![]() |
|
[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4646) |
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.04.2025 Nie. Miała rację, gdy kwestionowała to, co mówił. Przynajmniej w pewnym sensie, bo rzeczywiście: w czasach, w których szczerze współczuł temu godnemu politowania masochiście, który miał w przyszłości trafić na kapryśną pannicę, zdecydowanie nie przeszło mu przez myśl, że padnie na niego. Nie miał wobec niej żadnych oczekiwań ponad te, że dziewczyńsko zniknie mu z oczu, oszczędzając przy okazji jego uszy i momentalnie poprawiając mu tym dzień. Mając na myśli to, że był okres, gdy naprawdę liczył na jej względy, mówił o późniejszych latach. O okresie, gdy bardzo gwałtownie przechylił się w drugą stronę. Wtedy, kiedy wręcz oczekiwał, że Yaxleyówna będzie jak najczęściej znajdować się w jego polu widzenia. Najchętniej zupełnie naga. Ciepła, wilgotna i zdyszana. Rozchochrana, pozbawiona skrępowania, sunąca ręką po jego równie pozbawionym ubrań ciele i posyłająca mu spojrzenia sugerujące, że mogli kolejny raz sięgnąć po więcej. Piękna wizja. Naprawdę. - Dobrze wiesz, że nie mówię o wtedy - upomniał Geraldine, cicho parskając pod nosem i posyłając dziewczynie pobłażliwe spojrzenie, zanim pokręcił głową. - Niczego mi nie ułatwisz, co? - Tak właściwie, wcale nie musiała mu na to odpowiadać. Przecież ją znał. Doskonale wiedział, że potrafiła wyłapywać dokładnie te słówka, których potrzebowała w danym momencie, żeby trochę się z nim podroczyć. Umiała zmienić kontekst rozmowy. Niemalże na życzenie sprawić, że w przeciągu zaledwie kilkunastu sekund zaczynał zupełnie się plątać i miotać. Był przy niej jak szczyl. Jak szczeniak, który być może doskonale wiedział, czego chce, ale jednocześnie niemal za każdym razem kończył dokładnie w ten sposób. Wmanewrowany w rozmowę o tym, dlaczego powinien zrobić coś, czego wcale nie planował robić i czemu to była najsłuszniejsza decyzja, jaką mógł podjąć. Co bardziej ironiczne, wciąż będąc nazywanym osłem, nawet jeśli we własnych oczach naprawdę potrafił iść z nią nawet na z pozoru najbardziej absurdalne kompromisy. Dałby tej dziewczynie wszystko, o co tylko by go poprosiła. Praktycznie każdą z rzeczy, jakie mógłby jej dać. Nie zawahałby się przed tym dłużej niż przez chwilę. Teoretycznie to on był tu ekspertem od cyrografów. W teorii to on ją usidlił, uwiódł, wmanewrował w coś, z czego nie było już żadnej możliwości ucieczki. Nie dało się wycofać. Opcja reklamacji nie wchodziła w grę. Mówili o tym parokrotnie w przeciągu kilku ostatnich godzin, prawda? O tym, co ich połączyło, łączy i co miało ich łączyć. O pakcie z diabłem. A jednak bywały dokładnie takie chwile jak ta, kiedy tylko przed samym sobą był w stanie przyznać, że może nie wyglądało to aż tak jednoznacznie. Jasne, wielokrotnie na głos przyznawał się do tego, że to ich wspólna sprawa. Ich szczęście. Ich... ...cóż... ...w ostatnim czasie nazywał to ich bagnem, do którego wcale nie chciał jej z powrotem wciągać. Tyle tylko, że w gruncie rzeczy sama w nie weszła. Zabrnęła tam sam nie wiedział, kiedy właściwie. Dzień za dniem, noc po nocy. Nie chciał spędzać ich osobno. W dodatku mając świadomość, że osobno także nie było im lepiej. Nie pozostało mu nic innego jak skapitulować. Kto tu kogo nakłaniał? - O moją osobowość? Charakter? - Podpowiedział bez przekonania, przymrużając jedno oko i łypiąc w kierunku Yaxleyówny, żeby skarcić ją spojrzeniem; klasnął językiem o podniebienie, w końcu po prostu wzdychając pobłażliwie. - Rozumiem, nie krępuj się - nie to, żeby szczerze wierzył, że jego dziewczyna zamierzała jakkolwiek się krępować. Tak naprawdę od pierwszej chwili byli wobec siebie całkiem bezwstydni. Niemalże od razu przeszli do badania swoich granic. Do tego jak daleko mogą posunąć się w poszukiwaniu obopólnej przyjemności. Odpowiedź brzmiała daleko. Ale przecież w gruncie rzeczy nie było to nic dziwnego. Tu także po prostu się ze sobą zgrywali. Nie bez powodu nie było między nimi tego początkowego zawstydzenia. Oporów towarzyszących młodym stażem parom. Sięgnęli po to, czego oboje chcieli. Pierwszy, drugi i każdy kolejny raz. Gdyby tylko byli w stanie zrobić to na zupełnie wszystkich płaszczyznach... ...ich życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej. - I tak, i nie? - Odparł bez głębszego namysłu, bowiem wcale nie czuł, by musiał zastanawiać się nad tą odpowiedzią. W kontekście tego, o czym rozmawiali, te słowa przyszły same z siebie. Nie mogły być bardziej klarowne. Zupełnie przeciwnie od tego wszystkiego, o czym myślał, bo tutaj nie był już aż tak zdecydowany. Coraz bardziej się motał, nawet jeśli nie chciał tego przed sobą przyznać. Wiedział, do czego pije. Tego, że być może nie jest to wyłącznie żart. Zabawna, lecz bezsensowna sugestia. Tyle tylko, że nie do końca uważał to za słuszne czy naturalne, więc sprowadzał to do tego lekkiego, zaczepnego a co by było, gdybyśmy? To były raczej te natrętne, zdecydowanie niechciane myśli, więc nie chciał traktować ich poważnie. To były powoli wysnuwane wnioski, więc miał co do nich obiekcje. Czy właściwe? Nie miał pojęcia. W tej chwili po prostu mówił to, co chciał powiedzieć. Paradoksalnie, łapiąc się nad tym, że nie robił tego od bardzo dawna. Nie w tej kwestii. Nie w tym temacie. Przy Rinie jakoś łatwiej było mu to powiedzieć na głos, szczególnie, że przecież tylko teoretyzowali, prawda? Nie mówili o czymś, co naprawdę mogliby zrobić. Nie byli aż tak porywczy i nieodpowiedzialni. A może? - Zrób to ze mną. Nie dzisiaj, nie jutro, nawet nie za kilka dni, ale zrób to ze mną - to byłoby zarazem tak proste i tak skomplikowane, prawda? Zawinąć się gdzieś zupełnie sami. Nie informując nikogo innego. Nie mówiąc, gdzie będą i co zamierzają. Zniknąć bez potrzeby tłumaczenia się z czegokolwiek. Zatracić się w sobie nawzajem. Postępować głupio i nierozważnie. Zachowywać się jak dwoje młodych, zakochanych ludzi spuszczonych ze złotego łańcucha. Nie wiedzieć, kiedy ani nawet czy w ogóle kiedykolwiek wrócą. Nie przejmować się magiczną wojną, nie czuć odpowiedzialności za członków rodzin ani za nic innego. Po prostu rozkoszując się wolnością. Tak naprawdę nigdy tego nie mieli, czyż nie? Nawet wtedy, kiedy wydawało im się, że mogą decydować sami za siebie, zawsze gdzieś z tyłu głowy mieli tę resztę, o której nigdy nie mówili. Mogli nie przejmować się tym, co myślą o nich ludzie, ale na swój pokrętny sposób byli bardziej odpowiedzialni od większości ludzi w ich wieku. Inaczej dawno podjęliby niektóre decyzje. - Chcę - zaczął, jednocześnie biorąc głęboki wdech, gdy jej palce przesunęły się po jego nagiej skórze, zaczepiając nie tylko o sam brzeg bielizny. Nie mógł już dłużej dyskutować. Nie potrafił nadal skupiać się na wypowiadanych słowach. Nawet, jeśli