![]() |
|
[26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria (/showthread.php?tid=4371) |
RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 08.03.2025 – Żebyś mógł potem mieć wymówkę, że wypicie więcej na raz ci nie zaszkodzi, a robisz to po to, żeby na pewno nic nie czuć? Nie – już widziała, do czego zmierza ta rozmowa, wolała więc to uciąć w zarodku. – Nie wyleczę cię z nienasyconego głodu, nie ma możliwości, by się tego pozbyć, to twoja natura, która jest teraz twoją codziennością – kłamstwo, to było kłamstwo. Był sposób, by wampir nie czuł głodu, miała to w swojej pamięci tak bardzo żywo… Ale ten sposób wymagał ofiar i alchemika doświadczonego i zdolnego, a to wszystko to był bardzo, bardzo grząski grunt. Grunt, na który rzecz jasna zamierzała wkroczyć i była na właściwym torze, ale w tej chwili – było to poza jej zasięgiem i to tak grubo. Nie planowała mu więc robić nadziei, której by się uczepił, tym bardziej że mogła zawieść… bo nie wiedziała, ile miała jeszcze czasu. Dwa miesiące? Listy wymienione z Cynthią wcale jej nie uspokajały, wręcz przeciwnie. Zanotowała jednak, że Astaroth nie czuł żadnego dyskomfortu, teraz, kiedy już się uspokoił. Że nic mu nie przeszkadzało, nie było nic oczywistego i widocznego – słowem: można było ogłosić sukces. Właściwie, to nie uważała Astarotha za problem, ale też nie był w jej oczach jedynie szczurem doświadczalnym. Był realną (nie)żywą osobą, która potrzebowała pomocy, a najwyraźniej społeczeństwo czarodziejów, choć podzielone w opiniach, jeśli chodziło o wampiry, nie bardzo było skore im pomóc. I to Victorię drażniło niesamowicie – bo było to niesprawiedliwe. Mieli takie samo prawo, by żyć, jak inni. Byli obywatelami, byli czarodziejami i przede wszystkim, nie byli żadnymi bestiami czy zwierzętami. Nie musieli zabijać zwierząt, by się pożywić, w przeciwieństwie do śmiertelników – niezła ironia, prawda? Nie uszło jej uwadze, że Sauriel milczał. Że nie chciał się wtrącać, dodawać nic od siebie. Że stroił tylko te swoje wielce mówiące minki, ale poza tym – siedział cicho. To też był niezły komentarz. Nie wiedziała, co się podziało między nimi, żaden nie raczył jej wtajemniczyć, więc teraz kuła z tego, co miała. A skoro tylko ona mówiła, to zamierzała to pociągnąć. Bo uważała podejście Astarotha za… dziecinnie uparte. Jakby nie dostawał tego, co chciał, wiec zamierzał się buntować i szkodzić samemu sobie. I wszystkim dookoła. – Astaroth… Nie zachowuj się jak rozkapryszone i rozpieszczone dziecko bogatych rodziców. Tutaj nie da się zjeść ciastko i mieć ciastko. Im bardziej będziesz się szarpał, tym więcej siły musisz w to włożyć. Dlaczego nie chcesz tego zaakceptować? To jest fakt i zaprzeczanie mu nie sprawi, że twój los się odmieni. Posłuchaj rady kogoś, kto bardzo walczył, by mieć kontrolę – i nie mówiła tutaj, wbrew pozorom, o Saurielu. Mówiła o sobie. Miała świra na punkcie kontroli… nad samą sobą. Nad emocjami, nad skryciem ich we wnętrzu własnej głowy – ochrona totalna przed wszelkimi wpływami z zewnątrz… i jednocześnie i ona czasami zawodziła i to były te najgorsze momenty w jej życiu, ta utrata kontroli. Ale to, by się nauczyć, też