![]() |
|
[12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood (/showthread.php?tid=4899) |
RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Prudence Fenwick - 17.06.2025 [inny avek]https://images2.imgbox.com/41/53/Geo6jcio_o.png[/inny avek] Niebo robiło się coraz ciemniejsze, Prue nie miała jeszcze świadomości, że dwie wielkie, spadające gwiazdy, zaraz je rozświetlą swoim blaskiem, póki co była zaabsorbowana rozmową ze swoim bratem. - Oczywiście, donieś naszej rodzicielce, niech ona zostanie w to zamieszana. - Niezbyt wiele się zmieniło na przestrzeni lat, przynajmniej ze strony Eliasa, najprościej było udać się do rodziców, rzucić kilka słów po to, aby ona później miała suszoną głowę. Nawet jeśli robił to dla żartu niosło to ze sobą dodatkowe konsekwencje, z którymi to ona musiała sobie radzić, a nie do końca była gotowa na kolejne starcie z matką, szczególnie, jeśli miało dotyczyć takiej pierdoły. - No i wcale nie jestem nikczemna, nie słódź sobie. Nie chodzi tylko o Twój mózg, tak właściwie to wszystkie części ciała mnie interesują, nie tylko te Twoje. - Jeśli już sam zaczął ten temat, to postanowiła go kontynuować. Oczywiście, że szkoda byłoby marnować jego ciało i chować je w ziemi, skoro można by było przyczynić się gdzięki jego badaniu dla rozwoju nauki, to dlaczego by z tego nie skorzystać, zresztą nie miałaby nic przeciwko temu, żeby i ją ktoś pokroił na części. - Ellie, naprawdę chcesz rozmawiać ze mną o moich fetyszach? - Zmrużyła oczy i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, to nie był dobry pomysł, zdecydowanie nie był. Ta rozmowa zaczęła się toczyć w złym kierunku i nie do końca umiała ją naprostować. Sięgnęła więc po butelkę wina, którą miała w dłoni, by czymś się zająć i nie daj Morgano nie ciągnąć tego tematu. Przesunęła się nieco w bok, by zrobić bratu więcej miejsca obok siebie, skoro już postanowił do niej dołączyć na tym hamaku. Spojrzała na niego, nieco zdziwiona. Zawisiła wzrok na twarzy Eliasa na krótką chwilę. Mięsny jeż, co to kurde miało być, nigdy o czymś takim nie słyszała, ani nie czytała. Fanaberie burżuazji nie były jej szczególnie bliskie, mogła spodziewać się wszystkiego, prawda? Zwłaszcza po tym, co zastała w tym miejscu. - Nie wiedziałam, że jeże się je. - Dodała jeszcze, bo niby można było zjeść wszystko, prawda, kiedy było się do tego zmuszonym, ale, żeby ktoś jadł akurat te zwierzęta dla przyjemności? No nic, powinna się nieco podszkolić z upodobań arystokratów, czy coś. - Tak, też się cieszę, nie spodziewałam się nawet, że będzie tak przyjemnie. - Oczywiście, że nie miała zamiaru opowiadać bratu, o tym jak jej mijał czas, ale póki co wszystko, co się tutaj działo było raczej miłe (no, nie licząc tej wizyty w lesie z Romulusem, o której zdecydowanie wolałaby zapomnieć, ale na niektóre rzeczy nie miało się najmniejszego wpływu, działy się zupełnie przypadkowo). Skupiała się na tym, co dawało jej radość, a wbrew pozorom było sporo takich momentów w przeciągu ostatnich kilku dni. - Na szczęście nabyłam doświadczenia przez te lata i mam nieco inne metody od szlabanów. - Nie, żeby zamierzała z nich korzystać, wręcz przeciwnie - Prue naprawdę starała się trzymać z boku i nikomu nie przeszkadzać, tyle, że los chyba chciał z niej zakpić... Znowu. Zauważyła zamieszanie, które działo się niedaleko nich. Potter wzbił się w powietrze, cóż, nic dziwnego, nie należał do szczególnie ogarniętych osób, tyle, że postanowił się złapać Corneliusa, coś mu nie wyszło, a może wyszło nawet za bardzo, bo po chwili jeden i drugi unosili się nad ziemią. Bletchley zmrużyła oczy, zawiesiła się na chwilę, próbowała przeanalizować całą sytuację, jak wysoko będą mogli się unieść, przy takim porywie wiatru, jak szybko spadną? Jakie będą ich obrażenia, gdy znajdą się na ziemi? Dotarło do niej, że to nie był wiatr, to musiało być coś innego, ktoś był w to zamieszany, tylko kto? Rzuciła okiem na towarzystwo, jednak póki co nie zlokalizowała sprawcy tego zamieszania. Nie powinni daleko polecieć prawda? Chyba? Nie zamierzała się wtrącać w tę sytuację, gdyby nie dotyczyła ona Romulusa to pewnie pomogłaby Corneliusowi, niestety lecieli razem, bo powodowało, że Bletchley starała się to ignorować. Oczywiście, że nie założyła tego, co miało się za chwilę wydarzyć. Przeniosła wzrok ponownie na brata, już otwierała usta, by się do niego odezwać i jebs... Romulus Peter Potter postanowił wylądować właśnie na ich hamaku. Pierdolnął w nich niczym dzik w maliny, dlaczego to zawsze musiała być ona? Naprawdę chciała unikać akurat tego osobnika. - Potter, staram się, naprawdę się staram nie wchodzić Ci w drogę, ale Ty zdecydowanie chcesz skosztować jak smakuje moja zemsta. - Na pewno zrobił to specjalnie, by ją wkurzyć, a Elias okazał się być tylko przypadkową ofiarą. Miał pierdolone szczęście, że udało jej się jakoś utrzymać w dłoni butelkę, bo jeszcze brakowało tego, żeby wylała na siebie jej zawartość. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Romulus Potter - 18.06.2025 To był jakiś żart. Koszmar. Psychodeliczny sabat szaleństwa. Wpatrywałem się w zebranych na dole, ale z tej perspektywy trudno było namierzyć winowajcę… a raczej winowajczynię. Bo ta salcesonowa twarz Prudence, Merlin mi świadkiem, miała dokładnie ten sam wyraz co zawsze: skupiony, nadęty, pełen uprzedzenia i bezzasadnej wyższości nad rozmówcą. Albo nad ofiarą jej magicznych fanaberii. Pru-dence… – wyplułem jej imię w myślach jak coś między przekleństwem a diagnozą. Na głos jednak dobywała się ze mnie wyłącznie mieszanina jęków i krzyków, bo kurczowo próbowałem trzymać się Corneliusa, żeby, broń Matko Naturo, nie dać się porwać do jakiejś galaktycznej otchłani! Bo kto wie? Może skończyłbym na ciemnej stronie księżyca! A tam, o zgrozo, nie mieli luster. Nawet jednego! A o takim magicznym, które mówiłoby mi, jaki jestem przystojny, cudowny i boski... to już w ogóle mógłbym zapomnieć!!! Zatrwożyłem się. Przeląkłem. Przyszłość rysowała się czarna jak ściany Azkabanu. Czekał mnie przecież ślub Ambroise’a… Powinienem tam być! Powinienem tulić i całować przyszłą Pannę Młodą! A zamiast tego... spadałem. Tak, właśnie. Spadałem. Ojej. Tego również nie chciałem. Zderzenie z glebą wydawało się co najmniej nieestetyczne. Zacisnąłem powieki. Byle nie twarzą. Byle nie zgrabnym tyłeczkiem. Plecy też mi były jeszcze potrzebne… O Merlinie, a mój penis?! CHROŃ GO! CHROŃ GO, O WIELKI OPIEKUNIE CZARODZIEJSKICH MĘSKOŚCI! I wtedy – TRAH! – coś mnie złapało. A raczej: w coś wpadłem. W coś miękkiego, ale też miękko-twardego. Usłyszałem jęki, nie tylko moje. Chyba. ŻYŁEM! ŻYŁEM, MERLINIE, BYŁEM CAŁY! Powoli otworzyłem oczy. Spadłem na hamak. Na hamak, w którym była Prudence MORDERCZYNI Bletchley z niczemu niewinnym Eliaszem. Czułem się jak bohater romantyczny, który wraca z wojny i zastaje ukochaną z obcym mężczyzną… tylko że zamiast wojny miałem przelot, a zamiast ukochanej – czarodziejską zołzę z piekła rodem i siostrę Eliaszka w jednym. Zerwałem się z hamaku, zatoczyłem nieco, lecz złapałem równowagę i z teatralnym dramatyzmem odwróciłem się gwałtownie. Może za gwałtownie, bo świat pociemniał mi przed oczami i lekko zawirował. Ale nieważne! Miałem cel. Miałem misję. Uniosłem dłoń i wskazałem palcem. Raz na Eliasza, raz na Prudence, bo błędnik jeszcze nie działał jak należy, ale