nie kazałaby mu się przymknąć, bezwolnie poddawał się wrażeniu tak duszącego gorąca, że już nawet oddychanie stawało się wyzwaniem. Jej dotyk go palił. Parzył. Przeszywał gwałtownym dreszczem przechodzącym od kręgosłupa aż po podbrzusze pulsujące ciepłem. Być może pogrywał sobie z dziewczyną, przedrzeźniając ją i korzystając z naprawdę żenująco nie pasujących do nich słów. Możliwe, że jego teatralne skamlanie zasługiwało na dokładne to spojrzenie, jakim go obdarzyła. Jednak w pewnym sensie wcale nie kłamał. Chciał, żeby przestała być tak sadystycznie powolna, kiedy doskonale wiedziała, że już i tak wygrała to starcie. Ich pierwszy wspólny dzień też taki był, czyż nie? Z początku gwałtowny i żarliwy. Rozpoczęty w momencie, w którym ich usta spotkały się po raz drugi, jednak jednocześnie zupełnie tak, jakby nie robiły tego nigdy wcześniej. Z chwilą, w której przyciągnął ją do siebie, opadając plecami na mokry piasek, brudząc sobie tamto jasne, eleganckie ubranie, ale mając to zupełnie gdzieś. Liczyła się tylko ona. Ona i to, w jaki sposób bez dalszych zbędnych słów wymknęli się wtedy z tamtego przyjęcia. Nie informowali o tym nikogo, opuścili je razem, wymykając się do lasu przez dziurę w ogrodzeniu. Przemykając się między drzewami do momentu aż byli w stanie teleportować się wspólnie do Londynu. Trzymając się za rękę, splatając palce. Wymieniając spojrzenia, kradnąc sobie coraz bardziej żarliwe pocałunki. Zjawiając się na klatce schodowej prowadzącej do tego samego mieszkania, w którym teraz byli. Niemalże potykając się na schodach, nieustannie rozpraszając się nawzajem swoją obecnością. Wpadając do mieszkania z hukiem zamykanych drzwi. Ledwie pamiętając, żeby przekręcić klucz w zamku, jednocześnie już zrzucając z siebie elementy garderoby. Jedne mniej, inne bardziej w nienaruszonym stanie. Czerwona sukienka nie przeżyła spotkania z jego dłońmi. Nagle tak bardzo nieporadnymi, gdy przyszło do rozpinania szeregu guziczków na plecach. Pamiętał to, jakby wydarzyło się zaledwie wczoraj. Od tamtego momentu minęły lata, ale ten żar nigdy nie wygasł. Wręcz przeciwnie. To, co robili w tej chwili świadczyło wyłącznie o tym, że w zaledwie kilka minut był w stanie zapłonąć na nowo. Intensywny i niepowstrzymany. Prowadzący ich tylko w jednym kierunku. W swoje ramiona. Chłonął ten widok od początku do końca. Moment, w którym zawisła nad nim, łaskocząc go włosami w szyję i posyłając mu ostatnie figlarne spojrzenie przed tym pierwszym pocałunkiem. Długim, odbierającym dech w piersiach. Tak przeciągłym jak to tylko było możliwe. Niemal instynktownie wsunął język między jej wargi, odwzajemniając wszystko to, co z nim robiła. Pragnąc dać jej to, czego chciała. Choć tak właściwie to ona była tu prowodyrem całej sytuacji. To w jej rękach spoczywała możność zakończenia tego całego oczekiwania. Słodkiego, a jednak na swój sposób zaczynającego wadzić im obojgu, tak? Nie wątpił w to nawet przez chwilę. W końcu ją znał. Doskonale wiedział, gdy znajdowała się na samej krawędzi. Kiedy trzymała się z dala od niego jeszcze wyłącznie samymi ostatkami niezwykle silnej woli. Gdy wszystko inne wskazywało na to samo, co towarzyszyło mu od tak wielu minut. Zbyt wielu, by mogli dalej ze sobą pogrywać. Żeby mogli prowadzić te zupełnie zbędne dyskusje. Negocjacje, nie negocjacje. Targi, umowy, kontrakty, cyrografy. Na koniec dnia i tak wszystko sprowadzało się do jednego. Należeli do siebie nawzajem. To nie miało się zmienić. Już nigdy. Mogli próbować wygasić ten płomień. Udawać, że są w stanie trzymać się od siebie z daleka. Że nic już ich nie łączy. Nie mogą na siebie patrzeć, przebywać w jednym pomieszczeniu dłużej niż to konieczne, nawet próbować podejmować dialog. A jednak to wszystko było jedynie marną próbą przeciwstawienia się rzeczywistości. Temu, co było dla nich najbardziej słuszną drogą. Chciał z nią być. Nie pragnął niczego innego jak tylko zasypiać i budzić się przy niej. Spędzać razem kolejne dni i noce. Nie liczyć godzin, bo po cóż mieliby to robić? Nawet, jeśli mówili sobie o czasie, w jakim należało, by wyrobili się z wyjściem z domu, przecież nikt ich do tego nie zmuszał. Mogli wykorzystać go aż do ostatniej minuty. Później przekraczając go tak, jakby zupełnie się nie liczył. Bowiem dokładnie tak było. Te wszystkie plany nie miały już niemalże żadnego znaczenia. Nie, gdy na nowo znaleźli się przy sobie. Kiedy rozpięła klamrę jego paska, zsuwając mu spodnie i sięgając niżej, mimowolnie wygiął wargi w uśmiechu. Oczywiście, że otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Równie szybko je zamykając. Tym razem z pomocą, wobec której przyjęcia nie miał żadnych oporów. Odwzajemnił pocałunek, przeciągając go o kilka sekund za długo. Tak, by odebrać im obojgu dech w piersiach, jeszcze bardziej przyprawiając jego własne serce o szybsze bicie. Nie potrafił zapanować nad głębokim, gardłowym pomrukiem, jaki wydostał się z samej głębi jego krtani, gdy dziewczyna wreszcie znalazła się nad nim w ten zupełnie właściwy sposób. Kiedy gładkim ruchem opadła na niego, moszcząc mu się na biodrach, które uniósł niemal bezwiednie, ułatwiając jej złączenie ich ciał po raz kolejny. To było tak cholernie dobre. Moment, w którym przestali przeciągać nieuniknione, odraczać swoją nagrodę za wytrwałość. Nie potrzebowali wiele więcej. Żadnych zbędnych słów, żadnych chaotycznych, nieskoordynowanych ruchów podobnych do tych, które towarzyszyły im tego poranka, gdy pierwszy raz zbliżyli się do siebie z myślą, że tak będzie już zawsze, na zawsze. Od tamtej pory wszystko zaczęło nabierać innego tempa, zupełnie nowego smaku. W końcu nie musieli już nigdzie gnać. Nie przejmowali się jutrem. Tym razem ich ciała same odnalazły właściwy rytm. Zadziwiająco głęboki i powolny. Dokładnie taki jak pocałunki, które wymieniali. Nie musieli się spieszyć. Mogli czerpać przyjemność z każdego kolejnego ruchu bioder. Z żarliwego, a jednak niespiesznego pocałunku. Z urywanego oddechu, ze stłumionego pomruku, ze smaku warg. Z siebie nawzajem. RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.04.2025 Cóż, ich wspólna droga była dość długa, przeżyli chyba wszystkie możliwe charaktery relacji, jaka może łączyć dwójkę ludzi. Okazało się, że była gówniarą, kiedy go poznała, bardzo irytującą gówniarą, sama miała ciary zażenowania na to, jak zachowywała się, gdy była młodą dziewczyną, wtedy to stawianie się i pyskowanie wydawało się jej być całkiem fajne. Na szczęście nie zapamiętał jej wtedy jakoś szczególnie, dopiero później zwrócił na nią uwagę, wtedy kiedy już zaczęła faktycznie kształtować swoją osobowość. Nie dało się nie zauważyć, że bardzo lgnęli do siebie na etapie ich platonicznej przyjaźni, spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, ale