![]() |
|
[28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent (/showthread.php?tid=4431) |
RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 01.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek] Pokiwał głową że zrozumieniem, patrząc na tę paczkę fajek, która czekała na zapalenie. I w końcu po nią sięgnął - kiedy już talerz był prawie pusty, a te papierosy patrzyły na niego w ten znajomy, nieprzyjemny sposób. Przedmioty potrafiły mieć duszę, mamić i nęcć. Błogosławieni ci, którzy nigdy tego nie poczuli. Zapalił tego papierosa różdżką, która wróciła do prawowitego właściciela. Hasło "popełniasz błąd" zwróciło jego uwagę. W pierwszej chwili sądził, że chodziło o tego wspólnego papierosa. O którym zapomniał w pierwszej chwili tego rozemocjonowanania, nawet kiedy Flynn mu go tak wyraźnie podetknął wręcz pod nos. Lecz nie. Tu chodziło o coś bardziej oczywistego... No tak. Rzeczywiście. Przecież Flynn ciągle biegał. Ciągle się ruszał. To było tak oczywiste, że prawie złapał się za głowę. Dawać jarczukowi coś na uspokojenie - Laurent aż się skrzywił z obrzydzeniem. Ale jakże trafne porównanie. Spojrzał na Dumę, który przyglądał mu się jak zaczarowany. Wiedział? Jakoś to pierwsze skonfiskowanie u tego psa minęło. A kiedy zobaczył kontakt wzrokowy to podniósł się, machając ogonem i przyszedł... Położyć się pod jego nogami. Magiczne stworzenia były niesamowite. Chciał się odezwać i potwierdzić, że w porządku - rozumie. Ale zamiast tego zakaszlał i teraz machał przed swoim nosem ręką. Papierosy smakowały inaczej w tym ciele. Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Flynna, kiedy ten rzucił jakże niefortunne przejęzyczenie. Pasowało do tego robienia sobie dobrze pod prysznicem. Chociaż wtedy brzmiało prawie jak kara - ale co to miałaby być za kara dotykanie ciała, które się uwielbiało. - A co jeśli... Przypadkiem uszkodzę twoje ciało? - A potknie się na przykład? Brzmiało strasznie. Przecież nawet mała kontuzja mogłaby strasznie zaszkodzić. Pewnie to nie brzmiało już aż tak irracjonalnie dla człowieka, który doświadczył, że nawet z podnoszeniem się mogły być problemy. Laurent miewał lepsze i gorsze dni, ale w ostatnich tygodniach chyba większość było tych gorszych. - Dobrze... Duma. Noga. W końcu, co? - Wyciągnął ręce do jarczuka powoli, by podrapać go za uszami, na co ucieszony pies szczeknął głośno. Spojrzał na Flynna, jak ten próbował ograniczonych możliwości jego własnego ciała... Podszedł do niego, żeby musnąć palcami jego twarz i złożyć delikatny pocałunek na wargach. Ostatnie zaciągnięcie się papierosem, dojedzenie tego, co na talerzu zostało i zgaszenie resztki fajki w popielniczce na dworze. Jarczuk wystartował przodem, szczęśliwy, a on za nim. To było jedno z najlepszych doznań ostatniego czasu. Podobne do tego, które czuł lecąc na grzbiecie abraksana. Nic nie krępowało jego ruchów. Nic nie mówiło, że musiał przerwać, bo może się to kiepsko skończyć. Po prostu biegł. Z rozwianym włosem, czując uderzającą do głowy dopaminę. Miał siłę. Mógł wiele. Mógł... Wszystko. Flynn miał rację - to nie było to zdenerwowanie, któremu nie mógł zaradzić, które powinien usypiać używkami. Wrócił spocony. Zmęczony. Ale z uśmiechem. Ze śmiechem łapiąc łapy Dumy, kiedy ten go obskakiwał, a jego ciężar nie był problemem. Jeszcze przez chwilę jego śmiech niósł się po ogrodzie, kiedy ganiał się z psem, dopóki nie zatrzymał się, opierając ręce o swoje kolana, dysząc ciężko. - Już, Duma... Wystarczy... Hahaha... Wystarczy. - Wytarmosił wielkie psisko po pysku i w końcu się wyprostował, wchodząc na deski tarasu. Gotów się umyć i... Paradoksalnie - z nową energią zabrać Flynna... Wszędzie m dokądkolwiek. Chciał mi pokazać znowu ten ogród, zabrać do rezerwatu, pokazać te rzeczy, za jakie ludzie płacąc grube pieniądze, by ktoś ich oprowadził i je pokazał. Bajeczne widoki tego starego lasu z jego kwiatami i magvixnycmi stworzeniami. A potem... Poczekać na zachód słońca na plaży. RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 02.