![]() |
|
[05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4331) |
RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.01.2025 Czuła się bardzo lekko, tak lekko jak nigdy wcześniej. Wszystko wydawało jej się znajdować w odpowiednim miejscu, nie spodziewała się, że może się tak czuć. Nie zamierzała nad tym rozmyślać, bo chyba po prostu tak miało być. Nie zastanawiała się nad tym, czy to może jebnąć, wręcz przeciwnie pojawiła się dziwna myśl, że może im być razem jeszcze lepiej. Skąd, dlaczego? Nie miała pojęcia, po prostu wiedziała, że w końcu wszystko jest jak należy. Towarzyszył jej prawdziwy spokój ducha, w końcu niczym się nie przejmowała, nie musiała, bo wreszcie wprost określili tego, czego chcą od siebie nawzajem. Nie oczekiwała od niego żadnych, niepotrzebnych, pięknych, wymuszonych słów. To nie było w ich stylu, nie należeli do osób, które wyrażały co czują w ten sposób, jasne, może to było nowe, ale wiedziała, w jaki sposób zachowuje się Roise, w końcu dlatego postanowiła wybrać właśnie jego. Nie było jej to niczego potrzebne, nie oczekiwała, że nagle zacznie być poetą, ba wspominała mu nawet o tym, że na niej to nie robiło wrażenia, bardziej ją irytowały takie zachowania. Ceniła sobie prostotę, bo sama była nieszczególnie skomplikowanym człowiekiem. - Skoro tak mówisz, to doskonale. - Nie zamierzała negować tego, co wydawało mu się, że widział, w sumie mógł dostrzegać więcej niż ona. Miała świadomość, że patrzył na nią zupełnie inaczej od wszystkich innych i naprawdę jej się to podobało. Nie zdarzyło jej się jeszcze nigdy coś podobnego, mogła wiele wyczytać z jego spojrzenia, wiedziała, że wszystko co mówi i robi było szczere, tylko to się liczyło. Nie spodziewała się, że będzie w stanie usidlić jednego z najbardziej rozchwytywanych kawalerów, jak widać jednak było ją na to stać, z czego była zadowolona, bo nie wyobrażała go sobie spotykać u boku kogoś innego niż ona sama. Dobrze, że dosyć szybko to do niej dotarło. Przyjemnie było czuć bliskość ciepłego ciała Roisa tuż przy swoim. W końcu jeszcze o poranku w ogóle nie zakładała, że może dojść między nimi do takiej zmiany. Teraz mogli pozwalać sobie na wszystkie gesty, na jakie tylko mieli ochotę sobie pozwolić, nie było żadnych granic, mogli właściwie wszystko. To był początek zupełnie innej drogi, tej najbardziej właściwej z właściwych. Czuła przyjemne ciepło pod skórą w miejscach, które muskał swoimi ustami. Czekał ich teraz wspaniały czas, w którym mieli poznać się jak najdoładniej, wierzyła, że ani on, ani ona nie opuszczą najdrobniejszego szczegółu, wreszcie należeli do siebie. Tym jednak będą zajmowali się później, bo aktualnie, aktualnie unosiła się w powietrzu, wiedziała, że nieuchronnie zbliża się moment, w którym wejdą do wody. Nie spodziewała się cudów, raczej wiedziała, że nie będzie to do końca przyjemne, bo był maj, woda nie zdążyła się nagrzać i powinna być lodowata, jakoś to przeżyją, powinni, zresztą nikt ich do tego nie zmuszał, sami tego chcieli. Roise nie miał problemu z tym, aby przenieść ją ku tafli wody na swoich rękach, cóż, może nie było to nic takiego, chociaż dla niej tak. Mało któy facet byłby w stanie sobie z nią poradzić w ten sposób, nie ma co się oszukiwać, Yaxleyówna nie była zbudowana fizycznie jak typowa kobieta, była sporą kupką, bardzo ciężkich mięśni. Zamknęła oczy i zacisnęła zęby, gdy znaleźli się tuż przy morzu. Czy faktycznie była na to gotowa? Chyba nie, ale nie miała już teraz innego wyjścia, nie zamierzała zmieniać zdania i wycofać się z tego. Jakoś sobie poradzi z tym chłodem, który miał ich pochłonąć. Starała się nie piszczeć, gdy poczuła pierwsze fale, które zaczęły dotykać jej nagie ciało, niestety nie potrafiła nad tym zapanować, pisk wyrwał się z jej ust, bo to nie należało do niczego przyjemnego. Nadszedł moment w którym Ambroise wypuścił ją z rąk i wtedy znalazła się pod wodą, całkowicie. Musiała przyzwyczaić się do temperatury, chociaż nie sądziła, że da się do tego przywyknąć, bo było kurewsko zimno, nie wydawało jej się, że możnaby to tego przywyknąć kiedykolwiek. Skoro jednak już cała była zamoczona, nie zamierzała teraz wychodzić z wody, bo to ten pierwszy moment był najgorszy, później powinno być nieco lepiej. Wynurzyła się więc na powierzchnię i odetchnęła głęboko, przesunęła rękoma po swoich mokrych włosach, żeby kosmyki nie wchodziły jej do oczu. - Kurewsko rześko. - Mruknęła w sumie chyba bardziej do siebie, niż do mężczyzny. Nie chciała wychodzić na jakiegoś słabeusza, no ale nie potrafiła za bardzo ukrywać tego, co czuje. Przeniosła wzrok w stronę niebieskiego światła, w sumie przez nie się tutaj znaleźli, zamierzała więc popłynąć w tamtym kierunku, aby przyjrzeć się bliżej tym stworzeniom. Nie powinny być szczególnie szkodliwe, przynajmniej tak jej się wydawało na pierwszy rzut oka. Ruch powinien nieco rozgrzać jej ciało, więc to wydawało się być najlepszym rozwiązaniem na ten moment, rozejrzała się jeszcze, żeby zobaczyć, czy Ambroise przypadkiem gdzieś nie utonął, ale dostrzegła jego sylwetkę w mroku, więc nie było tak źle. Liczyła na to, że domyśli się w którym kierunku płynęła. RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.01.2025 - Wyśmienicie - odmruknął w szyję dziewczyny, przyciskając do niej wargi, dłońmi także nie przestając obejmować miękkiego ciała towarzyszki. Zdecydowanie nie zamierzał jej puszczać. Przynajmniej jeszcze nie teraz, bowiem w jego głowie bardzo powoli klarował się plan na kolejne minuty. Kwadrans? Nie dłużej. Ich sielanka dopiero się zaczynała, mieli przed sobą jeszcze wiele godzin, naprawdę dużo dni, które mogli wypełniać dokładnie w taki sposób, jakiego oboje pragnęli. Mimo to nie sądził, aby był w stanie rozproszyć się czymkolwiek innym, jeśli nie jej obecnością. Działała na niego w ten sposób od wielu