Secrets of London
[13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4941)

Strony: 1 2 3 4


RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.07.2025

Słysząc słowa dziewczyny, nie mógł powstrzymać się przed kolejnym niemal bezgłośnym parsknięciem. Tak, bez wątpienia odrobinę go to rozbawiło. Nie dało się ukryć, że oboje mieli raczej dosyć trudny charakter, toteż potrafili być wyjątkowo zawzięci w trzymaniu tych nielicznych sporów z...
...trudno byłoby powiedzieć, że nieszczęśnikami, bowiem w obu przypadkach należało naprawdę mocno im podpaść, by (mniej lub bardziej otwarcie) chowali urazę. Większość ludzi była mu raczej szczerze obojętna. Oczywiście, bywały osoby, które bardzo mocno zaszły Greengrassowi za skórę. Należał do nich na przykład ich wspólny towarzysz snowdońskiej wyprawy, jednakże poza chwilowym gniewem, jaki szybko przepełnił Ambroisa, Roise w gruncie rzeczy zdążył już wywalić tamtego człowieka z głowy.
Pamiętał o tym, co się stało. Nie zamierzał jednak traktować tego inaczej niż z chłodną obojętnością, ewentualnie ze zdystansowaną niechęcią. Czuł raczej pogardę wobec szczurka, aniżeli nienawiść. Niedoszły przyjaciel jego dziewczyny nie zasługiwał bowiem na to, aby darzyć go zbyt ognistymi, intensywnymi uczuciami. To byłoby zbyteczne marnowanie energii na kogoś, kto w gruncie rzeczy nie był warty ani złamanego knuta.
Zupełnie inaczej miała się sprawa w przypadku, o ironio, choćby Romulusa Pottera. Na tego nadal był naprawdę wściekły i najpewniej nie miał tak łatwo zapomnieć bratu wszystkiego, co ten zrobił w celu zatrucia mu atmosfery. Co prawda chwilowo starał się wyprzeć tamto wrażenie, jednak nie oznaczało to, że mógłby tak po prostu wybaczyć Romkowi. Nie.
Były takie rzeczy, które nie dopuszczały łatwego odpuszczenia. Nie zasługiwały na łaskę. A Roise zdecydowanie nie był typem altruisty, który wyciągał rękę do wszystkich ludzi dookoła niego, dając im kredyt zaufania za kredytem zaufania i pozwalając robić z siebie idiotę. Nie respektował mitycznego do trzech razy sztuka. Zazwyczaj wystarczał mu raz. W tym wypadku dwa razy, bo nie mógł nie liczyć tamtych plotek o zaręczynach z Erikiem Longbottomem.
No cóż. Pozbycie się go z ich życia wydawało się najlepszym możliwym rozwiązaniem. Zwłaszcza, gdy zdecydowanie dążyli do tego samego: zajęcia się sobą, bez osób, które im to utrudniały, nie zasługując na specjalne względy. Nadeszła najwyższa pora, aby na powrót zaczęli otaczać się wyłącznie tymi kontaktami, które rzeczywiście były dla nich dobre. Ludźmi, którzy im sprzyjali, nie żerującymi na nich pijawkami. W niektórych przypadkach niemalże dosłownymi. Mieli dostatecznie duże towarzystwo, nie musieli zadowalać się każdym, kto próbował obracać się w ich kręgach.
- To raczej jest ze sobą dosyć mocno skorelowane, nie? - Rzucił na wspomnienie o charakterach niektórych łowców.
W pewnym sensie nie dało się ukryć, że konkretne profesje przyciągały bardzo określone typy ludzi. Wbrew pozorom, Ambroise w znacznej mierze lubił tych, którzy stawali się łowcami i im pokrewnymi. Oczywiście, wciąż uważał ich za ryzykantów, często zbytecznie poszukujących wiecznej adrenaliny, jednak nic do nich nie miał. Traktował ich raczej neutralnie. W przeciwieństwie do na przykład większość osób związanych z kowenami, których nadmierna pobożność i świętojebliwość często gęsto działała mu na nerwy. Bez wątpienia wolał obracać się w mniej zadufanych w sobie, bardziej twardo stąpających po ziemi kręgach.
- Nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie dorównać mu w odpowiednim podejściu do chlania - uśmiechnął się pod nosem. - Nie znam nikogo innego, kto w tak wyrazisty sposób ceni sobie kulturę picia - wbrew pozorom, w tonie jego głosu dało się wyczuć coś na kształt podziwu, nie ironii.
Naprawdę nie żartował, gdy mówił, że nie dane było mu poznać nikogo, kto w taki sposób podchodził do rytuału picia gorzały. Nie sądził także, aby to kiedykolwiek miało ulec zmianie. O nie. Gerard Yaxley był pod tym względem całkowicie niepokonany. Miał utrzymać tytuł mistrza, ucząc swoich kolejnych następców, ale nie pozwalając im go wyprzedzić.
- Zapewne pierwszy z wielu - nie owijał w bawełnę, bo i po co?
Zamiast tego nieznacznie, prawie niedostrzegalnie wzruszył ramionami. Zresztą, żadne z nich raczej w dalszym ciągu nie należało do osób łatwo poddających się poczuciu stagnacji. Zazwyczaj dosyć trudno było im zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. Jasne, zdarzały im się takie dni jak tamten tuż przed pożarami, który w znacznej mierze spędzili w łóżku, jednak nie było to aż takie znowu częste. Raczej byli bardziej aktywni niż większość otoczenia, więc konieczność zajęcia się wieloma sprawami na raz i poupychania rozmaitych zajęć na przestrzeni jednego dnia nie była dla niego specjalnie zniechęcająca.
Wręcz przeciwnie. Dotychczas działając w ten sposób głównie na korzyść jego najbliższych (co było całkowicie logiczne, skoro wziął sobie na głowę zastępowanie ojca) tak naprawdę pierwszy raz od dawna robił coś zupełnie dla siebie. Po to, aby zupełnie powrócili na właściwą ścieżkę, żyjąc spokojnie i względnie szczęśliwie, nawet w coraz trudniejszych czasach. Mógł w to włożyć cholernie dużo energii. Całą, jaka była konieczna, by ich plany powiodły się w stu procentach. Spędzenie na tym wielu intensywnych dni od brzasku do zmierzchu lub późnej nocy nie było dla niego wysokim kosztem.
- To zależy, co masz na myśli, mówiąc o wchodzeniu ci w drogę - odbił z pełną premedytacją, zaledwie moment później dodając to, co było dla niego samego oczywistą oczywistością. - Wiesz, że nie zamierzam wchodzić ci w paradę. Zdaję sobie sprawę z tego, jak głupie to byłoby posunięcie - mimowolnie wykrzywił kąciki ust w czymś na kształt ironicznego półuśmiechu. - Ani myślę pchać ci się w kompetencje. Mam raczej na myśli trochę inne zaangażowanie - to było dosyć naturalne, że nawet mimo upływu czasu i zmian, jakie bez wątpienia zaszły w nich podczas tych wszystkich miesięcy rozłąki, pewne kwestie pozostały zupełnie takie same.
Nie, nie zamierzał zmieniać zawodu. Przebranżowienie się w ten sposób nie wchodziło w grę, zatem nie planował spektakularnie angażować się w jakiekolwiek polowania. Nie chciał przejmować inicjatywy, wchodząc komukolwiek w paradę. Zdawał sobie sprawę z tego, że w kwestii znajomości charakterystyki magicznych bestii miał raczej niewiele do powiedzenia. Jasne, umiał rozpoznawać składniki odzwierzęce. Znał się na ich dystrybucji i wycenie, umiał mniej więcej oporządzić taką zwierzynę, aby móc wyciągnąć z niej jak największą eliksiralną wartość. Potrafił także opatrywać rany i leczyć obrażenia, w znacznym stopniu będąc w stanie stwierdzić, co je zadało. Gdy jednak chodziło do specyfiki walki z konkretnymi potworami, ich słabych punktów oraz przewag, był raczej mało zainteresowany zgłębianiem wiedzy. Liznął ją jedynie w pewnym stopniu z uwagi na ich wspólne wyprawy, nic więcej.