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Flynn pokręcił głową. - Laurent, to ciało jest zbudowane do biegania. Po prostu nie zaczynaj sprintem i nie zatrzymuj się gwałtownie. Jak nabierzesz prędkości, to nie możesz tak po prostu stanąć, musisz najpierw zwolnić. - Reszta, przynajmniej w jego opinii, była zapisana w mięśniach. On wcale nie myślał biegając, nie myślał o tym jak stawiać nogi, ani jak poruszać rękoma. Po jakimś czasie ciało robiło to samo, miało swoje ulubione tory i sposoby wypracowane przez lata treningów, które miały sens. I trening na które zasługiwało ciało Laurenta też musiało mieć sens. To ciało musiało mu się podobać, a on zdecydowanie lubił być zgrabny, niezależnie od tego co mówił. Nie doprowadziłby się do tego stanu i nie głodził, gdyby podświadomie nie dążył do takiej sylwetki. Jeżeli chciał być tak zgrabny, to bieganie i pływanie były najoczywistszymi wyborami, ale... Tu chodziło o coś więcej niż wytrzymałość. Tu chodziło o swobodę ruchów, o czucie się we własnym ciele jak w wygodnych ubraniach, a nie chodzenie z tymi sztywnymi jak deska plecami i udawanie, że wszystko jest w porządku. Nic nie było w porządku. Laurent biegał z psem, a on wcale nie poszedł na tę plażę moczyć nóg. Za bardzo wkręcił się w to co robił - w rozluźnianie napięcia i eliminowanie stresu, od którego kark musiał zastygnąć mu jeszcze w szkole. Czuł, jak to puszcza. Jak mięśnie i stawy zaczynają robić się ciepłe, jak schylanie się w dół nie pozwala dotknąć rękoma desek tarasu, ale robi wiele dobrego dla jego giętkości. Normalnie nie byłby tak cierpliwy. Pewnie by się przed takim treningiem sztachnął ketaminą, żeby odrobinę zwolnić tempo i dać mu dochodzić do pewnych etapów swoimi krokami. Ale dzisiaj tę cierpliwość i powolność miał. Kiedy Laurent przeżywał tam chwile ze swoim psem (a niech go), Crow całkiem zdolnie rozgrzewał jego ciało i notował w głowie wszystkie zauważone niedyspozycje. W przeciwieństwie do niego nie czuł się teraz jak potencjalny zdobywca świata, ale jak kochanek, który mógł znów stać się przydatny... Mógł dla niego jeszcze dużo zrobić. I to wciąż miało dla niego bardzo szczęśliwe zabarwienie - mógł go uczynić wesołym, zaradniejszym, bardziej gibkim, chętnym do wiadomo czego. Mógł go uczynić jeszcze pewniejszym siebie! Czymś innym niż pieszczenie słowami i przypominanie mu, że miał w tym miejscu odpowiedzialną funkcję, której musiał sprostać. Kiedy Laurent wracał na ten taras, Crow nie miał na sobie koszulki. Bluzka wisiała przewieszona przez oparcie krzesła, a on lekko spocony robił coś, na co sam Laurent pewnie nigdy by się nie odważył. Odchylał się do tyłu z wyciągniętymi rękoma i tak - udało mu się to - odważnie dotknął dłońmi rozgrzanych od słońca desek, wyginając ciało w łuk. Ale jemu wcale nie chodziło o mostek ze stania, który z pewnością sam w sobie należał do rzeczy imponujących. Crow zrobił coś większego - odbił się nogami od ziemi, wpierw bezskutecznie i pokracznie, ale za drugim razem jego cel stał się oczywisty. [roll=PO] On próbował stanąć na rękach podpierając nogi o ścianę. Nie był w stanie. Jego technika była dobra i imponująca, ale nie miał w sobie tyle pary nawet mimo rozciągnięcia wszystkiego co mógł. Warknął pod nosem z irytacji opadając na podłogę i dmuchnął w blond grzywkę przyklejającą mu się do czoła. Podniósł się (nie bez przeszkód, wsparł się o krzesło) i spróbował inaczej. Wyciągnął ręce do góry, nabierając równowagi. Nie miał zamiaru tutaj zemdleć, ale miał inny plan. [roll=PO] Próbował od przodu, z lekkiego rozbiegu rzucił się na podłogę od przodu. I to była gorsza pozycja, bo poszło mu zgodnie z jego oczekiwaniami, gorzej. Nie udało mu się nawet jakoś bardzo dobrze odbić i już wylądował na ziemi. Nic mu się oczywiście nie stało, bo potrafił upadać, ale widać w tym było zawziętość. Musiało go to chociaż trochę zdenerwować. Spróbował więc chociaż wstać bez podpierania się, ale do tego też ledwo miał w sobie jakąś parę. [roll=PO] Ostatecznie musiał chwycić się Laurenta, który wszedł już po schodkach na górę i dysząc uśmiechnął się do niego, cudem zachowując równowagę. To był już jego limit. RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 02.