tygodni. Miesięcy. Jeśli nie powinien być ze sobą trochę bardziej szczery i zwyczajnie dać sobie stwierdzić, że od lat. Od samego naprawdę zgrabnego i udanego początku, poprzez najlepsze przeboje sześćdziesiątego piątego aż do tego początku lata sześćdziesiątego szóstego, gdy wszystko nareszcie zaczęło układać się w ten dużo bardziej właściwy sposób. Oczywiście, to było dopiero kilkanaście godzin, nawet nie dzień, ale pewne odczucia były niezbywalne. Miał dziewczynę. Oficjalną dziewczynę, przed którą to deklaracją ani trochę się nie wzbraniał. Zawsze zapierał się rękami i nogami przed przyznaniem, że mogłoby go kiedyś najść na to, by stwierdzić, że stan kawalerski już go nie interesuje. Raczej podchodził do tego z bardzo mocnym przymrużeniem oka. Czasami nawet z cynicznym parsknięciem, teatralnym uniesieniem wzroku w kierunku nieba, machnięciem ręki. W tym momencie niespecjalnie zastanawiał się nad tym jak zabawnie miało to wyglądać. Ani nad tym jak śmiesznie w istocie to wypadało, bo od wielu tygodni łaził przecież tuż przy boku Geraldine. Może nie latał za nią z wywieszonym językiem jak szczeniak, ale trudno było ukryć, że spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. I nawet jeśli pojawiali się gdzieś osobno, prędzej niż później kończyli w swoim towarzystwie. Teraz, gdy padły te najistotniejsze słowa i wszystko stało się jasne, z ich interakcji tworzył się całkiem jednoznaczny obraz. Lgnęli ku sobie, ale też nie mieli najmniejszego powodu, aby tego nie robić. Szczególnie, że uzupełniali się w tak wielu zakresach, że sam Ambroise nawet nie miał pojęcia jak bardzo to robili. To było dla niego naprawdę naturalne. Nie raz zdarzyło mu się łapać upadającego pacjenta. Targać kogoś na oddziale, bo zostali zaskoczeni nagłym omdleniem (a translokacja nie była konikiem Greengrassa, nieważne jak bardzo by się starał) czy podczas mniej oficjalnych zajęć. Bywało też, że w towarzyskim zakresie pomagał jakiejś rozchichotanej pannie nie umoczyć bucików w kałuży albo uniknąć straszliwego losu związanego z koniecznością przejścia się w szpilkach po mokrych liściach na trawniku. Nigdy nie sprawiało mu to jednak takiej satysfakcji jak teraz. Lubił się wykazywać, wręcz uwielbiał pokazywać swoje dobre strony a teraz dodatkowo miał jeszcze okazję zrobić to w najbardziej swobodny sposób, jaki istniał. Trochę nieskoordynowany, nieco impulsywny, szalony, ale przecież o to chodziło im w tym weekendzie, prawda? Geraldine w istocie nie była najlżejsza, ale przecież doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego ramiona obejmowały jej zgrabne, cholernie wyrzeźbione ciało a oczy wpatrywały się w twarz dziewczyny. Szczerzył się do niej jak dzieciak, pozwalając na to, by włosy opadały mu przy tym na twarz zaś zęby niemal nie przestawały błyskać w szerokim uśmiechu. Tak, popisywał się. Gdyby usłyszał, że był pierwszym, któremu z łatwością przyszło coś takiego, zdecydowanie by zatriumfował. Byłby z siebie ze wszech miar zadowolony, jeszcze bardziej podkreślając swoją dedykację byciu turem. Bowiem skoro już był nadwymiarowo wysoki, miał wyłącznie dwie opcje do wyboru: mógł być tyczkowato chudy (cieniutki jak młoda brzózka, chwiejąc się przy tym w porywach wiatru) albo stać się kupą mięśni (w pewnym chłodzie dla rodowych dębów - wielkich i rozłożystych). Nie czekał zbyt długo, nie zamierzał wahać się przed tym, by wpaść z Geraldine w wodę, chwilę później tracąc ją z oczu, bo fale nieco go zaskoczyły. Tak samo jak temperatura morza, choć przecież nie powinna. - O kurwa, o ja pierdolę - to zdecydowanie nie było mruknięcie pod nosem, nie z jego strony. Jasne, może przez większość czasu lubił podtrzymywać wizerunek twardziela. Prawdę mówiąc uparcie trwając przy zdaniu, że tak właściwie nic nie musiał - w tym utrzymywać pozorów bycia twardym, bo przecież w rzeczywistości właśnie taki był. W swoich oczach nieodmiennie i niezaprzeczalnie, bez dwóch zdań. Mimo to nie umiał inaczej zareagować na temperaturę otaczającej go wody, której lodowate strużki ściskały mu z włosów po karku i plecach, sprawiając, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem było, żeby cały czas po samą szyję zanurzał się w wodzie. Dzięki temu wciąż było mu zimno, ale nie pieruńsko lodowato. Zdecydowanie spodziewał się, że morze o tej porze roku nie będzie niczym ciepła sadzawka. Prawdę mówiąc, tu nigdy nie było przyjemnie gorące. Nie było nawet letnie. Rzadko kiedy wykraczało ponad stopień od bycia akceptowalnym do kąpieli. Szczególnie, że gdy Ambroise bywał tu trochę częściej niż aktualnie, raczej nie pojawiał się tu, aby spokojnie pływać. Zazwyczaj towarzyszyły temu wszelkie, często skrajnie nieodpowiedzialne wygłupy, przy których skakanie z samych szczytowych części klifów było raczej niewinną rozrywką. Nie miał jeszcze okazji poinformować o tym Geraldine. Zresztą nie przybyli tu, aby zwiedzać okolicę i cieszyć oczy widokiem natury. Jednakże w okolicy mieli nawet całkiem ciekawy i przy tym mało znany system podwodnych jaskini. Najlepiej było korzystać przy nich z dobrodziejstw skrzeloziela, aby dostać się do momentu, w którym dno ponownie wychodziło ponad powierzchnię, ale młodzi, niekoniecznie rozsądni chłopcy rzadko kiedy patrzyli na takie techniczne szczegóły. W efekcie kilka razy niemal się potopili, jednak przeżycia były zgoła niezapomniane. Wtedy jednak pierwsze wrażenie po zetknięciu z wodą nie było aż tak porażające. Zupełnie, jakby lodowata fala przeszła przez jego ciało, ogarniając Roisa od czubków palców u stóp (i nie tylko) po same koniuszki włosów na głowie. Ponownie wzdrygnął się, gdy kolejna fala niemalże go przykryła. Rozglądając się dookoła, wreszcie dostrzegł zarys sylwetki Geraldine unoszącej się w wodzie całkiem daleko od niego. Nie miał pojęcia, jakim cudem znalazła się w takiej odległości od jego