było okupione wielomiesięcznym wysiłkiem. – Twoim największym przeciwnikiem, największym krytykiem, największym nemezis zawsze będziesz tylko ty sam. Znasz się najlepiej, widzisz się w każdej sytuacji, komentujesz w głowie i musisz ze sobą… żyć. I kiedy buntujesz się przeciwko samemu sobie, kiedy stajesz okoniem, bo bardzo nie chcesz poddać się zmianom, które zachodzą, to wszystko staje się o stokroć trudniejsze. Zamiast przejść przez coś… gładko, o ile gładko można przejść przez takie zmiany, jakie ty musisz przejść, ale wybacz mi to spłycenie tematu… Sam rzucasz sobie kolejne kłody pod nogi. Musisz włożyć w każdą rzecz znacznie więcej wysiłku, bo zamiast zaakceptować i uczyć się, jak należy sobie teraz radzić ze wszystkim, co masz przed sobą, to w pierwszej kolejności musisz pokonać samego sobie. I wtedy wcale nie jesteś wygranym, jesteś przegranym – może i były to szorstkie i gorzkie słowa, ale Victoria mówiła je spokojnie i… wbrew pozorom – z troską. Co zabawne, te same słowa mogłaby skierować też do Sauriela. – Zamiast się uczyć i przystosowywać – walczysz. Męczysz się. I wcale nie posuwasz do przodu, tylko stoisz w miejscu – to było przeciwieństwo progresu. – Zrobisz, jak zechcesz, oczywiście. Ale nie mogłabym spać spokojnie, gdybym ci tego nie powiedziała – dodała i uśmiechnęła się lekko, tak w swoim stylu. – Pomogę ci tak czy tak na tyle, na ile będę umiała. Obiecaj mi tylko, że postarasz się trzymać tego planu i jednak będziesz uczył kontroli, a nie pójdziesz na łatwiznę. RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Astaroth Yaxley - 09.03.2025 Złudzenia zostały pogrzebane żywcem. Wiedziałem, właściwie przeczuwałem, że głupio się łudzę, ale jednak usłyszeć to od specjalistki… Mogła sobie darować, ale po co? Lepiej było mieć jasno wyłożone warunki niż trwać w niedopowiedzeniach. Brutalne, ale szczere. Gorzej, bo nie chciałem słuchać o tym, że wampiryzm i jego potrzeby były moją naturą. Pragnąłem odrzucać tę chorobę, która mnie trawiła, ale było już za późno. Za późno. Nic nie mogłem zrobić. Wampiryzm przyległ do mnie, przykleił się jak plakietka, której nie dało się już usunąć. A dla mnie wampiryzm nie był tym samym, czym był dla Victorii. Nic normalnego, nic chwalebnego, nic niesprawiedliwego. Niechęć to mało powiedziane; czułem względem wampirów nieskazitelnie czystą nienawiść, podsyconą latami treningów i polowań. Nauki przekazywane z dziada pradziada. Jedyna prawda: bestiom się nie ufa. Dlatego nie ufałem Saurielowi. I nie chodziło już nawet o to, że był palantem i obnosił się przede mną z tymi swoimi brutalnymi opowiastkami. Nawet gdyby okazał się spoko gościem, był u mnie skreślony od startu. Miał kły, a mój łowiecki instynkt krzyczał, że tam stoi, że istnieje, że nie jest człowiekiem. Nie był człowiekiem. A skoro tak, to był potworem. Nie miał prawa żyć. Tak jak ja. Prosta kalkulacja. Dlatego uważałem określenia Victorii za niesłuszne. Nie byłem rozkapryszonym i rozpieszczonym dzieciakiem bogatych rodziców. Byłem młodym człowiekiem, którego najgorszy koszmar ziścił się jeszcze zanim zdążył naprawdę zacząć żyć, zanim mógł się realizować w tym, w czym był najlepszy. Jak