Secrets of London
[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Whitecroft Street (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=153)
+---- Wątek: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=4609)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Deirdre Malfoy - 11.01.2026

Jak ty dziecko wyglądasz! — załamywała ręce Ivanka, czy raczej jedną rękę, bo w drugiej trzymała papierosa. Kobieta wyszykowana w magiczną szatę w agresywnym odcieniu świeżo skoszonej trawy, nie mogła różnić się w tym momencie bardziej od swojej córki. Czarownica spędziła przynajmniej pół dnia na kąpieli, nacieraniu ciała wonnościami, dobieraniu biżuterii oraz nadawaniu swojej twarzy i włosom odpowiedniego wyglądu za pomocą Ulizanny i specyfików Potterów. Należało również wspomnieć o tym, że oddała do farbowania pantofle, aby ich odcień idealnie pasował do zakupionych niedawno rękawiczek oraz torebki. Nic nie pozostawiała przypadkowi, a siwiejące włosy ułożyła tak sztywno, że żadna wichura nie ruszyłaby żadnym kosmykiem.

Skończyłam dyżur pół godziny temu— westchnęła ciężko Deirdre, trzymająca w dłoniach swój wieniec, jako wymówkę, aby nie być złapaną pod rękę z matką, która próbowała jeszcze coś poprawiać przy swoim.

Wymówki, wymówki — żachnęła się starsza kobieta. — Ja wzięłam po prostu wolne.

Mamo, ja pra...

Byłaś takim ładnym dzieckiem. Dobrze, że chociaż ten paskudny uniform przebrałaś. — kontynuowała pani Dolohov-Malfoy, nie zwracając uwagi na córkę, która próbowała coś jej powiedzieć na temat rannych i kryzysu w Mungu po Spalonej Nocy. — A teraz co, cienie pod oczami, włosy bez wałków, a ta szata to nie wiem skąd.

Pożyczyłam od Oleandra — odpowiedziała, chociaż nie było to tak na prawdę pytanie i pani Malfoy nie zwróciła nawet uwagi na to, co mamrotała córka. Zaraz przywitała się z panią Burke i zaczęły rozmawiać na temat wieńców oraz tego, co Ministerstwo powinno wyremontować jako pierwsze.

W gruncie rzeczy Deirdre nie wyglądała tak okropnie, jak to malowała jej matka. Owszem, zmęczenie związane z przedłużonymi dyżurami, konieczność wysłuchiwania żali mugolaków, bez możliwości komentarza czy wyrzucenia ich z placówki, ciągle bieganie po różnych oddziałach ze względu na powoli ustający chaos organizacyjny, odbijały się zmęczeniem na młodej twarzy. Po powrocie rozpuściła jedynie i przeczesała włosy, dopasowała transmutacją czarną szatę i przebrała ubranie spodnie, zamiast utylitarnej krochmalonej koszuli i wełnianej spódnicy w kolorach Munga, założyła na świeżą halkę jedwabną bluzeczkę w perłowym kolorze i taftową spódnicę haftowaną w jesienne wzory, idealna na święta, która pojawiała się w rozcięciach czarnej szaty, jak błyski płomienia pośród węgla. Może nie była to najbardziej stosowna spódnica, ale obecnie najładniejsza z tych, które miała młoda Malfoyówna. Większość jej dobytku spaliła się w świętym gniewie płomieni z ósmego na dziewiątego września.

Nie przysłuchiwała się wcale rozmowie dwóch czarownic. Górując nieco nad nimi, utknęła w nieinteresującej jej konwersacji i zaczęła przetaczać wzrokiem po ulicy Whitecroft. Po popiele, który spadł na Londyn jak śnieg. Lubiła zimę i lubiła śnieg, gdy wyciągała z kufrów grube futra i ciepłe buty, uwielbiała czas Nowego Roku, celebracje strzelającymi korkami szampana i górami szampana. Marzyła jej się góra ptysiów nadziewanych półpłynnym kremem budyniowo-adwokatowym, pokrytych cukrem pudrem, jak śniegiem, który mogła zlizywać z palców. Może na Yule pomaluje sobie paznokcie? Zależy, czy będzie miała dyżur. Zamknęła oczy. Chociaż dopiero nadeszła zima, już kilka dni temu śniła o śniegu, niewyraźny biały sen, gdzie wszystko otuliło ciepło białego puchu, mokrego i tak uroczego, topniejącego na jej nosie. To był dobry sen, całe cierpienie zostało zasłonięte, nie było widać brudnych ulic, nawet Nokturn dało się przeżyć. Szła przez Pokątną, albo Horyzontalną, jakąś ulicę i śniła. O śniegu skrzypiącym pod jej butami. Nie rozumiała, dlaczego to miało być tak ważne. Może powinna napisać do jakieś jasnowidza? Zastanowi się nad tym.

Pani Burke. Matko, położę wieniec na ołtarz — oznajmiła cicho, wiedząc, że matka i tak nie zwróci uwagi, zajęta plotkowaniem. Było jednak w dobrym tonie, aby wiedziała, gdzie zniknęło jej potomstwo.

