![]() |
|
[11 kwietnia 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [11 kwietnia 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel (/showthread.php?tid=601) |
RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 17.12.2022 - Nie bądź taki uparty – powiedział cicho, również odwracając wzrok w stronę nieba. W wyższych rejonach pomarańcz niknął na rzecz granatu zwiastującego zupełną ciemność. Skrzeczące mewy zniknęły, zostawiając zupełną ciszę, w której słyszał jedynie ich oddechy i szum wody. Zawziętość Castiela w jakiś sposób jednak przypadła mu do gustu, wręcz mu się podobała. Nie był uparty w taki głupi sposób, jak Fergus, gdzie ten ciągnął bezsensowne dyskusje dla samego faktu udowodnienia, ze miał rację. To było zupełnie inne, nieco waleczne i przypominało Ollivanderowi, dlaczego mu kiedyś zazdrościł. Tego opanowania, rodziny, pracy. Teraz jednak zyskał dowód na to, ze nawet ktoś na pozór idealny miał swoje demony, swoje lęki i odczuwał niepewność względem niezrozumiałych dla nich obydwu wydarzeń. Dlaczego pociągało go to jeszcze bardziej? - Co? – mruknął zbity z tropu, ale kiedy dostrzegł różdżkę w dłoni Castiela, domyślił się, że chce ponowić zaklęcie. Albo ich teleportować. Ta druga myśl sprawiła, że lekko się ociągał, obawiając tego, jak wszystkie konsekwencje całej tej eskapady spłyną na nich, kiedy staną twardo na lądzie. Może powinien zaprzyjaźnić się z jakimś amnezjatorem i poprosić go o naprawienie jego własnych myśli? Pewnie nawet wystarczyłby zwykły uzdrowiciel, ale w tym wypadku jedyna znana mu osoba odpadała. Cynthia zabiłaby go dla samej satysfakcji późniejszego poćwiartowania jego zwłok w ambulatorium. Z różdżki Castiela po raz kolejny wydobyło się przyjemne ciepło, tym razem słabsze od poprzedniego, ale wciąż satysfakcjonujące. Ręka mrowiła go, zarówno od efektu czaru, jak i uścisku Flinta, który przeniósł jego dłoń na swoje ciało, szukając źródła ciepła. Nie pytał, czy to w ogóle działało. Czuł, jak klatka piersiowa blondyna unosi się, a wywołane zimnem dreszcze stopniowo słabną. Głupio mu było na niego patrzeć, gdy leżeli w tej dziwnej pozycji, więc wolną ręką podparł się pod głową i obrócił wzrok w kierunku ściany szalupy. W słabnącym blasku słońca dostrzegał wyryte na niej litery układające się w imiona najmłodszych Flintów. Szybko odnalazł Castiela, skupiając wzrok na słowie tak długo, aż zamgliło mu się przed oczami, a półmrok ograniczył mu widoczność. - Manier najwyraźniej uczył cię kraken – zażartował, powracając do rzeczywistości i uświadamiając sobie, że wędrówka myśli nie była najlepszym pomysłem, nawet jeśli cisza pozwalała mu się nieco opanować. Przez cały ten czas, trzymając dłoń na brzuchu Castiela, kreślił palcami kółka i zygzaki w miejscu, w którym została unieruchomiona przez chwyt Flinta. Palce mrowiły go od delikatnego dotyku. Jak długo to robił? Przerażony przekręcił głowę w jego stronę, ale blondyn na niego nie patrzył. Miał zamknięte oczy, wyglądał tak spokojnie, jakby spał. Ale przecież przed chwilą się odzywał, więc po prostu odpoczywał. Ollivander wcale mu się nie dziwił. Sam padłby ze zmęczenia po tak długim nurkowaniu w zimnej wodzie. Gdyby tylko nie czuł się tak zdenerwowany, pewnie od razu by zasnął. Wnętrzności wywracały mu się jednak, jak gdyby zaatakowało je stado chochlików kornwalijskich. A ciepło bijące od Castiela tylko potęgowało to uczucie. Był blisko, zbyt blisko. Na tyle, że oddech Fergusa zatrzymywał się na jego policzku. Wysunął dłoń spod głowy, chcąc go dotknąć, ale zrezygnowany zatrzymał się w pół drogi i zacisnął pięść na swojej klatce piersiowej. Nie powinien. Ale chciał, tak bardzo chciał. Cisza i ciemność sprawiały, że czuł się dziwnie pewniej. Nikt ich nie słyszał, nikt nie obserwował. Byli zupełnie sami pośrodku niczego, ukryci za ścianami drewnianej łodzi. Jedyną przeszkodą była reakcja Flinta, ale nawet jeśli miałby go znów