trzymali się tych śmiesznych ram, które sami sobie narzucili. To kosztowało ich sporo cierpliwości i wytrwałości, jednak jakoś udało im się pokonać te granicę. Oczywiście, że bała się wtedy powiedzieć mu o tym, co czuła, pamiętała ten moment, mogła przecież tak wiele stracić, okazało się jednak, że ten strach był zupełnie niepotrzebny, że Roise odwzajemniał jej wszystkie uczucia, dzięki czemu dość szybko przeszli do kolejnego etapu ich relacji, tego najbardziej właściwego. - Myślisz, że dobrze wiem? Coś ty... - Wolała zgrywać niewiniątko, ale miała świadomość, że Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła całkiem lekko manipulować rozmową, mieszać tematy, sięgać po to, co wydawało jej się pasować do danego momentu, nie umiała z nim rozmawiać inaczej, na szczęście wiedział, czego powinien się po niej spodziewać. - Jakbym mogła Ci cokolwiek ułatwiać? - Nie potrzebował żadnych forów, przecież był bardzo inteligentny, na pewno potrafił się wszystkiego domyślić. Miała świadomość tego, że umiała go sobie urobić. Stąd wzięła się jej cierpliwość, nie zamierzała szybko się poddawać. Całkiem szybko udało jej się udowodnić mu to, że osobne życie nie miało sensu. Nadal była na siebie zła, że wtedy, w siedemdziesiątym pierwszym tak łatwo odpuściła. Gdyby schowała dumę do kiszeni i dopuściła do konfrontacji mogliby dużo szybciej osiągnąć konsensus. Cóż, ani ona, ani on nie zachowali się wtedy szczególnie rozsądnie, nie było sensu wracać do tych momentów, grunt, że odnaleźli właściwą drogę, że udało jej się do niego dotrzeć, dzięki czemu teraz i ona i on byli szczęśliwi. Tylko to było ważne, nie mogli skupiać się na tym niechlubnym czasie, lepiej było pozostawić go za nimi. - Tak, Twój charakter na pewno ma jakieś swoje zalety, tak samo jak osobowość... - No, nie dało się tego nie zauważyć. Zresztą jej chyba od samego początku chodziło o całokształt, przecież wiedział. Tyle, że nie zamierzała mu dać tej odpowiedzi na tacy, nie, to jeszcze nie był ten moment, poczułby się zbyt pewnie, prawda? Zresztą, chyba i tak zdawał sobie z tego sprawę. Yaxleyówna nie wyobrażała sobie swojego życia bez jego osoby, a to mówiło samo za siebie. - Nigdy się nie krępuję, przecież wiesz. - Nie musiał jej tego mówić, przecież miał świadomość, że zawsze sięgała po to, na co miała ochotę. Pokazała mu to przecież przez te wszystkie lata, kiedy byli razem. Tak właściwie to już drugi raz, dzięki jej odwadze połączyli swoje drogi. Wtedy, w maju też nie potrafiła się powstrzymać, postanowiła przekroczyć granicę, chociaż wiele ją to kosztowało, teraz? Ponownie nie odpuszczała, nie dała się odepchnąć dzięki czemu znajdowali się teraz w jej łóżku i mogli myśleć o wspólnej przyszłości. Nie dało się nie zauważyć, że rzadko kiedy się faktycznie krępowała. - Fakt, jesteśmy gdzieś pomiędzy. - Niby robili to co chcieli, niby nie zastanawiali się nad konsekwencjami podejmowanych przez siebie decyzji, ale czy do końca? Każde z nich miało swoje obowiązki, swoje problemy, sprawy, które były tak naglące, że nie mogli opuścić Wielkiej Brytanii w tej chwili. Zbyt wiele ich tutaj trzymało, miała świadomość, że nie mogli sobie pozwolić na wszystkie swoje widzimisię, szczególnie, że i on i ona stali się osobami dość mocno odpowiedzialnymi za swoje rodziny. To było dla nich ważne, czy tego chcieli, czy nie - czuli odpowiedzialność za te wszystkie podejmowane przez nich decyzje. Mogli czuć, że decydują o swoim losie, ale czy na pewno tak było, czy zawsze, gdzieś z tyłu głowy mimo tych bardzo porywczych charakterów, indywidualnego podejścia nie pojawiał się głos rozsądku, który reagował, kiedy było to potrzebne? Mieli swoje priorytety, tego nie dało się nie dostrzec, chyba całkiem odpowiednio je wyznaczali. Yaxleyówna od zawsze stawiała Roisa na piedestale, dla niego była w stanie zrobić naprawdę wiele, był najważniejszą osobą w jej otoczeniu, tylko jego opinią tak naprawdę się przejmowała. Zapewne mogłaby się ugiąć, bez większego wahania, wystarczyło, aby tylko ją o to poprosił, a mogłaby z nim uciec nawet dzisiaj. Pewnie później miałaby do siebie wyrzuty sumienia o to, że pozostawiła wszystko za sobą, ale kiedyś musiałyby zniknąć. Nie musiał mówić, że chce. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Na szczęście w końcu przestali rozmawiać, wreszcie udało jej się dojść do tego, do czego zmierzała od samego początku. Żar, który palił ich ciała miał zostać zaspokojony, to było jedynym, właściwym rozwiązaniem. Nie musieli dłużej kontynuować tej rozmowy, nie w tej chwili. Wypadało w końcu zająć się sobą, zatracić się w tym co było najlepsze. Oczywiście nie mogła ukryć tego, że była bliska przekroczenia wszystkich granic, świadczyły o tym jej rumiane policzki, czy nieco cięższy oddech od tego zwyczajnego. Na pewno Roise był w stanie odczytać te wszystkie znaki. Próbowała jednak z tym walczyć, nieco kontrolować swoje uczucia, to wcale nie było dla niej takie łatwe, nie kiedy on zawsze był wszystkim czego chciała. Udało jej się w końcu osiągnąć cel. Nie była nawet na siebie zła, że nie walczyła z tym zbyt długo, przecież prędzej, czy później musiało się to skończyć w ten sposób. Skoro już Roise ponownie zaciągnął ja do łóżka... to nie widziała innej możliwości, jak tak jedyna, właściwa. Nie odezwał się więcej, w sumie sama całkiem zgrabnie mu to uniemożliwiła. Nie było chyba lepszej metody na to, aby nie miał kolejnego słowa, wiedziała, że inaczej na pewno skorzystałby z okazji, nie miała wątpliwości ku temu, że musiałby się odezwać. Zawsze to robił. Pocałunek jednak okazał się być skutecznym rozwiązaniem, szczególnie taki jak ten, który odbierał dech w piersi. Tak naprawdę nie musieli przecież od samego początku powstrzymywać się od tej bliskości, ale lubili te gierki, lubili doprowadzać się do skraju, tylko po to, aby nagroda smakowała jeszcze bardziej, by była intensywniejsza. Robili to ponownie, pewnie nigdy nie miało im się to znudzić. Znali doskonale swoje ciała, wiedzieli jak na siebie działają, jak powinni się dotykać, by zmierzać ku celowi, którego wcale nie musieli wyznaczać. W końcu chodziło im teraz o tę satysfakcję, po którą każde z nich chciało sięgnąć. Mieli ugasić ten żar, który znowu zaczął ich wypełniać. Odnalezienie wspólnego rytmu nie było trudne, zresztą nigdy nie mieli z tym większego problemu, ich ciała doskonale odnajdywały się w tej wspólnej melodii. Nie musieli się nigdzie spieszyć, czyż nie? Ten czas, który sami sobie wyznaczyli ich nie ograniczał. Tym razem więc korzystali z tej możliwości, a może i świadomości, że mogli w pełni się sobą nacieszyć. Nigdzie się nie spieszyli. Ich ruchy były powolne, bardzo intensywne, jakby doskonale wiedzieli, w jaki sposób powinni to robić. Tak właściwie to przecież wiedzieli, to nie było