![]() |
|
[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=4608) |
RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Ceolsige Burke - 03.10.2025 Prawa dłoń Ceolsige zniknęła w fałdach spódnicy, gdy kramarka zaczęła snuć swoją opowieść. Grzebała w kieszeni przez dłuższą chwilę, a jej palce bezgłośnie przesuwały się po podszewce w poszukiwaniu różdżki. Ukradkiem zerkała na twarz Anthony'ego, obserwując jego reakcje na snute opowiadanie. W końcu, z niemal niedostrzegalnym, cichym westchnieniem rezygnacji, jej dłoń wynurzyła się, dzierżąc smukły kawałek berberysowego drewna. Prosty, oszczędny gest i na czubku różdżki zamigotał niewielki płomyk, który natychmiast przeskoczył na tytoń w cybuchu fajki. Wsunęła różdżkę z powrotem do kieszeni i zaciągnęła się głęboko. Pierwsze szare kółko dymu, które opuściło jej usta, zostało natychmiast porwane i rozwiane przez chłodny, jesienny zefir. Niespiesznie, kacikiem ust wypuściła jeszcze obłoczek w pogoni za nim. Słuchała opowieści dziewczyny, a jej twarz wyrażała zachęcające, uprzejme skupienie. Stała w swobodnej pozie, obejmując się lewą ręką w pasie, podczas gdy prawa, zgięta w łokciu, luźno podtrzymywała cybuch fajki między palcem wskazującym a środkowym. Jej wzrok spoczywał głównie na rozmówczyni, ale co jakiś czas przeskakiwał na Shafiqa, taksując jego postawę i wyraz twarzy. Kiedy ten, z pozornym spokojem, poprosił o dwa opakowania, z ust Ceolsige wyrwało się niemal bezgłośne prychnięcie, ukryte w kolejnym, gęstszym obłoku dymu. Kiedy płacił rozejżała się ponownie, szybko, ukradkowo po mijających ich twarzach. Spojżeniem nie do odróżnienia od zwykłego rozbiegane spojżenia kogoś, kto czeka w kolejce. Gdy Anthony zwrócił się do niej z propozycją, wyjęła fajkę z ust. Uprzejmy uśmiech nie zniknął z jej twarzy, ale błękitne oczy nabrały nagle ostrości i niemal namacalnej czujności. Delikatnie skineła głową na znak uprzejmej zgody. — Z przyjemnością, panie Shafiq. Znajduję propozycję dłuższej rozmowy nader kuszącą, podobnie jak możliwość złożenia wieńca w pańskim towarzystwie. — odparła, a jej głos, choć stonowany, niósł w sobie nutę życzliwej akceptacji. — Zechce Pan okazać mi odrobinę cierpliwości nim skończę zakupy. Delikatnym gestem dłoni i skinieniem głowy wskazała na stragan z owocami. Treść wskazywała na pytanie, ale było to uprzejme stwierdzenie kurtuazyjnego faktu. Z tymi słowy odwróciła się z powrotem do kramarki, a jej spojrzenie znów złagodniało. — To była poruszająca opowieść. W dzisiejszych czasach prawdziwe historie są cenniejsze niż złoto — pochwaliła ją uprzejmie, po czym zniżyła nieco głos, jakby dzieliła się sekretem. — Pamiętaj jednak, że nawet najsłodsze owoce, które wyrosły na popiołach, mogą nosić w sobie gorycz. Nie każdy żołądek jest gotów, by ją strawić. Na twarzy szybko wyrusł usmiech. Przyjżała się badawczo owocom. - Niemniej wyglądają zachęcająco apetycznie. Zasługują na swoją szansę. Podeszła bliżej i z namysłem zaczęła przeglądać owoce. Jej palce delikatnie obracały jabłka, ale wbrew pozorom nie szukały tych najpulchniejszych i najmniej uszkodzonych. Przeciwnie, wybierała te, których skórka nosiła najwięcej szarych, matowych smug — pamiątek po popiele, który dał im nowe życie. Robiła to z naturalnością kogoś, kto po prostu wybiera najdorodniejsze okazy na szarlotkę ale czuje spojżenie raz po raz padało przelotnie na kramarkę. — Dziękuję. Życzę powodzenia w handlu oraz drodze do domu — powiedziała, płacąc należną sumę. Zwiewnie, niemal tanecznym ruchem zwróciła się do Shafiqa, który czekał cierpliwie. — Dziękuję, że pan zaczekał. Możemy ruszać w drogę. - Drobnym gestem głowy wskazała kierunek i nieśpiesznie ruszyła pomiędzy straganami, w stronę wyjścia z jarmarku. Postacie opuszczają sesję
RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Hannibal Selwyn - 04.10.2025 Pogoda powoli przestawała pozwalać na chodzenie w porozpinanych płaszczach, a niedawny kaszel groził, że powróci, ilekroć Hannibal wyszedł na zimno z odsłoniętą szyją, więc chcąc nie chcąc, na kiermasz z okazji Mabon przybył opatulony, w czarnym golfie i brązowej skórzanej kurtce. Buty na grubej podeszwie dodawały mu przynajmniej cal wysokości. Zastanawiał się, czy to już pora na szal, ale ostatecznie zrezygnował. Bez przesady. Zanurzył się w tłum odwiedzających, w lęk, melancholię i świeże wspomnienie Spalonej Nocy, ale także w uroczyste oczekiwanie i nadzieję - na przychylne spojrzenie Matki, albo może na to, że po tym, co się stało, może być już tylko lepiej. Życie toczyło się dalej, zamknięte w butelkach, zapieczone w ciastach, wrzeźbione i wplecione w rękodzieło, ciepłem dłoni, twardością narzędzi, przetrzebione, ale tym bardziej uparte. Mimo wszystko. Hannibal wcale się temu nie dziwił. Sam uważał, że doskonale poradził sobie z przeżyciami tamtej nocy, a przecież od dwóch tygodni nurzał się w życiu, desperacko, jakby miało go zabraknąć. Obsesyjnie ćwiczył do nadchodzącej premiery. Tańczył. Umawiał się ze znajomymi. Dokładał wszelkich starań, aby nigdy nie być sam. Nawet mieszkał z przyjacielem, zrządzeniem losu, które było błogosławieństwem przebranym za niedogodność. No i pił - kilka dni temu zorientował się, że właściwie niemal codziennie od Spalonej Nocy. Nie miał pojęcia, jak to się stało. Na szczęście łatwo było o towarzystwo, będąc Hannibalem Selwynem. Dzisiejszy jarmark opromienił swą obecnością w towarzystwie Jonathana, Jaspera i Mony - zacne towarzystwo, nawet, jeżeli rozmach jarmarku był w tym roku nieco poniżej oczekiwań. - Myślicie, że to musi być jakaś konkretna świeca, do tego rytuału? To znaczy, bardziej specjalna, niż te zwykłe Mabonowe? - pytanie padło głównie pod adresem Jessiego, na którym młodzieniec zatrzymał wzrok - Ty też chyba potrzebujesz, nie? Jego własna religijność była mocno okazjonalna, ale skoro trzeba było modlitwy, żeby w domu przestało straszyć, zamierzał się modlić goręcej, niż kiedykolwiek. Kiermasz z okazji Mabon zwykle obfitował również w kramy z przekąskami i słodyczami, i Hannibal miał nadzieję na pieczone jabłka. Póki co, kupił zapasy orzechów dla Arabeski, słój miodu (za namową Mony) i drugi, marynowanej w korzennych przyprawach dyni piżmowej, który zamierzał podrzucić potajemnie do lodówki Henry'ego, ale jedyne owoce, jakie udało mu się wypatrzyć, były albo całkowicie surowe, albo upieczone… cóż, w stopniu uniemożliwiającym spożycie. - Suszone to bym jeszcze wziął, ale to chyba trochę przesada… - z powątpiewaniem wziął w palce węgielek, będący kiedyś prawdopodobnie jabłkiem i pokazał go towarzyszom - Muszą być bardzo zdesperowani, skoro usiłują sprzedać nawet takie resztki... RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Jessie Kelly - 10.10.2025 Na samym początku miał zamiar olać kiermasz i po prostu zostać w domu. Nie wychodzić z pokoju i przeleżeć prawie cały dzień, z przerwami na jedzenie i spacerami z Benjim. Psiak zdążył odzyskać już swoją przedpożarową energię i ochotę na zabawę, ale Spalona Noc zostawiła coś nawet w nim - kiedy nic się nie działo i wszyscy zajmowali się swoimi sprawami, Benji potrafił zrobić rundkę po całym domu i sprawdzać, czy wszyscy są i nic się nie dzieje. Przechodził z pokoju do pokoju z opuszczonymi uszami i nogami, przez chwilę wpatrywał się w każdego po kolei i po upewnieniu się, że wszystko jest w porządku, dopiero wracał do swojego legowiska i odpoczywał. I bardzo przeżywał moment, kiedy ktokolwiek wychodził do pracy, albo gdziekolwiek