wrzucić do zbiornika… Byłoby warto, dla samego upewnienia się, czy wszystko to, co poczuł, nie było jedynie efektem zatrucia brudną wodą albo udaru słonecznego. Jeśli nie spróbuje, sam będzie musiał się utopić, żeby powstrzymać te przeklęte chochliki kornwalijskie i pragnienie ciepła na ustach. A z dwojga złego wolał utonąć po fakcie, świadomy tego, czy naprawdę poczuł coś do drugiego mężczyzny. Zginie z własnej głupoty, czyli tak, jak przewidywał sobie przez wszystkie ostatnie lata. - Cas? – wyszeptał tak cicho, że nie był pewien, czy nie zrobił tego wyłącznie w swoich myślach. Ręka mu drżała, ale uniósł ją w kierunku Castiela, dotykając palcami jego ciepłego policzka i zahaczając kciukiem o usta. Wędrował niżej, w kierunku szyi, a jego oddech przyspieszył w oczekiwaniu, czy nie oberwie za chwilę jakąś klątwą. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 17.12.2022 Zaczynał opadać na niego spokój wywołany zmęczeniem i możliwością odpoczynku. Zimno przestało być tak dokuczliwe, przynajmniej tymczasowo. Zamknięcie oczu miało być dla niego szansą na powrót do normalności. Chciał udawać, że jest wszystko w porządku i używanie zaklęć na Fergusie jest czymś zupełnie normalnym. Zrobiłby to bez względu na wszystko bo tego wymagała kultura osobista i wychowanie. Nie może zabijać przyjaciół siostry. Dręczyło go pytanie dlaczego akurat teraz nie umiał na niego patrzeć normalnie. Próbował wygrzebać z pamięci choć jedną myśl, która mogłaby mu podpowiadać, że dotyk Olivandera miałby przynieść coś miłego. Zawsze żyli "obok siebie" a dokładniej rzecz ujmując po obu ramionach Cynthii. Dlaczego Fergus go pocałował? Co go skusiło? Nie dawał mu żadnych znaków bo nie przyszło mu na myśl, że miałby na niego spojrzeć "w ten sposób". Dopiero ten wstrząs jaki przeżył zrobił w jego trzewiach solidne przemeblowanie… chaos. Teraz nie wiedział jak wyglądał Fergus "normalnie" bo gdy na niego kątem oka zerkał to widział przede wszystkim jego usta i potem intensywne spojrzenie. Czy podobają mu się mężczyźni? Nie. Nigdy do żadnego go nie ciągnęło. Nie interesował się nimi. Może Fergus ukradkiem rzucił na niego jakiś paskudnie żartobliwy czar albo wraz z alkoholem dolał do puszki eliksir? Och, tak łatwo mógłby go obwinić. Chciał go oskarżać za swoje zachowanie i wiedział, że brzmiałoby to prawdopodobnie. Z drugiej strony nie wyglądał na takiego, co mógłby mu coś takiego zrobić. Nie miał podstaw, przecież słabo się znali. Wydawało mu się, że się dzisiaj polubią ale żeby aż tak? - Mój ojciec nie jest tak paskudny aby nazywać go krakenem.- zatrząsł się z tłumionego śmiechu i zakaszlał kiedy odezwał się zbyt głośno. Gardło drapało więc musiał przejść na szept. Pasowało to do tej sytuacji. Byli sami, obaj oderwani od rzeczywistości, nikt nie wiedział gdzie są, co robią, co czują ani co myślą. Milczeli a on próbował przez ten czas uporządkować w sobie to, co Fergus namieszał. Szło mu to nienajgorzej do momentu aż nie wyczuł na ubraniu ruchu jego palców. Siłą woli próbował się gwałtownie nie poruszyć. Tylko drgnął. Tak bardzo był nieprzyzwyczajony, że ktoś go dotyka - nie ważne czy to przyjaciele czy rodzina. Za każdym razem było to coś niezwykłego w odbiorze… choć przy Fergusie przeżywał to zbyt mocno. Miał ochotę odsunąć jego rękę i jednocześnie przytrzymać aby została tam, gdzie jest. Nieruchoma, ciepła. Zaklęcie minęło a więc odłożył różdżkę obok siebie. Zadrżał kiedy poczuł na policzku gorąco. Otworzył oczy i przez chwilę widział niewyraźnie. Odwrócił głowę w stronę Fergusa i wstrząsnęła nim bliskość jego twarzy. Zbyt blisko. Za blisko. Nie powinien, nie można, to nieprzystoi, to zakazane, jakim prawem mu się to podoba? Jego palce na ustach, rozchylił je i wstrzymał oddech. Nie zachowywał się normalnie, nie zatrzymywał się, wędrował niżej a przez jego ciało przeszła błyskawica. Serce oszalało z prędkości. Zatrzymał jego rękę przy