Poprzedni system, jaki niegdyś stosowali, jak najbardziej mu odpowiadał. Przynajmniej w znacznym stopniu. Tak, poniekąd chodziło mu o ten przekaz informacji, o którym zresztą mieli już okazję porozmawiać. Ze swojej strony także starał się przetrawić myśl o konieczności przekazywania Geraldine wszelkich szczegółów, nie tylko tych uważanych przez niego za niezbędne.
Taka była ich nowa umowa, taki był warunek, jaki sobie nawzajem stawiali, więc zamierzał trzymać się tego ze swojej strony. Nie chciał powtarzać dawnych błędów. Szczególnie tak kluczowych, nawet jeśli myśl o całkowitym odkrywaniu kart bez wątpienia była czymś, do czego musiał się przyzwyczaić. Wypierając związane z tym obawy, że wkopie dziewczynę w coś, w co nie chciał jej angażować przez wzgląd na bezpieczeństwo. I to nie, nie własne. Ono nie miało takiego znaczenia jak dobro Geraldine.
Nie miały go zresztą również załatwiane przez niego sprawy a w związku z tym, o czym właśnie rozmawiali, konieczne było, by również rozważył opcję ponownego wycofania się na obrzeża. Odejścia od tego, co tak naprawdę wyłącznie zapełniało mu dni i noce, nie przynosząc zbytniej satysfakcji, poza zajmowaniem czasu wolnego i odciąganiem go od myślenia nad sensem swojego życia.
Nie był już młodym, nadmiernie ambitnym ryzykantem. Nie kręciło go życie na wiecznym strzale adrenaliny. Jasne, dosyć trudno było mu znieść powtarzalność dni i stagnację, ale do tego wcale nie potrzebował angażować się w rozmaite pokątne akcje. Mógł zajmować się tym w rozsądniejszy sposób niż do tej pory. Zupełnie tak jak przed laty.
Szczególnie, jeśli na poważnie rozważali znalezienie sobie miejsca na prowincji. Domu poza Londynem. Posiadłości z miejscem na szklarnie i ogrody. Zdecydowanie mógł zadowolić się zmianą nie do końca zdrowych przyzwyczajeń na rzecz takiego stylu życia. Jasne, w dalszym ciągu miał ambicje. To nie miało ulec zmianie. Lubił wygrywać, stawiać na swoim, podkreślać własną wartość i zasługi, ale czy koniecznie potrzebował do tego stawiać na szali życie, do którego na powrót dążył? Nie.
- Myślę, że najgorzej będzie z londyńskimi nieruchomościami, wiesz? Nam nie powinno to aż tak bardzo zaszkodzić, ale zobaczymy, jak to wyjdzie w praktyce - stwierdził, jednocześnie również skłaniając się ku temu, aby nie martwić się na zapas.
Świat był dostatecznie skomplikowany. Nie musieli dokładać sobie kłopotów, które równie dobrze mógłby nigdy się nie wydarzyć. Nie po to zresztą wyszli na wieczorny spacer, aby martwić się przyszłością. Powinni odetchnąć, tym bardziej, że byli coraz bliżej docelowego miejsca. Nachylenie terenu pod butami stawało się coraz wyraźniejsze a szum intensywniejszy. Byli niemal na skałach, prawie równając się z czekającymi na nich psami. Mimo wszystko, nie był to zły wieczór.

Koniec sesji