indziej. Ostatecznie jednak pojawił się na kiermaszu z Hannibalem, Jonathanem i Moną, którą kojarzył jedynie jako dziewczynę jednego z braci Electry. Ostatni kiermasz, na którym był (nawet jeśli wpadł tam tylko na chwilę i szybko zmył się do domu), był o wiele większy i przykro było patrzeć na ograniczony wybór dóbr, ale również na kartki z informacją o celu, na który zostanie przekazana część zarobków. Z drugiej strony nikogo nie powinno to dziwić - od Spalonej Nocy minęło trochę czasu, ale nie oznaczało to, że wszyscy zdążyło wrócić do normy. Ogień został ugaszony, ale zniszczenia nie zniknęły wraz z płomieniami. Zostały, a możliwości naprawienia ich były ograniczone przez czas, pieniądze i ilość ludzi, którzy faktycznie mogli te szkody naprawić. Został strach. Została nieufność. Został żal po stracie. Czy ktokolwiek mógł oczekiwać, że wszyscy będą mieli ochotę i możliwość świętowania? -Wydaje mi się, że taka normalna powinna też zadziałać, jak się będziesz odpowiednio mocno modlił do Matki - powiedział. -A jeśli będziesz chciał spróbować jakiejś specjalnej świecy, to może nie próbuj tych, które zrobiły ostatnio furorę na Mabon - część ludzi pozytywnie oceniła jakże odważny twór młodego Mulcibera, ale Matka mogłaby nie być zadowolona, że rytuał został odprawiony z pomocą chujoświeczek. W ich mieszkaniu, na szczęście, nie zalęgło się nic, co próbowałoby zadusić ich w środku nocy, ale ich mieszkanie nie nadawało się do użytku, dopóki nie zostanie odrestaurowane przez kogoś, kto wiedział, co robić. Westchnął. -Mnie bardziej by się przydał jakiś dobry lekarz - mruknął, przyglądając się wystawionym na sprzedaż rzeczom. Nie chodziło nawet o kaszel, który powracał co jakiś czas, może nie często i może nie był tak duszący, jak u niektórych, ale przypominał o tamtej nieszczęsnej nocy. Chodziło o głowę - o to, co Vol- Volde- Volb- Ugh! Sami-Wiecie-Kto z nią zrobił. Jak nie mógł nawet na niego nakląć w myślach, a co dopiero wypowiedzieć to na głos. Jakby jego własne myśli były przerażone osobą Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Nie chciał tego. Nie chciał brzmieć, jakby był przerażony. Oczywiście, nie byłby pierwszy, który wyrywałby się do pojedynku z nim, ale nie uciekałby w popłochu, gdyby ON bądź któryś z JEGO ludzi stanął naprzeciw niego. Był w końcu synem Charlotte Kelly i chrześniakiem Jonathana Selwyna. Oboje przekazali mu coś ze swoich charakterów, nawet jeśli nie zawsze było to widoczne. -Pewnie też byś był zdesperowany, gdybyś był na ich miejscu - powiedział, ze smutkiem patrząc na zwęglone chyba jabłko, prezentowane przez Hannibala. Sam uważał się za szczęściarza. Jego rodzina nie ucierpiała w czasie Spalonej Nocy i nawet jeśli ich mieszkanie nie nadawało się do użytku, to mieli gdzie się zatrzymać. Wraz z Jonathanem znaleźć i wynieśli nawet kilka rzeczy z mieszkania, których ogień nie zdążył zniszczyć. -Ale może znajdziemy suszone jeszcze na innym straganie? - mówił bez większego entuzjazmu, patrząc po towarzyszach. !Strach przed imieniem RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Pan Losu - 10.10.2025 Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Jonathan Selwyn - 13.10.2025 Przechodząc się po zazwyczaj barwnym kiermaszu, Jonathan miał wrażenie, że duch Mabon nie tyle co został nadszarpnięty, a skutecznie wygoniony kijami dostając jeszcze na odchodne miotłą po głowie. I to nie tak, że czarodziej spodziewał się wesołego barwnego kiermaszu, pełnego uśmiechniętych ludzi i kolorowych dyń, ale... Ale jednak liczył, że atmosfera będzie chociaż odrobinę lepsza. Bo wbrew pozorom pomimo faktu, że Londyn został spalony, jego rodzina znalazła się w niebezpieczeństwie, Jessie wydawał się nieco przygaszony, Śmierciożercy