miałem polować na potwory, skoro sam stałem się jednym z nich? Jak mogłem nawiązywać przyjaźń z innym potworem? I kolejnym? A do tego dochodził głód - najgorsza część tego wszystkiego. Tak, chodziło o kontrolę, ale jak miałem kontrolować coś, czego nie potrafiłem okiełznać? Może raz mi się udało, całkowitym przypadkiem, bo nawet nie wiedziałem, dlaczego za pierwszym razem nie spiłem Laurenta do cna. A przecież się nie bronił! Cóż, nieistotne, co mnie wtedy powstrzymało, bo później naprawiłem swój bestialski błąd aż nadto, niemal odbierając mu życie. Gdyby nie interwencja nieznajomego, byłoby już po nim. Nie chciałem zjeść tego ciastka. Nie chciałem go mieć! Co to oznaczało? Że miałem tylko jedno wyjście? Powinienem się zabić?! Ta myśl mnie przerażała. Usilnie trzymałem się życia, które właściwie nie było już życiem, a jego nieudolną imitacją. Mogłem ukrócić swoje cierpienie, ale co z innymi? Mamą, tatą, Geraldine… resztą rodziny. Może jakoś by to znieśli, ale Jen i Ger? One by tego nie przeżyły po raz drugi. Byłem tego pewny. A przecież kochałem je nad własne życie. Nad własne życie… które już dwukrotnie próbowałem odebrać Geraldine. Może kalkulacja była więc jedna? Przyjęcie głodu, zaakceptowanie go było niedopuszczalne. Oznaczałoby ostateczny koniec wszystkiego, w co dotąd wierzyłem. Jak miałem to zrobić, gwałcąc nasze rodowe przekonania? Byłem bestią. Powinni na mnie zapolować. Dlaczego więc wciąż trwałem? Czemu sam nie postanowiłem skończyć ze sobą?! Czemu Geraldine nie zakończyła tego jednym ciosem, kiedy ten nowy ja otworzył po raz pierwszy oczy? Była łowczynią. Czuła to. Czuła, czym się stałem. A jednak pozwoliła mi żyć. Nie powinienem żyć. To była klątwa podarowana mi przez śmiertelnego wroga. Może na złość? Może po to, by zniszczyć ród Yaxleyów? – To nie jest takie... proste? Jestem... albo też byłem łowcą, Victorio – odezwałem się po chwili ciszy. Słowa ledwo przechodziły mi przez gardło. Nie zważałem już na obecność Sauriela. Niech robi, co chce z informacjami, z których zamierzałem się przed nim rozpruć. Victoria znała już prawdę. Dziwiłem się, że ona i Laurent przeszli z tym do porządku dziennego, skoro on mógł zginąć. Mogło go już nie być. – Zaatakowałem Laurenta wbrew jego woli. Zabiłbym go. Powinienem siedzieć. Powinienem zostać zniszczony. Jako łowca polowałem na takich… Powinni zapolować na mnie, ale zatrzymałem to w tajemnicy jak tchórz – stwierdziłem, wpatrując się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Myśli kłębiły mi się w głowie, demony przybierały coraz realniejsze kształty. – A teraz słyszę o zaakceptowaniu siebie... W mojej definicji istota, która atakuje niewinnego, nie ma prawa żyć – podsumowałem, wstając. Nie byłem pewien, co zamierzałem zrobić, ale musiałem wyjść. Poczuć świeże powietrze? A może po prostu zniknąć?! To byli kolejni świadkowie mojej porażki. Biała walka o czarną sprawę? Szlachetny rycerz na białym koniu, próbujący ocalić własne życie w bagnie pełnym wrzącej, czarnej smoły, mając do dyspozycji jedynie własne ramię, marny stalowy miecz? To od początku prosiło się o smutne zakończenie. – Czy to koniec spotkania? Jedyny plus? Przez