ramion, skoro jeszcze przed chwilą obejmował ją nimi, wypadając wspólnie w wodę. Prądy morskie w istocie działały zaskakująco a on nie był żadnym ekspertem w ich zakresie, aby móc przewidzieć kolejne zachowania morza. Jasne - zdawał sobie sprawę z działania przypływów i odpływów. Z wirów wodnych, szczególnie tych rzecznych. Rzeki ogólnie były niebezpieczne, bo występowały tam nie tylko wiry, lecz także wonsze rzeczne. Tu ich chyba nie było. No właśnie - chyba, bo nie był tego aż taki znowu pewny. Nie miał nawet zielonego pojęcia, czym były te fluorescencyjne punkciki w morskiej toni, w którą ostatecznie ponownie zanurkował, wstrzymując oddech. Skoro ustalili, że zamierzają to zrobić, planował jak najszybciej znaleźć się tam przy Yaxleyównie. Może nawet wyprzedzić ją w nieoficjalnym wyścigu, który sobie z nią zrobił, nie oznajmiając tego, ale całkiem sprawnie płynąc w kierunku widoku dostrzegalnego w głębi wody. Dzięki intensywnym ruchom nie było mu tak cholernie zimno jak jeszcze chwilę wcześniej. Zrobiło się nawet akceptowalnie, całkiem przyjemnie. RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.01.2025 Faktycznie było wyśmienicie. W swoich najskrytszych snach nie wyobrażała sobie tego, że właśnie tak może wyglądać ich pierwszy, wspólny wieczór w nowej rzeczywistości. Czuła, że dzieje się coś niezwykłego, potwierdzała to nawet natura, która stworzyła dla nich dzisiaj całkiem malownicze tło. Inne niż wszystkie. Był to bardzo wyjątkowy wieczór i na pewno będzie pamiętać go do końca swoich dni - tak była tego pewna. W końcu takich momentów się nie zapomina. Zasłużyli na wszystko, co najlepsze. Cierpliwe czekali na odpowiednią chwilę, aby zaoferować sobie coś więcej, sporo ich to kosztowało, ale czuła, że to co dostaną w zamian było warte tej nienaturalnej dla nich wytrwałości. Mieli w zwyczaju sięgać bardzo szybko po to, na czym i zależało, tym razem jednak pojawiła się ostrożność, która do nich nie pasowała. Jak widać nawet osoby z ich temperamentem potrafiły się powstrzymywać. No, może niezupełnie, ale za każdym razem, gdy zbliżali się do siebie za bardzo jakoś udawało im się wrócić do tego co mieli, do tej ich jakże wspaniałej przyjaźni. To nie tak, że zawsze było między nimi kolorowo, w końcu mieli i ten gorszy okres, kiedy wszystko się skomplikowało, mimo wszystko nawet i wtedy Geraldine w jakiś sposób do niego ciągnęło, nawet po to by doprowadzić do jakiejś głupiej konfrontacji, sprowokować go, żeby wzbudzić w mężczyźnie jakiekolwiek emocje. Być może i wtedy już mogli przewidzieć, że kiedyś będą ze sobą blisko. W końcu żarliwe kłótnie pewnie też będą częścią ich życia. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości, przy takich charakterach... zapewne będą musieli do tego przywyknąć. Mimo wszystko była skłonna stwierdzić, że dla niego jest w stanie schować swoje pazurki, a przynajmniej nie wyciągać ich zbyt często (no, chyba, że w sypialni). Wiedziała, że powinna nieco spasować, bo na tym też polegało tworzenie z kimś stabilnych relacji, a przynajmniej tak się jej wydawało, bo póki co jeszcze w żadną nie weszła, więc mogła jedynie to podejrzewać. Nie była mistrzem sztuki znajdowania kompromisów i to zapewne będzie musiało się zmienić. Nie przeszkadzało jej to jednak zupełnie, była gotowa wprowadzić pewne zmiany w swoim życiu wyłącznie po to, aby razem było im lepiej. Czuła, że tak będzie, w końcu idealnie do siebie pasowali, a przynajmniej miała takie wrażenie. Nigdy nie zdarzyło jej się marzyć o tym, że mogłaby się budzić przy kimś każdego ranka, to świadczyło samo o sobie. Z początku nieco ją to nawet przerażało, bo ona nigdy nie miewała podobnych marzeń, zawsze powtarzała, że pragnie wolności i niezależności. Zresztą miała dopiero dwadzieścia trzy lata, czy to w ogóle możliwe, że była, aż tak pewna, że chce spędzić z kimś resztę życia? Być może nie, ale ona naprawdę czuła, że jest to coś wyjątkowego, co zdarza się raz w życiu. Właściwie miała sporo szczęścia, że trafili na siebie już teraz, że nie musieli siebie szukać na tym świecie. Dzięki temu mieli szansę przeżyć razem wiele, wspaniałych lat. Czuła nadzieję, ogromną nadzieję z tym, co przygotował dla nich los, wiedziała, że wszystko co przyniesie będzie czymś niesamowitym, u boku Roisa w końcu najbardziej typowe czynności zaczynały nabierać kolorów. Nie zamierzała udawać, że nic ich nie łączy, zresztą ustalili już, że przekażą tę informację swoim rodzinom, nie mogła się doczekać miny matki, jak dowie się tego, że znalazł się ktoś, kto faktycznie byłby nią zainteresowany. Nie wymuszenie, sam z siebie, widział w niej osobę, z którą chciał stworzyć coś wspólnego, stabilnego. Sama nie mogła w to uwierzyć, więc Jen pewnie też będzie miała z tym problem. Ich sytuacja klarowała się naprawdę wyśmienicie, bo jej rodzice znali Roisa, wiedziała, że się dogadują, przynajmniej na ścieżce zawodowej, zresztą to on zajmował się nią wtedy, kiedy omalże nie wyzionęła ducha, nie sądziła, żeby jej rodzina mogła zareagować w jakikolwiek negatywny sposób, gdy opowie im o tym, że pojawiło się między nimi coś poważnego. Yaxleyówna nigdy dotąd nie przyprowadziła do domu żadnego chłopaka, więc pewnie to będzie dosyć spore wydarzenie. Zapewne niektózy mogli się domyślić, że ostatnio się do siebie zbliżyli, przecież bywali na tych samych wydarzeniach towarzyskich i zawsze kończyli je w swoim towarzystwie, bez względu na to z kim się tam pojawiali, szkoda jednak, że dla nich to nie było takie oczywiste, na szczęście jakoś udało im się dostrzec, że to co ich łączyło nie było zwyczajną przyjaźnią. Narzuciła mu ręce na kark, dosyć delikatnie, żeby nie zrobić mu krzywdy swoim dość silnym chwytem, na szczęście potrafiła panować nad swoją siłą. Zresztą dosyć szybko rozluźniła ten uścisk, bo niemalże od razu, gdy znalezli się w wodzie. Trudno