dla nich nic nowego. Nie potrzebowała wiele, aby znaleźć się na skraju, zbyt długo zwlekali z połączeniem swoich ciał, żar już dawno zaczął wypełniać ją całą. Na pewno Ambroise zdawał sobie z tego sprawę, szczególnie, że znowu zaczęła przygryzać jego wargi, oddychać dużo ciężej niż wcześniej, wystarczyła krótka chwila, by zupełnie pochłonęła ją jego obecność. Cóż, musiał jej to wybaczyć, właściwie to na pewno zdawał sobie sprawę z tego, jak na niego reagowała, to miało się nigdy nie zmienić. W końcu zacisnęła swoje dłonie na jego ramionach, jeszcze bardziej przylgnęła ciałem do jego ciała, aż w końcu po prostu oparła głowę na obojczyku mężczyzny, wyczekiwała satysfakcji, która zbliżała się do nich coraz bardziej. RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.04.2025 Pochylała się nad nim. Długie, jasne włosy pachnące lasem i dymem papierosowym swobodnie opadały mu klatkę piersiową, sprawiając, że bezwiednie, niemalże odruchowo kierował wzrok w dół. Wprost na dekolt Geraldine. Był prostym człowiekiem, tak? Bardzo prostym. Jego spojrzenie samo uciekało dokładnie tam, gdzie powinno się znaleźć. Na jej odsłoniętą, opaloną skórę, lekko zaróżowioną od nie tak dawnych pocałunków. Na piegi i pieprzyki zdobiące jej ciało. Na gęsią skórkę będącą mimowolnym wyrazem tego, że dziewczyna także nie pozostawała zupełnie niewrażliwa na jego obecność. Nawet, jeśli wyjątkowo mocno się pilnowała, wciąż sobie z nim pogrywając. Wiedział, że tak nie jest. Zdawał sobie sprawę z tego, że i on wywołuje u niej dokładnie to samo wrażenie, jakie ogarniało jego ciało spragnione jej obecności. Dotyku. Bycia tak blisko, by nie dało się być bliżej. To były długie tygodnie. Miesiące, lata. Wiele godzin, więc czymże było półtorej godziny, o których sobie mówili? Niczym. Czymś zupełnie nieistotnym. Nie w obliczu tego, że wreszcie ponownie znaleźli się przy sobie. Dokładnie tacy, jakimi powinni być. Wpatrzeni tylko w siebie nawzajem. Nie myśląc o czymkolwiek innym. Mieli długą, może trochę poplątaną historię. Na swój sposób absurdalnie skomplikowaną jak na to, do czego dążyli w tej chwili. I tak naprawdę od zawsze. Od pierwszego świadomego momentu, gdy poczuli się przy sobie właściwie. Czasy szkolne odeszły w niepamięć, jakby nigdy nie istniały. Nie byli wtedy łatwymi ludźmi. Teraz zresztą też nie. Pod tym względem prawdopodobnie zawsze mieli być nieco zbyt uparci, trochę za bardzo stać przy swoim, odrobinę mocniej niż większość ludzi chcieć mieć rację. Nie dało się jednak ukryć, że gdy spotkali się po raz drugi, byli już zupełnie inni. Dojrzalsi. Bardziej skłonni do kompromisów. Nie szczekający już tak mocno na wszystko i wszystkich dookoła. Przede wszystkim nie na siebie nawzajem. A kiedy zrobili to po raz trzeci (tym razem z całą słusznością ostatni) chyba osiągnęli sam szczyt wszystkiego, co mogli przeżyć osobno, prawda? Nie chciał już przechodzić rozwoju tego typu. Rozwinął się dostatecznie mocno. Na tyle, żeby wiedzieć, że bez niej nie chciał tego dłużej robić. Szukać szczęścia gdzieś indziej. Próbować odnaleźć siebie na nowo. A może raczej wynaleźć? Przy niej czuł się swoją najlepszą wersją, w innych okolicznościach miał wrażenie, że tak nie jest. Że jest niepełny, może nawet popsuty, nie, nie chciał tak o tym myśleć. Ale jednocześnie nie potrafił zapomnieć tego, co mieli. Że potrafił się dla kogoś starać i czuć, że jest to dostrzegane, zauważane, przyjmowane bez chwili zawahania. Akceptowane, nawet jeśli nie zawsze było idealne. Nie chciał o tym nie pamiętać. Mógł wyprzeć ze świadomości czasy szkolne. Być zupełnie zaskoczony, gdy doszli do tego, co wtedy ze sobą przechodzili. Ale cała reszta była czymś, co na stałe zapisało się w jego pamięci. Nie kłamał, gdy zapewniał Rinę, że nigdy o niej nie zapomni. Jakżeby miał? Byli ze sobą zbyt mocno splątani, za bardzo uwikłani... ...nie. Po prostu się kochali. Tak jak tylko mogły to robić osoby ich pokroju. Chaotycznie, żarliwie, aż do samego skraju. Do krańca. Zawsze, na zawsze. Może tylko bez tej części z umieraniem. Cieszył się, że to wykreślili. Nie potrzebowali tego w swoim życiu. Nowym, wspólnym. A jednak znajomym, upragnionym. Ekscytującym, ale też niosącym ze sobą to ostrożne wrażenie odzyskiwanej stabilności. Miłe, naprawdę przyjemne po tylu miesiącach wszechobecnego chaosu. Dobrze było leżeć tu razem, wymieniając te wszystkie przekorne teksty i wiedząc, że cokolwiek się stanie, są blisko. Naprawdę blisko. Coraz bliżej. - Mówisz, że tym razem nie wiesz najlepiej? - Spytał cicho, całkiem gładko, ale jednocześnie zdecydowanie biorąc ją teraz pod włos. Nawet tego nie ukrywał, bo po co? Nie na tym polegała ich wspólna gra. Nie udawali, że jest inaczej. Każda kolejna odpowiedź, niemal wszystkie wypowiadane słówka, choćby nawet bardzo słodkie, w istocie były zaczepkami. Elementem tych wszystkich negocjacji biznesowych, jakie ze sobą prowadzili. Niby wciąż, choć z żadną inną kontrahentką nie posunąłby się tak daleko. Pod tym kątem zdecydowanie miała u niego wyjątkowe względy. Dokładnie tak jak jej mówił, czyż nie? Nie kłamał. Był bardzo szczerym człowiekiem. Szczerze pozbawionym skrupułów, gdy chodziło o ich wzajemne aluzje. Po prostu chciał usłyszeć od niej te trzy słowa. Przymknij się wreszcie, nic więcej. Wtedy wiedziałby, że udało mu się wygrać. To byłoby naprawdę słodkie zwycięstwo. Dla nich obojga, bo w końcu nie był aż takim egoistą. Był skłonny dać jej przy tym wszystko, czego tylko by chciała. Nawet nie musiała go o cokolwiek prosić. Wiedział, co było jej największym pragnieniem. Dostrzegał to w pociemniałych oczach. Już nie całkiem błękitnych, raczej przypominających mu odcieniem o barwie morskiej toni tuż przed letnią zawieruchą. W zaróżowionych policzkach pokrytych bardzo znajomym pąsem, na którego widok i w jego oczach pojawiał się błysk satysfakcji. W rumianych plamach na dekolcie. W sposobie, w jaki zaciskała palce na jego ciele. W rozkojarzonym spojrzeniu i przygryzanej wardze. Wciąż jeszcze opuchniętej od niedawnych gwałtownych pocałunków. Była cholernie pociągająca. Piękna. - Niemożliwe - mruknął po odpowiednio długiej, dostatecznie znaczącej przerwie, unosząc brwi i wymownie kręcąc głową pośród poduszek, przez co raz za razem elektryzował sobie włosy. Zupełnie tak, jakby trzasnął go piorun. Tyle pozostało po byciu ubranym, uczesanym i gotowym do wyjścia. Więc tak właściwie, czy był jeszcze sens opuszczać mieszkanie? - Moja Rina sugeruje, że może nie wiedzieć czegoś takiego? Coś mi tu nie gra - stwierdził, śląc dziewczynie badawcze spojrzenie. A jeśli już wysnuwał takie podejrzenia to bez wahania musiał pójść krok dalej, czyż nie? Nie mógł tak po prostu o czymś mówić i nic z tym nie zrobić, prawda? Był praktykiem, nie teoretykiem. Teoretycznie mógł inaczej