Wieniec Deirdre należał do tych skromniejszych, bo nie miała czasu na przygotowanie niczego lepszego. Bazę uwiła z zasuszonych hortensji, przywiązanych drucikiem do drewnianego krążka, do środka wstawiła białą świecę intencyjną. Kolorowe piórka, zebrane ze zwierząt, które poświęcimy się wyższej sprawie, dodały koloru całości, a eliksir, który miał sprawić, że kwiaty rozbłysną w ogniu ofiarnym, lśnił tęczową poświatą na płatkach i listkach. Notatki na temat składu eliksiru spłonęły razem z jej mieszkaniem, tych nie trzymała głęboko wewnątrz swojego żołądka, więc równie dobrze mogła puścić z dymem i zawartości fiolki.

Ułożyła wieniec na ołtarzu. Deirdre nie była bardzo pobożną osobą, ale dostatecznie, aby czcić Matkę podczas wszystkich obrzędów z pewnego rodzaju szczerością. Wierzyła w istnienie boskiej ingerencji w ich życia oraz w moc, jaka płynęła ze świątecznych obrzędów, wierzyła, że ktoś czuwa nad nimi, ale nie myślała o tym na co dzień. Nie lubiła, gdy po tym, jak usunęła jad z ciała nieupilnowanego brzdąca, padało sławetne Dzięki, Bogini, bo co prawda nosiła imię celtyckiego bożka, ale siedziała doskonale, że nie o nią chodziło. Gdy coś poszło nie tak, to oczywiście Matka była ostatnia do winienia, gdy pomoc przyszła zbyt późno.

Z zamyśloną miną została chwilę przy ołtarzu. Zapaliła świecę wotywną i odmówiła modlitwę, której nauczyła ją matka w dzieciństwie. To właśnie tego typu słowa, proste i bardzo naiwne, zawsze znajdywały drogę w jej pamięci, gdy przychodziło do religijnych obrządków, te poznane, gdy była jeszcze ziarnem swojej osoby, a nie jej pełnią.
[a]Matko, jeżeli mnie słyszysz, najłaskawsza, przynieś moim bliskim łaskę swej dobroci. Pobłogosław moim rodzicom, pobłogosław Lorraine, Baldwinowi, bądź im światłem w ciemnościach Nokturnu. Matko, chroń Desmonda i Oleandra, którzy mnie przyjęli pod swój dach. Pani, daj szczęście Roselyn w jej przyszłym małżeństwie i Lanie spokoju ducha. A jeżeli pozostanie coś dla mnie, przynieś mi iskrę łaski kreacji z Ciebie, aby nadtchnęła mój warsztat.

Tylko Bogini i sama Deirdara wiedziały, że ta ostatnia prośba była najszczersza.


Rzemiosło ◉◉○○○: +10
Tworzenie eliksirów i maści (II): +20 eliksir, który sprawi, że kwiaty pod wpływem ognia rozkwitną
Opieka nad magicznymi stworzeniami (I): +10 pozyskane od zwierząt piórka do dekoracji wieńca
[roll=1d100+40]

[Inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=y982osW.jpeg[/inny avek]


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Astoria Avery - 17.01.2026

Astoria szła obok mężczyzny wolnym, wyważonym krokiem, pozwalając, by rytm dziedzińca i ciężar chwili narzuciły tempo myślom. Spojrzała na ołtarz nie jak wierna, lecz jak kustoszka, analizując, ważąc znaczenia, symbole, intencje. Widziała nieforemne wieńce i misternie rzeźbione figurki nie jako lepsze i gorsze dary, lecz jako zapisy ludzkiego stanu po Spalonej Nocy. Chaosu, straty, desperackiej potrzeby, by cokolwiek jeszcze miało sens. Dziedziniec pulsował cichym ruchem: szelestem szat, przytłumionymi krokami na kamiennych płytach, a w powietrzu unosiła się ciężka, wielowarstwowa woń wosku, palonego zioła i surowego drewna. Patrząc na dębowy ołtarz zastanawiała się, czy jej podarek nie jest zbyt skromny.
Dała z siebie wszystko. Przez ostatnie dwa tygodnie pracowała nad obrazkiem, który mógłby w jej ocenie zadowolić bogów. Świat na zewnątrz dusił się jeszcze dymem, Londyn nosił na sobie blizny ognia, a ona malowała. Nie dlatego, że musiała. Nie dlatego, że nie było jej stać na gotowy dar. Przeciwnie, mogła bez trudu kupić dzieło uznanego artysty, oprawione w złocenia. Tym razem potrzebowała dotknąć procesu od początku do końca własnymi dłońmi. Malowanie było dla niej formą terapii, rytuałem porządkowania - myśli, emocji, wspomnień z tamtej nocy. Starała się, by obraz był godny. Nie w sensie religijnego patosu, lecz szczerości.
Przypominał święte obrazki, bo przedstawiał Matkę z wianuszkiem dzieci, o które dbała. Wianuszek w dosłownym znaczeniu - całość była połączona w piękny kwietny wianek, a każdy kwiat przedstawiał jedno z podopiecznych Matki, która znajdowała się w centralnym punkcie, będąc niejako słońcem, wokół którego krążą dzieci i jak te kwiaty, potrzebują słońca do życia. Z drewnianych desek wykonała ramę, a całość była zadowalająca, nawet pod jej krytycznym spojrzeniem.
- Kupiłam obrazek. Mam nadzieję, że przypadnie im tam na górze do gustu. Nie śmiej się, ale będę się modlić, żeby smród z mieszkania wyparował - spojrzała na niego kątem oka, czy ocenia jej decyzję. Dramatyczne sytuacje wymagały drastycznych środków, próbowała już wszystkiego. Spojrzała na opakowany obrazek pod jej ramieniem. Namalowała go sama, ale to wciąż była tajemnica. Nie chciała, żeby ktokolwiek wiedział. Kłamała dobrze, chyba od zawsze. Jej wersje były spójne, logiczne, pozbawione zbędnych szczegółów, takie, jakie należało podać, by nie prowokować dalszych pytań. Ale Levi znał ją zbyt dobrze, potrafił czytać między wierszami wypowiadanych przez nią słów. Tam, gdzie inni widzieli elegancką rezerwę, on dostrzegał napięcie. Tam, gdzie słyszeli zwykłe stwierdzenie, on wyczuwał drobne przesunięcie intencji. Pewnie się domyślał, ale jednocześnie nie wymuszał na niej zwierzeń, na które nie była gotowa. Jeżeli coś miało pozostać niewypowiedziane, pozostawało takie za obopólną zgodą.
- A ty kiedy plotłeś wianek? - zażartowała, gdy panująca wokół atmosfera zaczęła ją przytłaczać. Wiedziała, że sam nie wykonał swojego daru i właściwie nie był nawet zbyt religijny, ale cieszyła się, że ma go obok. Czuła jego wsparcie, to niewypowiedziane, bo mimo wszystko takie okazje wywoływały masę wspomnień, a nie lubiła publicznie popadać w nostalgię. Jednocześnie sama starała się odwdzięczyć tym samym, bo wyczuwała jego napięcie, prawdopodobnie związane z tym miejscem.