nie było doznać szoku lądując od razu pod zimną wodą, jednak może to było lepszą opcją, gdyby miała w nią wejść powoli, zastanawiając się nad tym, czy faktycznie chce to zrobić, to pewnie by tego nie zrobiła. Nie, że należała do miękkich osób, ale nawet ona miała pewne granice. W tym wypadku jednak jakoś próbowała dostosować się do panujących wokół warunków, to wcale nie było takie proste, dlatego też po prostu płynęła, to wydawało się jej być w tej chwili najlepszą opcją na rozgrzanie ciała. Nie umknął jej komentarz Ambroisa, nie krył się z tym, co sądził o tej wodzie, wspaniale, przynajmniej nie ona jedna wyraziła całkiem zgrabną opinię na temat temperatury morza w którym się znaleźli, dobrze było wiedzieć, że nie tylko na niej zrobiło to spore wrażenie. Fale były dosyć spore, właściwie z brzegu nie wyglądało na to, że woda jest taka niespokojna, cóż, tego nigdy nie można było przewidzieć, był to żywioł, a one lubiły zaskakiwać. Nie poddawała się jednak, płynęła przed siebie całkiem szybkim tempem - lubiła wodę, od dziecka jedną z jej ulubionych aktywności było pływanie. Moczyła się w tej sadzawce niedaleko domu, właściwie to w jeziorze, w którym też kiedyś nieomal umarła. Nie zraziła się jednak, typowo dla siebie kilka miesięcy później wróciła tam, aby nie mieć z tym miejscem związanych nieprzyjemnych wspomnień. Nie miała pojęcia, czy Ambroise ruszył za nią, po krótkiej chwili jednak domyśliła się, że tak, bo to coś wielkiego, co płynęło obok niej nie było rybą, prędzej jakimś ssakiem, tyle, że dosyć szybko zauważyła, że jednak była to sylwetka jej chłopaka. Chyba planował ją wyprzedzić, właściwie to nie miała nic przeciwko temu, nie dzisiaj. To miał być przyjemny wieczór. RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.01.2025 Rozpoczynając ten rok, Ambroise nigdy nie pomyślałby, że dosłownie cały jego światopogląd odnośnie bądź co bądź naprawdę istotnego aspektu życia w przeciągu kilku chwil całkowicie się rozpadnie. A on nawet tego nie skomentuje, nie mając nawet najmniejszego poczucia, że jest to coś złego. Wręcz przeciwnie - że będzie czerpać tak niezmąconą satysfakcję ze świadomości bycia czyimś. Możliwe, że chwilowo wyłącznie do świadomości własnej i jego Geraldine. Wejście na ścieżkę oficjalnego debiutu było dopiero przed nimi. Na ten moment nawet o tym nie dyskutowali, nie zaprzątając sobie głowy zbyt wieloma myślami o konwenansach czy tradycji. Gdyby mieli to robić, prawdopodobnie tkwiliby teraz w zupełnie innym miejscu. Siedzieliby na jakiejś nie do końca wygodnej kanapie, niezręcznie trzymając się za ręce albo zajmowaliby dwa nieco oddalone od siebie krzesła, nie dotykając się, by nie być nieprzyzwoici. Poddawaliby się ocenie wpierw jednej, później drugiej rodziny. Oczywiście zaraz po tym jak on udałby się do swojego ojca po zgodę na podjęcie takiego a nie innego przedsięwzięcia. Gdyby już ją dostał, równie prawdopodobne byłoby, że odbyliby dwa przedstawienia za jednym zamachem. Nie mając zbyt wiele do powiedzenia, bo to nie oni byliby tu decyzyjni. A przecież obojgu raczej nie brakowało języka w gębie, gdy chodziło o własne sprawy i wygłaszanie opinii. Nie brakowało im także żarliwości i ognia, co udowodnili niemal od razu, gdy tylko wyjaśnili sobie jak bardzo nie powinni się już tylko i wyłącznie przyjaźnić. Ukradkowe opuszczenie przyjęcia miało swój jeden nadrzędny cel i nie było nim spacerowanie pod rękę po dzikiej plaży. Wszystko, co do tej pory sądził na temat zaangażowania emocjonalnego nagle wydało mu się może nie tyle głupie (za nic w świecie nie skrytykowałby swojej wieloletniej opinii, nawet takiej), co pozbawione większego sensu, gdy nagle stawało się oko w oko z właściwą osobą. Wiedząc, po prostu wiedząc, że to właśnie była ta właściwa osoba. Mogąc stanąć tuż obok niej, choć teraz wyjątkowo nie patrząc jej w twarz, tylko obejmując ją powyżej pasa. Wdychać zapach morskiej soli i jej włosów. Delikatnie papierosową nutę, mydlaność szamponu, woń leśnego poszycia i tą nadal lekko wyczuwalną nutę agrestu i bzu, która musiała pochodzić z perfum Geraldine, bo nie była do końca naturalna. Miała lekko (ale to naprawdę lekko; tak lekko, że niemal niewyczuwalnie nawet dla wprawionego nosa) chemiczny podton. Może nie taki wskazujący na pochodzenie z wielkiej manufaktury, raczej od wprawionego rzemieślnika, jednak wciąż mógł wyczuć silnie skondensowane olejki. Nie naturalny zapach taki jak wtedy na jej kwiatowej sukience czy ten leśno-żywiczny w kosmykach jej włosów świadczący o profesji jego dziewczyny. Rzecz jasna nie zamierzał jej o tym mówić. Było dużo małych rzeczy, które dostrzegał w niej już od bardzo dawna. Zwracał uwagę na te wszystkie pozornie nieistotne detale jak kształt warg, układ piegów w okolicach nosa, sposób, w jaki mrużyła oczy czy marszczyła czoło. Nie miał pojęcia, czemu zauważał te drobnostki. Czy ona też to robiła. Czy było to coś całkowicie zwyczajnego. Domyślał się, że najpewniej tak, bo zakochani ludzie na ogół wydawali mu się trochę oderwani od rzeczywistości. Oczywiście on taki nie był. On był po prostu spostrzegawczy - rzecz jasna. Wcale nie łaził za nią wszędzie, gdzie sobie tego życzyła. Wcale nie przykładał naprawdę mocnej uwagi do tego, żeby jego dyżury nie przeszkadzały mu widywać ją częściej niż to zazwyczaj robili zwyczajni koledzy. Wcale nie miał zupełnie gdzieś tego, że nawet jeśli pojawiali się gdzieś osobno lub z kimkolwiek innym, wciąż kończyli zajęci swoim własnym towarzystwem. Znacznie bardziej przyzwoicie niżeli w tej chwili, nawet jeśli w przeciągu ostatnich godzin okazało się, że zdecydowanie nie niewinnie. Gdyby bowiem była w tym dostateczna ilość rzeczywistej powściągliwości i faktycznego ostrożnie rodzącego się zainteresowania, mógł nie wiedzieć tego z doświadczenia, ale raczej nie mieliby aż takiego problemu