bliżej nieokreślony czas nie zamierzałem nikogo zjeść. RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 12.03.2025 Victoria nie zamierzała tutaj zostawiać rzeczy domysłom. Zgoda, była kobietą, czasami robiła te swoje foszki w tylu domyśl się, ale w większości wypadków starała się wytłumaczyć swój punkt widzenia, zwłaszcza tam, gdzie nie chciała zostawiać pola do nadinterpretacji i wyciągnięcia niewłaściwych wniosków. A tutaj czuła, że pole jest aż nazbyt do tego żyzne, bo przecież łatwiej jest się oszukiwać, niż stawić czoła niewygodnej prawdzie. Nie była nigdy w takiej sytuacji jak Astaroth i Saurie, nikt jej nie zabił, by odrodziła się na nowo w tej nowej formie… ale wiedziała, jak to jest odczuwać tak ogromne zmiany, które wywracały dotychczasowe życie do góry nogami. Rozumiała, jak to jest za czymś tęsknić. Im brakowało światła dnia, słońca na skórze, jej – ciepła, bo chociaż wchodziła w smoczy ogień, nadal było jej dojmująco zimno. Wiedziała też, czym jest ten głód, a raczej jego widmo, w jej pamięci; wspomnienie zmiksowane z jej własną jaźnią tak, jakby to było jej własne. Jakby to ona była doświadczoną wampirzycą czującą podniecenie z nadchodzącego polowania. – Tak, jesteś łowcą. Ale bycie wampirem nie jest nielegalne, wręcz przeciwnie. Zabronione jest tworzenie nowych wampirów, a nie istnienie w tym stanie. Macie nawet całe biuro kontaktu z wampirami w Ministerstwie, a tutaj jest jego pracownik – kiwnęła w stronę Sauriela, chociaż wcale nie wywoływała go do tablicy. Jedynie przedstawiała Yaxleyowi sytuację, o której, tak to przynajmniej wyglądało, nie myślał. Że mieli całą wampirzą społeczność. Że nie odławiało się ich i nie zabijało bez konsekwencji prawnych. Nie byli zwierzyną. – Czy chcesz zgłosić własną śmierć? Mamy zacząć poszukiwania tego, który cię przemienił? Albo tej? Nie wiem, to wampir czy wampirzyca? Twój stwórca – odparowała zaraz po tym, jak Astaroth powiedział, że to nie jest takie proste. – Nie zabijamy wampirów, Astarothcie – być może o tym zapomniał, może to jego łowczy instynkt klasyfikował wampiry jako jakichś podludzi, ale dla Victorii było to zwyczajnie bez znaczenia: selkie, wampir, wila… co za różnica. Na swoją siostrę, która była metamorfomagiem, też miała patrzeć nie jak na osobę, którą była, tylko na jakąś… zmiennokształtną bestię? A potem nastąpiło bardzo, ale to bardzo pokazowe i powolne wywrócenie oczami, które mógł dostrzec tak Astaroth jak i Sauriel. Aż dziw, że Victoria nie zobaczyła w ten sposób wnętrza swojej czaszki. – Dobrze, tak chcesz się bawić – wymamrotała pod nosem, i to był chyba ten ostatni, bardzo krótki znak ostrzegawczy, że Victoria właśnie traciła cierpliwość. – To teraz się skup i słuchaj. Masz błąd w samym początku swojego rozumowania, więc radzę ci je zweryfikować. Nie zaatakowałeś Laurenta wbrew jego woli, tylko zgodnie z jego wolą. To trochę zmienia postać rzeczy, nie? Zostałeś bardzo celowo sprowokowany, posłużono się tobą dla własnych, egoistycznych pobudek. To nie jest, podkreślam, nie jest atakowanie niewinnego – Victoria była zła na oboje z nich, ale to Laurentowi wypisała kazanie, że nie uważał. Dopiero później jej się