swoim obojczyku; mogli przy okazji dobitnie poczuć jak mu serce łomocze w trzewiach. - Przysięgnij mi…- usłyszał swój szept; przesunął ostrożnie dłonią wzdłuż jego łokcia. Zacisnął tam palce ale niezbyt mocno, zabrakło mu sił. - Przysięgnij, że do tej puszki nie dodałeś żadnego eliksiru. Przysięgnij, że to co się dzieje nie jest twoim podstępem do zemsty. Mów o tym, do licha. Nie wiem co myśleć, czy to jakiś żart czy… czy…- na jego twarzy znów gościła konsternacja, nie wiedział co ma dopowiedzieć. Jego twarz tak blisko, ten oddech. Kusiło, aby sprawdzić czy to mu się nie śni. Niestety, ale nie robił "pierwszych kroków", schnął a wraz z ubywaniem wilgoci ciała tracił odwagę. Teraz nie zamykał już oczu. Bardzo dużo kosztowało go spoglądanie wprost w jego tęczówki i to z takiej odległości. Rozróżniał każdą rzęsę, słyszał każdy szmer pochodzący z jego sylwetki. Widział nawet kroplę wody spływającą po jego ramieniu i choć drażniła go swoją obecnością to nie ruszał się tylko niemo domagał się od niego odpowiedzi. "Mów do mnie. Zapewnij, że to, co czuję nie jest efektem magii". Dotychczas uważał go za podejrzanego typa, nie wiedział do czego jest zdolny a skoro bratał się z Cynthią to musiał mieć coś swoje za uszami. Za wszelką cenę szukał wyjaśnienia zanim… zanim uwierzy, że to czego chce nie jest wyimaginowane i nie wydaje mu się, że chce go znów pocałować. Jak ma do tego podejść? Przecież to ich zniszczy. Powoli przejawiał oznaki przemiany w nudziarza, w zapracowanego łamacza klątw, który chciał wiedzieć i analizować. Najpierw wyeliminuje ten brak wiedzy i dopiero później przystąpi do dalszej analizy… rzecz jasna z należytej odległości. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 17.12.2022 Alkohol na pusty żołądek nie był najlepszym pomysłem, nawet jeśli wchodziło w grę pół piwa. To było kolejną myślą, jaką Fergus starał się sobie cokolwiek tłumaczyć. Ale z procentowymi trunkami był zaznajomiony na tyle, by wiedzieć, czego się po sobie spodziewać. Z całą pewnością nie tego. Wędrówka po własnym umyśle prowadziła go w coraz głębsze odmęty nieznanych dotąd pomysłów. A co, jeśli tak naprawdę nigdy nie zazdrościł Castielowi, tworząc jakąś jego wizję na podstawie informacji, które otrzymał od Cynthii? Co, jeśli prowadziło to jedynie do podziwu i idealizacji kogoś, kto przy bliższym poznaniu tylko zyskał, ukazując swoje prawdziwe oblicze? Chociaż był specjalistą od chaosu, sam miał mętlik w głowie. I nie potrafił go w żaden sposób pokonać. Nie nadawał się do układania myśli w określoną listę. Wszystko krążyło, uderzało o siebie i kruszyło się, rozdrabniając jeszcze bardziej, niż to możliwe. - No cóż, zawsze wyobrażałem go sobie jako człowieka z ośmiornicą zamiast głowy i pirackim kapeluszem – ciągnął dalej, nawet nie kłamiąc. Nie miał okazji poznać starego Flinta, bo też Cynthia unikała zapraszania go do domu, kiedy jej ojciec kręcił się w pobliżu. Mogło to brzmieć po prostu jak żart i miał nadzieję, że Castiel nie odbierze tego jako obrazę głowy jego rodziny. Ot, zwykła wyobraźnia płatająca mu figle. Przez długi moment nie istniało nic wokół. Nie było szumu wiatru, dźwięku fal uderzających o szalupę, ani owadów brzęczących w zaroślach przy brzegu. Tylko ich oddechy i bicia serc zbyt przerażonych, by umilknąć. Czuł pod palcami zarys szczęki Castiela, miękkość jego ust, puls na szyi i bicie serca w momencie, gdy jego dłoń została zatrzymana. Uścisk Flinta nie był silny, gdyby chciał, mógłby go zignorować, ale potraktował odmowę z szacunkiem. Nie poruszał się przez moment, patrząc na niego nie tylko z zainteresowaniem, ale też lekkim przerażeniem, że może rzeczywiście pożałuje tego, że na cokolwiek się odważył. Czuł się, jakby rzucał nim teraz wielki troll górski, raz w górę i raz w dół. Odwaga, tchórzostwo, i tak na zmianę. Może wcale nie powinni byli ze sobą wychodzić? Mógł zostawić książki w salonie, napić się