wiedziałem, kogo mam na myśli. Tę przekletą czarownicę! Wzdrygnąłem się. Podskoczyłem. Jakby mnie obsiadło całe gniazdo szerszeni, os i jeszcze nargli. – JUŻ DOSKONALE POSMAKOWAŁEM TWOJEJ ZEMSTY, PRU-DENCE! – wyplułem jej imię jak zatruty owoc. Paskudne, ostre, obłudnie eleganckie. Tym razem zrobiłem to głośno. – JAK ŚMIAŁAŚ?! JAK ŚMIAŁAŚ ZROBIĆ TO MNIE I CORNELIUSOWI!? PRZYJMUJEMY CIĘ POD DACH JAK JEDNĄ Z NAS, A TY TAK NAM SIĘ ODPŁACASZ?! – uniosłem na nią głos, robiąc krok w jej stronę. Krok groźby. Krok cienia. Krok bardzo wymiętego, roztrzęsionego czarodzieja. Byłem cały rozdygotany. Przerażony. Zniesmaczony. Zmaltretowany. Wkurwiony. I... i zdecydowanie nie zamierzałem być bliżej Prudence Bletchley niż wymagała tego konwencja cywilizowanego społeczeństwa, więc od razu zrobiłem trzy kroki w tył. I jeszcze jeden dla bezpieczeństwa. – Jeszcze jedna taka zagrywka, a zgłoszę cię w Ministerstwie Magii! Przysięgam na własne przedsenne mantry i czekoladowe żaby! – sapnąłem, szukając wzrokiem Corneliusa. Na szczęście wyglądał, jakby żył. Wyglądał lepiej niż ja, co było nie do przyjęcia, ale przynajmniej oddychał. Potrzebowałem przestrzeni. Tchu. Innej, kontrolowanej przeze mnie galaktyki. Wyczarowałem barierę ochronną między sobą a Prudence, po czym obróciłem się do niej plecami. – Idę się przebrać – zakomunikowałem reszcie, unosząc głowę wysoko jak arystokrata wśród plebsu, i wielkimi, urażonymi krokami ewakuowałem się w stronę domu. Znajomczak – ten niezastąpiony skrzat mojego ojca – już wiedział, co robić. Ja potrzebowałem tylko ciepłego prysznica, świeżych ubrań i pół godziny spokojnej medytacji z twarzą zanurzoną w poduszkach z lawendą. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.06.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/12/8d/99/128d99bf2c679f040de4f68a1cfadc1b.jpg[/inny avek] - Nom, nie mają. - Jakoś tak wyszło. Wiadomo, że różnie bywa z rodziną, nie ze wszystkimi chętnie się spotykało, czy utrzymywało kontakt. Gerry utrzymywała dość bliskie więzi z większością kuzynostwa, nawet z Borginami, więc to było dla niej nie do końca typowe, ale siostra ojca odsunęła się od nich bardzo dawno temu, chyba wtedy, kiedy nawet jej jeszcze nie było na świecie. Sama Ger jakoś nigdy nie interesowała się specjalnie tym, dlaczego tak jest, po prostu to przyjęła i zaakceptowała. To nie było nic wielkiego, zresztą nie do końca wydawało jej się, by spory, czy relacje starszych pokoleń były jej sprawą. - Mnie już chyba mało co jest w stanie zdziwić. - Świat był mały, czasem zupełnie splatał ze sobą drogi znajomych sobie osób, stawiając ich w zupełnie nowej sytuacji, może tak właśnie było z Fenwickiem i Rothem. Nie był to jej interes, dobrze jednak było wiedzieć, że jej brat ma jakieś dodatkowe wsparcie, może to mu pomoże, bo zaczynały jej się już kończyć pomysły. Yaxleyówna obserwowała przedstawienie, które działo się na niebie. Nie spodziewała się, że Ambroise tak spektakularnie potrafił korzystać z translokacji, jak widać ćwiczył te zaklęcia, gdy nie było jej obok niego. Cóż, naprawdę doskonałe to było zaklęcie, najchętniej by mu nawet przyklasnęła, jednak właśnie - nie mogła go wydać, musiała obserwować to w ciszy, a szkoda. - Coś Ty, ale skoro Cię nie wydam, to pewnie zostanę wzięta za partnerkę w zbrodni. - Z tym też chyba powinna się pogodzić, bo przecież wiedziała, ale nie powiedziała, czy coś. Z drugiej strony to nie było nic wielkiego, tylko niewinna lewitacja, nie mieli przecież odfrunąć gdzieś daleko. Nie wiedziała dlaczego Roise to zrobił, ale na pewno miał jakiś solidny powód, aby zabawić się Romulusem, który postanowił wciągnąć w to Corio. - To chyba najlepsza opcja. - Wszystko wydarzyło się dość spontanicznie, więc nie było sensu jakoś specjalnie zastanawiać się nad resztą, lądowaniem, czy jeszcze innymi rzeczami. Zresztą daleko nie polecą, może nieco będą bolały ich tyłki, gdy padną na ziemię. Nie takie rzeczy zapewne ich już spotykały. - Jezioro wydaje się być najbardziej bezpieczną opcją. - Dodała od siebie, na pewno woda była przyjemniejszym lądowiskiem od ziemi, z dwoja złego sama wolałaby trafić właśnie do jeziora. Nie wszystko jednak potoczyło się tak jak zakładali. Yaxley nie odrywała wzroku od mężczyzn, którzy frunęli po niebie. Byli bardzo blisko jeziora, tyle, że Ambroise przerwał zaklęcie? Samo przestało działać? Cały misterny plan w pizdu. Gerry otworzyła szeroko oczy. Cóż, wylądowali. Nie na ziemi. Chyba nie było tak źle, bo trafili na hamaki, Corio w ogóle miał farta, bo znalazł się w tym pustym, Romulus nieco mniej, bo wylądował na rodzeństwe Bletchley, ale mogło być gorzej, prawda? - No to wylądowali. - Rzuciła jeszcze do Roisa. Później nieco ją zatkało, gdy zobaczyła reakcję Pottera, cóż, tyle by było z tego żartu Roisa, najwyraźniej nie wszystkich śmieszył tak samo. - Co teraz? - Oczywiście, że nie zamierzała się w to mieszać, bo przecież była tylko i wyłącznie obserwatorem tej całej sytuacji, ale winę za żart jej chłopaka aktualnie ponosiła zupełnie inna osoba. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Benjy Fenwick - 18.06.2025 No i spadli. Cornelius zdecydowanie ładniej - niech mu będzie - zsunął się w dół jak trochę za ciężka zasłona po przechyleniu drążka karnisza - może trochę za szybko, ale bez większych szkód. Zrobił to, trzeba przyznać, z jakąś namiastką klasy, i gdyby nie pewność, że było inaczej, mógłbym nawet stwierdzić, iż zwyczajnie uznał, że tak właśnie powinien zejść ze sceny. Szkoda tylko, że nikt nie klaskał. Natomiast Romulus… Nie spadł, nie opadł, nie zsunął się, nie zlewitował... Romulus się po prostu spierdolił. Tak - spektakularnie spierdolił się w dół, jak worek ziemniaków, który ktoś wrzucił z czwartego piętra, i to nie worek świeżych, apetycznych kartofelków, tylko takich już trochę nadgniłych, miękkich, z kiełkami. Stłumione „mlask!” - i po sprawie. Tak, tak - po sprawie... Czyżby? Oczywiście, że nie, bo czemu nie - przez jeden moment wyglądał, jakby jeszcze obrał tor spadania za Corneliusem, mając wpaść do wolnego hamaka, a w następnym... Już nie. Nie dość, że się spierdolił, to jeszcze idealnie na Prudence i Eliasa, którzy dotąd dzielili sobie siedzisko, jakby celował. Zupełnie tak, jak gdyby zobaczył ich tam i pomyślał sobie: „A co, może przy okazji wpadnę na pogawędkę.” Odruchowo wciągnąłem dym papierosowy do płuc, krztusząc się trochę przy wydechu. Towarzyszyła mi bardzo głęboka świadomość, że jeśli ten wieczór się nie zakończy jakimś zaklęciem leczniczym, to znaczy, iż nikt nie próbował wystarczająco mocno. Czy żałowałem? Absolutnie nie. To był najzabawniejszy upadek, jaki widziałem od lat, a wieczór był jeszcze młody i dopiero się rozkręcał. Rozległ się jęk, chrzęst materiału, który nie był stworzony, by utrzymać trzy osoby. Przez chwilę nic nie mówiłem, bo sceny tego typu wymagały ciszy, kontemplacji, może nawet jakiegoś wewnętrznego namaszczenia, ale... Przecież nie można siedzieć wiecznie, kiedy ludzie giną, lub chociaż się kompromitują, prawda?Wiedziałem, że to cyrk - nie ma co się przejmować, ale skoro już los podał mi na srebrnej tacy pretekst, żeby podnieść się i iść po alkohol, to grzechem byłoby z niego nie skorzystać. Zanim ruszyłem, rzuciłem w stronę Astarotha: - No to koniec show, co? Idę po coś mocniejszego. Nie czekając na odpowiedź, podniosłem