+ 10 za 2 kropki w rzemiośle,
+ 20 za dwie wagi tworzenia dzieł sztuki,
+ 20 za dwie wagi renowacji,
+ 10 sztuki plastyczne.

[roll=1d100+60]


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Christopher Rosier - 19.01.2026

Christopher nie był szczególnie wierzący, ale nie był też ateistą. Wychowywano go w domu, gdzie istnienie Matki Księżyca przyjmowano za pewniak, udział w obrzędach religijnych traktowani jednak bardziej jak tradycję niż cokolwiek innego, a religijność kultywowano bardziej wtedy gdy to w niczym nie przeszkadzało czy na pokaz niż z prawdziwej potrzeby serca.
Przyszedł tego roku do kowenu z darami głównie dlatego, że Rosierowie słynęli ze swoich wytworów. Oczekiwano, że ktoś z nich się tu pojawi i Christopher tych oczekiwań nie zamierzał zawieść. I w rękach niósł lalkę, mającą symbolizować matkę księżyca, odzianą w strój, który sam najpierw namalował w ramach projektu, a potem zaprojektował i stworzył – włącznie ze srebrzystą suknią, butami i paskiem. Było to i tak mało ekstrawaganckie, nawet odrobinę skromne, bo normalnie chciałby przyciągnąć uwagę wszystkich, i ta lalka i suknie z pewnością byłyby dużo większe, ale po Spalonej Nocy nie miał aż tyle czasu – kilka klientek, które cenił, potrzebowało nowej garderoby – a i pewnie byłoby źle widziane, gdyby spalił duże ilości jedwabi czy innych drogich materiałów.
Ułożył dar na ołtarzu, przez moment wodząc spojrzeniem po innych, które przynieśli tutaj ludzie. Nie odmawiał długich modlitw, choć pomyślał, że bardzo chciałby, aby sytuacja się uspokoiła, choć na krótki czas: gdyby otrzymali zimą wreszcie moment wytchnienia, jeśli nie cała Anglia, to przynajmniej on i jego rodzina.
A potem cofnął się i teleportował.
Zbyt wiele było tutaj cierpienia, zbyt wiele osób szukało pocieszenia po tragediach, stratach i strachu, aby chciał zostawać w tym miejscu długo.

Bonus:
krawiectwo + 20, kaletnictwo + 20, sztuki plastyczne (malarstwo) + 10, rzemiosło + 20, zawód postaci + 5. W sumie 75.
[roll=1d100+75]

Postać opuszcza sesję



RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Leviathan Rowle - 20.01.2026