z dotarciem do sypialni w mieszkaniu przy Horyzontalnej. Po tych wszystkich cholernych schodach przez dwa przeklęte korytarze, niszcząc przy tym tamtą czerwoną kieckę. W której niezwykłe właściwości zapewne mogła uwierzyć matka Geraldine. Po pierwszym szoku, rzecz jasna. W rzeczywistości był to jednak tak obrzydliwy element garderoby, tak bardzo niepasujący do jego dziewczyny, że Ambroise miał nadzieję nigdy więcej nie oglądać jej w niczym takim. Jasne, wciąż wyglądała w niej, w tej sukience naprawdę oszołamiająco, jednak zupełnie jak nie ona. Nie w tym sensie, który od pierwszego świadomego momentu wzbudził u niego falę ciepła narastającego do poziomu duszącego gorąca. Nie potrzebowała uciekać się do takich chwytów. Bez dwóch zdań wolał ją w jej rzeczywistej wersji. Nie tylko w skórzanych spodniach, które tak często przyciągały jego (wtedy jeszcze niewłaściwie) wygłodniałe spojrzenie na opięte nimi pośladki. W tamtej kwiecistej kreacji z gorsetem. W prostej kurtce. W długiej sukience, w którą przebrała się dziś wieczorem na plażę. Nago. Zupełnie. Dokładnie tak jak w tej chwili. Gdyby odrobinę dłużej zwlekał, pewnie nigdy nie wylądowaliby w lodowatej wodzie. Nieważne od widoku przyciągającego ich wzrok. Mogliby oglądać go z plaży, spoglądając również na bezchmurne niebo, ale przede wszystkim patrząc na siebie nawzajem. Szczególnie, gdy objęła go za szyję, Ambroise miał ochotę porzucić wszystkie naprędce sklecone plany wyłącznie po to, aby opaść z nią na koc na piasku, powracając do zatracania się w sobie nawzajem. Korzystając z jednego z najpiękniejszych wieczorów, jakie mogła im dać natura. Oraz z najpiękniejszego widoku, który nie miał wiele związku z tym miejscem, bo w każdym wyglądałby tak samo obłędnie. A jednak rzucił się z nią w wodę. Ani przez chwilę nie żałując tego, że zrobił to tak szybko i gwałtownie, bo dzięki temu żadne z nich nie mogło już skapitulować. Powolne wchodzenie w toń sprawiłoby, że oboje mogliby wprost błyskawicznie porzucić ten pomysł. A przecież ostatecznie okazał się całkiem zacny. Naprawdę dobrze płynęło mu się pod wodą. Niemalże minął przy tym dziewczynę, w niemal ostatniej chwili obracając się przed nią w wodzie i zagradzając jej tor. Tylko po to, by machając nogami w celu utrzymania się w miejscu, wyciągnąć ku niej rękę i trącić czubek nosa. Nic więcej. Moment później ponownie podjął próbę dopłynięcia do światełek, choć tlen powoli kończył mu się w płucach. RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.01.2025 Większość poglądów można było zmienić, nawet te najbardziej niezachwiane. Pewnie jeszcze jakiś czas temu nie byłaby się w stanie z tym zgodzić, ale teraz, teraz w sumie wszystko było możliwe. Jej światopogląd naprawdę mocno ewoluował, pojawiły się myśli, których nigdy w życiu by się po sobie nie spodziewała i nie było to wcale wyolbrzymiane. Powtarzała to jak mantrę, walczyła z rodzicami, w sumie to przede wszystkim z matką, mówiła jej, ze musi odpuścić, a teraz, teraz sama z nieprzymuszonej woli postanowiła się z kimś związać. Los bywał przewrotny, czasem przynosił sytuacje, których nie dało się przewidzieć. Nie zakładała, że spotka ją takie szczęście, to nigdy nie była ta część życia, w której by na nie liczyła. Zresztą nawet nie próbowała, bo nie widziała w tym najmniejszego sensu. Jak widać, wiele się mogło zmienić, kiedy na drodze pojawił się odpowiedni wybranek. Od samego początku ciągnęło ją do Roisa, już wtedy gdy się poznali wiedziała, że jest na swój sposób wyjątkowy, nie uciekła wtedy z Munga w podskokach, nie opierdoliła go z góry na dół, jakoś udało jej się z nim dogadać. Później bywało różnie, nie zapomniała nigdy o tym Yule, które razem spędzili, wtedy nieco się do siebie zbliżyli, a później, cóż później też próbowała, ale nie do końca wyszło, co zakończyło się tą niechęcią między nimi, w sumie wynikającą tak naprawdę z dobrych intencji. Nigdy nie był jej obojętny, nie kiedy już się poznali, wzbudzał w niej może i całą gamę najróżniejszych emocji, ale to było lepsze od neutralności, czyż nie? Teraz w końcu sięgnęli po to, o czym myślała od wielu tygodni. Wydawało jej się, że to była najodpowiedniejsza wersja ich razem. Niczego więcej nie potrzebowała, bo czy właściwie mogli mieć coś więcej? Chyba nie. Podążali za głosem serca, póki co nie do końca przejmowali się tradycją, zresztą nie było to nic zadziwiającego. Mieli tendencje do tego, że zawsze stawiali na swoim i kroczyli swoją własną ścieżką, pomimo tego, że pochodzili z czystokrwistego środowiska. To ich wyróżniało. Nie przejmowali się konwenansami, liczyli się tylko oni. To też było wyjątkowe. Chciała najpierw się nim nacieszyć, a dopiero później poinformować swoją rodzinę o tym, że coś zmieniło się w jej życiu. Stawiała ich ponad wszystko inne i nie widziała w tym niczego niewłaściwego. Zwlekali z tym sporo czasu, więc nic dziwnego, że najpierw postanowili zająć się sobą, nigdzie się nie spieszyli z całą resztą, zresztą to nie miało im uciec, w końcu będą musieli poinformować swoje rodziny o tym, że postanowili zacząć tworzyć coś wspólnie. To na pewno wiele ułatwiało, mogli ominąć te niewygodne sytuacje, które chcąc nie chcąc im się przytrafiały, wiadomo, że wśród czystokrywistych bardzo istotne było to, aby znaleźć odpowiedniego partnera dla swojego dziecka. Właściwie chyba po to mieli potomstwo, dla kolejnych koneksji. Nigdy tego nie akceptowała, wydawało się jej dość okrutne, że rodziny uważały, że mają prawo do tego, aby decydować z kim ich potomstwo ma spędzić resztę życia. W sumie znaleźli się w idealnej sytuacji, mieli odpowiednie statusy, w ich związku nie powinno być niczego kontrowersyjnego (no, może poza opinią na temat tego, jak prowadzali się wcześniej). Bardzo łatwo przyszła im ta zmiana sposobu w jaki się traktowali. Zresztą nie wydawało jej