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek] Już jakiś czas rozmyślał na tym, jak sprawić, żeby Duma mógł biegać z Flynnem. Może to był pierwszy krok? Ta zmiana ciał nie musiała wypaść źle. Mogła naprawdę zostać czymś dobrym we wspomnieniach. Tak, mogła! Teraz w to wierzył. Wystarczy, żeby Duma reagował na podstawowe komendy Flynna. Jak przywołanie go do siebie, żeby wrócić do domu. Nie bał się jakoś o to stworzenie, żeby samo odnalazło drogę do domu po dobrze znanych terenach, ale już bał się zostawienia go gdzieś, żeby ten... Szlajał się po okolicy i nie daj Merlinie, trafił na jakichś ludzi, których uzna za zagrożenie. Ludzie byli przyzwyczajeni do tego, pieski się głaszcze i tuli. I jak każdy pies - Duma też to lubił. Tylko jak potraktuje nieznajomych..? A jakby potraktował innych Flynn? Nachalnych, chcących pogłaskać pieska. Czarny scenariusz... Z ciekawością patrzył na własne ciało, które ulegało wygibasom, na które nie sądził, że byłoby go w ogóle stać. Ciekawość wręcz dziecięca - co będzie dalej? A dalej było tylko lepiej. Pokraczny ruch, który wcale nie był śmieszny w jego oczach. Próby i błędy innych nigdy nie były dla niego śmieszne - własne? To już co innego. Wstyd błędów potrafił być miażdżący... Ale nie dla Flynna. Był tam w ogóle błąd? Czy to po prostu możliwość ciała go pokonywała? Kiedy pojawił się upadek to gula podeszła mu do gardła i aż zrobił szybszy krok, żeby znaleźć się przy nim... Lecz się nie pochylił. Flynn zaczął się zbierać o własnych siłach... Chyba z siebie zadowolony. Dziwacznie, bo z jakiegoś powodu nie używając rąk, albo przynajmniej starając się tak podnieść. I poniekąd mundur to udało. Złapał go, kiedy na niego wpadł i odszukał tej pomocy do podniesienia się. - Aaa, czy to nie mój najwspanialszy partner wpadający mi w objęcia? - Spoglądał na niego z błyszczącymi oczami, sięgając do spoconego czoła, żeby odgarnąć z niego platynowe kosmyki. Fleamont nie-we-własnej osobie. Nadal jego Fleamont. Ach, ten ostatni, malutki sekret, którego nie znał... - Jesteś... Bardzo dzielny walcząc z tym ciałem. - Mówił ciągle oddychając głęboko, z walącym wciąż sercem od wysiłku fizycznego. Nie brzmiało to więc aż tak czarująco, jak chciał, by brzmiało. - Moja piękna dusza... - Przesunął dłonią dalej po jego twarzy, ściągając palcami ten pot, zatrzymując się dopiero na podbródku. - Która mnie chyba oszukała, bo chyba wcale nie poszła pomoczyć nóżek. - Prychnął z rozbawienia. Flynn lubił ruch. Widział to. Ale widział też, że ruch był potrzebny temu słabemu ciału przed nim. RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 02.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] To mogła nie być jego twarz, ale i tak dało się z niej wyczytać absolutnie wszystko. Najwspanialszy. Partner. Partner. Lubił dźwięk tego słowa. Dziwnie było słyszeć je tym głosem, bo nawet jak jego głos nie brzmiał, tylko jakiś taki zniekształcony był i obcy... ale nakładał na to głos Laurenta słyszany we własnej głowie, a raczej czyniła to jego podświadomość. I działało to fenomenalnie. Wyglądał jak panienka, co zaraz piśnie z podniecenia sytuacją, ale nie pisnął, jedynie uśmiechał się tą zaczerwienioną, słodką buzią i wtórował mu przyspieszonym oddechem. Jak panienka? A może bardziej jak pies słyszący słowo spacer, tylko przez to jak wyglądał i niemal podskoczył, tworzył mylne wrażenie? - Twoja - powtórzył za nim, udowadniając tym samym, że się dało jeszcze mocniej i intensywniej zaczerwienić. - Ahh, wrócił ci humorek, znowu jesteś słodki, bardzo mi się to podoba - zaświergotał tym absolutnie podjaranym tonem, jeszcze go nie puszczając, ale nie przystawiając się do niego zanadto, bo nie chciał tworzyć wrażenia, że pierwsza milsza chwila po rozładowaniu napięcia musiała równać się powrotowi do tematu, jaki Laurent zdecydowanie wolał zepchnąć na bok. - Nie walczę, tylko o nie dbam. Może nie zauważyłeś, ale bardzo je lubię. - Mrugnął do niego i aż sam się zdziwił, że się na taki gest zdobył, ale tak łatwo było rozpływać się pod wpływem jego obecności. Oczy go zdradziły. Zerknęły na jego usta, a Crow nie śmiał wysunąć podbródka spomiędzy jego palców. Naprawdę chciał to wyczuć, połączyć ich wargi, chociaż na krótką chwilę podsycającą dyszenie i sapnięcia, ale... On się śmiał. I znów, niby nie opuszczało to jego myśli, ale potrafił odpuścić. Przynajmniej to. Innej rzeczy już nie mógł. - Sorki, ale jak tego nie sprawdzę, to już dzisiaj nie zasnę - prychnął i przestał zaciskać na nim swoje palce. Było jeszcze jasno, a dzienne światło sprzyjało tej analizie. Spojrzał na niego z rozbawianiem i odwrócił się w kierunku drzwi tarasowych, żeby zniknąć za nim i udać się do łazienki, bo tutaj przez te zasunięte firany było za ciemno. Jeżeli Laurent poszedł za nim z ciekawości, dojrzał Crowa stojącego miny przy lustrze, obracającego głowę na boki i analizującego pod różnymi kątami to, jak wyglądały jego zaczerwienienia. To jak czerwień rozpływa mu się na policzkach i powoli znika. Z ciekawością przesunął palcami po miejscu, gdzie wcześniej zrobił Laurentowi malinkę, ale teraz nic tam nie było. RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 03.