- Malarka kupująca obrazek? - zapytał, zerkając na nią kątem oka i z pewnym rozbawieniem. - Jestem pewien, że Matka i tak go doceni - skomentował tylko, nie próbując słowami dogrzebywać się do warstw, które kryły się pod jej deklaracjami. Kupiony czy nie, to nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Astoria mogła i całym sercem wierzyć w bóstwa, które znajdowały się nad nimi i podobno czuwały nad tym padołem, ale najważniejsze dla niego było by nie stawała się w tym wszystkim nachalna. By nie próbowała przekonać go, że stając tego dnia na brukowanym dziedzińcu kowenu, mógł dostąpić jakiegoś odkupienia i los dawał mu szansę, by pojednał się z trójboginią. Na całe szczęście, tego typu zagrywki były najwyraźniej domeną jedynie Helloise, którą już wyobrażał sobie później tego dnia, gotową zaciekle przekonywać go do swojej racji.
- Nie mam zamiaru się też z tego śmiać. Skoro polecona przeze mnie lektura nie podziałała, to pozostaje ci tylko siła wyższa - i mimo obietnic, gdzieś w kącikach ust zatańczył odrobinę złośliwy uśmieszek. Była w tym jednak pewna łagodność, która pojawiała się jakby jako rekompensata dla prostego faktu, że przed nim nie mogła się aż tak łatwo ukryć. Znali się zbyt dobrze by bawić w podchody, jakby łapanie na zarzucane haczyki było zaledwie formą grzeczności.
- Nie plotłem. Prędzej odgryzłbym sobie rękę - szepnął i nawet nie chodziło jego religijność w tym momencie, co prosty fakt że jego zdaniem wieniec był zwyczajnie przesadzony i ostentacyjny. Tak kończyło się proszenie Heloise o cokolwiek i zostawianie spraw w jej rękach. Wieniec, albo raczej stroik, bo niewiele tu były tradycyjnych krągłości, przypominał smoka. Delikatną, skomplikowaną machinę, której ktoś nadał kształt ruchliwych skrzydeł i fizjonomii mitycznego jaszczura. Materiał stanowiący błonę skrzydeł umaczany był w jakimś opalizującym tałatajstwie, a reszta skóry stworzenia pokryta była misterną łuską. Zwierzę miało charakter, to niewątpliwe, a przed nim w zielnym gnieździe mieściła się świeca. Gdyby ją zapalił, bestia rozłożyłaby skrzydła, pokazując misterne wzory, które kryły się teraz przez spojrzeniem czarodziei.
Rowle nie przepadał za rzucaniem się w oczy. Miał naturę przyczajonego gada, który czekał tylko na dogodną okazję, a uważne spojrzenia sprawiały że nie mógł działać tak jak sobie wymarzył. Stroik wiec wydawał mu się w pewien sposób kpiną, a przynajmniej wziąłby go za coś takiego, gdyby to nie ostrożne dłonie ciotki go stworzyły. Ciotki, brzmiało tak samo obco jak zawsze, ale kiedy patrzył na wieniec obracał je w myślach niemal karnie, jakby oddalając w ten sposób za karę Helę.
- Heloise go zrobiła. Ja nie miałem zbytnio na to czasu. W sumie pewnie gdyby nie to, że mi go wysłała, to w ogóle zapomniałbym na śmierć, ze coś wypadałoby złożyć. A może i matka wcisnęłaby mi coś karnie w ręce. Lubi ten cały mistycyzm, chociaż może nie w tym wydaniu... - mruknął na koniec z zastanowieniem, rozglądając się po placu. Odnosił wrażenie, że Evelyn było bliżej właśnie do tego tajemniczego mistycyzmu, który rozwijał się za zamkniętymi drzwiami Macmillanów, niż jarmarcznego pokazu że należy spalić dary i oddać je bogini. - Panie przodem? Będę zaraz za tobą - zasugerował miękko, kiwając głową w stronę ołtarza, gdzie leniwie kręcili się ludzie. Tak samo wierni składający swoje rękodzieła, jak i kapłani którzy systematycznie odejmowali je od ołtarza i przenosili by zrobić miejsce na nowe.


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Deirdre Malfoy - 21.01.2026

Pod wpływem jej podarku, ołtarz lekko zadrżał. Coś, co kapłani komentowali, jako upodobanie do podarku. Spodziewała się raczej, że Bogini spędza czas w postaci łani, biegnąc ze swoimi stadami, prokreuje w każdym zwierzeciu, ustanawiając płodność natury i szumi w strumieniach rzecznych, zgarniając popioły z brzegów i znosząc je do morza, aby oczyścić wodę dla korzeni roślinności. Deirdre mocno wątpiła w to, że Bogini rzeczywiście siedziałam na ołtarzu i krytycznie oceniała dary swoich wiernych. Wydawało jej się to... Dziwnie okrutne. Wyjątkowa myśl dla kogoś, kto uważał ognie Spalonej Nocy za niejako błogosławieństwo, znak tego, że społeczeństwo się budzi i przypomina sobie, kto jest panem i władcą: ci, którzy władają magią od zarania dziejów, a nie przez przypadek. Naturalny porządek miał zostać przywrócony, czuła to w kościach.

Ukłoniła się z dłońmi złożonymi pokornie na sercu, jeszcze raz, myśląc nad tym, czy jej modlitwy będą wysłuchane?

Próbując wypatrzeć w tłumie matkę, wpadła na znajomą dwójkę. Niewiele niższa od Leviathana, Deirdre górowała nad Astorią prawie o głowę i to o nią się zahaczyla w swojej niezgrabności. Malfoyówna nigdy nie była najbardziej zręczną, pełną gracji dziewczyną, a z każdym centumentem w górę, stawało się to jeszcze bardziej widoczna. Teraz jej ruchy ciała były widocznie ograniczane przez świadomość siebie w przestrzeni, bez ozdobników gestykulacji oraz eleganckich form przystankowych, które wpajała jej bezskutecznie jej matka, ostatecznie uznając ze zmarszczonym nosem, że przynajmniej nie wygląda jak młoda Yaxleyówna.