krążyli gdzieś wokół nich, ludzie stracili życia i domy, Anthony go nienawidził, a jego ulubiony szewc z dużą przykrością oznajmił, że nie da rady przyszykować mu na czas stroju na Mabon... Selwyn nie miał tragicznego humoru. – Myślę, że ostatnio w modlitwach do Matki niektórzy w frustracji już i tak używają sformułowań kojarzących się z kształtem tych świeczek. Nie warto dokładać jej dodatkowego bólu głowy – powiedział, uśmiechając się nieznacznie na wzmiankę o wyrobach Mulciberów, a potem zmarszczył brwi i przyjrzał się uważniej swojemu chrześniakowi. – Dobrze się czujesz? – spytał nie chcąc wyciągać od niego wszystkich informacji w tym miejscu, a jednocześnie już planował wizyty u najlepszych specjalistów. Co mu było? To coś z pożarami? Ten kaszel? A może coś było nie tak z tym wampirem, który go ugryzł i teraz Jessie zbierał konsekwencje tego. Czy wampiry mogły przenosić choroby na swoich kłach? I jak grzecznie zapytać o to Gabriela? – W każdym razie ja też kupię świeczkę na wszelki wypadek. I może jakieś przetwory. Rozważałem również jakąś biżuterię dla matki, ale obawiam się, że nie ma tu niczego co byłoby w jej guście. – I nawet nie mógł na to szczególnie narzekać. Nie on, który postanowił zaprezentować się na tym ponurym kiermaszu w nowym, szarym płaszczu w czarną kratę, rozpiętym głównie po to, aby móc zaprezentować swój, również nowy, pomarańczowy golf. – Mono, a co ty powiesz na kolczyki w kształcie grzybów? RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.10.2025 Dzień święty wypadałoby święcić. Być może byli zabiegani, może mieli wiele naglących spraw, jednak Geraldine z Ambroise'm pojawili się na placu na ulicy Pokątnej. Można było wyczuć w powietrzu bardzo ciężki nastrój, czarodzieje oglądali się za siebie, jakby czekali na to, aż wokół zaczną fruwać zaklęcia, które mogły zrobić im krzywdę. Nie ma się co dziwić, w końcu niecałe dwa tygodnie temu stolica stanęła w ogniu. To i tak jakiś cud, że ludzie postanowili wystawić tu swoje stoiska, byli całkiem odważni, przecież nie wiadomo było, czego się można spodziewać. Nie dało się nie zauważyć sporej ilości pracowników ministerstwa, aurorzy i brygadziści podążali między ludźmi, gotowi na to, by zareagować, jeśli coś poszłoby nie tak. Było to całkiem rozsądnym posunięciem, zważając na to, co ostatnio się wydarzyło, czy jeśli jednak faktycznie doszłoby do jakiejś niespodziewanej sytuacji, to byliby w stanie sobie z nią poradzić. Yaxley miała co do tego pewne wątpliwości. Wsunęła rękę pod ramię Ambroise'a, tak właściwie to dawno nie uczestniczyli razem w podobnym wydarzeniu, kiedyś to było dla nich standardem, w ostatnim czasie... cóż, trochę sabatów ominęli, to znaczy ominęli je w swoim towarzystwie. Czuła, że wreszcie wszystko zaczęło się układać, bo przecież jutro mieli wziąć ślub, co sugerowało, że każdy następny sabat spędzą razem. Niesamowite, a jeszcze z miesiąc temu wydawało jej się, że jej życie jest jednym, wielkim chaosem, jakże szybko można było wszystko poukładać. - Czy potrzebujemy czegoś konkretnego? - Zapytała się Greengrassa, w sumie to nie miała pojęcia, co zamierza kupić, liczyła na to, że być może coś wpadnie jej w oczy. Pojawiła się tutaj głównie po to, by wesprzeć lokalnych przedsiębiorców, zdawała sobie sprawę, że wielu z nich straciło naprawdę sporo podczas pożarów, a że ona miała więcej szczęścia, nic takiego jej się nie przytrafiło, to mogła wspomóc tych bardziej potrzebujących. Nie był to może zbyt wielki gest, ale wiedziała, że niektórzy ludzie nie chcieli przyjmować jałmużny, więc zakupy na straganach wydawały jej się nie najgorszym pomysłem. - Możemy kupić jakieś drobiazgi dla reszty, nie wiem, czy wszyscy zdążą się tutaj pojawić. - W końcu większość członków ich rodzin była zaangażowana w organizację ich ślubu, na pewno zrobi im się miło, jeśli pokażą, że o nich pamiętali. To nie było nic wielkiego, a jednak wiedziała, że mogło sprawić przyjemność. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.10.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/cc5a0489300c4ac4cbcf33a6d26e7c30/c7188a61f10d968f-33/s400x600/4d2070cc38f9d7016537e8487a272753efea574e.pnj[/inny avek] Mimo atmosfery, jaka ogarnęła stolicę po nie tak dawnych pożarach, Ambroise miał raczej bardzo neutralny stosunek do zakupów. Przywykł do wizyt na straganach rozstawionych wzdłuż Pokątnej przy okazji różnorodnych sabatów, a już szczególnie podczas Mabon. Tego, które w tym roku nadeszło dla niego zupełnie niepostrzeżenie. Po prawdzie mówiąc, dopóki nikt nie zmuszał go do niczego, co mogłoby wiązać się ze staniem przy jednym ze stoisk i kwestowaniem na rzecz różnorodnych smoków z walijskiego rezerwatu, raczej nie czuł się źle w tym miejscu. Być może pozostawał trochę bardziej czujny niż zazwyczaj. Możliwe, że momentami odrobinę dostrzegalnie osłaniał sobą narzeczoną trzymającą go pod ramię (oczywiście odruchowo, półautomatycznie; pewne rzeczy przychodziły mu same z siebie, nie dlatego, że sądził, że nie poradzi sobie sama). Ale w gruncie rzeczy? Ot, nawet ze wszystkim, co wydarzyło się z początkiem września, ten konkretny wypad do Londynu był dla niego wyjątkowo normalny, będący naprawdę przyjemnym (jeśli dało się tak mówić w tych okolicznościach) kontrastem dla zeszłorocznego sabatu, który Ambroise spędził głównie na dyżurze w pracy. Warto dodać, że całkowicie celowo ustawionym w ten sposób, aby panicz Greengrass pojawił się wtedy głównie na rodzinnej kolacji, mogąc uniknąć podobnych spacerów w towarzystwie siostry i macochy. Tym razem było inaczej. Zdecydowanie. Może nie do końca traktował to jak spełnienie jego skrytych marzeń. Dużo bardziej wolałby spędzić ten czas w innym miejscu oraz w innych okolicznościach, ale w tym momencie najważniejsze wydawało mu się to, z kim, nie gdzie przebywa. To miało dla niego największe znaczenie. Szczególnie w obliczu świadomości tego, co miało nadejść dla nich już raptem za kilkanaście godzin. Ta myśl była tak samo dobra, co poniekąd absurdalna. Jeszcze tylko kolacje z rodzinami, ten jeden wieczór, jedna noc i... - Myślałem o czymś z kategorii, hm - przerwał na moment, szukając właściwego słowa - jadalnej. Miód, może jakieś lecznicze herbaty - on również raczej wychodził z założenia, że w tym roku robili coś dla społeczności, wspomagając rzemieślników poprzez kupowanie wyrobów. Tak właściwie, gdy o tym myślał, sam nie miał chwilowo żadnych większych potrzeb. Wszystkie miały zostać spełnione w przeciągu kilku najbliższych dni, a skupowanie zbyt wielu rzeczy tuż przed tym, gdy i tak mieli mieć spore logistyczne zamieszanie, nie wydawało się zbyt mądre. Co innego wręczenie czegoś komuś, kto im pomagał... - Ciotka pewnie nie pogardziłaby szalem, ale wątpię, że znajdziemy tu jakiś właściwy - z jednej strony zasugerował, odpowiadając na pytanie, z drugiej zaś jednak niemalże od razu wykluczył własną odpowiedź; no, wspaniale. - Biżuteria? Rzemieślnicy w tym roku chyba szczególnie ją sobie upodobali - zauważył na podstawie kilku przelotnych spojrzeń rzuconych w kierunku pobliskich straganów. Wyglądało na to, że w asortymencie nie brakowało szczególnie kolczyków z motywami roślinnymi. Dostrzegał także całkiem przyzwoity wybór rzemykowych bransoletek, a może nawet jakieś całkiem obiecująco wyglądające chusty, szale, szaliki i płaszcze. Sam zresztą bez wątpienia powinien pomyśleć o nabyciu nowego wierzchniego odzienia, jednakże raczej zostawiał to na późniejszą chwilę i zupełnie inne miejsce. W tym wypadku, Rina miała rację. - Fakt, miło byłoby kupić coś symbolicznego dla wszystkich - przytaknął, rozglądając się dookoła nich. To nie była tylko kwestia olbrzymiej pomocy, jaką teraz otrzymywali. Roise na ogół nie stronił od tej części zwyczajów, która dotyczyła drobnych podarków. Co prawda, głównie to Yule obfitowało w wymiany prezentów, ale tak właściwie, czyż nie każdy sabat mógł być do tego idealny? Nie potrzebowali pretekstu, aby zrobić komuś przyjemność. Szczególnie, gdy sami byli wyjątkowo szczęśliwi. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.10.2025 Tak naprawdę Geraldine nie miała pojęcia, jak to właściwie możliwe, że przez ten miesiąc, no może półtora miesiąca tak wiele się zmieniło w jej życiu. Jeszcze niedawno występowała tutaj ze swoim pokazem łuczniczym, a jej życie było w zupełnej rozsypce, teraz zaś wydawało się być tego przeciwieństwem. Minęło ledwie półtora miesiąca, a tak dużo się wydarzyło. Takich zmian, jakie u niej zaszły nie da się przewidzieć, pożary i zagrożenie, które stało się realne sprzyjało podejmowaniu odważnych i spontanicznych decyzji, cóż, oni byli tego przykładem. To nie tak, że było to zupełnie nieprzemyślane, przecież od lat zmierzali właśnie ku temu, dobrze, że w końcu poszli po rozum do głowy. - Kategoria jadalna nie brzmi najgorzej, szkoda, że tym razem muszę odpuścić smakowanie lokalnych nalewek. - To zawsze wyjątkowo absorbowało ją podczas sabatów. Przez najbliższe miesiące, a zatem również przez kilka kolejnych świąt nie będzie mogła pozwolić sobie na te drobne przyjemności, całkiem odpowiedzialnie bowiem podchodziła do zmian, które pojawiły się w ich życiu. - Podejrzewam, że dla niej musiałoby to być coś wyjątkowego, nie spojrzałaby z aprobatą na szal kupiony na straganie. - Ursula miała swój gust i Geraldine czuła, że straganowe dodatki mogą nie do końca się w niego wpasować. Bez sensu było kupować jej coś, co miało od razu znaleźć się na dnie szafy. - Ojciec na pewno nie pogardzi nalewką. - Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, Gerard był pasjonatem trunków wysokoprocentowych. - Biżuteria będzie w porządku, tylko nie może być zbyt krzykliwa. - Przeniosła wzrok na kolczyki w kształcie liści, które znajdowały się na stoisku, przy którym się zatrzymali. - Może bardziej broszki? - Zapytała jeszcze, chociaż nie do końca była co do tego przekonana. Zamierzała mimo wszystko wydać tu trochę pieniędzy, aby wesprzeć lokalny rynek. - Dla wszystkich to samo? Chyba nie, to by świadczyło o tym, że jesteśmy leniwi. - Jakby kiedyś przejmowała się tym, co sobie o niej ludzie pomyślą... w sumie jeśli chodziło o rodzinę, to jednak było dla niej dość istotne. - Musimy znaleźć coś, co pasuje do każdego, mamy chyba tyle czasu? - Oczywiście nie mogli spędzić tu połowy dnia, ale w godzinę być może uda im się z tym uwinąć, później wypadałoby jeszcze odwiedzić kowen i w końcu udać się na rodzinne spotkania, tym razem osobno, z czym się pogodziła, chociaż nie była z tego powodu całkiem zadowolona. Pocieszające było to, że Ambroise miał do niej dołączyć w Snowdonii wieczorem. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.11.