udowodnić to, że nadal tu przy nim była. Ona, nikt inny. W całej swojej krasie. W praktyce postanowił jednak postawić na najprostszy test: wyciągnięcie ku niej dłoni, przesunięcie jej po plecach dziewczyny aż do jej pośladków, na których zacisnął palce, moment później klepiąc ją bez pardonu. - Mhm. Jednak moja - wymamrotał przez zaciśnięte wargi, tłumiąc uśmiech, bo tak... ...tak, to było okropnie. Wyjątkowo żenująco tanie. Bardzo niskich lotów wymówka, żeby tylko móc drugi raz ścisnąć ją za tyłek, wzruszając przy tym ramionami, gdy z powrotem cofnął rękę. Znał jej ciało, niemalże każdy centymetr. No, może poza kilkoma całkiem intrygującymi zmianami. Wiedział, gdzie szukać i co robić, aby upewnić się, że mu jej nie podmienili. Nie to, żeby kiedykolwiek wątpił w to, że rozpoznałby tę zmianę na pierwszy rzut oka. Teoretycznie powinni nasycić się sobą na tyle mocno, żeby być w stanie oderwać się od siebie na te kilka godzin. Zająć się przygotowaniami do ich pierwszej randki jako para. Wyjść z domu. Wybrać się do kina, do restauracji. Dopiero wtedy wracając do celebracji reszty dnia w łóżku Geraldine. A może we wspólnym? W głębi duszy chciał móc dzielić z nią wiele więcej. Znacznie, znacznie więcej. A jednak oboje całkiem intuicyjnie, instynktownie postanowili jeszcze na dziś odsunąć od siebie jakiekolwiek rozmowy o przyszłości. Ewidentnie również tej uwzględniającej wyjście z domu. Liczyli się tylko oni i ta chwila teraz. Nic więcej. To w zupełności mu wystarczało. - Ułatwiasz mi - zaczął, wciągając powietrze, gdy bardziej się nad nim pochyliła, niemalże smagając go piersiami - tak właściwie to całkiem wiele - skwitował, na tyle rozproszony tym widokiem, by nie chcieć przeznaczać ani chwili więcej na dalsze wymienianie, co tak właściwie mu ułatwiała. Było tego wiele, tak? Na przykład dostęp do jej największych zalet, o których już mówili. Kolejny raz przeszło mu przez myśl, że były pełniejsze i (jeśli to w ogóle było możliwe; a cholera ewidentnie było) bardziej kuszące niż wtedy, gdy znaleźli się w swoich ramionach tamtego majowego wieczoru, co wywołało w nim następną falę pożądania. Prosty człowiek, tak? Nie potrzebował wiele, by się rozpraszać. Już wtedy nie potrafił powstrzymać się przed patrzeniem na nią. Co dopiero teraz w tym wydaniu, ale w tamtej chwili... ...w tamtej chwili też tego robił. Nie potrafił nie ulec tej chęci przed powolnym przesunięciem wzroku od błękitnych oczu skrytych pod ażurową maską zdobioną kwiatami tak łudząco podobnymi do tych, jakie miała na sobie pamiętnej nocy na kilka tygodni przed tym, gdy postanowili stać się swoi. Poprzez miękkie wargi muśnięte pomadką, której smak mógł sobie wyobrazić. Aż do długiej, smukłej szyi i dekoltu wypełniającego ciasno zasznurowany gorset. Chciał go z niej ściągnąć. Zedrzeć go jednym gwałtownym ruchem dłoni. Szarpnąć tasiemki zębami. Jakkolwiek, byleby tylko pozbyć się z niej zbędnych warstw materiału, ukazując opaloną skórę i odsłaniając piersi aż proszące się o to, by zanurzyć w nich twarz, całując skórę i zaczepiając językiem wrażliwe brodawki. Chciał ją pieścić. Raz za razem powoli zmierzając do tego, żeby zająć się również resztą sukienki. Nie tylko podwinąć ją w górę, znikając pod śliskimi, chłodnymi fałdami jedwabiu. Zsunąć z niej bieliznę, przenosząc pocałunki między rozgrzane, miękkie uda. Rozkoszując się ciepłem i delikatnością, subtelną słodyczą, wilgocią ciała... Nie. To, że tamtego wieczoru postąpili w ten sposób nie było całkowicie zbieżne z tym, czego wówczas pragnął. Oczywiście, sięgnęli ku sobie. Cofnęli granice, przesunęli je, zatracili się w sobie. Byli gwałtowni i żarliwi. Nawet nie pozbawili się większości ubrań, aby nie tracić czasu. A może nie myśleć o tym, co właśnie robią? Jedynie je wymiętolili. Zachowywali się dokładnie tak jak ostatecznie postąpili. Jakby to musiało być wyłącznie kilka pośpiesznie skradzionych sobie nawzajem chwil. Nic więcej. Ot. Parę minut rozkoszy wobec dalszego unikania się po tym, gdy już znikną sobie z oczu. Wcale nie musieli podążać tamtą drogą. Nic nie musieli. Ale to zrobili. Nie zawsze byli logiczni w tym, co ich łączyło. Było tak złożone, na tyle wielowymiarowe, że czasami sami się w tym gubili. To był jeden z największych dowodów. Pamiętał te dwie sytuacje. To samo miejsce. Niemalże identyczne towarzystwo. Naprawdę zbliżona oprawa. Pierwszy z wieczorów spędzili w ogrodzie. Przy jednej z fontann, przy której zaczęli rozmowę o wszystkim i o niczym. Usiłując podtrzymać ją, mimo narastającego pragnienia znalezienia się sam na sam w głębi ogrodu w innym sensie niż to robili. Ostatniego nie wykradli się na zewnątrz. Pozostali w czterech ścianach. Nie spędzili ze sobą nic więcej prócz krótkiej chwili. Zbyt krótkiej, niepełnej, ukradkowej. Same skrajności. Gdy zaczynali się motać, zdecydowanie mieli do nich tendencje. Pierwsza chwila była wręcz zbyt głęboka, pozbawiona impulsu do zatracenia się w atmosferze nocy, której mogli być kimś innym. Ale nie byli. Czy słusznie? Najprawdopodobniej tak. Drugi taki moment był bowiem nazbyt ulotny, chwilowy, pozbawiony głębi. Rzeczywiście na pewien czas stali się kimś innym. Szkoda tylko, że kimś skrajnie nierozważnym, wręcz głupim. Ale mieli to już za sobą, prawda? Teraz miało być zupełnie inaczej. To, co działo się między nimi w tej chwili było jednocześnie tak znajome i tak całkowicie inne niż wcześniej. Nie dało się ukryć, że nie potrzebowali zbyt wiele, żeby ponownie się do siebie zbliżyć. Nie musieli sięgać po żadne słowa. Nie potrzebowali dłużej sugerować sobie tego, co przychodziło im naturalnie. Zupełnie tak, jakby nigdy tego nie utracili. Nawet na chwilę. Więc po co wciąż gadali? Może dlatego, że przez cały czas nie mogli darować sobie tego całego zaczepiania? Nie mieli okazji, by to robić, więc gdy wreszcie się taka nadarzyła, oboje musieli mieć ostatnie zdanie. - Jakieś - powtórzył po dziewczynie, uderzając językiem o podniebienie; niedowierzanie, no, naprawdę. - Jakieś swoje zalety i jakąś swoją osobowość, tak? - Oczywiście, bez wątpienia łechtała mu tym ego, w końcu lubił być doceniany. - Jest panna nad wyraz łaskawa, panienko - skwitował cicho, wymownie, choć ze wszech miar kulturalnym tonem. Tęsknił za tym jak bardzo go doceniała. Mhm. Nawet nie próbował się za to obrazić. W końcu zdawał sobie sprawę z tego, że była z nim dla jego ciała i niczego więcej. Przez dużego, nie duże ego. Tak, tak. To, co ich łączyło nie wymagało przesadnego analizowania. Doskonale wiedział, że go kochała. Dokładnie tak jak on kochał ją. Zawsze miał. Każdy ich wspólny moment był dla niego jak powrót do domu. Dokładnie tak jak to powiedział, prawda? Być może się przed tym wzbraniał, miotał się między poczuciem odpowiedzialności a własnymi pragnieniami, jednak w tym