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek] Słowo "kobieta" nigdy bardziej nie pasowała do jego ciała niż kiedy zobaczył je oczami Flynna. Nagle wszystkie te określenia, jakimi opisywał go Flint, przestawały być dziwne. Nie powinien był kręcić na nie głową - nagle rozumiał. Jak niewiele potrzeba było, prawda? Jedna odpowiednia perspektywa. Cały świat nie mógł się mylić, skoro jedna osoba mówiła o maskach i wymuszonych standardach męskości, a druga mówiła do ciebie wprost per "ona". Mimo tych skojarzeń Flynna z kobietą (nie tylko w tym momencie) - to z psem było o wiele bardziej trafne. Aż się prosiło o skuteczne zaklęcie transmutacji, które dorobi mu ogon i zacznie nim merdać na boki. Dokładnie jak Duma przed wyjściem na plażę. Twoja. Te wyznania smakowały zupełnie inaczej w tym ciele. Albo i nie? Może tam też tak smakowały, przecież słowa Flynna potrafiły go rozpieszczać aż nazbyt skutecznie. To jedno słowo "twój", tak jak siedem liter "kocham cię" wybuchały tutaj jak gazowe olbrzymy w tym bezgranicznym granacie nieba. Zachwycały swoim wybuchem. Pięknem w tym akcie. Tutaj nie było tylko zniszczenia. Bo... Nie było, prawda? A mimo to zaraz usłyszał o byciu słodkim znowu i w pierwszej reakcji chciał... Przepraszać. Był słodki teraz, a wcześniej był... Okropny. Czuł, że zaciągnął względem tego człowieka jakiś dług wobec słów, które potrafiły ciąć jak nóż. I może nożem nadal nie potrafiłby się posługiwać, ale cięcie słowem wcale nie było mu tak obce, jakby chciał. Słowo "przepraszam" jednak nie padło. Zamiast tego był pogłębiony uśmiech. - Nie mógłby mi nie wrócić widząc, że tym razem bardzo dosłownie stajesz na głowie żeby mi pomóc. - Różne sytuacje mogły się między nimi zdarzać, ale czasami Flynn robił dla niego aż za dużo. Bardzo szybko stał się wygodną podporą. Podporą, której potrzebował tak samo mocno jak powietrza. Znowu się zaśmiał, tak ciepło, widząc ten charakterystyczny gest pawiego oczka. Takiego chyba jeszcze nie widział ze strony Edgar. Albo przynajmniej nie tak w trakcie flirtu. A może..? Wymiótł to bzdurne zastanowienie ze swojej głowy. - Przeszło mi to przez myśl, nie ukrywam. - Odparł z rozbawieniem. Teraz to ciało... Jakoś nie wydawało mu się aż tak odstręczające. A na czym polegała różnica? Tego nie wiedział. Z ciekawością postawił kroki za nim. Do tego lustra w łazience. Nie przerywał tych oględzin swoim słowem, ale teraz rozumiał aż za dobrze. Mógł nie wiedzieć, być skołowany do nieludzkiego stopnia, ale to, co mógł zobaczyć zostanie już z nim. Tylko co chciałby zobaczyć najbardziej? Jaką scenerię? Czy teraz swoim śpiewem bym w stanie wywołać halucynacje? Wtedy mógłby mu pokazać wszystko. Na razie to "wszystko", czego potrzebował, to obserwacja jak znika czerwień ze skóry. Cały ten czas czekał, aż Flynn skończy. W końcu się ruszył, żeby go objąć i odwrócić przodem do siebie. Ujmując jego dłoń dokładnie tak, jak czynił to z damami zapraszanymi do tańca. Zabił dystans między nimi, bo przysunął się bliżej. - Flynn. Kocham cię. - Nie, jakoś nie był przekonany, że to słowo mogło brzmieć mniej słodko. - Chcę, żebyś był szczęśliwy. Uszczęśliwiasz mnie. - Każdy człowiek zasługiwał na swoje szczęśliwe zakończenie, co? Jakże smutne, że na Flynna czekało jedno bardzo nieszczęśliwe, a życzenia Laurenta były jak zwykle tylko pobożnymi życzeniami. Teraz to on spojrzał na te usta. Czy chciał badać te dzikie zakamarki kichania własnego ciała? Już czuł tę namiastkę podniecenia szepczącą o tym, że tak, taaak! Ale psychika nadal mówiła mu: nie. Pochyli się, żeby pocałować usta Flynna. Teraz pewnie słonawe od potu. Miękkie. Nie smakował jak Flynn. W ogóle nie były podobne Flynnowi. - Powiedz mi... Czy jest coś, co chciałbyś zobaczyć? - Wiele czau nie mieli. Szczególnie, że możliwości były ograniczone. Chyba że poprosiłby Migotka o teleportowanie ich po kraju... RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 03.