się, aby to stało się dzisiaj. To trwało, uczucie rodziło się w nich od kilku miesięcy, tyle, że nie tak łatwo potrafili zmienić stopę tej znajomości. Nie było w tym niczego dziwnego. Przyzwyczaili się do swojej obecności, spędzali ze sobą naprawdę wiele czasu jako przyjaciele, szkoda byłoby to stracić. Na szczęście jakoś udało im się dojść do tego momentu. Mogła w końcu zatracać się w jego oczach i nie bać się tego, że ją na tym przyłapie, dotykać jego dłoni, gdy tylko miała na to ochotę, nie niby przypadkiem, zbliżyć swoja twarz do jego i kraść mu pocałunki, czego pragnęła od kilku miesięcy. W końcu było to odpowiednie, teraz nie musiała się w żaden sposób hamować. Momenty jak te nie zdarzały się zbyt często, otoczenie sprzyjało temu, aby ta chwila była wyjątkowa. Nie odmówiła mu kąpieli w morzu, warto było bowiem skorzystać z okazji, która mogła się szybko nie powtórzyć, no na pewno nie w takich warunkach. Bez chwili zawahania więc ściągnęła z siebie te ubrania, po to, aby mogli zanurzyć się w wodzie, cóż pozbyłaby się ich pewnie również gdyby nie wchodzili do wody, ale podejrzewała, że zajęłoby to im więcej czasu. Spontaniczność w tym przypadku była ich przyjacielem, dzięki temu łatwiej mogli się dostosować do temperatury wody, chociaż wcale nie było to takie przyjemne. Morze nie zdążyło się jeszcze nagrzać, szczególnie nocą, gdy temperatura spadała było raczej nieprzyjemnie chłodne. Nie żałowała jednak tej decyzji, bo dzięki temu ten wieczór stał się jeszcze bardziej wyjątkowy. Ruch pomagał się rozgrzać, a przynajmniej tak się jej wydawało, była pewna, że nie mogła stać w miejscu, bo to nie przyniosłoby niczego dobrego, dlatego też zdecydowała się na to, aby płynąć w stronę tych fluoroscencyjnych stworzeń, to było chyba najlepszą opcją, zresztą przez nie znaleźli się w wodzie. Wokół nich było ciemno, gwiazdy i te istoty były jedynymi źródłami światła, ale to chyba dodawało temu magicznej atmosfery. Nie martwiła się, że może im się coś stać, najwyraźniej oboje dobrze radzili sobie w wodzie, Roise chyba nawet trochę lepiej od niej, dosyć szybko bowiem ją dogonił. Nie spodziewała się tego trącenia nosa, bo miała zamknięte oczy, odruchowo wynurzyła się na powierzchnię, chociaż wiedziała kto to zrobił. Została nieco z tyłu przez to, że znalazła się nad wodą. Pokiwała jedynie przecząco głową, bo nie mogła pozwolić sobie na to, aby zostać w tyle. Jej chęć rywalizacji była zbyt silna. Płynęła więc za Ambroisem, jednak szło jej to raczej jakotako, nie była w stanie go wyprzedzić. W końcu dopłynęli do miejsca, w którym morze świeciło się na niebiesko. Przystanęła wtedy na nogach, znajdowała się bowiem blisko od brzegu, tak, że bez mniejszego problemu mogła wyczuć dno. - Przepięknie. - Mruknęła cicho, wpatrując się w okolicę, ten widok naprawdę robił wrażenie. RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.01.2025 Może patrzył na świat przez różowe okulary. Być może utracił w tej chwili te resztki racjonalności, jakich usilnie trzymał się przez te wszystkie lata. Zawsze starał się twardo stąpać po ziemi, nie pozwalać sobie na to, by bujać w obłokach. Czy może raczej należałoby powiedzieć: unosić się na falach? Może było lodowate. Naprawdę przejmująco zimne. Tylko zupełny masochista czerpałby satysfakcję z zanurzania się w taki sposób, w który oni wpadli teraz razem w morską kipieć. Gwałtownie i bez głębszego zastanowienia. Bez chwili namysłu wpadł do wody, trzymając swoją dziewczynę na rękach i mając wrażenie, że lodowata woda wdziera mu się nie tylko wszędzie, nawet w rowek w dupie, lecz także do wnętrza mózgu. Mrozi dosłownie wszystko, każdą nawet najmniejszą komórkę w ciele. A jednak było warto. Z tych wszystkich rzeczy, które zrobił w ostatnim czasie to też było warte chwilowego przecierpienia. Wszystko dla tej wręcz szczeniackiej radości. Dla czepiania satysfakcji z chwili, która w jego oczach była kolejnym momentem wartym zapamiętania. Czymś, co nawet po długich latach miało przywoływać uśmiech na twarzy Greengrassa. Tym bardziej, że może był zaślepiony. Nawet nie próbował tego teraz wykluczać. Być może rzeczywiście nie myślał tak jak jeszcze przed kilkoma chwilami. Nie zachowywał się tak jak zawsze, ale skrycie miał wrażenie, że nic już takie nie będzie. Wszystko uległo zmianie wraz z tym wrażeniem, że i światopogląd, jaki miał do tej pory, zaczął całkowicie się wywracać. Ba, on już stanął na głowie. Potrzebowała zaledwie kilku miesięcy patrzenia na niego tymi przejmująco niebieskimi oczami. Jego omphalodes verna. Ułudka wiosenna. Nie. Aconitum napellus - przecież już to ustalili. Albo artemisia absinthium - to też do niej pasowało. W gruncie rzeczy nie było to aż tak istotne. Nie wobec tego najistotniejszego faktu: że była jego, miała być jego. Przez kolejne dni, miesiące, nie miał problemu, by widzieć ją ze sobą za długie lata. Nie, gdy jeszcze nigdy nie był czegokolwiek lub kogokolwiek tak bardzo pewien jak jej. Tego, że on chciał być jej. Wszystko, co wydawało mu się tak niesamowicie istotne - wolność, niezależność i brak zobowiązań nagle przestały być czymś, dla czego pożądał nader wszystko. To nie było nic, przed czym miałby jakiekolwiek opory, choć przecież jeszcze jakiś czas temu wydawało mu się, że to nigdy nie będzie go dotyczyć. Tymczasem nagle znalazł się w sytuacji, w którym pierwszą myślą, jaką miał o poranku było nie to, co powinien zrobić tego dnia. Nie. To ona była jego pierwszą myślą. Pierwszą z rana i ostatnią przed zaśnięciem. Tygodniami całkowicie w samotności, bo jakże miałby próbować swoich wcześniejszych sztuczek, gdy nie było to, czego pragnął. Nie pożądał Geraldine. Pragnął jej. To było coś głębszego. Nie działała na niego wyłącznie fizycznie. To było inne, znacznie głębsze a on nadal nie do końca wiedział jak powinien reagować na cześć kwestii. Tyle