przyznał, że chciał tego dnia umrzeć i że wykorzystał Astarotha, że posłużył się nim jak narzędziem, ale potem dotarło do niego, że wcale nie chce umierać. Że chciał udowodnić sobie, że nie można nikomu ufać, ale na bogów, co to był za dowód? Prowokowanie wampirzego pisklaka, wielkie dowodzenie. A teraz tylko się bardziej zezłościła, słysząc to ciągłe obwinianie się, uparte robienie z siebie tego najgorszego. Laurent. Dla Sauriela zapewne była to bardzo ciekawa rozmowa, tym bardziej że żadne nie wyjaśniło mu wcześniej, o jaki list chodziło. To nie tak, że Victoria zapomniała o jego obecności, wręcz przeciwnie, kilka razy jej ciemne spojrzenie uciekło do czarnowłosego, ale skoro Astaroth sam zaczął, to nie czuła się w obowiązku milczeć. – Być może powinniście to sobie z Laurentem wyjaśnić. Sugeruję to zrobić jak najszybciej. I wy też – tu spojrzała to na Yaxleya, to na Rookwooda. – Nie wiem, o co wam chodzi, ale o coś ewidentnie, bo atmosferę to można kroić nożem – założyła dłonie na biodra, w tej poirytowanej pozie matki kwoki gromiącej swoje dzieci. Chociaż to nie Sauriela gromiła. Co z tego, że oboje byli od niej wyżsi, silniejsi? Nic. – Tak, na dzisiaj koniec. Wyślę ci dawki, jak je odmierzę i przeleję – mogli się nie zgadzać, mogli mieć inne podejście do spraw, mogli się na siebie złościć i prawić morały – ale Victoria naprawdę zamierzała mu pomóc. RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Astaroth Yaxley - 18.03.2025 Przyjąłem jej słowa, ale nie mogłem się z nimi zgodzić. Nie od razu. Nie w tej chwili. Może nigdy. Nie miało znaczenia, że Laurent prowokował. Właściwie wtedy oboje prowokowaliśmy siebie nawzajem… Ale w ostatecznym rozrachunku to ja byłem tym, który uległ. To ja rzuciłem się na niego jak zwierzę, wgryzłem się w jego gardło, poczułem smak, o którym nie powinienem nawet myśleć. A jednak fantazjowałem o jego krwi do tego stopnia, że kiedy nadarzyła się okazja, zrobiłem to. Zasady były proste – nie polowało się. A jednak polowałem. Jedyna różnica polegała na tym, że Laurent przeżył. Cudem. I to nie ja go ocaliłem. Victoria mówiła o wampirzej społeczności, o tym, że istnienie wampirów nie jest zakazane, że Ministerstwo miało na to odpowiednie paragrafy i urzędników. Oczywiście, że miało. Prawo. Sztuczne, martwe przepisy, które miały uspokoić ludzi i te marne imitacje ludzi – uspołecznione wampiry. Dać im złudzenie, że można nad tym panować. Że można ująć w ramy coś, co wymykało się kontroli. A jeszcze znalazł w tym miejsce nawet Sauriel! Pracownik Ministerstwa, Biuro Kontaktu z Wampirami. Śmiechu warte. Nie ufałem wampirom. Nie ufałem Saurielowi. Nie ufałem sobie. Nie spodziewałem się, że Victoria tak wyraźnie stanie po tej stronie. Zmarszczyłem brwi, śledząc jej spojrzenie, pełne irytacji i złości. Wywróciła oczami, jakbym przesadzał, jakby moje słowa były niepotrzebnym dramatyzowaniem. Jakbym był kolejnym zagubionym dzieciakiem, któremu trzeba wytłumaczyć podstawowe zasady funkcjonowania świata. A ja po prostu próbowałem odnaleźć się w czymś, co było sprzeczne ze mną na każdym poziomie. I wtedy padło to jedno zdanie. To, które sprawiło, że zesztywniałem. Nie zaatakowałeś