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Dobra, niech Laurent mówi o sobie co chce, ale nie mógł się z nim zgodzić. To co widział w lustrze było śliczne. Absolutnie, niezaprzeczalnie śliczne. Kolory też w jakiś sposób ze sobą kontrastowały. Czerwień policzków z błękitem oczu. Nie obchodziło go to czy było to pospolite, czy rzadkie połączenie, zwyczajnie mu się ono podobało i ciężko mu było ostatecznie się napatrzeć. Ale ta czerwień się rozpływała. Ubywało jej coraz mocniej, ustępowała bladości i znów wiedział tę samą twarz co wcześniej. Wciąż ładną, nie mógł tego zaprzeczyć, ale... Lubił te plamy. Przygryzł wargę i pozwolił mu obrócić się w drugą stronę, opierając lędźwia o krawędź umywalki. Uroczy uśmiech nie przestawał dekorować jego ust i wyglądało na to, że miał się na nich utrzymać jeszcze długo. Objął go w pasie i przyciągnął do siebie ciasno, a kiedy wreszcie pojawiło się pomiędzy nimi coś więcej, kiedy poczuł narastające nie tylko jednostronnie gorąco, pozwolił rękom na zjechanie w dół i zaciśnięcie się na pośladkach, gdzie już zostały, kiedy lekko przedłużał ten słodziutki pocałunek. - Ja ciebie też - szepnął cichutko, kiedy tylko ich wargi się rozdzieliły, jeszcze zanim Laurent zdążył odsunąć od niego głowę. - Kocham cię. W każdej formie, skarbie. - Zaśmiał się bardzo lekko, może to nie był nawet śmiech, a jedynie cień śmiechu. Zaraz po tym odwrócił się, ale to wcale nie znaczyło, że zakończył ten dotyk. Owinął się jego rękoma jak kocem, nakazując mu wręcz opatulenie go sobą, grzanie mu tych gołych pleców i co najważniejsze - ułożenia głowy na jego ramieniu, tuż przy szyi. Chciał wpatrywać się w to lustro razem. - Serio nie wiem. Chciałem zobaczyć słońce, takie zachodzące, bo wszyscy zawsze mówią, że to romantyczne. Ale nie wiem... Nie mam pojęcia co chciałbym zobaczyć. Wiem za to co widzę. - Wyszczerzył się mocniej. - No spójrz tylko na nas. Jesteś jeszcze bardziej zajebiście śliczny, kiedy się widzi kolory, jak to w ogóle jest możliwe? Czy to jest legalne? Powinienem płacić jakiś podatek od zajebistego farta za to, żeś się we mnie zakochał? Nawet nie muszę oglądać książek z aniołkami żeby wiedzieć, że ludzie wyobrażają je sobie jak ciebie. Mam nadzieję, że w swoim ciele będę pamiętał te czerwone plamy na twarzy. - Odetchnął głębiej chłonąc splatające się teraz zapachy. I ze zdziwieniem odkrył, że pachniał inaczej. Laurent nieźle się z tym psem wypocił, ale jakoś to do niego nie docierało. Czy naprawdę tak dużo rzeczy siedziało w ciele? W czym dokładnie? W mózgu? Nie miał pojęcia czym były hormony, nie znał źródeł własnej agresji ani nie rozumiał jak działały miłość i podniecenie poza szczątkowymi informacjami przeczytanymi tu i ówdzie. Ale teraz tak patrzył w to lustro i aż zmrużył oczy. Wyglądali tak... Inaczej. Inaczej nie znaczyło gorzej. Nie rozumiał dlaczego błękit nazywano kolorem morza, bo morze chyba jednak miało inny kolor, ale niech będzie poetom - chciał mieć te morskie oczy i włosy w kolorze słońca dla siebie. To było takie oczywiste, że tylko te ręce, co go teraz oplatały, miały prawo dotykać tego ciała. - Jeżeli w przyszłym roku na Beltane znowu się coś nie odwali i zorganizują to tańczenie wokół słupów, to pobiję rekord kowenu i gwarantuję ci, że kiedy inne dziewczyny będą jeszcze trzymały kciuki, ja ci przyniosę już ten wianek w zębach. - Wyglądał na tak zadowolonego i pewnego siebie kiedy to mówił, jakby już wygrał. - Na Lithę ta wasza Pani Księżyca zmieni zasady, żebyś mógł przyjść w białej sukience. - Odchylił się lekko do tyłu, nie za mocno, tylko tak żeby na niego naprzeć. - ...czy czymkolwiek tam chcesz... RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 03.