momencie czuł się dokładnie tak. Właściwie. Na swoim należytym miejscu. Ona też na nim była. Tęsknił za syceniem oczu jej nagim ciałem, za widokiem wygiętej szyi, za opaloną skórą, która niemalże lśniła w miękkim świetle lamp. Czuł, że ich ciała pasują do siebie tak cholernie dobrze, jakby były stworzone z myślą o tej chwili. Nigdy nie przestały reagować na siebie z tą samą intensywnością. Dokładnie z tym samym żarem, co tamtego pierwszego dnia. Tak właściwie to nawet znacznie wcześniej, bowiem mimo upływu czasu nie był w stanie zapomnieć tamtych chwil, gdy sami tak bardzo komplikowali sobie życie. Zupełnie bez potrzeby próbowali wciskać się w ramy, do których nigdy nie pasowali. Kulturalnie, aż nazbyt ulegle, szczególnie jak na nich, przyjmowali role będące wyłącznie fragmentem tego, co było im pisane. Ledwie wyrywkiem, stroną wyrwaną z rozdziału. Jednego z wielu. I mieli mieć ich znacznie więcej, prawda? Naprawdę na to liczył. Chciał w to uwierzyć, więc sobie na to pozwolił. W tej chwili nie próbując racjonalizować. Myśleć o przyszłości. O tym, co miało ich w niej czekać. O rozmowach do odbycia i tematach do poruszenia. O wszystkim, co mogło. Mogło pomóc im zbudować wszystko od nowa. Na znacznie trwalszych, mocniejszych podstawach. Tym razem bez wmawiania sobie konieczności zachowywania dla siebie tych zbędnych szczegółów, które okazały się istotniejsze niż powinny być. Mogło trochę skomplikować ich życie. Namieszać, bo te tematy nie były proste. Nie miało być łatwo o nich rozmawiać. Ale wciąż zamierzali to zrobić, szczególnie że istniała jeszcze jedna możliwość. To co mieli sobie do powiedzenia, mogło też przejść prawie zupełnie bez echa. Zostać po prostu przyjęte. Zaakceptowane. W przeciągu ostatnich dni już parokrotnie odniósł wrażenie, że jego dziewczyna wie więcej niż zakładał. Nigdy nie uważał jej za ślepą czy głupią, o nie. Miał ją za inteligentną i spostrzegawczą. To głównie dlatego decydował się mówić jej więcej niż komukolwiek kiedykolwiek, choć w dalszym ciągu nie chciał mieszać Riny w swoje sprawy. Zaskoczyła go kilkoma stwierdzeniami, które w jej ustach zabrzmiały tak naturalnie. Zupełnie gładko i błaho, jakby w gruncie rzeczy naprawdę nie miało znaczenia to, jaką wagę on im przypisywał. To, że interpretował niektóre zachowania (głównie własne) jako godne abominacji, wstrętu bądź niechęci, ale gdy ona się o tym wypowiadała, brzmiało to zupełnie inaczej. Może wciąż kontrowersyjnie, ale znacznie lżej. Zupełnie tak jak ich wspólne kontrowersje wywoływane swego czasu na salonach, a nie w sposób godny wzgardzenia. Nie przewidział tej reakcji. Nawet, jeśli doskonale się znali. Nawet mając świadomość, że wybaczała mu znacznie więcej niż ktokolwiek inny kiedykolwiek, to wciąż było inne. Zaskakujące do tego stopnia, że nie wiedział, w jaki sposób powinien to interpretować. Ale nie chciał o tym teraz myśleć. Nie, nie w tej chwili. Jeszcze nie, bo kiedyś zdecydowanie musiał. Zdawał sobie sprawę z tego, że powinni poruszyć tę kwestię. Tyle tylko, że w tym momencie było mu od tego tak daleko jak tylko mogło być. Spojrzenie Geraldine było pełne żaru a usta kusząco wygięte w uśmiechu, który zapowiadał to, co miało nastąpić. Jak miałby to zignorować? Teraz chciał dać się porwać pożądaniu, zatracić w gorączce późnego popołudnia, w niechybnym wstępie do upojnego wieczoru, bowiem nie wydawało mu się, by tak naprawdę mieli szansę opuścić mieszkanie. Mówili o tym przedtem. Wcześniej. Zanim ponownie zaciągnęli się do łóżka. Nim znaleźli się pośród niedostatecznie wymiętej pościeli. Musieli naprawić to niedopatrzenie. I chyba zostać tu do wieczora. Bez skrępowania. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z prawdziwości tego, co mu odpowiedziała. Doskonale wiedział, że wstyd był najprawdopodobniej ostatnim, co mogłoby nią kiedykolwiek kierować. Nim zresztą też. Pod tym kątem zdecydowanie jeszcze bardziej znacząco wychylali się przed szereg, czując się przy tym zupełnie właściwie. Nie dało się ukryć, że tu także nie musieli poszukiwać zrozumienia u siebie nawzajem. Po prostu robili to, na co mieli akurat ochotę. Sięgali po praktycznie wszystko, co im się uwidziało. No, może poza tymi dwoma okresami w życiu, kiedy nagle zachowywali się aż do przesady racjonalnie i przemyślanie. Wręcz obrzydliwie zachowawczo. Tylko po to, żeby w ostateczności wciąż wyciągnąć ku sobie ramiona, tylko później. Nie patrzył na to w kategorii niepotrzebnie straconego czasu, bo nie chciał tak tego odbierać. Z pewnością coś im to dało. Odroczona gratyfikacja potrafiła być naprawdę przyjemnie satysfakcjonująca. Tylko po cholerę odraczali ją wpierw o pół roku, lata później o półtora? Te piętnaście minut teraz w zupełności im wystarczyło. Bez wahania odpowiedział na ten pierwszy głęboki pocałunek. Dokładnie tak jak na kolejne, coraz bardziej gwałtowne, dając się ponieść fali żaru, która ich ogarniała. Z każdym ich wspólnym ruchem, atmosfera stawała się coraz bardziej nasycona pragnieniem. Jego ręce, które dotąd spoczywały na biodrach Geraldine, zaczęły wędrować w górę, przesuwając się po plecach dziewczyny, po obrysie jej kręgosłupa, drażniąc przy tym po drodze każdy centymetr delikatnej skóry, jaki napotkały. Powoli, niespiesznie, ledwo muskał ją samymi opuszkami palców. Nie po to, by ją do siebie przyciągać a po to, by wywołać kolejne dreszcze. Falę gorąca, gęsią skórkę, niepowstrzymane pragnienie. Dokładnie takie, jakie on sam odczuwał we własnym wnętrzu, już nawet tego nie ukrywając. Czuł jak jej ciepło otacza go z każdej strony, intensyfikując się z każdym kolejnym pchnięciem lędźwi. Biodra dziewczyny poruszały się w sposób, który sprawiał, że jego zmysły szalały. Sam nie wiedział, kiedy ponownie przeniósł dłonie na jej talię, zaciskając je mocniej. Zatapiając palce w miękkiej skórze i przyciskając Yaxleyównę do siebie, przyciągając ją jeszcze mocniej. Myśląc tylko o tym, żeby doświadczyć jej mocniej, głębiej, intensywniej. Była obłędna. Jego. Wciągnął głęboko powietrze, na kilkanaście sekund niemalże tracąc oddech. Nie musiał myśleć o niczym innym, nie musiał tego analizować. Po prostu sycił się chwilą. Miał wrażenie, że jego własne ciało instynktownie reaguje na każdy ruch. Ledwo rejestrował cokolwiek, prócz tego, że ich rytm z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej intensywny, a jednak wciąż jeszcze niewystarczający. Napięcie pomiędzy nimi narastało bez ustanku, poszukując ujścia w kolejnych coraz to gwałtowniejszych, bardziej zdecydowanych, napierających ruchach. Jego dłonie przyciągnęły ją bliżej, ale nie próbował przejmować kontroli. Nie tym razem. Delektował się jej obecnością, rytmem, którym im nadawała. Nie miał zamiaru przejmować inicjatywy - nie teraz. Nie musiał, więc nie zamierzał. Nie potrafił