tylko, że na jego szczęście obecnie wcale nie musiał. Mógł dać się ponieść tej chwili, temu całkowitemu poczuciu szczęścia i lodowatym falom pchającym go co rusz w stronę głębi a potem nagle do brzegu. W tej chwili dosłownie upajał się momentem. Światłem księżyca nad ich głowami odbijającym się we wzburzonych falach. Znacznie mocniejszych niż kiedykolwiek by założył, stojąc na brzegu. A jednak woda rzeczywiście bywała zwodnicza i morskie prądy okazały się całkiem silne. Tak mocne, aby znieść go z toru i oddalić ich od siebie. Przynajmniej na chwilę, bo Ambroise zdecydowanie nie zamierzał oddalać się od Geraldine. Wręcz przeciwnie. Może obserwował migoczące i błyszczące błękitne punkciki w wodzie. Być może patrzył na bezchmurne niebo pełne migoczących gwiazd. Zdarzało mu się zwrócić uwagę na klify i pojedyncze powyginane drzewa na nich. Na małe sosenki i brzózki, teraz praktycznie nierozpoznawalne w ciemnościach, przynajmniej dla kogoś, kto się na tym nie znał. Gdy znalazł się odrobinę dalej od plaży, jego wzrok umykał w stronę bladego światła latarni morskiej. A jednak nie to miało dla niego najważniejsze znaczenie. Nie, gdy pod wodą czekał na niego powód, dla którego się tu znalazł. Oczywiście, że musiał ją dogonić, lecz nie tylko. Zaczepienie Geraldine wydało mu się wręcz naturalną rzeczą. Czymś, co zrobił wręcz bez chwili zastanowienia, bez wahania, choć nie spodziewał się, że sprawi to, że dziewczyna postanowi wynurzyć się na powierzchnię. Zyskał przewagę. Czy uczciwą? Niekoniecznie, ale darowanej meduzie nie zaglądało się w macki... ...czy coś. Coś zdecydowanie musnęło go po kostkach i nie była to Yaxleyówna. Ona dołączyła do niego po kilku sekundach, podejmując ten nieco nieskoordynowany wyścig do pobliskiej mielizny. Tak płytkiej, by mogli na niej stanąć. Na tyle głębokiej, aby wciąż byli zanurzeni w lodowatej wodzie. Mimo to, Ambroise czuł ciepło. Przyjemne gorąco rozlewające się po wyziębionym ciele. Stanął pewnie na nogach, wynurzając się ponad taflę wody i kierując wzrok ku Geraldine. Idealnie w momencie, w którym wydobyła te słowa z ust. Miała rację. Zdecydowanie ją miała. Niebo nad ich głowami błyszczało tysiącem gwiazd. - Rzeczywiście - ani przez moment nie wpatrywał się w błękitne punkty w morzu. Zdecydowanie wybierał zupełnie inny odcień niebieskiego. To on był jego ulubionym kolorem z morskiej palety, jaka znajdowała się na wyciągnięcie ręki i w polu widzenia. Uśmiechał się. Jakżeby nie miał? RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.01.2025 Wiele się zmieniło podczas tego jednego dnia. Nie, żeby jej to szczególnie przeszkadzało, bo przecież tego właśnie chciała, zależało jej na tej zmianie, której pewnie kiedyś w ogóle nie wzięłaby pod uwagę. Ona taka nie była, nie miała takich marzeń... ta jasne. Wszystko mogło się zmienić, najwyraźniej i Geraldine w końcu stwierdziła, że czas najwyższy spróbować tego, co wydawało jej się być takie obce i nienaturalne. Miała spore nadzieje związane z tą dosyć sporą zmianą, którą wprowadziła do swojego życia, tak właściwie to teraz było ich wspólne życie? Chyba tak, zresztą już od jakiegoś czasu myślała o nich raczej jak o tandemie, a nie osobnych bytach, co było całkiem zabawne, zważając na to, że przecież byli tylko przyjaciółmi. Nie myślało się jednak o przyjaciołach w ten sposób, nie szukało się pretekstów do tego, aby widywać się codziennie, przyjaciele nie zostawali u siebie na noc, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Teraz już wiedziała, że to nigdy nie miała być tylko i wyłącznie przyjaźń. Cóż, jakby te wszystkie znaki nie mówiły same za siebie. Nawet przez moment nie brała pod uwagę opcji, w której mogłaby mu odmówić tej wspólnej kąpieli w morzu. Od razu stwierdziła, że nie ma innej możliwości, zresztą nigdy nie trzeba było jej długo namawiać do robienia czegoś niekoniecznie odpowiedniego. Miała świadomość, że to może okazać się nie do końca przyjemnym doświadczeniem, w końcu woda nie miała szansy się jeszcze nagrzać, ale czy ją to obchodziło? Nieszczególnie, chociaż właściwie przez chwilę, ten krótki moment, kiedy wpadli razem do morza pożałowała tej decyzji. Na szczęście dosyć szybko jakoś przyzwyczaiła się do tej nie do końca przyjemnej temperatury, no na tyle, o ile dało się do niej przyzwyczaić. Pływanie pomagało, przynajmniej na chwilę. Nie czuła już tego chłodu, który ogarnął całe jej ciało, gdy znalazła się pod falami, mogło być tylko lepiej, tak, na pewno... miała nadzieję, że mózg jej nie zamarznie, chociaż, czy właściwie coś by to zmieniło, chyba nie bardzo. Często podejmowała spontaniczne decyzje, to nie było dla niej raczej nowością, ale chyba nie zdecydowałaby się nigdy na coś takiego, przekonało ją tylko i wyłącznie towarzystwo Roisa. Ten wieczór dzięki temu stawał się jeszcze bardziej wyjątkowy, zresztą nie wiedzieć czemu miała wrażenie, że wszystko co razem robią takie jest. Każda, nawet najbardziej zwyczajna czynność zdawała się być przy nim zupełnie inna. Może naprawdę ją opętał, nie przeszkadzało jej to jednak wcale, tak właściwie czuła, że to było odpowiednie, że w końcu wszystko znajdowało się na swoimi miejscu. Wierzyła, że czeka ich teraz bardzo dużo podobnych, idealnych chwil. Nie sądziła, że może być inaczej. Więź, która ich połączyła była bardzo silna, czuła to, zresztą od dawna wydawało jej się, że jest między nimi coś wyjątkowego i niespotykanego. Nie sądziła, że to minie, w tej chwili czuła, że są dla siebie stworzeni, i potwierdzało to wszystko to, co aktualnie działo się wokół nich. Ten świecący plankton, rozgwieżdżone niebo praktycznie bez ani jednej chmurki, księżyc, który świecił zdecydowanie intensywniej niż każdego innego dnia, jakby naprawdę cały wszechświat im kibicował, i tej myśli zamierzała się trzymać. W końcu udało im się dopłynąć do miejsca, przez