Laurenta wbrew jego woli, tylko zgodnie z jego wolą. Jak można było chcieć zostać zaatakowanym przez wampira? To przeczyło jakiejkolwiek logice. Patrzyłem na nią, czując, jak coś we mnie się zaciska. Jakbym trzymał w płucach powietrze i nie potrafił go wypuścić. Żal? Czułem żal? Niewyobrażalny żal?! – Wszystko sobie wyjaśniliśmy z Laurentem – wyrzuciłem z siebie, zanim zdążyłem się powstrzymać. Mój głos był twardy, bardziej szorstki, niż zamierzałem. To była jedna z najgorszych nocy w moim życiu, a teraz znowu wracała. Wracała jak cholerny bumerang. – A Sauriel jest po prostu jednym z tych twoich nieskazitelnych wampirów – dodałem, zaciskając dłonie w pięści. Słowa były ostrzejsze, niż planowałem, ale nie mogłem ich cofnąć. Wbiłem wzrok w pustą przestrzeń, skupiając się na niewidzialnym punkcie, byle nie patrzeć jej w oczy. Byłem wampirem. Byłem łowcą. Byłem kimś pomiędzy i nikim zarazem. I to mnie tak cholernie wkurwiało. Polowałem na swojego stwórcę nie bez powodu. Był zdeprawowanym wampirem. Takim, na którego wystawiono list gończy. Nie znałem Sauriela, ale z jego słów wynikało, że też miał swoje za uszami, więc… Victoria chyba w ogóle nie miała pojęcia o świecie. Pięknie ubarwione historie Ministerstwa? Mogliby pisać bajki, ale życie bajką nie było. Skinąłem jej głową, dając znać, że przyjąłem jej słowa do siebie. Nie chciałem jeszcze bardziej pogarszać naszej relacji, ale miałem wiele do przemyślenia. O sobie. O nich. Obróciłem się na pięcie i wbiegłem po schodach na górę, uważając – rzecz jasna – na szpiegujące tam koty. A potem wybiegłem w mrok nocy. Potrzebowałem poczuć, że żyję. Był tylko jeden problem – byłem martwy. RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 23.03.2025 Uniósł dłoń, kiedy pojawiło się wywołanie do tablicy. - Yo. - Ruch ręką całkowicie leniwy, opadła tak samo gładko, jak została uniesiona. W tym swoim bezruchu, w który zapadł, podparty łopatkami o ścianę, przestawił nogi. Oparł teraz ciężar ciała na drugiej. Gdyby było w nim więcej dawnego "ja" to właśnie współczułby Astarothowi. Teraz było tylko wrażenie, że szkoda chłopaka - i nie towarzyszyły temu odczucia wyższe. Może to odrobina uzbrojenia się na wszystko, co złe i bolesne, obojętność, a może rozpadająca się dusza od czarnej magii. Może wszystkiego po trochę. - W zasadzie mogę pomóc z poszukaniem typa. - Wzruszył lekko ramionami, bo już czuł, że pojawi się chmurne spojrzenie od Astarotha. Jak to tak, korzystać z pomocy kogoś, kto dał mu wpierdol i jeszcze jego filozofia była niezgodna z jego? Mógł pomóc, jasne - inna sprawa, że mógł też nie-pomóc, kiedy już pomoże znaleźć. Bo przecież nie mogło być tak, że nagle Astaroth zacznie wyżynać wampirzą społeczność. Komuś się to nie spodoba, a Sauriel nie chciał być prowodyrem chaosu. Wyjątkowo nie chciał być. Laurent. Ciągle o tym gadali, o nim, o listach. Tak, tak, wiedział, co to za cwaniaczek (w końcu gazety czytał i nadstawiał ucha na plotki i ploteczki). Najwyraźniej ich łączył. Jakże tragicznie - bo łączyła ich też żądza krwi do tej szyi. Nie wtrącał się w to jednak, chociaż odrobina irytacji zaczęła się w nim już pojawiać. Przestawało mu się chcieć czekać, aż ta melodrama się skończy, to po pierwsze. Po drugie - ni chuja nie wiedział, o co chodzi, a wysuwanie wniosków na własny kredyt (i z pomocą własnej głowy) go wkurwiało. Nie dopytywał, bo to nie była jego sprawa. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Mógł pytać o rzeczy dotyczące Victorii, ale tutaj była osoba trzecia w postaci Astarotha. Przecież nie będzie wtykał nosa w życie typa, który za nim nie przepada, żeby jeszcze bardziej go nie drażnić. Nie był mu potrzebny podlotek łażący za nim tylko dla wywinięcia jakiegoś świństwa. - Jestem bardzo, kurwa, skazitelny. - Mruknął, patrząc na te zaciśnięte pięści. - Przestań się przydupiać, chłopie. Vika próbuje ci tylko pomóc. - Victoria myśląca o nim jak o NIESKAZITELNYM? Och, chyba czułby się urażony, gdyby tak myślała. Znaczyłoby to, że nie widzi jego - widzi tylko wyobrażenie o nim. I tak miał takie podejrzenia, bo przecież jak Piękna mogłaby pokochać Bestię? Znali tę bajeczkę. Byli w pewnym zameczku. Widzieli pewną sukieneczkę. Tak, wszystko to było. A teraz chyba Astaroth bawił się w jakąś wersję Gastona. Nie, Victoria widziała go takim, jakim był. I to czyniło ją tak wyjątkową. Za to ją kochał. Ponieważ widziała - i akceptowała. Za to uniósł brwi, kiedy wspomniała o... nich? Nas? Was? Mówiła o kim? O nim i Astarothcie? - Nie spinaj się tak, to nie będzie czego kroić. - Bo jedynymi spiętymi osobami tutaj była Victoria i Astaroth. I tak, mógł się ugryźć w język, ale wchodził już w strefę niezadowolenia, szczególnie, kiedy z dupy Victoria przeniosła to na niego. - Nie będę waszym psem ofiarnym na wieszanie nerwów. - Już by go tu nie było po wypiedzeniu tych słów, gdyby nie to, że nie zamierzał zostawiać Victorii sam na sam z Astarothem. Teraz eliksir działa, a nie wiedzieli, jak długo będzie miał wpływ. Może zaraz nagle się skończy? I się znów na nią rzuci? A już pokazał, że nie jest przeciwnikiem, którego warto ignorować. Myśl o wychodzeniu lub nie zniknęła - bo Astaroth sam postanowił stąd umknąć. Sauriel nie obejrzał się nawet za nim. Mrugnął tylko, kiedy mężczyzna go mijał, kiedy te drzwi machnęły w pokoju. Spoglądał na Victorię z niezmiennie znudzonym wyrazem twarzy - chociaż jego odczucia tej sytuacji były daleko do znudzonej. - Szkoda na niego czasu. - Wiedział, że Victoria tak nie myślała. Sauriel, cóż, był bardziej okrutny i egoistyczny od niej. I wiedział też, że ona to robi... również z myślą o nim. - Brawo. Dobra robota z tym eliksirem. - Pochwalił ją, bo jej się należało. Kawał dobrej roboty. RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 25.03.2025 Widziała zmiany, jakie dokonywały się w mimice Astarotha i wewnętrznie bardzo mu współczuła. Bo widziała jego zagubienie i tę bezsensowną walkę z samym sobą. To było niesprawiedliwe – to co mu się przytrafiło, to co im się przytrafiło, ale robienie sobie pod górkę, utrudnianie sobie samemu sprawy i życie w jakiejś iluzji roztaczanej przed swoimi oczami, by robić z siebie potwora – tego zrozumieć nie potrafiła. Kiwnęła do Sauriela, gdy ten zaproponował, że może pomóc poszukać stwórcę Astarotha, kimkolwiek był – bo że zostawił swojego wampirzego podlotka