Pan Rowle, Astoria! Wesołego Mabon. Również składaliście wieńce?

Od razu czuła, że pąsowieje z zażenowania. Cóż innego mieli tu robić, oglądać lokalne krajobrazy? Oczywiście, że składali tradycyjne wieńce, czy to wiedzeni rzeczywistą duchową potrzebą czy pod pretekstem tradycji zadawali rodzinę i podsłuchiwali plotek. Inni mogliby się nie zgodzić, dla Deirdre było to wszystko jedno. Ona jedynie lubiła wymawiać ojcu, gdy ten o coś prosił siły najwyższe, że nigdy się nie kwapi przychodzić na Sabaty. Pytanie kogoś, czy przyszedł przynieść wieniec to tak samo, jakby zapytać uzdorwicielu w Mungu czy często tam przychodzi.

Uśmiechnęła się do dwójki blado. Wyglądała na bardzo zmęczoną osobę, co było dość oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, że była magimedyczką podczas jednej z największych katastrof maginaturalnych tego stulecia. Po samym zapachu eliksirów dookoła niej, przylepiająchych się do włosów bardziej niż krew przywierająca pod paznokciami, czuć było, że pewnie dopiero wróciła z pracy.

Na szczęście Astoria znała nieco niezręczną postać koleżanki, a Leviathan kojarzył ją jedynie z suchego podejścia do pacjenta i profesjonalnej opieki medycznej razem z końskimi dawkami eliksirów uśmierzający ból.


[Inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=y982osW.jpeg[/inny avek]


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Astoria Avery - 29.01.2026

Zacisnęła zęby, czując nagłe ukłucie. Bo przecież nie była malarką. Przynajmniej nie oficjalnie. To słowo nie należało do niej, nie było tytułem, którym mogła się posługiwać, ani rolą, którą wolno jej było przyjąć bez konsekwencji. Malowanie istniało w jej życiu jak sekretna komnata w rodowym domu zamknięta na klucz. Wiedziała o tym rodzina. Wiedział on. Jednak to wystarczało, by poczuła się teraz odsłonięta, niemal przyłapana.
- Cicho, bo jeszcze ktoś usłyszy - mruknęła, a jej oczy zbyt długo spoczywały na darze, który niosła. Zbyt uważnie śledziły każdy załom płótna pod lnianym okryciem, jakby mogły wzrokiem wygładzić miejsca, które tylko ona wiedziała, że istnieją. Mankamenty, które tylko ona widziała. Nie musiała niczego potwierdzać, żeby odczytał prawdę z jej twarzy.
Na wzmiankę o lekturze w jej reakcję nie wdało się ani grama tej wyćwiczonej powściągliwości, którą zwykle nosiła z dumą. Oczy wywróciły się same, z lekko przesadzonym ruchem, zdradzającym irytację podszytą czymś bardzo bliskim rozbawieniu. Łokieć uderzył go w żebra chwilę później - krótko, celnie, z siłą wystarczającą, by była odczuwalna, ale nie na tyle, by można było nazwać ją prawdziwym ciosem. Raczej sygnałem.
Kiwnęła głową z lekkim uśmiechem, bo od początku wiedziała, że nie podjąłby się tego zadania dobrowolnie.
- Robi wrażenie - stwierdziła, patrząc na jego smoczy wianek. Faktycznie rzucał się w oczy, co nie było w stylu mężczyzny, ale przynajmniej mógł położyć go z dumą na ołtarzu, zamiast wstydzić się byle jakiego wiechcia. Nie kwestionowała poglądów Leviego, nie narzucała mu swojego zdania. Jej religijność była intymna, skupiona do wewnątrz, pozbawiona ostentacji. Nie potrzebowała świadków ani potwierdzeń. Jeśli Matka miała coś przyjąć, zrobiłaby to niezależnie od jego przekonań. Astoria była tego spokojnie pewna.
- Z pewnością ma talent - przyznała ze szczerym podziwem w głosie. Łatwo było wyobrazić sobie, jak wiele intencji włożono w ten jeden przedmiot, jak bardzo czyjeś ręce chciały, by ofiara była zauważona.
Ostrożnie wysunęła spod ramienia płaski pakunek, jakby nawet teraz bała się wykonać zbyt gwałtowny ruch. Rozwiązała go powoli, z niemal nabożną uwagą, pozwalając, by kolejne warstwy ochronne opadły jedna po drugiej. Obraz był niewielki, skromny w formacie, ale dopracowany w każdym detalu. A mimo to i tak nie był w pełni zadowolona. Wiedziała, że stać ją było na kupno czegokolwiek. Wiedziała też, że to nigdy by nie wystarczyło. Ten obraz nie powstał dlatego, że trzeba było coś złożyć. Powstał dlatego, że musiała to zrobić sama.
Ruszyła w stronę ołtarza wolnym krokiem, zostawiając Leviego w tyle. Dookoła ludzie szeptali modlitwy, ktoś zapalał świecę, ktoś inny ocierał oczy, ale dla niej ten gwar stopniowo cichł, rozmywał się, aż pozostał jedynie pulsujący trzask świętego ognia. Gdy dotarła do ołtarza, pochyliła głowę i ułożyła obraz ostrożnie na drewnianej powierzchni, między wieńcami i haftowanymi tkaninami. Przez krótką chwilę jej dłoń spoczywała jeszcze na ramce, jakby nie chciała jej wypuścić, jakby wraz z tym gestem oddawała coś więcej niż tylko przedmiot. Zapaliła świecę, a potem cofnęła rękę i zamknęła oczy.
Modlitwa przyszła sama, bez wysiłku. Najpierw prosiła o pomyślność dla rodziny i tych, którzy byli blisko, oraz tych, którzy pozostawali daleko, ale wciąż byli obecni w jej sercu. Prosiła o zdrowie, o spokój, o szczęście. O to, by nic więcej nie musiało zostać spalone, by strata przestała być codziennością. A potem jej myśli powędrowały ku mieszkaniu. Modliła się, by mury przestały dusić obcym zapachem, by powietrze odzyskało czystość, a noc nie przynosiła już niepokoju.
Gdy odchodziła od ołtarza czuła wewnętrzne pokrzepienie. Ba, wydawało jej się, że posąg Bogini się do niej uśmiechnął, ale wytłumaczyła to sobie nadmiernymi emocjami, może wpływem kadzideł. Niemniej faktycznie miała wrażenie, że jej modlitwy zostały wysłuchane.
Odsunęła się o krok, potem drugi, by dać Leviemu chwilę, stapiając się z tłumem na tyle, by nie stać nad nim jak nad uczniem przy egzaminie.
- I po krzyku - uśmiechnęła się lekko, gdy mężczyzna znów pojawił się obok. W tym momencie została też potrącona i kiedy już miała warknąć w niekoniecznie miłym tonie, spojrzała w górę i zobaczyła znajomą twarz Deirdre.
- Wesołego Mabon! Dobrze cię widzieć - uśmiechnęła się do kobiety i skinęła głową w odpowiedzi na pytanie. Nie skomentowała oczywistej niezręczności, by nie wprowadzać jej w większe zakłopotanie. - Ja w zasadzie tylko skromny obrazek, za to pan Rowle tutaj zaszalał z wieńcem. Na pewno zgadniesz, który należał do niego. - Skinieniem głowy wskazała ołtarz, na którym dumnie prezentował się jego stroik-smok. - Który jest twój? - zapytała, przenosząc wzrok na jej twarz, dopiero teraz rejestrując szczegóły. Nie zadawała pytań o dyżury ani o to, ile godzin Deirdre nie spała. To byłby gest pozornie uprzejmy, a w rzeczywistości zbędny. Wszystko było wypisane na niej zbyt wyraźnie. - Właściwie skąd się znacie? - dopytała jeszcze, a jej spojrzenie dryfowało między jednym a drugim.