udawać. Kryć się z tym, że odpuścił jakiekolwiek dążenia do dominacji, jeszcze zanim w ogóle mógłby o nich pomyśleć. Bez skrępowania pozwolił ukochanej przejąć kontrolę, samemu delektując się chwilą. Smakiem warg Yaxleyówny, każdą nutą ich wspólnego rytmu, gorączką, która płynęła z ich ciał. Słyszał jak oddech dziewczyny staje się coraz szybszy i bardziej spłycony, jak ciche pomruki wydobywają się z jej ust w jego wargi. Raz za razem przygryzane i pociągane, budząc w nim kolejne pragnienia. W pewnym momencie, odrywając się na chwilę od jej ust, ponownie wbił wzrok w jej rozbujane piersi, falujące w sposób, któremu trudno byłoby nie ulec. To był widok, który sprawiał, że jego zmysły eksplodowały a serce zabiło jeszcze szybciej. Dłonie Ambroisa, jakby same z siebie, przesunęły się wzdłuż jej ciała, gdy podjął decyzję. Tylko nieznacznie, jednak zdecydowanie zmienił układ ich ciał, by móc zbliżyć się do jej biustu. Oderwać się od warg Geraldine tylko po to, żeby otulić jej dekolt ciepłym oddechem. Uśmiechnął się półgębkiem, może nawet trochę nazbyt zaczepnie, gdy odnalazł spojrzenie Yaxleyówny. Mieli półtorej godziny, tak? Nie musieli nigdzie się spieszyć. Wysunął język, samym czubkiem muskając delikatnie jeden z sutków ukochanej, zataczając wokół niego kilka niewielkich kółek a potem biorąc go w usta. Zatracając się w powolnej pieszczocie aż do momentu, gdy dziewczyna zaczęła na niego opadać. Wtedy opuścił głowę na poduszk, pozwalając Rinie oprzeć się na jego obojczyku, mocno obejmując ją ramionami i pozwalając jej na złudny odpoczynek. Przejmując kontrolę nad ich chwilą, bo przecież nie zamierzał zupełnie przestawać. Nie, nie teraz. Nie, gdy byli tak blisko spełnienia. RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.04.2025 Musiała się wyjątkowo pilnować, bo również znajdowała się na granicy, zresztą nie dało się nie zauważyć tych wszystkich znaków, które o tym świadczyły. Mogłaby próbować mydlić mu oczy, jednak jej ciało mówiło samo za siebie. Cóż, nie mogła zapanować nad wszystkim, czyż nie, mimo, że bardzo, ale to bardzo się starała. Miała świadomość, że on wie. Roise znał ją doskonale. Na pewno zdawał sobie sprawę, że te zagrywki sporo ją kosztują, tym bardziej, że zazwyczaj po prostu od razu sięgała po to, na co miała ochotę, tym razem próbowała podejść do tego inaczej, prędzej, czy później i tak musiała pęknąć. Nie było możliwe kontrolowanie się na dłuższą metę, gdy znajdowali się tak blisko siebie. W ten jeden, jedyny, najbardziej właściwy sposób. Szczególnie po tym etapie rozłąki, który przecież oficjalnie skończył się właśnie dzisiaj. Jeszcze wczoraj nie mieli pewności, czy spędzą razem kolejny poranek, kolejną noc, kolejny dzień, tydzień, miesiąc. Teraz w końcu wszystko było pewne. Po tym okropnym półtora roku mogli znowu wrócić do tej najbardziej odpowiedniej dla nich formy relacji. Ugiął się, było to jej małe zwycięstwo, które może i w końcu osiągnęła, ale sporo się przy tym nagimnastykowała. Padło między nimi w tym tygodniu dużo więcej słów, deklaracji, niż przez długie lata ich wspólnego życia. Nie mieli tendencji do prowadzenia zbyt długich rozmów, do dzielenia się tym, co siedziało im w głowie, do mówienia o swoich uczuciach. Tym razem było inaczej, wyjątkowo wiele sobie powiedzieli. Nie były to same miłe i ciepłe słowa, ale najwyraźniej tego potrzebowali, aby spotkało ich to oczyszczenie. Nie widziała w tym nic złego, musieli wyciągnąć całe to gówno, aby znaleźć się w końcu w tym miejscu na którym im zależało. Zresztą i tak miała wrażenie, że czekało ich jeszcze wiele rozmów, do których musieli wrócić. - Łapiesz mnie za słówka... - Pokręciła głową nieco rozczarowana. Oczywiście, że zawsze wiedziała wszystko najlepiej, tym razem również, tylko nie chciała tego po sobie pokazać. Mieli tendencje do wybijania się z rytmu, do wyprowadzania się z równowagi, korzystali z każdej nadarzającej się okazji, aby się ze sobą nieco podroczyć. Tym razem nie mogło być inaczej, ależ oczywiście. Szczególnie, że przecież nie musieli już się martwić tym, że był to ich ostatni wspólny dzień. Mogli wrócić do tych standardowych zagrywek i zachowań. Czerpała z tego ogromną przyjemność. Przecież nie pokochała go bez powodu, ceniła sobie to, że Roise był dla niej idealnym przeciwnikiem, że i ona i on znajdowali się na podobnym poziomie. To zawsze miało dla niej znaczenie. Byli kurewsko uparci, potrafili bronić swoich racji, jak nikt inny. Przy sobie jednak nie zawsze im się to zdarzało, bo w przeciwieństwie do wszystkich innych sobie nawzajem potrafili ustępować, co nie było dla nich też takie naturalne. To świadczyło o tym, jak bardzo im na sobie zależało, skoro skłaniali się nawet do takich czynów, o które normalnie było bardzo ciężko. Tym razem jednak jej nie ustępował, pogrywał z nią dalej, teraz on, nie ona. Byli siebie warci, czyż nie. Nie mogli tak po prostu ulec temu, co się między nimi kumulowało, to byłoby zbyt proste. Mimo tego, że przecież ich ciała mówiły wszystko, pokazywały jak bardzo w tej chwili siebie potrzebują, to usta robiły coś zupełnie innego. Kontynuowały tą zupełnie niepotrzebną przeprawę. Jakoś sobie z tym poradzą, prawda? Któreś w końcu ulegnie na tyle, żeby je zamknąć w odpowiedni sposób. - Twoja Rina nic takiego nie sugeruje, to Ty wyciągnąłeś takie wnioski. - Nie mogła przecież pozwolić na to, aby jej tu teraz zarzucał, że sugerowała, że czegoś nie wie. Nie mogła mu na to pozwolić, czyż nie? Chociaż właściwie powoli zaczynała gubić sens tych słów, które mówiła. Jej myśli znajdowały się zdecydowanie w innym miejscu, szczególnie, kiedy wpatrywała się w jego oczy, które spoglądały na jej ciało. - Morgano, to Ci wystarcza? - Ambroise był jednak niereformowalny. Zwłaszcza po tym spotkaniu z doppelgangerem naprawdę wystarczał mu do identyfikacji jej tyłek? Mogłaby mu teraz strzelić wykład na temat tego, jak bardzo mogło to być zgubne postępowanie, ale chyba nie było to do tego odpowiednie miejsce. Jeszcze tego brakowało, żeby w tej chwili zapomnienia przypominała o tym, co niedawno przeżyli, jakby któreś z nich nie zdawało sobie z tego sprawy. Przez miesiące obawiała się tego, że jej wyimaginowany brat bliźniak zajmie jej miejsce... Więc nie do końca była zachwycona tą sugestią, że to nie była ona, a ktoś inny. Cóż, zamierzała bardzo szybko pokazać Roisowi, że faktycznie nikt jej nie podmienił, czy coś. Trudno im było się dzisiaj sobą nacieszyć, miała wrażenie, że znowu wpadli w tę bańkę, w której nie liczyło się nic więcej tylko ich obecność. Wiedziała, że to nie mogło trwać wiecznie, bo rzeczywistość prędzej, czy później wyciągnie po nich swoje łapska, ale zasługiwali chociaż na taki jeden dzień beztroski. Należało im się to po tym wszystkim, co przeżyli. Nie było sensu więc zakładać