piwa i uznać, że morskie przygody nie są dla niego. Tylko że, nawet jeśli nigdy nie przyzna tego na głos, w pewnym momencie naprawdę mu się to podobało. Nie tyle samo pływanie i wysiłek fizyczny, co spędzanie czasu z Castielem. - To była zwykła brandy. Nie jestem Cynthią, żeby dolewać ludziom mikstury w ramach testów – powiedział, skonsternowany, trochę zbyt głośno, więc natychmiast ściszył głos. – Naprawdę sądzisz, że jestem tak okrutny, żeby w ten sposób się mścić albo żartować? – zapytał go, naprawdę zbity z tropu i jednocześnie wściekły na samego siebie, że podpuszczał go wcześniej z próbą zemszczenia się za podtopienie. Miał, czego chciał. Wzniecił w nim iskrę podejrzliwości, która rozżarzyła się do wielkości płomienia i teraz dawała tego efekty. Przygryzł dolną wargę, zastanawiając się, co jeszcze miał mu powiedzieć. Nie miał zielonego pojęcia, jak ubrać to w słowa, zwłaszcza gdy cały czas na niego patrzył. Kiedy miał zamknięte oczy, o wiele łatwiej było go zaczepiać, irytować i prowokować. Teraz jednak jego spojrzenie było skupione na Fergusie i chociaż panował półmrok, nadal pamiętał tę intensywną, zielonobłękitną barwę, która sprawiła, że utonął. Pozwolił porwać się w tę wyimaginowaną toń. - Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Ani dlaczego to zrobiłem – powiedział w końcu. – Żaden podstęp, żaden żart. Po prostu ja. Westchnął, spuszczając wzrok z twarzy Castiela i zatrzymując się na jego dłoni, wciąż trzymającej łokieć Fergusa. Co miał w tej sytuacji zrobić? Miał wrażenie, że traci resztki pewności siebie, które jeszcze przed chwilą posiadał. Bezmyślnie sądził, że nie przejmie się tym, jak zareaguje Flint, podczas gdy zżerało go to od środka tak silnie, że miał ochotę stamtąd uciec. A z drugiej strony nie chciał się ruszać, zbyt ciekawy tego, co nastąpi dalej. - Powiedz mi, że nie chcesz – zaczął, znów kierując spojrzenie na jego oczy, by widzieć jego pełną reakcję i nic sobie nie dopowiadać – a nigdy więcej tego nie zrobię. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 18.12.2022 Nie wpadłby na to aby teraz za wszelką niweczyć żartów na temat własnego ojca. Być może na lądzie mógłby poczuć się urażony i stawać w obronie imienia Williama. Sęk w tym, że miał świadomość, że Fergus nie mówi poważnie. Czuł to choć przecież nie znał go zbyt dobrze. Dzisiaj spędzili ze sobą tyle czasu ile nie zdołali dla siebie przeznaczyć przez dobre ponad piętnaście lat, od czasów szkolnych. Nie zwracał na niego szczególnej uwagi bo też Cynthia go przysłaniała. Teraz, kiedy nie było jego silnej siostry, widział Fergusa innymi oczami. Świetnie się przy nim bawił! Nie przeszkadzało mu dokuczanie, dogryzanie, odpowiadał z nawiązką, śmiał się… o jakże bardzo się śmiał! Odpoczywał i to w najlepszy możliwy sposób. Teraz był zszokowany, wciąż tliło się w nim lodowate przerażenie tym co między nimi zaszło ale tuż obok… takie gryzące ciepło, szarpiące nim od wewnątrz. Stęsknienie za tym, czego nikt dotąd nie był w stanie w nim wywołać - wrzucić na pierwszy plan potrzebę bliskości i ciepła. Zawsze wydawał się zimnokrwisty, nieczuły, czasami oschły a przecież to nieprawda. Umiał się śmiać, lubił się relaksować i bawić. Ot, wydawał się zbyt poważny. Być może przez to jak Fergus barwnie mu odpowiadał pomógł mu się przed nim trochę bardziej otworzyć i pokazać: hej, ja umiem być fajny; zobacz mnie, tutaj jestem. Teraz widział go bardzo blisko i domagał się zapewnień. Bał się, że ich nie uzyska, że okaże się to głupim żartem i zostanie samiuteńki z poruszeniem, żalem, strachem. Mógłby być skończony gdyby Fergus się z niego nabijał. Znienawidziłby ten dzień najbardziej w życiu a teraz trwał w takim zawieszeniu i czekał. Widział rozszerzające się z zaskoczenia źrenice Fergusa. Usłyszał zmianę jego oddechu co zdradzało zdenerwowanie. Zbulwersował się, to dobrze. To oznacza, że sobie z niego nie kpił. Zanim się odezwał to Castiel czuł już co ten powie i szczerze… nie mógł doczekać się przez te kilka sekund aż te słowa wybrzmią. - Zadajesz się z moją siostrą. Mogę się po tobie spodziewać wszystkiego… ona nie ma normalnych znajomych.