samemu sobie było ewidentne i tak naprawdę nikomu to nie służyło. Prawdziwym cudem Pani Księżyca było, że Asek do tej pory nie narobił większych szkód, i naprawdę liczyła w tym momencie, że teraz będzie już tylko lepiej. Udany eliksir dla Yaxleya był pierwszym krokiem ku poprawie komfortu jego życia. – Czyżby? – uniosła wyżej brwi w nieco pobłażliwym spojrzeniu, które rzuciła młodemu wampirowi. Śmiała wątpić, że sobie wszystko wyjaśnili, skoro Astaroth brał na siebie całą winę i nie dostrzegał przewin drugiej strony. A potem uniosła te brwi jeszcze bardziej. Co niby miała znaczyć ta odzywka i pyskówka? – Jednym z? – parsknęła. – Czy ty masz mnie za jakąś wariatkę, która zbiera sobie wampiry, żeby prowadzić na was jakieś szalone badania? – aż w głowie jej się to nie mieściło. Relacja jaką miała z Saurielem, to było… coś zupełnie innego, głębszego i zdecydowanie nie biznesowego, chociaż co Astaroth mógł o tym wiedzieć? Nieskazitelny to jednak nie było słowo, które postawiłaby przy Rookwoodzie. Uparty, nieokrzesany, obrażalski, niespokojny, porywczy – owszem. Agresywny i brutalny również, nie pochwalała tego, ale zdawała sobie sprawę z jego natury, widziała to przecież. Nie był nieskazitelny, chociaż nie było też tak, że składał się tylko z tych złych cech i czerwonych karteczek ostrzegawczych. Wiedziała dokładnie, jaką osobą jest i to tym bardziej sprawiało, że się o niego martwiła. O jego jedyną duszę. Astaroth unikał jej wzroku i ewidentnie patrzył w inne miejsca, być może czuł, że przesadził, ale tak naprawdę, to co o niej wiedział? O nich? O tym ile i co przeszła z mrukliwym Saurielem, który nie wtrącał się do tej osobliwej rozmowy poza momentami, w których zwracała się do niego bezpośrednio – bo Yaxley udawał, że czarnowłosego tutaj nie ma, co właśnie dało jej podstawy myśleć, że coś tu między nimi jest nie tak. I ściągnęła brwi na komentarz Sauriela, już gotowa mu odpyskować, ale wtedy Astaroth się odwrócił i wybiegł. Tak po prostu. Chyba nawet nie złapał za swoją różdżkę, która przed całą akcją została odłożona na bok. Nie zamierzała za nim biec – jeśli potrzebował stąd uciec, to kim była, by go zatrzymywać? Lestrange policzyła do dziesięciu, nasłuchiwała kroków na schodach, trzaśnięcia drzwiami, aż w końcu odetchnęła. A potem przeniosła spojrzenie na Sauriela i co prawda nie odpowiedziała, kiedy się odezwał, za to zbliżyła się do niego i bez słowa wsunęła ręce pod jego ramiona, żeby się przytulić. – Dzięki – odparła po chwili. – Nigdy nie jest szkoda, a on bardzo potrzebuje pomocy – Sauriel też potrzebował, wielokrotnie, ale nie przywykł o nią prosić. Początek lata był tego idealnym dowodem – że nie było dobrze, skoro tak bardzo chciał ze sobą skończyć. Tak drastycznie, tak… Ciemnowłosa nagle odsunęła się, jakby ją poraził piorun. – Koty! – nie wiedziała, czy Astaroth faktycznie zamknął za sobą drzwi, czy te nie odbiły się od framugi kiedy on uciekał stąd niczym kot oblany wodą… a co, gdyby wybiegły na ulicę? Gdyby coś im się stało? Gdyby się zgubiły? Nie wybaczyłaby sobie tego. Więc zaraz i ona wybiegła z pomieszczenia, chcąc się upewnić, że cała trójka jest bezpieczna. Koniec sesji
|