrazić siedzącą na fotelu z dala od lasów. Zawsze bała się tego, że nie potrafiłaby się odnaleźć w tym wszystkim, że czegoś by jej brakowało. Miała taki moment w życiu, że trochę zmieniła się jej ta wizja, że czuła, że być może jednak byłoby to możliwe, ale to już minęło. Wróciła do starych nawyków. Zresztą zaczęła znowu trochę bardziej ryzykować, przestała się przejmować czymkolwiek, bo nie musiała tego robić. Co mogło jej się stać, najwyżej jakaś bestia ją zeżre, umrze z sztyletem w dłoni, to byłaby dobra śmierć. Taka na którą zasługiwała.

W przypadku osób jak ona rozmyślenia o śmierci nie były niczym nadzwyczajnym, właściwie pogodziła się z tym, że odejdzie z tego świata szybciej niż później, bo wybrała taki sposób na życie, a nie inny. Niebezpieczeństwo było dla niej codziennością, oczywiście to nie tak, że była jakimś samobójcą, ale zdawała sobie sprawę, że zupełnie przypadkiem może się jej to przytrafić. Nie musiała daleko szukać, jej brat był przykładem tego, jak można było skończyć, gdy chociaż raz powinęłaby się jej noga. Zresztą już kilka razy sama też znajdowała się na granicy życia i śmierci, udało jej się jakoś jej nie przekroczyć, ale nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.

Starość raczej nie była jej pisana, zdawała sobie z tego sprawę, na pewno nie spokojna i statyczna.

- Być może tak właśnie będzie. - Brnęła w tę narrację, chociaż wiedziała, że ona nie ma szansy się spełnić. Jakoś łatwiej jednak było teraz ignorować tę myśl. Spokój był im potrzebny, był jej potrzebny, takie gadanie powodowało, że chociaż przez moment czuła, jakby mieli jakąkolwiek przyszłość.

- Jakby nie patrzeć, to on pozornie też pochodzi z dobrego domu, nie wiem, czyj to by pomysł, co wymyślili, ale dobrze by szybko do nich dotarło, że to nie ma sensu, bo jak patrzy się na to z boku, to nie ma. Nie wiem, co im odjebało. Najwyżej skończą na ślubnym kobiercu i później będą się martwić resztą, a może im się spodoba? - Nie miała pojęcia, czym się kierowali, co ich prowadziło. Życie jednak bywało przewrotne, czasem takie spontaniczne decyzje mogły okazać się słuszne. Zresztą sama bardzo długo nie chciała nawet myśleć o tym, że mogłaby stać się czyjąś żoną, później się to zmieniło, a teraz wróciła do punktu wyjścia. No, tutaj nie było żadnej płynności, nie dało się przewidzieć, co i jak się zmieni.

Mrugnęła kilka razy, kiedy usłyszała kolejną rewelację z ust Ambroisa. Nie do końca wiedziała, co powinna z tym zrobić. Jego siostra była dziewicą, powiedziała mu o tym, nie miała pojęcia po co. To nie tak, że jej własny brat nie komentował tego, jak się prowadza (właściwie to mu się nie dziwiła, bo trochę zaczęła przesadzać), ale sama nigdy nie rozpoczęłaby takiego tematu z rodzeństwem. - Pogratulowałeś jej tego osiągnięcia? - Starała się potraktować to poważnie, ale niestety nie było to wcale takie proste. Cóż, pewnie chciała po prostu oświadczyć mu, że nie spodziewa się małego Borgina, czy coś.

- W sumie my chyba nie skończyliśmy, aż tak źle. - Zważając na to, że mogli się porównywać do martwego rodzeństwa, czy ocipiałego, to nie było z nimi tak najgorzej. Jasne, rozjebali wszystko, co mieli wokół siebie, ale przynajmniej żyli i nie zamienili się z kutasami na głowy. To był chyba jakiś pozytyw?

- Tego bym chyba nie przeżyła. - Jeszcze tego brakowało w jej życiu, żeby jej brat zainteresował się siostrą Roisa, na całe szczęście aktualnie nie musieli się tym już wcale przejmować, bo cóż Astaroth był pierdolonym wampirem i raczej nigdy już nie zamoczy, czy coś... Zdecydowanie wolała o tym nie myśleć, to było dla niej naprawdę zbyt wiele.

- Potrzeba tworzy okazję, czy coś? I tak nie byłoby tej pamiątki rodzinnej komu przekazać... - Była to może gorzka prawda, ale przecież tak było. Nie zapowiadało się na to, aby coś się miało pod tym względem zmienić. Cóż, dotarło do niej teraz, że właściwie to najprawdopodobniej jej rodzina zakończy swój żywot na ich pokoleniu. Astaroth nie miał możliwości przedłużyć rodu, James... chuj wie, gdzie znowu się podział i czy w ogóle wróci, a ona, to była ona. Cóż, rodzice na pewno byli dumni z tego, że dorobili się takiego wspaniałego potomostwa.