- halo, pracuje z trupami. Kroi je. Tak, nazwał Fergusa nienormalnym ale powiedział o tym zbyt miękko aby uznać to za obrazę… taką miał nadzieję. - Nie wiem, Fergus. Nie znam cię zbyt dobrze. Nie wiem jaki jesteś ale…- przesunął palcami ponownie po jego łokciu wzdłuż przedramienia i do nadgarstka. Zrobił to powoli, zamaszyście, ścierając z niego ostatnie krople wody. Jego przygryziona warga wytrąciła go z równowagi. Zdekoncentrował się i na moment zapomniał o czym rozmawiali. Czemu to tak szybko postępuje? Czemu to stęsknienie tak go drapie, gryzie od środka? To wszystko przez półmrok, chłód (a zarazem pragnienie ciepła, które ma na wyciągnięcie ręki), samotność, niewidzialność dla świata, szum wody i odsłoniętą skórę. To wszystko tego wina wszak to perfekcyjne warunki do wyhodowania w sobie utęsknienia za tą lawą, którą w nim Fergus wywołał. Wtedy czuł, że żyje. - Po prostu ty. Masz taki sam bałagan w głowie jak ja teraz.- o Merlinie, jak on odetchnął z ulgą, że nie jest w tym sam. Uwierzył mu, po prostu mu uwierzył i z tego powodu na jego ustach pojawił się pierwszy od godziny uśmiech. Pierwszy od tamtego pocałunku. Świadomość, że ma się kogoś w tej "niedoli" dodawała otuchy niemal tak samo jak otoczenie zimną wodą. Zachłysnął się powietrzem słysząc tak bezpośrednią prośbę. Czyli muszą o tym porozmawiać nieco dosadniej… bał się ale już nie na tyle aby uciekać i się chować. Zacisnął znów szczękę i myślał te kilka sekund, błądząc wzrokiem po jego twarzy. - Nie wiem czy nie chcę.- wyszeptał niezrozumiale a na jego szerokich policzkach pojawił się rumieniec. Taka tendencja cery, niestety. Wypieki w zimę to u niego normalka. Podniósł rękę i położył ją u podstawy karku Fergusa. Miał gorącą skórę, ani śladu kropli wody. Przysunął jego twarz bliżej swojej ale pozostawił między nimi te pół cala odległości aby jednak istniała przestrzeń między ich ustami. Napięcie rosło i to w ekspresowym tempie. Krew wrzała w jego skroniach. - Teraz… chcę bo nie jestem Flintem z lądu.- szept kierowany wprost do jego ust, których w żaden sposób nie tknął. Doprowadzał swój (i być może Fergusa) organizm do furii. Delektował się tym póki mógł (mogli) wytrzymać. Oddech łaskotał, zapach wody i drewna wpływał na pierwszy plan. Pragnienie ciepła coraz bardziej narastało. Wolał go niemo ale nie zniszczył tej ostatniej odległości między ich ustami. To decyzja Fergusa. Cas był poza bezpieczną tonią, ten największy krok wymagał u niego więcej czasu… a i chciał sprawdzić na ile jest w stanie sprowokować Olivandera. Chciał poznać jego temperament, odkryć czym dyktowany był poprzedni pocałunek. Tik tak, tik tak… nie słyszał nic poza ich dudnieniem serc. Nie było nic poza tą łodzią. Świat przestał istnieć. Zamarł. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 18.12.2022 Powinien uznać to za komplement? Wszak okazał się całkiem nienormalnym, choć pewnie nie pod względem, który Castiel miał na myśli. A może chodziło właśnie o to? Miał jednak rację co do tego, że po Fergusie można było się spodziewać. On sam nie wiedział, czego mógł po sobie oczekiwać. Zwłaszcza w momencie, gdy poddawał się emocjom i przez to był jeszcze bardziej impulsywny niż zwykle. - Kusi mnie wepchnąć cię za to do wody, ale sam nie chcę się topić po raz trzeci w ciągu jednego dnia. Czy jej znajomi nie pokrywają się czasem z twoimi? – zapytał zaczepnie. Społeczeństwo czarodziejów było niewielkie, a czystokrwiste rodziny znały się i trzymały ze sobą niezależnie od tego, w jaką stronę prosperowały ich relacje. Wszystko, by utrzymać krew. Ollivanderowie pewnie też podążaliby za tradycją, gdyby ojciec Fergusa nie postanowił ożenić się z czarownicą półkrwi. W gruncie