się z miejsca i ruszyłem w stronę hamaka, gdzie trójka nieszczęśników leżała na kupie i raczej nie wyglądała na w pełni funkcjonalną. Nie dostrzegłem krwi, więc uznałem to za pozytywny znak. Podszedłem bliżej, starając się nie nadepnąć na nic ważnego. Z bliska wyglądało to jeszcze bardziej groteskowo, ale chyba nic nikomu nie było. Wieczór trwał dalej, jednak wewnętrznie uznałem, że jeśli przy następnej rundzie ktoś nie złamie kręgosłupa, to będziemy mogli mówić o cudzie. - Wsystko spoko? - Zapytałem, jeszcze z odległości, próbując brzmieć jak najbardziej troskliwie, chociaż w środku śmiałem się na samą myśl, jak absurdalnie wyglądała ta cała sytuacja. Nie zdążyłem do nich dotrzeć, zanim Romulus zaczął się podnosić, ale jego słowa były tak głośne, że trudno byłoby nie zrozumieć przekazu. Widziałem już wiele odklejek w jego wykonaniu, ale ta… Ta przebiła wszystko. Krok po kroku, będąc coraz bliżej, słuchałem, jak rzuca słowami jak sztyletami z gówna nasączonymi jadem - na lewo, na prawo, bełkotliwie, agresywnie. To był mój punkt graniczny. Może chodziło o ten ton głosu, a może po prostu o fakt, że Romulus, mój przyjaciel - jasne, znaliśmy się długo, za długo, żeby udawać, że nie wiedziałem, na co go stać - właśnie dał z siebie pokaz godny najgorszego rodzaju pajaca i stał się tylko tym rozdygotanym, małym człowiekiem z wielkim ego i z gębą pełną jadu. Nie był już nawet groteskowy, był po prostu żenujący, gówno się w nim zagotowało i teraz próbował nim pluć na wszystko wokół, w tym na osobę, którą - byłem tego pewien - ostatnią należało winić za ten cyrk, który mógłby być nawet zabawny, gdyby nie reakcja Pottera. Już dawno przekroczył granicę, ale to, co właśnie powiedział, to nie była frustracja, to nie była głupota - było chamstwo w czystej postaci. Obrzydliwa próba ustawienia kogoś do kąta, upokorzenia pod płaszczykiem urażonej godności - nie, nie zamierzałem tego zostawić. Potraktował Prudence, jakby wparowała bez pytania i zesrała się mu do walizki z jedwabiem. To była kobieta, z którą spędzałem czas. Może nie mieliśmy tego kontynuować po tym tygodniu, nie planowaliśmy niczego długoterminowego, nie byliśmy parą, nie mieliśmy być związkiem - nie zamierzałem oznajmiać wszem i wobec, że coś nas łączy, ale miałem coś, czego Romulus, jak się właśnie okazało, najwyraźniej nie posiadał - kręgosłup. Zaraz potem próbował się ewakuować. Z podniesionym łbem, jakby mógł być dumny z teatrzyku, jaki odstawił. Nie zdążył zrobić trzeciego kroku w stronę domu. Zacząłem iść, zanim skończył krzyczeć, bo już po pierwszych słowach wiedziałem, że nie zamierzam tego wysłuchiwać do końca - po prostu sięgnąłem po kołnierz jego koszuli i pociągnąłem - bez ostrzeżenia i zbędnych ceregieli. Złapałem go za kołnierz w tym samym momencie, w którym próbował z godnością odejść - tyle, że on nie miał już żadnej godności, a ja nie miałem już żadnej cierpliwości. Szarpnąłem - tak, żeby zatrzymał się w miejscu natychmiast, zarywając piętami o ziemię. To naprawdę nie był jego najlepszy dzień, jeśli sądził, że mu się upiecze. Pobrudził sobie przy tym te swoje eleganckie buciki, a może je zniszczył - zerwał obcasy? Nie patrzyłem. Kurwa, szkoda, ale to nie była koleżeńska przestroga, nie było w tym miejsca na: „Ej, ogarnij się, stary.”, nie miałem zamiaru wdawać się w dywagacje. Nie zamierzałem odpuszczać, nie miałem w sobie cienia wyrozumiałości, nie teraz. Zadziałały impulsy - szarpnąłem go w górę i dosłownie oderwałem jego drogie butki od trawy, jakby ważył tyle, co było warte jego napompowane ego. Podniosłem go na kilka centymetrów ponad ziemię, tak żeby poczuł, że nie stoi już na własnych nogach. Nie obchodziło mnie, czy miał zły dzień, złą noc, złe dzieciństwo czy rozjebane czakry - w tej chwili był kawałkiem kutasa na dwóch nogach i musiał to usłyszeć. - Masz, kulwa, natychmiast szię ogalnąś i pszestaś byś chujem. - Powiedziałem to bardzo spokojnie - aż nienaturalnie spokojnie - nie było w tym warkotu, nie było krzyku, ale każdy, kto miał trochę instynktu samozachowawczego, zrozumiałby, że nie żartuję, bo nie było we mnie ani krzty wyrozumiałości, ani jednego pierdolonego grama, nie po tym, co właśnie odjebał. - To nie jeszt twój dom, więc nie pieldol, sze kogoś pszyjąłeś. Nie ty ją tu zaplosiłeś, i nie ty decydujesz, kto zasługuje na szacunek. - Syknąłem mu nad uchem, stojąc tak blisko, że czułem jego wodę kolońską. Całe szczęście, ja też nie byłem decyzyjny, bo teraz kazałbym mu wypierdalać, a tak tylko obróciłem go szarpnięciem, dopiero wtedy odstawiając go na ziemię - tak, że mógł zakrztusić się własnym oburzeniem, może wcześniej trochę poddusić kołnierzem, który zaczął się pruć - nie bardziej niż on wcześniej - po czym pchnąłem go do przodu. Raz, konkretnie, w stronę, w którą miał iść - prosto na hamaki. Nie, żeby się przewrócił, tylko poczuł, że właśnie stracił jakiekolwiek prawo do teatralnych wyjść i fochów, i zrozumiał, że ma iść tam, gdzie mu każę. - Pszeprosisz ją, a potem zamkniesz jadaczkę i siądziesz przy ognisku. - Powiedziałem. Cicho. Wyjątkowo spokojnie. - Albo wpieldolę cię do wody, szebyś ochłonął. - Nie było w tym krzyku - to nie było potrzebne, wszystko siedziało w tonie głosu, moim uścisku, spojrzeniu, którym mógłbym mu wpierdolić, gdybym chciał. To nie był żaden teatrzyk - to była konkretna odpowiedź na konkretne zachowanie - bycie kutasem, gnojenie kobiety, którą - tak, do kurwy nędzy - zaprosiliśmy tu wszyscy, może niektórzy pośrednio, ale byliśmy jednym towarzystwem... Przyjaciół, nie wrogów, a teraz on darł mordę jakby to była jego posiadłość, jego towarzystwo, jego zasady... Tylko, że to nie była jego posiadłość, i nie jego zasady. Stałem obok, czekałem, nie zamierzałem go trzymać dłużej, ale też nie zamierzałem mu pozwolić się ewakuować. Nie po tym. W tym momencie nie byłem jego przyjacielem - są granice, nawet w przyjaźni, zwłaszcza w przyjaźni - byłem facetem, który właśnie rozliczał kogoś z bycia kutasem. Teraz widziałem przed sobą rozdygotaną, zaplutą wersję Romka, który najwyraźniej zapomniał, że jesteśmy dorośli. - Pszeproś ją. - Powiedziałem jeszcze raz, ciszej, wolniej, tylko do jego uszu. - I nie pieldol więcej, bo jeśli jeszcze las otwoszysz japę i poleci s niej coś podobnego... Nie będę szię powstszymywał. Lozumiesz? Ma byś, kulwa, miło. - Wycedziłem. Może nie zrozumiał, ale liczyłem, że przynajmniej zobaczył, iż linia została przekroczona, nie było już „starych czasów”, „żartów”, „tolerowalnej przesady”, była granica. Nie podnosiłem głosu. Nie musiałem - było coś w moim tonie, co wyraźnie dawało do zrozumienia, że nie stoję tu po to, by wysłuchiwać tłumaczeń. Stałem po to, by zakończyć to gówno, zanim zrobi się gorzej, i jeśli miałem rzucić Romulusa jak wór szmat do jeziora, zrobiłbym to bez wahania. Tak po prostu, bo nie miałem zamiaru patrzeć, jak traktuje Prudence - nie na mojej warcie. Nie, kurwa, na mojej. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/e60270d63fb9b44c553f6fa5690873c9/dfa92458c3c77fc4-6b/s500x750/46a91b704d666081924397250b5c7ddfdd8288eb.gif[/inny avek] RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Cornelius Lestrange - 18.06.2025 Cornelius przez krótką, może nawet zbyt krótką chwilę pozwolił sobie na złudzenie, że wszystko wróci do względnej normy. Przez moment leżał tam nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w korony palm, których ruchy, w odróżnieniu od ludzi, zachowywały względną przewidywalność. Lestrange nie spadł z hukiem, co więcej, zwalił się na hamak, co, zważywszy na możliwe alternatywy, należało uznać za nieomal cud. Rozciągnięte płótno przyjęło jego ciężar z niemałym oporem, z jękiem materiału i sprężyn, które właśnie zdały najważniejszy egzamin w swojej tekstylnej karierze, ale nie pękły ani nie wystrzeliły. Taki upadek, co prawda niezaplanowany i wątpliwie elegancki, był jeszcze do zniesienia, wszystko to mieściło się w granicach rozsądnie pojętego chaotycznego początku ogniska, ale potem, rzecz jasna, nadszedł Romulus. Corio nie musiał się nawet podnosić, by zobaczyć, jak tamten spada, z wdziękiem spetryfikowanej sowy, prosto na drugi hamak, a raczej - na Prudence i Eliasa. Odwrócił głowę, jakby próbował upewnić się, czy na pewno dobrze widział, po czym westchnął tak, jak wzdycha człowiek, który wie, że kolejna scena w tej farsie już się rozgrywa i że nie ma nikogo, kto zatrzyma karuzelę. Zamknął oczy, policzył do czterech, później do ośmiu. W końcu przestał liczyć, bo odmierzanie sekund nie pomagało. Westchnął ciężko, nie dlatego, że coś bolało, choć bolało, naturalnie, jak zawsze przy upadkach z wysokości, których nikt nie planował, lecz dlatego, że nieprzewidywalność zachowań tej konkretnej zbieraniny ludzi dawno przestała go zaskakiwać, a jednocześnie niezmiennie zmuszała go do zadawania sobie egzystencjalnych pytań, na które nie chciał znać odpowiedzi. Zebrał powietrze w płuca, gotów, jak na gospodarza przystało, zapytać, czy wszyscy żyją i czy ktokolwiek z nich nie połamał żeber. Nie wydarzyło się nic aż tak dramatycznego, nikt nie zginął, nikt nie stracił oka. Poziom absurdu mieścił się w przeciętnym zakresie tolerancji, jakiego można było oczekiwać od tej grupy idiotów. Nie był to najgorszy wieczór. Jeszcze. Cornelius uniósł się powoli na łokciach, poprawił zmiętą koszulę, przeciągnął palcami po włosach i zamierzał wyczołgać się z hamaka, uprzednio odkaszlnąwszy cicho. Jeszcze tylko prawą dłonią odgarnął sobie kilka pasm z twarzy, lewą próbował złapać za brzeg materiału, żeby wstać, ale zatrzymał się w pół ruchu, słysząc pierwsze słowa, bo właśnie w tym momencie rozległ się pierwszy wrzask Romulusa. Zanim zdążył wstać i choćby obrzucić wzrokiem sytuację, kątem oka dostrzegł, jak Romulus, w całej swojej glorii, zaczyna wymachiwać rękami. Corio wydał z siebie cichy, zrezygnowany dźwięk, coś między westchnieniem a wewnętrznym błaganiem o rychły koniec tego cyrku, po czym podparł się na łokciu i spróbował zsunąć się na ziemię. Romek, w tym czasie, rozkręcał się, jak mechanizm zepsutej katarynki. Wydzierał się z tragicznym teatralizmem, który nie ustępował najgorszym amatorskim przedstawieniom w zatęchłych salach klubów artystycznych. Był to wrzask pełen wszystkiego, co Cornelius najbardziej cenił w teatrze, ale najbardziej potępiał w życiu codziennym, czyli przesady, dramatyzmu, braku logiki i niepohamowanej potrzeby bycia centrum uwagi, choćby ceną było kompletne zafałszowanie faktów. Kiedy padło: „JAK ŚMIAŁAŚ ZROBIĆ TO MNIE I CORNELIUSOWI”, Lestrange uniósł brwi, nie dramatycznie, nie demonstracyjnie, lecz z autentycznym zdumieniem, że został wciągnięty także w to przedstawienie bez wcześniejszego pytania o zgodę. -Och, na Merlina... - Mruknął w eter, sam do siebie, zupełnie bez wiary w to, że jego słowa dotrą do kogokolwiek poza pobliską ćmą. Wszyscy skupiali się na Romulusie. Cornelius nie był człowiekiem, który szybko wpadał w gniew, nie był też człowiekiem, który pozwalał, by jego emocje przejęły kontrolę nad zachowaniem, ale to, co usłyszał w następnych sekundach - ta absurdalna insynuacja, zupełnie niezasłużona napaść i dramatyczne oskarżenie, rzucane z pełnym przekonaniem, to było coś więcej niż tylko typowe romkowe dramatyzowanie. To było niedopuszczalne, ten teatr jednego aktora i jego martwego błędnika. Palec wskazujący, który nie mógł się zdecydować, kogo właściwie ma oskarżać. Słowa z rodzaju tych, które pisze się po drugiej butelce wina w liście, którego nigdy nie powinno się wysyłać, ale Romulus, jak zwykle, postanowił przeczytać je wszystkim na głos. Oda do nienawiści, do Prudence. Cornelius był gospodarzem tego domu, a Prudence została zaproszona. Nie wprosiła się, nie narzucała się, nie wślizgnęła się chyłkiem do ich świata, była tu, bo chcieli. Poza tym również dobrowolnie i skutecznie pomagała im wszystkim ogarnąć ten magiczno-logistyczny bajzel. Teraz została nazwana przeklętą czarownicą, a jej imię zostało wyplute z takim emfatycznym wstrętem, jakby było zaklęciem niewybaczalnym. Mężczyzna bez słowa, zaczął się podnosić, z trudem wykopał się z hamaka, rzecz jasna, materiał owinął się wokół jego kostki, co dodatkowo opóźniło jego wstanie, ale to dobrze, bo w tym samym czasie Benjy - jak zwykle szybszy, bardziej impulsywny i pozbawiony cierpliwości - po prostu podszedł do Romulusa i uniósł go, złapał Romka jak kociaka, który właśnie nasikał na perski dywan. Gdyby nie powaga sytuacji, Cornelius być może nawet uniósłby brew z pewnym uznaniem, ale tym razem westchnął po raz drugi. Tym razem głośniej. Zsunął się z hamaka i ruszył w stronę epicentrum wydarzeń. Nie dołączył do dwóch mężczyzn, zamiast tego, złożył dłonie za plecami, przesuwając się kilka kroków na bok, podczas gdy Fenwick odstawiał Pottera na ziemię. Lestrange stanął na tle wieczornego ogrodu, z rękami splecionymi z tyłu, z postawą, która przypominała inspektora zaraz przed wykładem o szacunku i godności osobistej. - Romulusie. - Jego głos przeciął przestrzeń jak ostrze, cicho, bez podniesienia tonu, ale tak, że każdy w zasięgu słyszał go bez problemu. -Jeżeli zamierzasz jeszcze raz zasugerować, że Prudence, którą zaprosiliśmy, przyjęliśmy z otwartością i wdzięcznością, jaka, przyznam, nie jest typowa dla tego towarzystwa, jest w jakikolwiek sposób winna twojego nieporadnego lotu, to uprzedzam, że nie będę tak uprzejmy, jak teraz. Nie zamierzam tolerować tego rodzaju... histerii. Nie wobec niej, nie wobec nikogo. Nie w mojej obecności. Uważam, że powinieneś posłuchać siebie, tego swojego wewnętrznego głosu rozsądku, którym tak się chwalisz... i to z uwagą, zanim znowu otworzysz usta. - Powiedział po chwili, nie podnosząc głosu nawet na sekundę. -To jest mój dom, moje zaproszenie. Jej obecność tutaj... - wskazał głową w stronę Prudence, spokojnie - Nie wymaga twojej aprobaty. Ani niczyjej innej. - Powiódł wzrokiem po zgromadzonych. - To ja decyduję o tym, kto może czuć się zaproszony, a także o tym, kto może wypierdalać. Jeżeli planujecie się pobić, zapraszam, właśnie, do tego drugiego. Nie życzę sobie... - Podkreślił cicho, ale wyraźnie, patrząc na przestrzeń, w której stali Romulus i Benjy. - Żeby ktokolwiek, w tym domu, odnosił się w ten sposób do siebie nawzajem, jeśli ktoś ma z tym problem, proszę bardzo. Drzwi są otwarte, brama również nie jest zamknięta, kominek działa bez zarzutu. - Oznajmił. Po tych słowach odwrócił się, nie czekając na odpowiedź, i spojrzał na hamaki. Przeniósł wzrok na Prudence, nieco dłużej niż wypadało, z czymś w spojrzeniu, czego nie dało się łatwo zdefiniować - może to były przeprosiny, a może po prostu cichy komunikat. Było mu wstyd, może nie za siebie, ale za to, że ktoś pozwolił sobie w jego obecności, pod jego dachem, na coś takiego, wobec kobiety i siebie nawzajem. - Nie wiem, jak bardzo musiałeś się uderzyć, żeby wypluć z siebie tę ilość bredni, ale pozwól, że uporządkuję kilka spraw, zanim odeślesz Prudence, bo inaczej rzeczywiście będziesz miał powód, by iść do Ministerstwa. Z tą różnicą, że to nie ty będziesz zgłaszał skargę. Dziewczyna nic ci nie zrobiła, to po pierwsze. Napastowanie jest karalne, to po drugie. Sam mówiłeś, że to ognisko ma być specjalne, to po trzecie, więc opanuj swoje fiksacje, zanim wszystko zepsujesz. A chyba dosyć mocno się nad tym napracowałeś? A ty... - Spojrzał na drugiego mężczyznę. - Dobrze się czujesz? To twój przyjaciel. - Skrzywił się, a potem poprawił lekko mankiet, który znów się przekrzywił i ruszył do stołu - jeśli Merlin pozwolił - czegoś się napić. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O7EeKxG.jpeg[/inny avek]RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.06.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek] Tak po prawdzie, mimo całego tego swojego prorodowego podejścia i szacunku do rodzinnych wartości, Ambroise także nie miał w zwyczaju bez potrzeby wnikać w dawne spory między krewniakami. Jasne. Od czasu do czasu coś tam usłyszał. Raz na jakiś czas coś obiło mu się o uszy. Dysponował pewnym zakresem wiedzy na temat tego, kto z kim, po co i o co, ale tylko w takim stopniu, w jakim to było zupełnie rozsądne. Przynajmniej w jego własnym mniemaniu. Nie zamierzał prowadzić spisów rodzinnych kłótni. Nie potrzebował śledzić nowinek na temat konfliktów. Przynajmniej jak do tej pory. Szczególnie, że nie był bezpośrednim organizatorem rodowych wydarzeń. Był ich uczestnikiem. Często gęsto brał współodpowiedzialność za przebieg wydarzenia, ale to nie on (dajmy na to) przygotowywał rozpiski na stoły. Zapewne nie wiedziałby o połowie reguł panujących w kwestii usadzania krewniaków w pobliżu siebie nawzajem. Ani tego, czego powinien pilnować. Braku interakcji, konieczności trzymania jedno od drugiego na stosowny dystans I tak dalej, i tak dalej. To samo zdecydowanie tyczyło się rodziny, do której miał nadzieję wejść w najbliższych miesiącach. W tym oficjalnym sensie. Poniekąd już tego wieczoru planując powziąć ku temu pierwsze kroki. Tu także nie czuł potrzeby dociekać, czemu ktoś postanowił odciąć się od bliskich. Po prostu kiwnął głową. Zdecydowanie wystarczyła mu ta odpowiedź. Tym bardziej, że jego także mało co było w stanie zdziwić. Nawet jego własne nieprzemyślane posunięcia, z których tak po prawdzie był bardzo zadowolony. To było pochopnie, impulsywnie rzucone zaklęcie, ale efekt był zgoła satysfakcjonujący. Naprawdę wyjątkowy, choć przy tym dosyć... ...ulotny. Co lepsze, nie był jedyną osobą, która miała szansę towarzyszyć mu w jego małym sukcesie. Odstawił kubeczek na blat, dolewając sobie ponczu, bo przecież należało to opić. Moment później uśmiechnął się pod nosem, słysząc słowa Geraldine. Oczywiście, że nie zamierzała tego zrobić. Jasne, że wszyscy momentalnie uznaliby ją za jego partnerkę w zbrodni. Takie życie. - Teraz już na pewno - odparł gładko, w dwóch łykach wychylając zawartość kubka; nawet nie próbował mówić, że będzie inaczej. - Nie da się ukryć, że nas ze sobą powiążą - no, ale czy tak naprawdę było się czemu dziwić? W odbiorze Ambroisa? No, niekoniecznie. Byli ze sobą związani, toteż Yaxleyówna miała być uznawana za drugą część duetu geniuszy zbrodni. Chociaż to było raczej dosyć mocno powiedziane, czyż nie? Przecież nikt nie miał zginąć. Nikt nie chciał nikogo zabić ani nawet poturbować. Zresztą nie bez powodu rozmawiali o jeziorze. - Jest całkiem głębokie. Mógłbym ich tam wrzucić - nieznacznie kiwnął głową, autentycznie rozważając tę opcję. Tyle tylko, że ostatecznie nie było szans, aby udało mu się to zrobić. Rzecz jasna, próbował do samego końca. Nie był typem człowieka, który poddaje się w połowie. W żadnym wypadku. Poza tym naprawdę wierzył we własne umiejętności. Tym bardziej, że rzeczywiście usiłował trenować dziedzinę, którą wcześniej traktował dosyć połowicznie. Tyle tylko, że w tym wszystkim nie doszedł jeszcze do etapu, w którym potrafił tak samo gładko coś podnieść, jak sprowadzić to na dół. W tym wypadku na hamak albo do jeziora. No, zmrużył oczy po pierwszej próbie, która wyszła mu jeszcze całkiem przyzwoicie. Natomiast przy drugiej potrzebował całego swojego samozaparcia, żeby nie skrzywić się w wyraźny sposób. Spojrzał w kierunku Yaxleyówny, otwierając usta, żeby coś powiedzieć, po czym zamknął je niczym ryba wyjęta z wody, bowiem Romulus... ...Roman... ...Romeczek... ...osoba, która mimo wszystko powinna docenić jego inwencję twórczą, przynajmniej po pierwszym wybuchu złości, tym bardziej, że Potter zdecydowanie sobie na to zasłużył... ...Romek wybuchł. Dosłownie odpalił się niczym magiczne radio rozkręcone na cały regulator. W dodatku zamiast szukać winnych pośród kumpli, postanowił od razu wskazać oprawcę. I wycelował palec w Prudence. - Ja pierdolę - to chyba była jedyna odpowiedź, na jaką mógł się obecnie pokusić, nawet jeśli w żaden sposób nie wyjaśniała tego, co faktycznie mogliby obecnie zrobić. Ani z tym fantem, ani z żadnym innym. Tak po prawdzie, bowiem sytuacja bardzo szybko zaczęła wymykać się spod kontroli. Minutę później Romulus wisiał już w powietrzu, zmuszony do tego, żeby obrócić się z powrotem w stronę jeziora. Nie mógł odejść, aby się przebrać. Zamiast tego prawie się przewrócił. Ambroise rzucił przelotne spojrzenie w kierunku Geraldine, unosząc przy tym brwi. Nie zamierzał nic mówić. Spojrzał także na Astarotha siedzącego przy ognisku, żeby upewnić się, że chociaż tam wszystko jest w porządku i tylko Benjy postanowił się na kogoś rzucić. Mówił przy tym coś do Pottera. Zdecydowanie poruszał ustami, ale z tej odległości bardzo trudno byłoby stwierdzić, co tak właściwie padało z jego ust. Czy były to obelgi, pogróżki, czy może jednak próbował otrzeźwić Romeczka. Być może wszystko na raz. No cóż. To raczej był moment, w którym należałoby zastanowić się nad interwencją. Bądź co bądź, Roise bezpośrednio przyczynił się do nadciągającego widma ogniskowej burdy. Nim jednak zdążył dobrze ruszyć się z miejsca, Cornelius także postanowił to zrobić. Rzecz jasna, ze swoją wrodzoną delikatnością i wyczuciem. A jakże. Tak, Lestrange bez wątpienia potrafił studzić zapał ludzi dookoła niego. Tudzież dosyć konkretnie mówić im, że mogą wypierdalać, choć w tym wypadku zazwyczaj robił to chyba w nieco bardziej wyrafinowany sposób. W tym wypadku wyglądało na to, że pała została bardzo mocno przegięta. Czemuż się zresztą dziwić? Coś, co w początkowym odbiorze Greengrassa wcale nie było takie znowu godne awantury, teraz praktycznie zmieniło się w awanturę. Ambroise rzucił jeszcze jedno przelotne spojrzenie w kierunku Geraldine, po czym wreszcie ostatecznie zbliżył się do grupy. - Nie śmiała. W istocie - odezwał się spokojnie, nie kryjąc tego, że mówi to zupełnie bez wzruszenia. - Prudence by tego nie zrobiła. Nie miała ku temu żadnego powodu - kontynuował dokładnie tym samym nieprzejętym tonem. - Ja za to tak. Jak najbardziej - i nie żałował tego ruchu, przynajmniej nie samego uniesienia Romulusa. Tylko trochę wyżej niż uniósł teraz brew, posyłając wymowne spojrzenie w kierunku Romeczka. Nie miał w zwyczaju uciekać od odpowiedzialności. Zamierzał