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Leviathan Rowle - 31.01.2026

- Nie ma przecież w tym nic złego - wymruczał w jej stronę, krzywiąc się mimowolnie. Jej skrytość w tym temacie nie była niczym nowym, ale chyba nie do końca podchwytywał całe jej podłoże i uzasadnienie. I tak zajmowała się sztuką, siedząc w galerii i rozgryzając kolejne obrazy tak, żeby jak najlepiej zaprezentować je innym osobom. Ale powiedzieć, że była malarką? To był nagle grzech, tak jakby branie w palce pędzla było czymś niemal świętokradczym dla jej osoby.

Jego dłoń wspięła się po boku, nakrywając miejsce w które szturchnęła go łokciem, z absurdalnie wręcz teatralnym wywróceniem na nią oczami. Żarty pisały się tutaj same, niestety, chociaż całkiem szczerze liczył na to, że prędzej jak później uda się jej poradzić z nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi Spalonej Nocy.

- Ma serce do takich rzeczy - odpowiedział z namysłem. Talent był tylko ułamkiem tego, co siedziało w Heloise. Była tak jakaś dziwna, kreatywna iskra, która pozwalała jej tworzyć to, co urodziło się w jej głowie. Bo przecież co za problem było zrobić klasyczny wieniec? Żaden. Ktoś z talentem splótłby go pieczołowicie, równiutko, z największą precyzją i ten wyglądałby przepięknie, ale ona? Ona dorobiła do tego cały misterny mechanizm, jakby chciała krzyczeć do całego świta ze swojego lasku, żeby widział z kim na do czynienia. Wolałby klasykę, ale cóż. Nie zamierzał narzekać, a przynajmniej nie przy innych ludziach.

Astoria ruszyła wreszcie w kierunku ołtarza, by zaprezentować swój obrazek bogini, a on zdecydował się na to samo. Atmosfera uświęconego namaszczenia, która zdawała się koncentrować im bliżej ołtarza się znajdowali, wydawała się w pewien sposób przytłaczać. Jakby każda kolejna modlitwa, złożone do niej ręce i składające się na nią słowa, budowały wielki wał, roztaczający się powoli coraz dalej i dalej od ołtarza, a on swoją niewiarą bruździł to, co zostało tu zbudowane.