rzeczy z punktu widzenia wszystkich „świętych” rodzin splamił honor czarodziejów, ale to pozwalało im unikać wszystkich tych głupich bankietów i potyczek politycznych. A teraz jeszcze Castiel dołączył go do grona swoich znajomych, tym samym przyświecając zasadzie zadawania się z nienormalnymi. Może on sam też miał nie po kolei w głowie? Dupek. Nieprzyzwoicie pociągający dupek. Wróć, za bardzo się zapędzał. I tu można by przejść do meritum sprawy. Tak jak Castiel niespecjalnie znał Fergusa, tak też Fergus nie do końca wiedział, czy mógł ufać Flintowi. A mimo to zaufał. Chociaż ten w każdej chwili mógł go wplątać w kłopoty, oskarżyć o różne rzeczy, nie zostawiając Ollivanderowi żadnej linii obrony… Po prostu mu zaufał. Dlatego, że był bratem Cynthii, a w nią nie wątpił? Czy po prostu wystarczyło mu poczucie bliskości i spojrzenie ładnych oczu, by przestał zważać na konsekwencje tego, co wyczyniał? Dotyk Castiela pozostawił na jego ręce gęsią skórkę i uczucie mrowienia. Wstrzymał na chwilę oddech, oczekując jego dalszych słów. Nie wiedział, czego się spodziewać, ale z pewnością nie tego. Nie przyznania się do podobnego uczucia chaosu. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wielki. Nie dodawał, że właściwie burdel panował w jego głowie przez cały czas, a za sprawą blondyna jeszcze bardziej się powiększał, tak że przestał nad nim panować. Wszystko wymykało mu się z rąk, a on już nawet nie starał się tego pochwycić, pozwalając temu opaść i zaginąć w przepełnionej nadmiarem emocji przestrzeni. Po prostu się uśmiechnął: sam widok Castiela podzielającego jego myśli wprawiał go w stan dziwnej euforii. Takiej, której nie mogły rozniecić żadne używki, a jedynie obecność drugiego człowieka. Dziwne, ale niezwykle satysfakcjonujące uczucie. - To mi na razie wystarczy – odpowiedział mu, nim Castiel przyciągnął go do siebie. Lepiej dla nich obu byłoby, gdyby powiedział: nie. Jednak tego nie zrobił. A to cieszyło Fergusa, jednocześnie wprawiając zarówno w zakłopotanie, jak i strach. Nie sądził, że jego wyskok mógł zaowocować czymś takim. A jeśli to Castiel sobie z niego żartował i wykorzystywał na nim jakieś sztuczki, by pomóc Cynthii w kolejnym eksperymencie? Starał się zgnieść tę myśl w zarodku, nim na dobre wykiełkowała. Mężczyzna pewnie nie byłby zadowolony z tego stwierdzenia, ale był raczej kiepskim aktorem. Nie odegrałby tego z tak widoczną swobodą. Prawda? W normalnych okolicznościach stwierdzenie Castiela by go zaniepokoiło. Tak, jakby projektował sobie kogoś zupełnie innego, kto mógł się odciąć od wszystkiego, co się w tym momencie działo. Teraz jednak nie miał do tego głowy. Jedyne, czego chciał, to zapytać, ilu zatem było w nim Flintów i z którym miał do czynienia? Czy będzie miał okazję poznać ich wszystkich, i czy każdy z nich przyznałby się do tego, co właśnie między nimi zachodziło? Nie niepokoiło go to, że jeden człowiek mógł mieć setki masek, za którymi się ukrywał. Martwiło go to, że któraś z tych wersji mogłaby czuć do niego awersję po tym, co się stało. Ich oddechy mieszały się, tworząc ciepłą bańkę napięcia między nimi. Samo oczekiwanie było czymś, czym mógłby się delektować, gdyby tylko miał na to siłę. Ale zbyt mocno chciał. Chciał soli na jego ustach i dłoniach, pozostałej po morskiej wodzie, która ich otaczała. Łaknął słów, które zapewniałyby go, że wszystko jest w porządku i nie ma czego się wstydzić, ani tym bardziej obawiać. I ciszy między nimi, która pozwalałaby się delektować samą obecnością. Dotyku, pasji, poznania nieznanego. Pragnął poznać sny i tajemnice Castiela, a jeszcze bardziej tego, by sam być jednym z nich. A wszystko to miał zaledwie mrugnięcie od siebie. Nie poruszył się dobrowolnie nawet o cal od momentu, kiedy ręka blondyna zacisnęła się na jego łokciu, wciąż czując pod palcami bicie jego serca. Miał wrażenie, że gdyby zacisnął teraz dłoń, mógłby je pochwycić. Ale