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek] Dotykały go własne dłonie, ale sposób tego dotyku wcale nie zmienił się od tego, co znał. Zmienił się kształt ust i ich nacisk, ale wcale nie zmienił się sposób całowania. Zmieniło się mnóstwo rzeczy. Nie to, że ten zapach mu się podobał ani nie uczucia względem Flynna. Więc objął go tymi rękoma tak, jak ten przerażający zabójca tego zapragnął. Oparł podbródek na jego barku, spoglądając na odbicie przed nimi. Zamrugał parę razy, chcąc ściągnąć tę niewygodną łuskę szarości z gałki ocznej - nie dało się. Była na stale w nią ubrana. Ta miłość, co wiele miała postaci, wyznawana w jakże odpowiednim miejscu! Ktoś by pomyślał, że to garderoba była ulubionym miejscem w domu Laurenta, ale nieee... to było ważne miejsce, ale nie ulubione. Przesuwał dłońmi Flynna po swoim ciele, delikatnie badając palcami strukturę skóry. Znał ją. Znał swoje ciało na pamięć. A jednak teraz wydawało się inne z wielu powodów. Ten uśmiech pogłębiał się o kolejne milimetry, a ruch jego ciała zdradzał, że te słowa doskonale na niego oddziaływały. Lekko otarł się nosem i szyję Flynna, otarł nogę o jego nogę, nieco chętniej ruszył rękoma, otulając go sobą. Nie odrywając wzroku od lustra, chociaż widoki nie były tak piękne jak te, które widział własnymi oczami. Co było jednak warte tego wszystkiego to ta myśl, że nie tylko Flynn mógł oglądać barwy dotąd niepoznane, ale to, że kiedy teraz nie płakał - był... spokojniejszy. W tej chwili w głowie zaświtało mu słodkie słowo szczęśliwy. Mówił szczerze - chciał Flynna szczęśliwym uczynić. Więc miałby mu to zabierać szybszą odmianą..? Odczarowaniem zaklęcia? Teraz wydawało się to głupim i egoistycznym pomysłem. Zaśmiał się w końcu szczerze słysząc o tych aniołach. Był pewien, że we własnym ciele wprawiłoby go to w jakieś ponure myśli. Powiodło drogą tragizmu przez to, jak łatwo było mówić o tym byciu aniołem. O tej tragicznej drodze tracenia swoich piór ze skrzydeł. Ale tu, teraz, z jego ust? Niech dźwięczą Trąby Niebieskie - tak się właśnie wznosiło do samego Nieba. - Jak to działa, że nie lubisz poezji, a zawstydziłbyś Lorda Byrona..? - Pocałował jego szyję koło ucha, kawałek niżej, niżej, niżej... - Jakie ja więc miałem szczęście, że postanowił ze mną zostać ktoś, kto dba o mnie na chyba każdej płaszczyźnie mojego upadającego życia? - Postawi dom, zasadzi drzewo... tylko gdzie ten syn? Jego też powinien dać. Och, cóż... błogosławieństwo dla tego dziecka, że nie miało szans urodzić się między tą dwójką. - Jestem tak zachłyśnięty twoją osobą, że pierwszy raz doświadczam w życiu problemów z komplementami. To bardzo niemądre... ale... tak bardzo... kocham każdy fragment twojego ciała... słowa wydają mi się takie blade przy tym pięknie. - Nasunął swoje dłonie na jego, rozbił gorący oddech na jego skórze. Prychnął, słysząc kolejne te zapewnienia i aż na moment wstrzymał oddech, sapnął z rosnącego napięcia. - Biorę takie obietnice bardzo do siebie. - Jak z tym księżycem. Będzie teraz czekał - czekał i sprawdzał, co on wymyśli, jak zrealizuje swoje następne przyrzeczenie. Znowu pojawiła się w nim niecierpliwość - niby znajoma, ale całkowicie inna. Ta niecierpliwość podszeptywała, żeby złapać Flynna za kark i ściągnąć w dół, a przyciągnąć do siebie jego biodra. - Lubisz słuchać komplementów, Flynn? - Zamruczał do jego ucha. To było chore. Powalone. Odwrócenie zabawy będąc w innym ciele. Możliwość doświadczania z drugiej strony. Ta bliskość - ona była dla Flynna językiem miłości. Nie istniało zakochanie bez cielesnego jego wyznawania. Laurent chciał zaprzeczać, że sam tak to widział, ale przecież sam tego potrzebował jak powietrza. Tylko że było nadal w nim sporo niepewności, czy to na pewno jest coś, czego sam chciał doświadczać. Nie potrafisz kochać, bo nie wiesz, co to znaczy kochać siebie. Znajome słowa zadźwięczały w jego głowie. Jakby zachęcały do pokochania tego ciała, które Flynn tak zachwalał. Paradoks - przecież uważałeś siebie samego za narcyza. Więc czemu to takie nieidealne? Wątpliwości mógł mieć, a podniecenie i tak robiło swoje. RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 04.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Cóż to niby miało do poezji? - I z czym ten Lord Byron rymuje słowo „zajebiście”? - Zażartował, bo miał w sobie dużo z obrazoburcy i jego umysł zadziałał instynktownie. Zapewne niepotrzebnie, ale nie do końca umiał się powstrzymać póki nie zaczęło robić mu się ciepło. Wystarczyła krótka chwila żeby przypomnieć sobie dobitnie, jak szaleńczo potrafił działać w jego obecności. - Ta...? - Każdy fragment jego ciała? - Myślałem od jakiegoś czasu nad nowym tatuażem. Nad czymś, co zasłoni napis na tym sercu, żebyś nie musiał na niego patrzeć. Miał być statek, morze, ale... Sam nie jestem pewien. Może