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/cc5a0489300c4ac4cbcf33a6d26e7c30/c7188a61f10d968f-33/s400x600/4d2070cc38f9d7016537e8487a272753efea574e.pnj[/inny avek] Gdyby ktoś streścił mu wydarzenia mające miejsce w przeciągu kilku ostatnich miesięcy, Ambroise niechybnie poradziłby tę osobę o mitomanię i o skłonność do przesady, być może także o brak starań w formułowaniu przekonujących zeznań. Bez wątpienia zarzuciłby tej osobie, że piła zbyt wiele wysokoprocentowych trunków, być może wspomagając się przy tym narkotycznymi kadzidełkami, grzybkami albo czymś podobnym. A jednak wszystko, co powinno wzbudzać uniesienie brwi i lekko rozgoryczony śmiech Greengrassa (no, bo przecież zaprzepaścił swoje szanse na względnie normalne życie i na szczęśliwą historię), okazywało się szczerą prawdą. Tak, sam był cholernie zaskoczony tym, w jaki sposób wszystko zaczęło się układać. Być może, gdyby był trochę bardziej religijny, stwierdziłby, że nieba zdarzyły porę. A jednak nie analizował tego w ten sposób. Owszem, w dalszym ciągu myślał zarówno o przeszłości, jak i o przyszłości, ale przede wszystkim cieszył się teraźniejszością. Naprawdę stał się znacznie bardziej pozytywny, co było niemalże zmianą o sto osiemdziesiąt stopni względem wcześniejszych miesięcy. - Możemy kupić kilka na potem - stwierdził luźno, obdarzając dziewczynę spojrzeniem. - Nie zmarnują się. Zimą wciąż będą dobre do herbaty. Bez też - podkreślił, bo obie opcje były równie właściwe. Niby mieli jeszcze kilka sabatów po drodze, ale podczas Mabon można było zakupić produkty, które nie miały być dostępne w kolejnych miesiącach. Na przykład jarzębinówka z pobliskiego stoiska, przeróżne alkohole z głogu i innych roślin zebranych w poprzednim sezonie i poddanych długiemu leżakowaniu aż do jesieni. Zimowe smaki wciąż były dobre, ale inne. W końcu zazwyczaj liczyła się różnorodność, czyż nie? Chociaż w tym roku na straganach brakowało jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale cóż się dziwić. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia w nieszczęściu, co oni dwoje. - O dziwo, zdarzyło jej się przyjmować podobne prezenty. Tyle tylko, że mieliśmy wtedy po trzynaście, góra czternaście lat. I pewnie wszystkie chwilę później trafiły na strych albo do piwnicy - parsknął pod nosem, podsumowując tym samym, jak bardzo był wtedy naiwny, wierząc w to, że ciotka naprawdę cieszy się z bazarowego badziewia, jakie kupili jej za stanowczo zbyt dużo pieniędzy. W znacznej mierze wziętych od niej, od ojca Ambroisa i od pozostałych ludzi obdarzonych zaszczytem otrzymania czegoś, co w dziecięcych bądź nastoletnich oczach wyglądało na najlepszy prezent pod słońcem. - Więc fakt, wypadałoby kupić jej coś, co będzie trochę bardziej wyszukane - kiwnął głową, przesuwając spojrzeniem po najbliższym otoczeniu, w którym niestety nie zmaterializował się po drodze żaden stragan z przedmiotami o podobnej kategorii. - Zdążymy wstąpić gdzieś w drodze powrotnej? - Spytał, tym razem tak naprawdę nie do końca wiedząc, ile właściwie mają czasu. Jasne, nigdzie się chwilowo nie spieszyli, ale mieli jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia, w tym kowen, który mógł zająć im całkiem sporo czasu. Tego dnia bywały tam prawdziwe tłumy, składając dary dla Matki, więc mogli władować się w sam środek dzikiego tłumu. Co prawda, dziś na Pokątnej było znacznie mniej osób niż zazwyczaj przy podobnych okazjach, ale wiadomo: jak trwoga, to do sił wyższych, czyż nie? W Whitecroft pewnie mieli zastać ludzi, których wcześniej nigdy tam nie widywali. Nie to, żeby sami bywali tam jakoś szczególnie często, czego nie omieszkał im wytknąć kapłan mający prowadzić jutrzejsze obrzędy. No cóż. Najważniejsze, że na te dwa dni postanowili się nawrócić prawda? No, może raczej na kilka godzin z przerwami. Szczegóły. - Miodową? Jarzębinową? Z głogu? Pędów sosny? - Spojrzał na najbliższe stoisko, starając się rozczytać umieszczone tam napisy. - Skomponowałbym raczej własne zestawy prezentowe, fakt. Kupowanie wszystkim jednych rzeczy jest leniwe - i zupełnie pozbawione klasy, ale tego już nie dodał, bo nie musiał tego robić, Geraldine znała jego podejście równie dobrze, co on wiedział o tym jej. - Broszki mogłyby być... ...niezłe - a jednak w jego głosie dało się wyczuć dokładnie ten sam brak przekonania, co w tonie dziewczyny. - Chociaż może lepsze byłyby już runiczne zawieszki? Coś ochronnego, co można schować pod ubraniem? - Zasugerował, z drugiej strony nie do końca wierząc w działanie tak kupionych przedmiotów. - Jeśli streścimy ruchy i nie będziemy za dużo krążyć, pewnie uda nam się odwiedzić wszystkie stragany i kowen - a potrafili być skuteczni, nieprawdaż? Ostatnio dosyć mocno to udowadniali. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.11.2025 Jak widać na załączonym obrazku nie da się przewidzieć tego, jak bardzo może życie się zmienić w przeciągu kilku tygodni. Yaxley była wyjątkowo spokojna i zwyczajnie szczęśliwa, że wszystko znowu zaczęło wracać na właściwy tor. Może dość szybko i intensywnie i miało wprowadzić sporo zmian w jej chaotycznym życiu, jednak nie uważała tego za coś złego. Nic nie działo się bez przyczyny, czy coś. - To nie jest głupi pomysł, chociaż nie wiem, czy już zimą będę mogła je kosztować. - Unikanie alkoholu było w przypadku Geraldine czymś zupełnie nowym i nienaturalnym, jednak wiedziała, że w tym wypadku nie ma innej drogi, zależało jej na tym, aby nowy członek ich rodziny przyszedł na świat cały i zdrowy, a odmówienie sobie kilku kieliszków nalewki nie było zbyt wielkim poświęceniem. Będzie musiała sobie znaleźć jakieś zastępcze trunki, które umilą jej jesienne wieczory. Każdy sabat charakteryzował się innymi lokalnymi produktami, w które warto było się zaopatrzyć, szczególnie, że trzeba było czekać kolejny rok na podobne zakupy. Warto więc było odwiedzić, jak najwięcej stoisk, chociaż nigdy nie była szczególną fanką zakupów, to jednak te stragany miały w sobie coś wyjątkowego. - Pewnie ma jakieś pudło z zapomnianymi podarkami, których nigdy w życiu nie użyła. - Wcale by to jej nie zdziwiło. Przyzwoitość nakazywała przyjmować prezenty, nawet jeśli były nietrafione. Byli jednak w takim wieku, mieli odpowiednie zasoby na to, by kupić Ursuli coś, z czego faktycznie będzie zadowolona. - Myślę, że powinniśmy się wyrobić, bez większego problemu, mamy jeszcze trochę czasu. W Kowenie też nie powinno nam zejść zbyt długo. - Mieli tam zajrzeć tylko na chwilę, złożyć podarki Matce, bo przecież wypadało, a później rozejść się do swoich rodzin, i na koniec dnia spotkać w Snowdonii. - Każdą z wymienionych poproszę, schowamy je bardzo głęboko, żebym mogła później sprawdzić je wszystkie. - O tak, jak wypluje w końcu z siebie pąkla będzie musiała nadrobić ten czas abstynencji, nie widziała innej drogi, zresztą na pewno będzie się jej to należało, po tych miesiącach. Póki co nie widać było zbytnio po Yaxley tego, że znajdowała się w stanie błogosławionym, ale kolejne sabaty... no na pewno Yule będzie w tym roku bardzo wyjątkowe, wolała się nie zastanawiać nad tym, jak będzie się poruszać, szczególnie, że teraz jeszcze nic jej w tym nie przeszkadzało, ale ten stan nie będzie trwał wiecznie. - a my nie jesteśmy leniwi, musimy się trochę postarać. - Nie, żeby była mistrzynią w podobnych sprawach, ale to mogło być całkiem zabawne. Dopasowywanie podarunków do osoby, oby ze wszystkimi trafili. - Takie zawieszki przynajmniej do czegoś się przydadzą, to dobry pomysł. - Lepszy od tych nieszczęsnych broszek, czy kolczyków w kształcie liści. Jej uwagę przykuło stoisko, przy którym znajdował się wieszak i płaszcze. - Wiesz co, kupiłam ostatnio Benjy'emu buty, bo poprzednie mu obrzygałam. - Nie przypominała sobie, aby opowiadała Ambroise'owi o szczegółach jednego z ich spotkań. - Myślę, że ten płaszcz będzie do niego pasować, możemy zacząć od tego stoiska? - Oczywiście, że mogli, zapytała z przyzwoitości od razu kierując się w stronę straganu o którym wspomniała. |