lepiej, żeby pozostało na swoim miejscu. Skrócił przestrzeń między nimi, właściwie całkiem ją eliminując. Usta Castiela rzeczywiście wciąż smakowały słoną wodą i czymś, czego nie potrafił w żaden sposób określić, ale co już zawsze miał łączyć tylko z nim. Ciepło rozchodziło się po jego twarzy i w miejscach, gdzie dotykały go jego dłonie, sprawiając, że potrzebował tego tylko więcej i więcej. Jedyne, czego żałował, to że poznał to uczucie tak późno. Jego palce powędrowały z obojczyka niżej, do brzegu koszulki, szukając dotyku nagiej skóry tuż pod nią. Przekręcił się, przyciskając Castiela do dnia szalupy i wolną dłonią opierając tuż obok jego głowy, by utrzymać równowagę. Całował go tak, jakby to miał być jedyny raz, zachłannie, ale starając się zapamiętać każdy dotyk, każde zetknięcie ich warg i dłoni. Zaczynał tracić rozsądek i myśl ta spłynęła na niego jak przeraźliwa, lodowata fala, której nie potrafił zignorować. Oderwał się od blondyna, unosząc głowę i spoglądając na niego z mieszaniną emocji na twarzy. Po trochu wszystkiego: pobudzenia, euforii, ale i strachu przed tym, że za bardzo się zapędzał. Włosy opadały mu na twarz, łaskocząc nos i policzki Castiela. - Kim zatem jesteś? – zapytał szeptem, nawiązując do poprzedniego stwierdzenia, które starał się oddalić w zapomnienie, ale nie potrafił. Oddychał ciężko i za nic nie potrafił oderwać wzroku od Flinta. Mógłby na niego patrzeć przez całą noc i widok ten za nic by mu się nie znudził. – Bo już chyba nie wiem, kim ja jestem – dodał jeszcze, z mętlikiem w głowie i pragnieniem ponownego złączenia ich ust. Jego oczy świeciły niczym księżyc odbijający się w morskiej toni. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 18.12.2022 Uniósł jasne brwi wysoko i popatrzył ze zdumieniem na swojego towarzysza. - Jesteśmy bliźniętami ale mamy osobne życia i osobne grono znajomych. Tylko niektóre jednostki się ze sobą "pokrywają". Staram się nie wchodzić z butami do jej życia, mimo że ona lubi wchodzić w moje. - gdy wspominał o siostrze to uśmiechał się w inny sposób, taki ciepły na granicy z czułością. Różnili się od siebie na wielu płaszczyznach ale kochał ją taką, jaka była. Wspomnienie jej twarzy przypomniało mu, że wraz z Fergusem dopuszczają się do czynów bardzo ale to bardzo moralnie zakazanych. Trwoga znów ścisnęła jego trzewia i tylko i wyłącznie samozaparcie zdusiło w nim atak paniki. Odkładał to w czasie bo chciał chwycić tę chwilę pełną garścią. Zdawał sobie poniekąd sprawę, że nie wiadomo czy jeszcze kiedykolwiek będą tak blisko siebie. Na lądzie czekał rozsądek i strach... dobrze, że nie spoglądali w tamtą stronę choć nieuniknione nadchodziło. Świadomość, że razem tkwią w tym "problemie", "ewenemencie", "odkryciu" razem podnosiło na duchu. Mogli zastanowić się wspólnie co z tym zrobić jednak... jednak ta bliskość była straszliwie kusząca a on bezsilny wobec głosu swojego ciała. Domagał się tej lawy, tego życia które w nim Fergus wybudzał. Chociaż jeszcze przez chwilę, kilka minut... jeśli ma już żałować swojego postępowania to chociaż niech ma ku temu jak największe powody. Skoro i tak będą przerażeni to czemu do tego czasu nie mogą po prostu sprawdzić czy to dziwne przyciąganie ma głębszy sens? - Obawiam się, że zdaję sobie z tego sprawę. Poniekąd mnie to cieszy. - usłyszał swój głos i już miał półprzymknięte powieki kiedy przysunął jego głowę ku sobie. Musiał długo czekać na jego ruch. Przez pierwsze kilka sekund wsłuchiwał się w jego oddech a kiedy nie rejestrował z jego strony żadnego ruchu powoli dopadała go trwoga. Co, jeśli właśnie popełniał błąd? Obaj nie byli siebie wzajemnie pewni, bali się konsekwencji, nie wiedzieli czy mogą sobie wierzyć a mimo wszystko ofiarowali sobie kredyt zaufania. Obaj chcieli znów to poczuć. Chyba... Już miał popaść w okowy strachu kiedy w końcu poczuł na wargach jego usta. Nareszcie! Zadrżał na każdym nerwie, nawet