wziąć to na klatę, ale niemal od razu ostrzegawczo uniósł rękę. Jeszcze nie skończył mówić. - Romulus... ...prawda, Romulusie?... ...miał jedną konkretną prośbę. Czy tam zadanie. Trzymać język za zębami przez pół wieczoru - wyjaśnił pokrótce. - Zareagowałem, żeby powstrzymać jego kłapanie ozorem - to był impuls, nic więcej, Roise nie zamierzał tłumaczyć się z impulsów. - Zanim to popsuje plany na wieczór - podkreślił, parskając gorzko pod nosem i wyginając wargi w krzywy półuśmiech. Chyba nie musiał mówić, że... ...no cóż... ...to nie wyszło, czyż nie? Zamiast tego powiódł spojrzeniem po reszcie ludzi, kończąc na wspomnianym Potterze i unosząc brew w wyrazie dezaprobaty, nie poczucia winy, ale zaraz powracając wzrokiem do innych osób. - Elias, Cornelius, nie miejcie mi tego za złe - ale oczywiście mogli, natomiast ich udział nie był celowy i raczej powinni to teraz wiedzieć - nie planowałem waszego udziału - przyznał, wyjątkowo jak na siebie, mimo wszystko jednak nie mówiąc, że w ogóle tego nie planował. - Prudence, ty też - kiwnął głową. - Romulus - no cóż. - Romulus - mniej więcej tyle miał do powiedzenia. Usiłował nie być ani wściekły, ani nazbyt potulny. Był po prostu szczerze zdegustowany tym, co się stało. Wziął głęboki wdech, wreszcie patrząc w kierunku stołu z alkoholami, do którego planował udać się Corio. Tym razem jednak nie szukał wzrokiem butelek z procentami. Robił to w zupełnie innym celu. Nie, nie tak to miało wyglądać, ale cholera jasna, naprawdę nie mógł ryzykować, że Potter za sekundę postanowi odpalić wewnętrzną divę i go wydać. To byłoby po stokroć gorsze, ale jednocześnie... ...to nie była ta chwila. Kurwa. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Elias Bletchley - 19.06.2025 — Tylko ktoś dojrzały może przemówić ci do rozsądku. Ktoś kto ma w pełni rozwinięte obie półkule mózgu i potrafi z nich należycie skorzystać — odparł Eliasz, uśmiechając się głupkowato do siostry. — Obawiam się, że w naszej najbliższej rodzinie wyklucza to mnie z tego równania, więc zostają tylko rodzice. Nie wiem czy byłabyś w stanie sama sobie pomóc.
Bądź co bądź, kto miał większe doświadczenie życiowe od ich rodziców? — A ty naprawdę nie chcesz o nich ze mną rozmawiać? — rzucił ze zdziwioną miną, jakby do tej pory były to ich główne tematy niezobowiązujących dyskusji podczas wspólnych spotkań. — Muszę wiedzieć, kto mógłby przypaść ci do gustu. A kogo odprawiać z kwitkiem, gdyby poprosił o numer twojej skrytki pocztowej z sowiej poczty. Poza tym uwielbiam słuchać o twoim życiu. To tak jakbyśmy je współdzielili. Niestety nie zdołali w pełni rozwinąć tego tematu konwersacji, ponieważ niedługo później ich duo zmieniło się w trio... I to nie z ich własnej inicjatywy. Eliasz obserwował przecinającego powietrze Pottera, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Nawet próbował zerwać się z miejsca, żeby uniknąć tego zderzenia światów, ale był zbyt wolny. Poza tym, pewnie zrobiłby sobie jeszcze większą krzywdę, gdyby zbyt szybko wstał. Starość nie radość, czyż nie? Kur-, zdążył tylko pomyśleć, gdy kolano Romka wbiło mu się w brzuch. — Wiecie co? Po-Pojebało was wszystkich — sapnął Eliasz, którego noga zaplątała się między wiązaniami hamaka. Próbował ją jakoś wyplątać, ale efekty były dość mierne. — Nie żeby cokolwiek uległo zmianie od poprzedniej imprezy… Po prostu stwierdzam fakt. Żeby zapadł wam w pamięć. I zapisał się tam na dłuższy czas. Gdybyście w ciągu najbliższego kalendarzowego tygodnia planowali powtórkę. To może wtedy... Urwał niespodziewanie, gdy Romkowi udało się wyswobodzić, stanąć na nogi i... wycelować w nich palec. Bletchley przekrzywił lekko głowę w bok, przyglądając się wymownie mężczyźnie, bo wyglądał tak, jakby planował właśnie wygłosić jakieś wielkie przemówienie. Co to mogło być? Żądanie wydania werdyktu ile punktów w skali od 1 do 10 należało mu się za to szybowanie? A może planował im podziękować za uratowanie życia, skoro zamortyzowali jego upadek? Elias spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie oskarżeń wysuniętych w stronę Prudence. I to w tak... agresywnej formie. Aż go zatkało; po prostu wodził wzrokiem między siostrą a przyjacielem niczym przestraszone dziecko, które właśnie się orientuje, że rodzice się rozwodzą. Zastygł w miejscu, odprowadzając Pottera spojrzenia, aby potem skupić się na ''głównej winowajczyni'' tego całego zamieszania. — Coś ty mu zrobiła? — spytał przyciszonym głosem, posyłając niespokojne spojrzenie ku reszcie grupy. — Za co miałaś się niby zemścić? RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Prudence Fenwick - 19.06.2025 [inny avek]https://images2.imgbox.com/41/53/Geo6jcio_o.png[/inny avek] Czy Prue spodziewała się tego, że w przeciągu kilku sekund odbędzie podróż do przeszłości? Nie do końca, do tego była ona bardzo, ale to bardzo nieprzyjemna. Wpatrywała się w Romulusa z szeroko otwartymi oczami, nie mrugała, po prostu patrzyła, jak wylewa z siebie tę całą złość. Miała świadomość, że nie wzbudza u ludzi ciepłych emocji, przynajmniej nie u wszystkich. Jej stosunki z Potterem od zawsze były mocno napięte, to się nie zmieniło, jednak wydawało jej się, że udało jej się w miarę dostosować do reszty, że została zaakceptowana. Zresztą nikomu się nie narzucała, trzymała się z boku, wyjątkowo skorzystała z zaproszenia, skoro mogła się do czegoś przydać. Najwyraźniej jednak się przeliczyła, może faktycznie nie była tu mile widziana? Łatwo przyjęła taką wersję, bo przecież kiedyś właśnie tak się działo, tyle, że wtedy nieco bardziej zadzierała nosa, niekoniecznie z własnej woli, musiała reagować, nie mogła udawać, że nie widzi pewnych rzeczy, przez co była brana za niszczyciela dobrej zabawy. Aktualnie? Sytuacja była zdecydowanie dużo bardziej dla niej korzystna. Mogła trzymać się z boku, mogła udawać, że jej tutaj nie ma, przenikać między ludźmi niczym cień. Odzywać się wtedy, gdy ją o to proszono, nie narzucała się nikomu, nie miała tego w zwyczaju. Jakimś cudem Potter założył, że to ona mu to zrobiła. To nie był jej poziom żartów, tak właściwie to nigdy nie sięgała po podobne zagrywki, nie bawiła się w ten sposób, zresztą nie byli ze sobą blisko, mogłaby rzucić podobne zaklęcie w Eliasa, jakieś piętnaście lat temu, czy coś. Na pewno nie teraz. Zacisnęła mocniej dłonie na butelce, którą trzymała, przeniosła też na nią spojrzenie, bo chcąc nie chcąc wszyscy usłyszeli słowa Romulusa, a Prue nie znosiła znajdować się w centrum zamieszania. Nie była osobą, która dobrze się czuła, kiedy ludzie na nią spoglądali. Najchętniej w tej chwili zamieniłaby się w bluszcz i oplotła najbliższe drzewo, wtopiła się w nie tak, by nikt jej nie widział. Nie było to jednak możliwe. Musiała jakoś sobie poradzić z tym zamieszaniem. Tylko tyle, że nawet nie wiedziała, co powiedzieć, może faktycznie była tutaj intruzem? Może Romulus powiedział wszystko to, co siedziało innym w głowach, może im przeszkadzała? Dość łatwo przychodziły jej te myśli, typowe czarnowidztwo, w końcu nie należała do ich grona, była tu trochę na doczepkę. Nie odczuwała tego do tej pory, nie mogła narzekać na to, jak ją przyjęli, ale właśnie... Czasem wystarczy kilka słów, aby pojawiło się zwątpienie, to był właśnie ten moment. Krótka chwila, kilka słów wystarczyło, bo Bletchley miała ochotę zapaść się pod