które właściwie znaleźli się w wodzie. Stała na nogach, fale jednak co chwile uderzały w jej ciało przez co nie czuła chłodu, który przynosił wiatr, mimo, że woda była lodowata, to wiatr mógł tylko i wyłącznie wzmóc ten ziąb, który ogarniał ciało po wynurzeniu się, więc może nawet to i lepiej, że fale były takie wysokie. Przeniosła wzrok na Roisa, który się z nią zgodził, tyle, że miała wrażenie, że patrzył zupełnie gdzie indziej, właściwie to wpatrywał się w nią... Uśmiechnęła się mimowolnie, była naprawdę szczęśliwa, chyba tak, jak jeszcze nigdy wcześniej. Nie zastanawiała się zbyt długo nad swoim kolejnym gestem, przesunęła dłonią po wodzie tak, aby go nią ochlapać. - Wcale tam nie patrzyłeś. - Rzuciła nieco rozbawiona, bo była pewna, że spoglądał zupełnie gdzie indziej, niż ona. - Spodziewałam się, że ten spektakl nie do końca cię interesuje. - To był całkiem niezły powód do tego, aby znaleźli się w wodzie, przynajmniej ją przekonywał, najwyraźniej Roise miał w tym zupełnie inny cel. RE: [05.1966] honeymoon | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.01.2025 Nie spodziewał się tego chlapnięcia. Prawdę mówiąc, zupełnie nie był na nie gotowy, bo w innym wypadku zdecydowanie zdążyłby dać nura pod wodę. Tak przynajmniej to sobie teraz wyjaśniał, mimowolnie wzdrygając się, kiedy zimne krople ponownie znalazły się na jego twarzy. Zanurzanie się w lodowatym morzu zdecydowanie było czymś innym niżeli dostanie słoną wodą w twarz. Nawet jeśli nieprzewidywalnie duże fale raz za razem uderzały w plecy Ambroisa, to właśnie atak ze strony Geraldine okazał się tym, który wzbudził w nim kilka niepohamowanych lodowatych dreszczy. Tak mocnych, że zanim w ogóle pomyślał o reakcji, mimowolnie przesunął się w wodzie, na chwilę tracąc grunt pod nogami i odzyskując go dopiero na jakimś kamieniu wystającym ponad pomarszczoną taflę wody. Przyłapany. Zdecydowanie przyłapała go na zupełnym ignorowaniu widoku, dla którego w ogóle znaleźli się w wodzie. Ani przez moment nie skierował wzroku w stronę, w którą patrzyła Geraldine. Nie przeniósł spojrzenia z jej sylwetki otoczonej morską tonią, ciała momentami stabilnie stojącego na piasku, w niektórych zaś chwilach niemalże unoszącego się na falach. Bez dwóch zdań ignorował wszystko inne, wciąż mając tupet przytaknąć na słowa, że było przepięknie. Bo było, prawda? Nie potrzebował nic więcej. Wpatrywał się zdecydowanie w najlepszy widok, jaki tylko mógł mieć. Żaden morski plankton czy czymkolwiek to było nie miał tego zmienić. - No nie? - Odpowiedział bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia; lekko i bez skrępowania. To nie było nic złego. Wręcz przeciwnie. To, co mu teraz zapewniała było wyśmienite, więc czemu miałby kryć się z tym faktem? Nie wiedział, ile była w stanie dostrzec, jednak w tym momencie z pewnością mogła czytać z niego niczym z otwartej księgi. Wystarczyłby tylko jeden rzut oka, nic więcej, by wiedzieć, że nie poczuł ani odrobiny zażenowania. Był w stanie przełknąć to, że wytknęła mu nieuwagę, byleby tylko móc nadal się w nią wpatrywać. Dosłownie pożerać ją spojrzeniem. Nigdy nie powiedziałby, że zareaguje na to z aż taką swobodą. Z nonszalancją. Z niemalże niepoprawnie pozbawionym powagi błyskiem w oczach, niereformowalnie wzruszając przy tym ramionami. Dokładnie w tym samym momencie, w którym kolejna fala uderzyła w jego szerokie plecy, rozbryzgując się wokół nich, jakby sam był jakąś cholerną syrenką. Taką, która w tym momencie przypadkowo oparła się rękami o gładki głaz wystający z wody, potęgując wrażenie bycia morskim stworzeniem wychylającym się na powierzchnię. No, dobrze. Może nie syrenką. Zdecydowanie brakowało mu tej całej powabności i delikatności. Tego naturalnego czaru, z którego być może nigdy nie miał najmniejszego problemu korzystać w kontaktach damsko-męskich, ale teraz zupełnie spuścił z tonu. To, co robił było naturalne. Nie miało na celu nic innego niż wyrażenie tych wszystkich emocji, które teraz odczuwał. Podpierając się na śliskim kamieniu, zapewne wyglądał bardziej jak wyjątkowo duża foka, nieco sinawa w okolicach ust niż syreni czaruś. Szczególnie, że wszystkie włosy na jego głowie postanowiły przegnąć się całkowicie do tyłu, tworząc na głowie Ambroisa coś w rodzaju wilgotnego, poplątanego hełmu. No, nie prezentował się teraz w swoim najlepszym wydaniu. Całe szczęście nie zdając sobie z tego sprawy i mając po swojej stronie niemalże nieprzeniknioną ciemność. Co prawda noc była jasna jak na pozamiejskie standardy. Świecące stworzonka, które w pewnym momencie zaczęły pojawiać się także dookoła nich, również dawały lekką poświatę. Zaś oczy po tak długim czasie były w stanie przyzwyczaić się do braku światła dziennego, ale on sam w dalszym ciągu musiał wytężać wzrok, aby móc dostrzec coś więcej niż kontury sylwetki Yaxleyówny. I to robił. Zdecydowanie to robił, prawdopodobnie prezentując się przez to jeszcze śmieszniej. Mieszanka foki z kretem. Za to Geraldine? O cholera. - Ależ wręcz przeciwnie. Ten spektakl - bardzo wyraziście machnął dłonią, zataczając nią koło w powietrzu - bardzo mnie interesuje - tyle tylko, że kolejny raz nawet nie próbował zrobić tego we właściwym kierunku. - Co to takiego? Tak właściwie? - Spytał mimo wszystko, żeby sprawić wrażenie, jakby w jakimkolwiek stopniu obchodziło go to, po co przebyli tę całą odległość, wpadając w lodowatą wodę i tak dalej. Zamierzał dać Geraldine wykazać się wiedzą w zakresie czegoś, co tak naprawdę ani na trochę nie miało zagościć w jego głowie. Już teraz wpuszczał to jednym uchem a wypuszczał drugim, a jeszcze nawet nie zaczęła swojego specjalistycznego wykładu. Tak. Był niereformowalny. Tak. Przecież zdawała sobie z tego sprawę. Tak. Odegrał się bez ostrzeżenia, chlapiąc na nią wodą. Tak, nawet nie dał jej odpowiedzieć. Koniec sesji
|