- Może kiedyś, nie dzisiaj, dzisiaj nie chce. - Za dużo złego się wydarzyło, żeby jeszcze wracała myślami, do tych wizji, które ją nawiedzały. Odtwarzała niemalże co noc ten widok, rozdartej szyi, krwi, która znajdowała się wszędzie wokół i martwych oczu jej własnego brata. To nie było coś, o czym chciała teraz mówić. Nie była na to gotowa, zresztą pewnie nigdy nie będzie.

- Być może, najwyraźniej nie wszystkim można pomóc. - Szkoda, że chodziło o kogoś na kim najbardziej jej zależało, ale nie miała zamiaru znowu poruszać tego tematu, od tego przecież zaczęło się ich wylewanie gorzkich żali, zdecydowanie lepiej, aby nie wracali do tego, bo nie przyniesie im to niczego dobrego. Wiedziała już jak wygląda sytuacja i miała świadomość, że najwyraźniej nie mogła nic tutaj zdziałać. Szkoda, nie znosiła się poddawać, ale przecież nie mogła na siłę pakować się w jego życie, kiedy tego nie chciał. Zrozumiała aluzję, którą miał jej do przekazania.

- Mam nadzieję, że faktycznie tak będzie, nie zamierzam się poddawać, jakoś się ogarnie, musi, bo nie dam mu spokoju. - Cóż, potrafiła być prawdziwym wrzodem na tyłku, z czego Roise przecież zdawał sobie sprawę. Łatwo nie odpuści zwłaszcza, że Astaroth był jej bratem, nie było szansy, aby przed nią uciekł. Trochę mogło mu to utrudniać jego egzystencję, ale nie miał innego wyjścia, jak się z tym pogodzić.

Nie skomentowała jego słów na temat własnej nieomylności, nikt nie był nieomylny, mogłaby to kwestionować, ale nie chciała tego robić w tej chwili. To było zbędne, niepotrzebne i nie miała siły dalej się kłócić, nie chciała prowokować kolejnych nieprzyjemnie wymienionych zdań. Nie dzisiaj, nie jutro, może kiedyś, chociaż kiedyś też miało się nie pojawić.

Westchnęła ciężko, faktycznie trochę mieszała, ale powinien jej to wybaczyć, bo nie była w najlepszej formie. Starała się skupić na tym, aby jak najdokładniej przekazać mu infromacje, które uzyskała.

- Krąg ich nie przyciągał, ja, to znaczy my je przyciągnęłyśmy, wyczuły naszą obecność w lesie i chciały nas wpierdolić. - Była tego pewna, widma zamierzały sobie zrobić z nich kolację, tyle, że krąg je przed tym powstrzymał. Nie miała pojęcia jakim cudem znalazł się w tym lesie i jak właściwie udało jej się do niego dotrzeć, ale była pewna, że tylko dzięki niemu przeżyła tamtą noc. Inaczej na pewno jej by tutaj nie było.

- Krąg nie pozwolił im nas dopaść. Byliśmy bezpieczni, gdy znajdowaliśmy się w środku. Czekały, aż go opuścimy, tkwiły przy nas niemalże całą noc. - Przynosiły wszystko co najgorsze, powodowały, że najgorsze wspomnienia wracały, a ciała przeszywał okropny chłód. Na szczęście nie udało im się zrobić nic więcej.

Uniosła głowę, bo poczuła na sobie jego spojrzenie. Westchnęła ciężko. Co robiła z wilkołakiem i animagiem? Cóż, jak zawsze kierowała się instynktem, a wiadomo, że tego samozachowawczego nie można było u niej zauważyć. - Wilkołak przemienił się w Dolinie, przy ludziach, wbiegł do Kniei, pobiegłam za nią, żeby mieć pewność, że nic złego jej się nie stanie. - To, że widma mogły zrobić krzywdę i jej przecież nic nie zmieniało. Nie umiała zostawić nikogo na pastwę losu. - Najwyraźniej ten drugi animag zrobił to samo. - Też znalazł się tam zupełnie przypadkiem.

- Zastanawiam się, czy będą pilnować tego kręgu, ale można spróbować się tam zakraść. - Skoro mogła się teleportować z kręgu, to zapewne działało to też w drugą stronę, najwyżej szybko spierdolą z powrotem, jeśli okaże się, że ktoś z ministerstwa znajduje się w kręgu. To nie było szczególnie rozsądne, ale co innego mogli zrobić?

- Co jak co, ale ja nigdy nie zapominam drogi Roise. - Spędziła w lasach niemalże całe życie, akurat tam nigdy się nie gubiła, to nie mogło mieć miejsca.