ziemię, tak właściwie to teleportować do swojego bezpiecznego, pustego mieszkanka. Bytowanie między ludźmi chyba nie było dla niej, nie była do tego stworzona. Dość niepewnie uniosła spojrzenie, nie do końca wiedziała, co zastanie, czego powinna się spodziewać. Miała się stąd ulotnić, nie byłoby to dla niej niczym skomplikowanym do zrealizowania. Dawno nie czuła się jak ta nastoletnia Prue, która nie do końca radziła sobie z tym, co się wokół niej działo. Celowo nie doprowadzała do podobnych sytuacji. Gdy uniosła wzrok, dotarło do niej, że nie było jak wtedy. Właściwie to się tego nie spodziewała, może powinna, przecież miała świadomość, że sporo się zmieniło, ale nie przywykła do tego, aby ktoś stawał w jej obronie, raczej musiała sobie radzić z każdym gównem sama. Wszystko działo się dość szybko, ledwo nadążała z ogarnięciem tego bałaganu, który wydarzył się przez nią, jakby nie patrzeć. Nie chciała być niszczycielką dobrej zabawy, jak widać nawet, gdy tego nie chciała, to trochę jej to nie wychodziło. Benjy nie wiedzieć kiedy znalazł się przy Potterze, złapał go za fraki i albo jej się wydawało, albo uniósł się on kilka centymetrów nad ziemią. Nie przewidziała tego, że zareaguje w ten sposób, jak widać jednak ich cicha nić porozumienia niosła ze sobą pewne zmiany. Tak, zauważyła to wcześniej, ale w tym wypadku nie miał problemu z tym, aby wstawić się za nią przy wszystkich. Nie zignorował słów przyjaciela, wyglądało na to, że uznał je za przesadę, trochę jej ulżyło, bo tak naprawdę przecież niczemu nie zawiniła, ona po prostu siedziała sobie na hamaku, próbując cieszyć się tym wolnym czasem. Mieli co świętować, przetrwali tamtą noc, a wszystko szlag trafił przez oskarżenia, których się nie spodziewała. Zauważyła ruch w drugim hamaku, w którym chwilę wcześniej wylądował Cornelius, przeniosła spojrzenie w tamtą stronę, nie miała pewności, jak zareaguje na to wszystko. W końcu on też lewitował, też znalazł się nad ziemią, może uzna ją za winną, chociaż raczej nie. Współpracowali ze sobą od lat, znał ją, na pewno wiedział, że nie zrobiłaby czegoś takiego. Znała ten ton głosu. Lestrange jak nikt inny potrafił doprowadzić ludzi do pionu, nie krzyczał, nie podnosił głosu, ale mimo tego uderzał w samo sedno, jak nikt inny. Potrafił postawić do pionu każdego, najwyraźniej w tej chwili postanowił to zrobić ze swoim przyjacielem. Dłonie przestały jej drżeć, bo trochę spanikowała. Nie była u siebie. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, nie miałaby im za złe tego, gdyby faktycznie stwierdzili, że tutaj nie pasuje, że może lepiej by się stało, gdyby wróciła do siebie. Nie byłoby w tym nic złego, nigdy wcześniej nie spędzali razem takiej ilości wolnego czasu. Pewnie byłoby jej nieco przykro, trochę by się rozczarowała, bo miała plany na kilka najbliższych dni. Nie pierwszy raz jednak trafiłby je szlag. Miała zamiar trochę zaszaleć, dać się ponieść, ale jakoś by sobie bez tego poradziła. Dotarło do niej jednak, że chyba nie chcą, żeby sobie poszła. Przysunęła sobie butelkę do ust, upiła z niej niewielki łyk alkoholu, niekoniecznie wiedząc, co powinna zrobić. Poczuła na sobie spojrzenie Corneliusa, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę i po prostu wzruszyła ramionami. Nie miał wpływu na to, co się stało. Potter po prostu śmiało założył, że ona była winna jego upadkowi. Nie lubili się, miał ku temu prawo, chociaż jego histeria przekroczyła chyba wszystkie możliwe granice. Spojrzała na Ambroisa, gdy ten dołączył się do rozmowy. Najwyraźniej każdy miał coś do dodania, no, może poza nią. Aktualnie nie do końca wiedziała, czy powinna się odzywać i co właściwie miałaby powiedzieć. W myślach chwilę temu zastanawiała się ile jej zajmie ewakuacja z tego miejsca i spakowanie swoich rzeczy, teraz przestała się nad tym zastanawiać, więc jednak nie było tak źle. Uniosła brwi, gdy Greengrass przyznał się do tego, że to on potraktował Romulusa w ten sposób. Cóż, nie miała pojęcia, jak wyglądały aktualnie ich relacje, czy robili sobie podobne żarty, czy było w tym coś złego, no nie, nie jej oceniać, może po prostu nie trafił w odpowiednią osobę, z drugiej strony przecież na pewno wiedział na ile może sobie pozwolić, bo oni wszyscy znali się od lat, nie do końca wiedziała, dlaczego więc to aż tak eskalowało, najprościej było zrzucić winę na nią, właściwie przecież już poprzedniej nocy Potter winił ją o wszystkie swoje nieszczęścia. To nie było nic nowego. - Istnieję, to chyba jego główny problem. - Mruknęła cicho do brata, bo chyba tutaj był pies pogrzebany. Mieli ze sobą problem, dlatego ona starała trzymać się z daleka, nie prowokować Pottera, ale ten wybrał inną ścieżkę, postanowił ją obwinić o to całe zamieszanie, co nie było słuszne, gdyby trochę ruszył głową na pewno by do niego dotarło, że było to całkiem absurdalne, zamiast tego postanowił wylać na nią ten swój cały jad. - Nie wiem Ellie, trochę mnie to chyba przerosło. - Dziwne, bo Bletchley nie miała w zwyczaju przyznawać sobie do tego, że sobie z czymś nie radziła, a tym razem to zrobiła. Zdecydowanie to nie był najprzyjemniejszy dzień jej życia, skupiła się jednak na słowach Corio, który mówił, że ma być miło, może jeszcze było to możliwe, w końcu wieczór dopiero się zaczynał. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Romulus Potter - 21.06.2025 Miałem ochotę kopnąć Benjy’ego w jaja. Prosto, celnie, bez litości. Bo nic mnie tak nie wkurwiało jak to, kiedy ktoś brutalnie, bez ostrzeżenia, ucinał mi skrzydła w locie. A on właśnie to robił. Traktował mnie jak szmacianą lalkę, jakbym był niczym więcej tylko pierwszym lepszym pomiotem. I robił to nie byle kto, ale mój przyjaciel. MÓJ. PRZYJACIEL. Przez wielkie, pierdolone litery. A teraz? Teraz występował w roli rycerzyka z przeterminowanych snów o Prudence. O niej. O tej idiotce, tej pozbawionej wdzięku karykaturze czarownicy, która nie rozumiała ani stylu, ani ironii, ani mnie. I była niedoszłą morderczynią. A on – Benek – stał po JEJ stronie. Jej! Zamiast mojej. To była zdrada. Prawdziwa, męska, najgorsza. Gorsza niż zdrada z łoża, gdyż to była zdrada z serca. On srał na naszą historię, sikał prosto na wspomnienia z Hogwartu, a wszystko dlatego, że gdzieś tam głęboko wciąż czuł swoje dziecięce zauroczenie do tej pierdolniętej, emocjonalnie niekompetentnej Bletchley. A teraz miał czelność patrzeć mi w oczy, jakby miał rację. Jakby jego mięśnie znaczyły więcej niż moja racja. Nawet mnie nie wysłuchał, nawet nie pomyślał, tylko rwał... mój kołnierzyk. I łamał przy tym serce. Nie pierwszy raz, ale teraz... teraz to było inne. Bo kazał mi ją przeprosić. Kazał mi. Ją. Przeprosić. A gdzie, do kurwy nędzy, były JEJ przeprosiny?! Gdzie były słowa skruchy za to, że o włos nie zabiła mnie dzień wcześniej?! Że potraktowała mnie jak worek treningowy dla swoich chorób psychicznych i pokładów tłumionej nienawiści?! Nagle wszyscy mieli amnezję? Wszyscy zapomnieli, że to JA byłem ofiarą?! Bo przecież Romek zawsze dramatyzuje, Romek przesadza, Romek sobie coś ubzdurał... Jasne. Jeszcze tego brakowało, ale Cornelius naprawdę ustawiał mnie do pionu... Nie znosiłem tego. Próbowałem walczyć z nim na argumenty, ale zawsze musiało być na jego. Ambroise popatrzył na mnie z tą swoją cichą dezaprobatą, w imię jakiejś ogólnej wyższej elegancji moralnej, po