Trudno.

Złożył wieniec na ołtarzu i zapalił symboliczną świecę, by dopełnić rytuału. Pochylił na chwilę głowę, właściwie chcąc zamarkować modlitwę, ale mimowolnie w jego głowie zrodziło się jakieś podziękowanie za opiekę nad Helloise i prośba by modlitwy Astorii zostały wysłuchane. Krótka chwila, mając szansę wybrzmieć o wiele szybciej niż te, które ludzie tworzyli dookoła, przez co wrócił od ołtarza jeszcze przed panną Avery.

Spiął się na moment, kiedy wysoka sylwetka trąciła towarzyszącą mu kobietę, jednak znajomość twarzy w pewien sposób kazała mu się wycofać z czegokolwiek co właśnie przemknęło mu przez głowę.

- Właśnie oddaliśmy je na ołtarz - odparł, unikając świątecznego powitania i zamiast tego uśmiechając się tylko grzecznie. - Proszę, przestań. Wieniec może był mój, ale nie ja go tworzyłem. Oklaski należą się autorce - kąciki ust drgnęły w grymasie, kiedy uwaga została skierowana na niego. - Doktor Malfoy pracuje na oddziale urazów magizoologicznych. A biorąc pod uwagę mój zawód i ja i moi pracownicy jesteśmy tam częstymi gośćmi.




RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Deirdre Malfoy - 22.02.2026

Umm, mój to tamten z takimi piórkami, o, kapłan go właśnie zabiera. Powinien, yyy, powinien po wrzuceniu, znaczy kwiaty powinny rozwinąć się bardziej, ale w sumie nie wiem czy, czy będzie to widać. W kontakcie z ogniem w sensie.

Uśmiechnęła się do siebie bardziej, niż do rozmówców, z dumą, że jej wieniec, chociaż skromny, został przyjęty przez Matkę bardzo pozytywnie. Dzięki temu miała boskie potwierdzenie w tym, że czyny jej rąk są dobre. Rzadko otrzymywała tak bezpośrednie potwierdzenie tego, co robi. Przeniosła spojrzenie, niebieskie jak niebo, lekko szklane, niemal porcelanowe. Na jej podobiznę dało się malować figurki, stawiane nad kominkami.

Czy tamta maść była dostatecznie silna czy następnym razem dodać więcej środków przeciwbólowych? — dopytała Leviathana. Uraz, o którym wspominała, dotyczył jego pracownika i nie wymagał szczególnej troski. W sierpniu Deirdre testowała dodatkowe substancje łagodzące ból i przenikające przez głębsze warstwy, znieczulając skuteczniej, bez obezwładniającego wpływu na jaźń i świadomość pacjenta. Nie udało jej się dokonać żadnych specjalnych przełomów w tej dziedzinie, ale postępy były dla niej zadowalające w kontekście jej prywatnych projektów.

Będę wymagała twojej pomocy, Astorio — zwróciła się do koleżanki, wyginając sobie bezwiednie palce, w niezręczności swojej osoby. — Meble w moim mieszkaniu spłonęły i chciałabym kupić może... Może jeden obraz albo gobelin? Nie chcę, jakby to ująć, hmm, wracać do, em, szpitalnego mieszkania? Wystarczy, że tam pracuję.

Zaśmiała się chicho, zasłaniając usta dłonią, w swojej nieszczególnie udanej próbie żartu. Deirdre miała wszelkie teoretyczne umiejętności rozmowy, robiła pauzy, tam gdzie trzeba i zwracała się do każdego ze swoich rozmówców, ale i tak całość tworzyła raczej koślawy obrazek. W ogóle na Deirdre dużo lepiej patrzyło się, niż słuchało.

Wizualnie Deirdre nosiła wszelkie składowe eleganckiego łabędzia. Modna spódnica w jesienny motyw, długa szyja, która prosiła się o sznur pereł (który czasami Malfoyówna pożyczała od matki), długopalce dłonie układające się w oszczędne, skompresowane gesty, będące wynikiem godzin tresury ze strony rodzicielki. Deirdre cieszyła się z tej łaski, nawet jeżeli wzrost trochę psuł to piękno.


[Inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=y982osW.jpeg[/inny avek]