- Ja już się w to zaangażowałam. - To nie tak, że chciała to zrobić, to już się działo. Oczywiście, że nie zamierzała z tego zrezygnować. Nie umiałaby pozostawić tego tematu, kiedy mogło mieć to wpływ na to, jak będzie wyglądało życie wielu osób.

- Szkoda, że nie można im wyrządzić krzywdy innymi metodami. - Tak, zdecydowanie wolałaby sięgnąć po inne narzędzia niżeli nekromancję, ale w tym przypadku nie widziała innej możliwości. Nie dało się ich pozbyć poprzez fizyczne metody, nie dało się tego zabić. Czas najwyższy więc dostosować się do tego, z czym przyjdzie jej walczyć.

- W tym przypadku nie uważam spierdalania za coś złego. - Normalnie wolała doprowadzać do konfrontacji, ale miała świadomość, że tutaj to mogło się zakończyć bardzo szybko. Widma wysysały życiową energię, nie dało się z tym zbyt długo walczyć. Ucieczka więc wcale nie była przegraną, bo  w końcu kończyła jako żywa.

- One żrą wasze drzewa? - Nie wspomniał jej o tym wcześniej. Czy jeszcze jakieś zostały, przecież skoro nie mogły uciekać były chyba najłatwiej dostępnym pożywieniem dla tych istot. - Dużo ich zniszczyły? - Może warto byłoby o nie zadbać i zbudować wokół nich krąg taki, jak ten, który ona znalazła w lesie. Miała świadomość, że te drzewa były dla nich ważne.

Sugerował jej najwyraźniej, żeby w razie zagrożenia, kierowała się do ich drzew, aby widma mogły zająć się nimi. Nie miała pojęcia dlaczego to robił, bo przecież poniekąd to była ich rodzina. Nie powinien dopuszczać do tego, aby Yaxleyówna korzystała z takiej możliwości, nie mogłaby wykorzystywać tej wiedzy.

- Trochę powątpiewam, nie znam chyba nawet nikogo kto byłby w stanie zaryzykować, aż tak. - No poza nią samą, ale ona nie posiadała odpowiedniego doświadczenia, co nieco komplikowało sprawę. Cóż, może warto zasięgnąć języka i poszukać, jakichś śmiałków, którzy mieliby ochotę zaangażować się w coś podobnego, może uda jej się kogoś znaleźć. Nie zamierzała nikogo namwiać, tylko po prostu poszukać chętnych, być może chodzą po tym świecie jeszcze osoby niespełne rozumu tak jak i ona. Wiedziała bowiem, że nie może tego zrobić sama, nie tym razem, mogłoby ją to zbyt wiele kosztować. W sumie zastanawiała się, jak widma zareagowałyby na wampira, nie spotkała się jeszcze z przypadkiem w którym spotkały się z taką istotą, to też będzie musiała sprawdzić. Oczywiście nie wyśle brata samego do lasu... ale może to był jakiś punkt zaczepienia?

- To trzeba znaleźć ten trzeci. - Była naprawdę zdeterminowana, aby doprowadzić ten temat do końca. Jak sobie usrała, że się czymś zajmie, to nie było zmiłuj. Wolała jednak wszystko dokładnie przemyśleć, aby mieć pewność, że nikomu nie stanie się krzywda. Nie mogła działać jak poparzona, nie tym razem, chociaż zapewne to byłoby bardziej w jej stylu.

Wiatr wiał coraz mocniej, burza rozpętała się na dobre, na niebie co chwilę pojawiały się błyskawice, które je rozjaśniały, do tego deszcz padał bardzo intensywnie. Faktycznie na zewnątrz przestawało być przyjemnie, zimny dreszcz przeszedł jej po ciele wraz z kolejnym podmuchem.

- Tak, nie ma co siedzieć na zewnątrz. - Nie miała pojęcia, co zrobią, gdy wrócą do środka, bo przecież praktycznie nic sobie nie wyjaśnili, ale chciała to zrobić. Najpewniej po prostu zaszyją się w pościeli i pójdą spać, byli zmęczeni, ten dzień przyniósł wiele emocji, potrzebowali odpoczynku od tego, co się wydarzyło, ale też musieli się przygotować na to, co miało nadejść. Świat nie będzie na nich czekał, musili do niego wrócić i jakoś odnaleźć się w tej szarej, brutalnej rzeczywistości pełnej zła.

Odsunęła się w końcu od mężczyzny i podniosła na nogi, wbiła spojrzenie jeszcze na krótką chwilę w nieboskłon, naprawdę niesamowity spektakl się tam dział. Nie mogli jednak tkwić tutaj przez wieczność, robiło się chłodno, byli zmęczeni, potrzebowali teraz czegoś innego.