jakieś kwiaty, które lubisz... Chcę żebyś się na niego gapił. - Przesunął jego dłońmi na swoją klatkę piersiową, oczywiście pustą jak czyste płótno, bo to ciało miało tylko jeden, delikatny tatuaż - detal... Nikt nie wysmarował go tymi wszystkimi bazgrołami, od których miał czuć się groźniejszy. - Oh, myślałem o jeszcze jednym, ale niech to będzie niespodzianka. - Bo coś musiało zostać niespodzianką. Zawsze musiał zaskakiwać, zawsze musiał przypominać o tym, że był sobą - że było warto trzymać go blisko, bo nie znajdzie się przecież nigdy nikogo tak intensywnego jak Crow. Laurent wydmuchał ciepłe powietrze w jego skórę, a on próbował go nabrać i się nim lekko zachłysnął. Ale to nie były już problemy z oddechem, on... Jęknął? Sam już nie wiedział. Ogarniało go ciepło. Obrazek zamknięty w tej ramce lusterka nad zlewem wydawał mi się coraz bardziej niepoprawny. - Bierz je do siebie. Są twoje. - Wszystkie te obietnice i marzenia, cudy jakie mu sprzedawał, to wszystko miało jeden cel. Połączenie ich na zawsze, nawet jeżeli to na zawsze wydawało się ciągle takie odległe i nierealistyczne. - Czasami się zastanawiam... - Nie powinien tego mówić. Nie lubił o tym mówić. Nie lubił czynić się kimś tak podatnym na zranienie. Ale nie powinien też w świetle swoich ostatnich przemyśleń zabujać biodrami tak, żeby się o niego otrzeć, a i tak to zrobił. - Mhm... Jak to jest trzymać tyle rzeczy. To twoje ciało. Drugie też jest twoje. Moja dusza też postanowiła być twoja. Stoimy w twoim domu, w miejscu, które zbudowałeś. - Chyba nigdy mu tego nie mówił. Nie opowiadał mu o tym, że mu się to podobało? Nazywał go panem zarządcą. I zadawał mu jakieś pytania, ale nigdy się przecież nie wyglądał o powtarzającym się pragnieniu wejścia do jego głowy i rozpracowania jej. I o tej palącej potrzebie, żeby tylko on mógł to zrobić. Nikt więcej, nigdy. - Jak to jest? I gdzie sięgniesz po tym czym teraz się zajmujesz? Będziesz mnie chciał... Dalej mieć przy sobie? - Teraz dopiero poczuł się nagi. Przełknął ślinę. Nagość ciała była przy tym absolutnie niczym. Siła jego głosu już kompletnie umarła. Szept musiał brzmieć przy tym jak krzyk. - Tak... ale chyba nie w ten sposób, którego teraz chcesz. RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 04.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek] - Pewnie z imieniem "Flynn". - Sztuka musiała być grzeczna, żeby była sztuką? Nie. Nie musiała być nawet pozbawiona wulgarności. Poezja była tam, gdzie dusza zaczynała tańczyć, chociaż nie słyszymy muzyki. Gdzie słyszysz kolory, chociaż ich nie widzisz. Kiedy pobudzała i sprawiała, że serce drżało jak nogi dziewicy pragnącej spełnienia. Flynn był wulgarny. A jakoś tak samo pięknie brzmiały jego malownicze opisy, jak peony do Julii z dramatu Szekspira. - Morze? Nie. Byłbym wtedy naprawdę zazdrosny. - Bardziej niż o Fontaine, której widok imienia może i nie był najmilszy, ale był częścią jego hisotiri. Kiedy Flynn mówił, to on korzystał - muskał kolejne fragmenty jego skóry wargami na szyi, barkach i ramionach. Te plany, którymi zachwycił się Flynn, te rumieńce - kiepsko były widoczne dla niego. Ledwo cienie wstępujące na policzki. - Ja mam świetny pomysł - wytatuuj swoją twarz. Brązowe oczy jak pnie angielskich dębów. Ciepłe, ale zaciemnione przez intensywność doznań. Zamyślone od prowadzenia kolejnych planów nad nowymi mechanizmami. - Oczy. Zwierciadła duszy. Akurat z tym tatuażem żartował, dlatego jego głos zabarwiony był śmiechem. O reszcie powiedział już całkiem poważnie. Uwielbiał jego oczy. - Wziąłem. I oczekuję ich spełnienia. A zbieram je jak perły - zachłannie, na stosie kładąc największą i najpiękniejszą z nich. - Czyli którą? Która z obietnic była tą najbardziej wartościową? Trzymał dłonie na poziomie jego klatki piersiowej - tam, gdzie przesunął jego rękę Flynn. Gdzie powinien się znajdować malunek Fontaine. Czy było mu źle z tymi tatuażami? Bolało, kiedy na nie patrzył i wspominał? A może właśnie cieszył się wtedy z tego, co ma? Że przetrwał? Jak karaluch. Nie, coś mądrzejszego... Szczur z kanałów. Myszka. Dłonie szybki zmieniły swój punkt oparcia na jego biodra i przytrzymał je przy sobie. Przesunął dłonie wzdłuż linii bioder do przodu, szukając palcami pachwiny. Wędrówka z pytaniem, które go naprawdę zastanowiło. Ale nie