czym wyznał, że to zrobił, że lewitował mnie, bo coś tam. A ja? Ja niby miałem siedzieć cicho i pokornie kiwać głową? Byłem w rozsypce, a oni rozgniatali mnie jeszcze bardziej. Jeden po drugim... Miałem być spokojny?! Miałem przeprosić?! Skulić głowę?! Nie. Chyba im się coś przywidziało. – Mimo wszystko nie rozumiem, czemu mi nie wierzycie... Może tym razem to nie była ona, ale wcześniej... ZALEDWIE WCZORAJ... PRÓBOWAŁA. MNIE. ZABIĆ – warknąłem przez zaciśnięte zęby. Nikt nie drgnął. Nikt nie spojrzał z litością. Tylko ta ich obojętność, a nawet ta spokojna, stoicka wrogość w stosunku do mnie, ta cisza – lepka i obleśna, jakby moje cierpienie nie było wygodne. Jakbym im tylko psuł wieczór. Ja, Romek. Człowiek problem. Bohater tragedii, którego nikt nie chciał oglądać w trzecim akcie. Ba, wręcz grożono wyrzuceniem mnie z naszej ostoi, z naszego domu, spod bezpiecznych ramion ciotki Ulki. Czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach. Czułem, jak palce zaciskają się na różdżce. I wtedy zrobiłem to. Odwróciłem się błyskawicznie i wbiłem koniec różdżki w szczękę Benjy’ego, dokładnie tam, gdzie mięśnie zaczynały napięcie. Nie bolało. Jeszcze. Ale był impuls, była groźba. Z drugiej dłoni, spokojniejszej, elegancko wypielęgnowanej, wysunąłem wahadełko. Mosiężne, piękne, precyzyjnie wyważone. Moje osobiste narzędzie czułego wpływu. – Benek... – szepnąłem słodko, cicho, z aksamitnym jadem. – Może porozmawiamy jak dorośli? Ty popatrzysz na to wahadełko, a ja... a ja spróbuję sprawić, że znów poczujesz, kto tu ma rację. Kto zasługuje na wiarę. Na lojalność. Na CIEBIE. Uśmiechnąłem się. Powoli. Jak kot, który jeszcze nie zagryzł myszy, ale już wie, że to tylko kwestia chwili. Czułem magię pod skórą, czułem, jak drży w powietrzu. Jeszcze sekundę. Jeszcze pół sekundy... i zrobię z niego swojego skrzata domowego. Z uczuciami albo bez. A potem… może faktycznie dałoby się wyleczyć go z tej cholernej fascynacji Bletchleyówną. Operacja mentalna. Reset. Hipnoterapia. Jednym słowem: uwolnienie, a tym samym oświecenie. | Rzucam na zauroczenie w celu zwrócenia uwagi Benka na wahadełko. [roll=PO] [roll=PO] RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Cornelius Lestrange - 21.06.2025 Najwyraźniej Merlin był dziś zajęty czymś znacznie pilniejszym, niż czuwaniem nad porządkiem i rozsądkiem w tej, z pozoru przyjacielskiej, grupie dorosłych czarodziejów, którzy, jak miało się okazać, potrzebowali nadzoru równie intensywnego, co dzieci z drugiego roku Hogwartu - takie, które już nawiązały pierwsze konflikty i je teraz intensyfikowały. Cornelius nie był typem, który z łatwością ulegał emocjom. Nie w sposób, jaki byłby gwałtowny, który deformowałby mu twarz albo zdzierał gardło. Zazwyczaj, nawet wśród wzmożonego zamieszania, unosił brew, zaciągał powietrze, przymykał powieki i mówił „proszę”, tonem człowieka, który zdecydowanie nie prosi. Jego kontrola nad sobą była jego symbolem, bronią, największą zaletą, jaką Corio mógł sobie przypisać, szczególnie wśród grupy znajomych, którzy mylili dramat teatralny z życiem, emocje z opiniami, a własne paranoje z faktami. Dlatego też, kiedy już zdążył wygłosić kilka chłodnych, niepozostawiających miejsca na negocjację słów i odwrócił się na pięcie z zamiarem wypicia kieliszka czegoś wysokoprocentowego, uczynił to ze spokojem człowieka, który uznał sprawę za zakończoną. Tyle tylko, że najwyraźniej Merlin miał dziś inne plany... Corio właściwie nie musiał rozumieć, co Romulus mówił, ale zrozumiał irracjonalny wyrzut o próbę morderstwa, Lestrange nie potrzebował kontekstu, nie był już obserwatorem, był gospodarzem, przyjacielem... Przyjacielem! Tak mu się wydawało, dopóki ktoś, kogo znał pół życia, nie zachował się, jakby postradał zmysły. Romulus trzymał różdżkę przy gardle innego z nich i sięgał po wahadło. Lestrange nie słyszał, co Porter mówił do Fenwicka i nie potrzebował tego. Cornelius znał wystarczająco dobrze sztuczki mentalne, by wiedzieć, co właśnie się działo - hipnoza, sugestia, coś obrzydliwego i pozbawionego zgody, a przede wszystkim, wymierzonego w kogoś, kto nie był przeciwnikiem. Coś w nim pękło, ale nie tak, jak łamie się ktoś gwałtowny, Corio nie krzyknął, nie rzucił się biegiem, nie, za to zadziałał bez wahania. Nie było tam miejsca na ostrzeżenia, na prośby o wyjaśnienia, ponieważ czas na cywilizowane dyskusje minął, gdy Roman postanowił przystawić broń do ciała przyjaciela. Gest Corio był czysty, spokojny, wykonany z mechaniczną precyzją. Dłoń mężczyzny zsunęła się do kieszeni, palce dotknęły różdżki, a ciało wykonało płynny obrót. b]- Depulso.[/b] - Rzucił bez chwili wahania, chłodno, czysto, chcąc rozdzielić kumpli, celując dokładnie w sam środek. Różdżka w jego dłoni nie opadła ani o centymetr. Wzrok miał chłodny, spokojny, beznamiętny, mógłby, równie dobrze, patrzeć na plamę na nowym obrusie albo na nagiego ślimaka na rabacie, ale Cornelius patrzył na Romulusa. Po rzuceniu zaklęcia, mężczyzna stanął nieruchomo, z różdżką wciąż wyciągniętą, bo nie był pewien, czy nie trzeba będzie powtórzyć interwencji. Zatrzymał się i spojrzał na Romulusa w sposób, w jaki spogląda się na coś, co właśnie przestało być znajome. Nie wyglądał, jak ktoś wściekły, nawet nie zawiedziony, Lestrange miał spojrzenie kogoś, kto w tym momencie zaczął być po prostu wykluczający. Westchnął, powoli, przymknął na chwilę powieki, nawet jeśli zaklęcie nie trafiło, mężczyzna miał nadzieję, że to wystarczy, żeby otrzeźwić Pottera. - Czy wyście do reszty oszaleli? - Zapytał cicho, ale wyraźnie, z tą specyficzną tonacją, która nie pozostawiała wątpliwości, że zaraz przestanie być elegancko. - Różdżka. Na Benjy’ego. NA BENJY’EGO. - Tym razem był bliski uniesienia głosu, Corio nie musiał słyszeć reszty, nie potrzebował pełnego kontekstu, wystarczył mu widok wahadełka, znajomego przedmiotu, zwisającego między palcami Romulusa. Coś, co powinno dawno już zostać zapomniane, a może lepiej - spalone. - Wahadełko? Naprawdę? Czy nie sądzisz, że wystarczająco często musisz po to sięgać w sytuacjach, w których faktycznie jest to konieczne, a nie dlatego, że masz akurat zły dzień i nie znalazłeś sobie odpowiednio głębokiej pyskówki, żeby się odszczekać? - Uniósł różdżkę, ważył ją w dłoni. - Rozumiem dramatyzm. Rozumiem nawet histerię, wszyscy jesteśmy wystarczająco pokiereszowani, żeby czasem odgryźć się zbyt ostro, ale ty właśnie... - Bardzo ostro wciągnął powietrze, nie miał słów, które mogłyby to nazwać, co w tej chwili Potter zrobił. - W MOIM ogrodzie, pośród NASZYCH ludzi, wobec PRZYJACIELA I KOBIETY, którą zaprosiłem tutaj nie po to, żeby ją publicznie linczowano, tylko dlatego, że jej obecność jest dla nas cenniejsza, niż twoje wewnętrzne dziecko. Popraw się i znajdź jakąś bardzo dobrą wymówkę. Zrób to szybko, zanim uznam, że czas twojej obecności tutaj dobiegł końca, a jeśli nie posłuchasz, to przysięgam, Romulusie, że sprawię, iż ten wieczór będzie ostatnim, na którym pojawisz się w moim domu. - Nie podniósł głosu, ale był tego blisko, co dało się słyszeć w tonie, w jakim Lestrange akcentował słowa. - I nie, nie będzie czekoladowych żab na pożegnanie. - Wycedził. Kształtowanie fali powietrza, która odepchnie: - Romulusa [roll=N] - Benjy’ego [roll=N] [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O7EeKxG.jpeg[/inny avek] |