sobie żadnych konkretnych postanowień na ten dzień. Zupełnie było im to niepotrzebne, w końcu mieli przed sobą całe życie, do czego też już dzisiaj doszli, więc na spokojnie mogli poddać się tym wszystkim przyjemnościom. Na pewno czekało ich jeszcze wiele do przegadania, ustalenia, bo byli już innymi ludźmi, niż ci, którzy znaleźli się w tym samym łóżku dawno temu po raz pierwszy raz. Świat, który ich otaczał również nie był taki sam, tylko to uczucie, które ich łączyło wydawało się nie zmieniać. Musieli więc jakoś znaleźć po raz kolejny wspólną drogę. Nie był to jednak odpowiedni moment na to, aby to wszystko teraz usystematyzować. Tak, czy siak ich to nie ominie, musieli jakoś ponownie nauczyć się żyć ze sobą. Nie wątpiła, że nie będzie to wcale takie łatwe, bo przy ich charakterach, życiach jakie prowadzili dość trudno mogło być im dojść do konsensusu. Zawsze jednak jakoś udawało im się go uzyskać, pewnie tym razem będzie podobnie. - Teraz sugerujesz, że jestem łatwa? - Zatrzepotała jednoznacznie rzęsami. Wcale tego nie powiedział, czyż nie, ale mogła wyciągnąć swoje wnioski. Włożyć mu w usta słowa, których wcale nie miał na myśli. Typowa dla nich zagrywka, pewnie nigdy im się to nie znudzi, tak już mieli. Nie mogło być zbyt prosto, prawda. - Nie mogę pozwolić na to, abyś zbyt szybko przeszedł to tej swojej napuszonej wersji. - Zdawał sobie sprawę, że doceniała wszystkie jego zalety, całą jego osobowość, przecież wiele razy mu o tym mówiła. Nigdy nie miała problemu z tym, aby rzucać w niego komplementami, chociaż wcale tego nie potrzebował. Roise był bardzo, ale to bardzo pewny siebie. Nie sądziła, aby to się zmieniło przez te lata. Znał swoją wartość, co często lubił demonstrować. Mówiła mu przecież, że to w nim lubi, że jej się to podobało. Przy nim zresztą sama zaczęła nieco bardziej doceniać siebie, bo też miał w zwyczaju powtarzać jej to jaka jest wyjątkowa. Kochali się, nie mieli problemu z tym, aby mówić sobie te wszystkie piękne słowa, które zawsze były szczere, bo przecież oni nigdy nie sięgali po kłamstwo. To, czego dowiedziała się o nim przez ten ostatni tydzień nie zmieniło jej podejścia, nie wystraszyło jej. Właściwie nie uważała, aby to były powody, dla których mieliby się od siebie trzymać z daleka, wręcz przeciwnie, nie miała najmniejszego problemu z tym, aby wejść ponownie w tę relację. Nic nie było w stanie jej trzymać od niego z daleka, była gotowa stanąć obok niego i wejść z nim w najbardziej pojebane gówno, byleby tylko byli razem. Zresztą nie zamierzała go oceniać, ona przecież również miała swoje za uszami. Nie była święta i nigdy nie miała być. Podejmowała decyzje, które nie zawsze były odpowiednio moralne, ale co z tego? Nie musieli się oceniać na podstawie istniejących ram, bardzo dobrze wiedziała, że nie robili niczego bez konkretnej przyczyny. Kiedy decydowali się po coś sięgać, w ten mniej odpowiedni sposób mieli ku temu swoje powody, nigdy nie negowała moralności Roisa, wiedziała, że mają podobne zasady. To przecież również ich łączyło. Byli ze sobą spójni na wielu możliwych płaszczyznach, zresztą jak mogliby nie być, skoro byli bratnimi duszami. Nie mogło być inaczej, naprawdę wierzyła w to wszystko. Nie czuła z nikim innym takiej wyjątkowej więzi, z nikim nie chciała układać sobie życia, nie widziała wspólnej przyszłości - tylko i wyłącznie z nim i miało to swoją przyczynę. Pasowali do siebie idealnie, czy tego chcieli, czy nie, to wcale nie było klątwą, do czego na szczęście już również doszli. Nie idealizowała go też w żaden sposób, raczej miała świadomość, że każda decyzja niesie ze sobą pewną odpowiedzialność, była na pewno bardzo dokładnie przemyślana, zdecydowanie bardziej niż u niej, bo ona dość często działała sporadycznie i to po niej można się było spodziewać nieodpowiedzialności, nie po jej chłopaku. Nie zamierzała zresztą teraz skupiać się na tym wszystkim co usłyszała, nie zrobiło to na niej szczególnego wrażenia, no może poza tą jedną sprawą, która dosyć mocno w nią uderzyła. To, co wyszło u Corio, co świadczyło tylko i wyłącznie o tym, że nie mogli być bez siebie szczęśliwi, że woleliby stracić życie, niżeli podążać przez nie bez siebie u swojego boku. Jego dotyk przynosił oczekiwany efekt, chcąc nie chcąc, nie mogła reagować na opuszki palców, które muskały jej skórę. Nie była, aż tak odporna, nie potrafiła, aż tak udawać, że jej to nie rusza. Ciało mówiło samo za siebie, pokrywało się gęsią skórką, reagowało na każdy, nawet najbardziej delikatny dotyk. Musieli się znowu sobą nasycić, to było nieuniknione, skoro już znowu znaleźli się w tym łóżku nie widziała innej możliwości. Ambroise nie pozostawał jej bierny, bardzo dobrze wiedział, gdzie i jak jej dotknąć, aby ich doznania były bardziej intensywne. Cóż, znali się doskonale, znali każdy, nawet najdrobniejszy szczegół swojego ciała. Trudno by było inaczej po tylu latach, które razem spędzili. Pod tym względem również idealnie się dopełniali. Uwielbiała to, że nie musiała nic mówić, nic sugerować, on zawsze doskonale wiedział, co powinien zrobić, aby razem sięgali po satysfakcję. Jęknęła cicho, gdy oderwał swoje usta od jej i zaczął się w nią wpatrywać, bardzo szybko dotarło do niej, że zupełnie niepotrzebnie to zrobiła, bo Roise nie zamierzał przestawać dotykać jej ciała, tym razem jednak wargi mężczyzny znalazły się zupełnie w innym miejscu. Jej ciało po raz kolejny pokryło się gęsią skórką, nigdy nie umiała nad tym panować, zresztą, czy powinna, dobrze, aby zdawał sobie sprawę, jaką przyjemność sprawiał jej swoimi gestami. Wygięła się nieco do tyłu, i podparła na rękach, aby mógł odpowiednio się nią zająć, zresztą doskonale wiedział co robi. Czuła, że ciepło zaczęło rozlewać się po jej całym ciele, jeszcze chwila, krótki moment, a miała się znaleźć w tym najbardziej wyjątkowym miejscu. Jej oddech przyspieszał z każdym ruchem, każdym, kolejnym przesunięciem języka po jej ciele. Wiedziała, że już niedługo osiągną spełnienie. Nie mieli najmniejszego problemu z tym, aby dostosowywać się do zmiany rytmu, bardzo łatwo przychodziło im przejmowanie kontroli, nie zamierzali bowiem odpuścić, nie póki nie sięgnęli po to, do czego zmierzali od samego początku. W końcu niemalże przestała oddychać, zaciskając dłonie na jego żebrach, kiedy wtulała swoją głowę w jego obojczyk. Jej ciało przeszły dreszcze, właściwie to całe zaczęło drżeć, kiedy kilka pomruków opuściło jej usta. Wreszcie odetchnęła głęboko jakby przypomniała sobie o tym, że powinna oddychać, co nie zawsze wydawało się takie oczywiste, kiedy znajdowała się tak blisko niego. Nie odezwała się jednak ani słowem, bo chyba nie potrzebowali żadnych słów, bardzo dobrze wiedzieli, że znowu znaleźli się we właściwym miejscu, razem i teraz miało być tak zawsze. |