ten fragment, który wydawał mi się interesować Flynna najbardziej. - Jak to jest być Laurentem Prewettem? Czy jak to jest nie potrafić się zatrzymać i cieszyć się tym, co się już ma, tylko ciągle chcieć tworzyć więcej, więcej, więcej... - A może jedno i drugie? Zaczynał się obawiać, że jeszcze moment a nie będzie mógł się skupić na mówieniu. - Będę cię pragnął przy swoim boku, bo z tobą nagle wszystko staje się bardziej możliwe. Będę cię chciał, pragnął i potrzebował. Twojego sprytu, pomysłowości i czułości. Twojego bystrego obserwowania moich zachowań, żeby przygotować mi ubranie, bo wtedy mogę chwilę dłużej pospać. Twojej uwagi, kiedy zaczynam gadać o wszystkim i o niczym. Twojej akceptacji dla rzeczy, których wstydzę się najbardziej. Twojego gorąca i twojej siły. Twojej delikatności i twojego charakterku. Widzę cię, Flynn. Widzę, co dla mnie robisz. Jakim byłbym głupcem, gdybym tego wszystkiego nie chciał. RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 05.02.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Sztuka nie musiała być niczym. Gdyby ktoś go o to zapytał, Crow zapewne powiedziałby, że go to wszystko nie obchodzi, ale Laurent miał rację - wyróżniała go głęboka wrażliwość, emocje przenosiły go z głębokiej melancholii prosto w objęcia doświadczenia gniewu. Jedynym, do czego by się przyznał, to do wiary głębokiej w to, że sztuka potrafiła zmieniać i łączyć. Ona potrafiła budować pomiędzy ludźmi mosty i burzyć mury, z których istnienia nie zdawali sobie sprawy. Mówienie było sztuką. Jakąś jej formą, ale też czymś więcej. Dostrzegał to szczególnie jako ktoś z rodziny pełnej osób niewykształconych (w najgorszych przypadkach analfabetów), kto wyszedł z tej grupy, zyskał nową wiedzę i wrócił do niej mogąc poddać wszystko co mówili głębokiej analizie. Zdecydowanie za dużo myślał, ale nie zamierzał tego w sobie zmieniać. Ten dom chciał mu teraz stworzyć, żeby mogli razem czytać książki na kanapie. To drzewo miało tam rosnąć, żeby mógł na nim leżeć i dokonywać właśnie takich analiz. Chciał się rozwijać. Rozkładać ten świat na czynniki pierwsze... tak jak teraz rozkładał go Laurent. Znów robił się czerwony. Jego oddech przyspieszył nawet bardziej niż kiedy ćwiczył na zewnątrz - bo kiedy odbywał treningi pracował nad jakością tego oddechu, a teraz oddychanie to była jakaś drugorzędna, mało istotna sprawa. Liczyło się krocze przy jego tyłku, zaraz po tym palce zaciśnięte na biodrach. Nie tak to sobie wyobrażał, może i zechciałby coś w tym zmienić, gdyby nie poczuł takiej głupawki - serce mu waliło jak oszalałe i odbierało resztek rozumu. Zaczął się o niego intensywniej ocierać i aż pisnął, kiedy dotarło do niego, że Laurent zaraz zrealizuje tę niemą, błagalną prośbę, albo... Zostawi go takiego. Nie wytrzyma, nie... Nie było szansy, że zniósłby to. Jego ręka była umieszczona tak, żeby czuć jak od każdego słodkiego słowa Crow robił się coraz twardszy. Odbicie pełnej podniecenia buzi nie pozostawało złudzeń - to lustro odbijało obraz kogoś, na kogo takie obietnice działały o wiele lepiej niż brzydkie, brudne teksty, tak często rzucane mu podczas seksu z lekkością, bo sporo osób zakładało, że powinien je lubić. Nie lubił ich. Lubił to. Stęknął. Napiął się. Próbował mówić, ale to było aż śmieszne jak się w tym gubił, a podjął się tematu wymagającego o wiele więcej skupienia niż sam sobie dał. - J-je-jst t- Porażka. Nabrał powtarza i spróbował jeszcze raz. - Taka m-myśl - przekonanie... albo jak się na to kurwa mówiło - o formuliczności języka. Że to sposób działania a nie narzędzie m-myyśli - i mógł trochę brzmieć jakby bredził, ale miał odpłynąć dopiero po chwili - że to co mówisz przybiera postać b-boga. - Zaplątał się jak kotek we włóczkę. Po co on to w ogóle mówił, skoro powinien teraz wreszcie klęknąć i zrobić to czego tak cholernie chciał. - To coś co istnieje i ma siłę samo w sobie, a n-nie zbitek dźwięków. - Istniały zaklęcia, inkantacje, klątwy i błogosławieństwa. Przysięgi i kazania zmieniały rzeczywistość. On też ją zmieniał. Crow rozpiął rozporek i głośno przełknął ślinę. - Zobacz co z-ze mną robisz - przeniósł jego dłoń tak, żeby go dotknął, najlepiej złapał. - Możesz sobie tymi słowami zdobyć co tylko chcesz. Chcesz tego? Powiedz jeżeli mnie chcesz. Wiesz, że uczynię tę chwilę cudem. |