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Astoria Avery - 03.03.2026

Spojrzała na niego tylko z ukosa -spokojnie, bez złości, jakby ważyła w myślach, czy tłumaczyć coś, czego i tak nie zrozumie do końca. Dla niego "nie ma w tym nic złego" było logicznym, zamkniętym twierdzeniem. Dla niej słowo malarka niosło ciężar. Zobowiązanie. Oczekiwanie. Odsłonięcie gardła. Była wobec siebie zbyt krytyczna, w konsekwencji żaden z jej obrazów nie był dość dobry. Teraz pozwoliła sobie wystawić swoje dzieło na ołtarz, ale i tak nie przyznałaby, że jest jej. I nie chciała, żeby mówił o tym głośno, bo plotki rozchodzą się szybciej niż zaraza. Kiedy teatralnie zakrył miejsce, w które go szturchnęła, pozwoliła sobie na cień rozbawienia. Ten jego przesadny gest był tak oczywisty, że aż kojący. Lubiła, że potrafił obrócić napięcie w coś lekkiego. Nawet jeśli nie rozumiał wszystkiego, próbował. To wystarczało.
Korciło ją, by zapytać, czy modlił się o cokolwiek przy ołtarzu, ale ostatecznie powinna pozwolić mu zachować to dla siebie. Właściwie nawet nie miała ku temu sposobności, bo pojawiła się Deirdre.
- Ach, no tak - kiwnęła głową z lekkim, rozbawionym zrozumieniem na to oczywiste połączenie medyka specjalizującego się w urazach magizoologicznych i smokologa. Spojrzała przelotnie na Rowle'a, jakby musiała sobie przypomnieć, że jego zawód nie jest tak niewinny, jak czasem lubiła udawać. Potem znów przeniosła uwagę na Malfoyównę.
- Ten z piórkami? - odnalazła go wzrokiem w rękach kapłana. - Bardzo ładny. - uśmiechnęła się lekko, uznając piórka za subtelne przełamanie klasycznej formy. Gdy jednak padła prośba o pomoc, twarz Astorii zmieniła się nieznacznie. Zniknęła z niej nuta żartu, a pojawiła się skupiona uważność.
- Przykro mi - westchnęła, zdając sobie sprawę, jak wiele czarodziejów zmagało się aktualnie z problemami. - U mnie znowu całe mieszkanie przesiąknęło dymem, a sadza oblepiła meble. - Miała tylko nadzieję, że modlitwa do Matki okaże się strzałem w dziesiątkę i będzie mogła w końcu wrócić do swojego mieszkania. Nie mówiła tego, żeby odwrócić uwagę od jej strat, a żeby okazać zrozumienie. - Oczywiście pomogę - zapewniła bez wahania, z prostotą, która nie pozostawiała miejsca na fałszywą uprzejmość.
Tłum przy ołtarzu nie malał, a wręcz wydawało jej się tu jeszcze gęściej niż wcześniej.
- Ale nie stójmy tak tutaj - w jej głosie pojawiła się nuta ożywienia, jakby właśnie wpadła na genialny pomysł. - Jeśli macie jeszcze trochę czasu, moglibyśmy zajrzeć na kiermasz na Pokątnej.
Jeszcze nie chciała się z nimi żegnać, a dodatkowo miała nadzieję kupić coś na straganach, skoro większość jej rzeczy śmierdziała i nie nadawała się do użytku. Spojrzała znów na Deirdre.
- Mogłabyś wtedy powiedzieć więcej, jakie masz oczekiwania względem obrazu - wolała znać konkretne preferencje, zanim zacznie proponować styl albo motyw.
- A od ciebie - spojrzała na Leviego zupełnie, jakby mu groziła, z tym swoim zadziornym błyskiem w oku. - Nadal oczekuję świątecznego prezentu - tu oczywiście wcale nie chodziło o Mabon i dobrze o tym wiedział. Chodziło o zadośćuczynienie za to, że nie ostrzegł jej przed pożarem. Co w zasadzie było tylko pretekstem, żeby otrzymać prezent.
Drogi prezent.


RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Leviathan Rowle - 04.03.2026

Rzucił pobieżnym spojrzeniem w ślad za słowami Deirdre, przeskakując po wieńcach i wreszcie trafiając na ten, który dzierżył w dłoni jeden z kapłanów. Był ładny, piórka dodawały mu pewnej frywolności, ale oprócz pewnego docenienia wewnątrz swojej głowy, Rowle nie powiedział na ten temat nic, wracając wzrokiem do dryfowania między jedną, a drugą kobietą, w zależności od tego która właśnie mówiła.

- Powiedział, że mogłaby być trochę silniejsza - odpowiedział zgodnie z prawdą, chociaż chyba nieco ugłaskując wersję, w jakiej zostały mu dowiezione skargi. To raczej nie było jednak problemem maści, a samego człowieka, a znając jego to pewnie o wiele lepiej by się czuł gdyby Deidre w swoich eksperymentach nie próbowała odchodzić od elementu chociaż nieco bardziej obezwładniającego świadomość.

Splótł dłonie za plecami, przysłuchując się wymianie ich zdań z umiarkowanym zainteresowaniem. Na tyle by nikt nie pomyślał, że nagle całkowicie odłączył się od otaczającej go rzeczywistości. Ciekawie musieli wyglądać, kiedy i on i Malfoy byli tak wysocy i górowali na stojącą między nimi Astorią.

- Kiermasz brzmi dobrze - podsumował krótko, z miejsca spoglądając w kierunku wyjścia z dziedzińca i sprawdzając czy przypadkiem za nimi nie panoszyło się zbyt dużo ludzi, przez których trzeba będzie się przedzierać. Ci jednak pozlepiali się w rozsądne grupki, pozostawiając wyjście otwarte i łatwe do osiągnięcia.

- Przecież pamiętam - zamachał zbywająco ręką, niby to odrobinę rozbawiony. Doskonale wiedział, co kryło się za jej przypomnieniem, ale rozmawiać o wszystkim mogli w drodze już na Pokątną. Wszyscy więc ruszyli do wyjścia z Whitecroft.


Astoria, Deidre, Leviathan
Postacie opuszczają sesję