tym najmniejszym. Wstrzymał oddech i pochłaniał zmysłem dotyku inną temperaturę jego twarzy, którą to zaraz dotknął opuszkami palców. To był szok dla jego organizmu ale niosło za sobą jeszcze większe napięcie. Uniósł trochę głowę aby naprzeć na jego usta i jeszcze wyraźniej poczuć tę gładkość warg, ten inny smak. Myśl, że za tym stał Fergus tylko go podekscytowała. Nie był pewien co dokładnie wywołało u Olivandera ten zryw namiętności ale tak tym zaatakował Castiela, że przez chwilę się pogubił. Rozproszyła go jego ręka przy brzegu jego koszulki kąpielowej a za chwilę inny pocałunek, taki jakby kryła się za tym głębia uczuć a nie tylko ciekawość. Zachłysnął się i nim się spostrzegł przeniósł rękę na jego potylicę i przylgnął do jego ust z większą gorliwością. Rozlała się po nim ta ognista lawa kiedy Fergus na niego naparł, oferując jeszcze więcej przestrzeni swojego ciała do odczuwania. To go trochę przeraziło, ta dynamika i łapczywość, której próbował dorównać lecz nie umiał. Myśli nie współgrały z gestami, serce zamierało w trzewiach a ciało wrzeszczało, że chce jeszcze więcej. Niemalże trzasnął go tajemniczy piorun, ciągnący się od mrowiących ust, przebiegający przez płuca, drżące mięśnie brzucha, pachwiny, na stopach kończąc. Nie byłby w stanie teraz wstać. Zatrzymał obie ręce na jego tułowiu i kiedy ten się oderwał od niego, to Cas wyglądał blado-czerwono. Blada skóra ale policzki nienormalnie czerwone. Wstydził się tego, co robią i tego, że chce więcej. Widząc wzrok Fergusa wypuścił z siebie gwałtownie powietrze. Czuł panikę gdzieś na granicy świadomości. Musiał się pospieszyć bo zaraz dopadnie do niego zgroza. Usłyszał głos Fergusa ale nie był w stanie teraz odpowiadać, myśleć, analizować, szukać odpowiedzi. Jakim cudem on wycisnął z siebie teraz głos? Trząsł się od tego narastającego przyciągania. Im dłużej go przy sobie czuł tym jego mięśnie coraz mocniej się spinały. Popatrzył na niego z szeroko otwartymi oczami. Zgarnął jego włosy w pięść, którą zaraz to przycisnął nad jego uchem. Podniósł nieco kark aby wrócić do jego ust, ale tym razem jak obłąkany dopadając do ich faktury i rozchylając je z pomocą własnych. Wzniecał w nich na nowo tą łapczywość bo wiedział, że zaraz wróci rozsądek. Mieli mało czasu, nie mogli go stracić na wątpliwości. Jeszcze to jedno małe szaleństwo... wpił się w jego usta, szukając też gorącego języka by poznać ten smak, który będzie go prześladować dniami i nocami. Lawa w nim gorzała a swoje epicentrum tkwiło właśnie w tych paru calach długości ust Fergusa. Lgnął ku nim, tracił dech w piersiach ale nie mógł przestać. Opadł, dotykając potylicą dna łodzi i przyciągał Fergusa za sobą, dbając by przez dłuższy czas między ich ustami nie było żadnej chłodnej odległości. Gorąc jego nagiego torsu wywołał w ciele Castiela sztorm. Przeciągał ten kontakt jak tylko się dało lecz wystarczyło, że Fergus się przy nim zbyt wyraziście poruszył a dopadł go ogień i to tak parzący, że znienacka przerwał całowanie, oddychając przy tym tak głęboko jakby dusił się od dłuższego czasu. Oddech jego drżał, on cały się trochę trząsł, było mu gorąco i jednocześnie zimno. Co się z nim dzieje? Zasłonił ręką usta Fergusa i przez chwilę wmuszał w siebie oddech. - Za... za szybko. Ch-cholera. - panika wpadła do jego świadomości i zaczynała go rozszarpywać. Podniósł się do siadu, zsuwając z siebie jego cholernie przyciągającą sylwetkę. Chciał przytulić policzek do jego szyi, chciał dotknąć ustami skóry poza jego twarzą i to go zaczęło przerażać. Dopadło go tak silne pożądanie, że nie potrafił się z tym ogarnąć... a wszystko przez to, że to Fergus, mężczyzna. Podwinął kolana bliżej siebie i oparł o nie czoło, oddychając nierówno. Przez jego ciało przechodziły bezlitosne dreszcze, miał ochotę krzyczeć, wrzeszczeć na Fergusa, że coś mu zrobił. Zaciskał mocno powieki aż świat pociemniał w swojej nieskończoności. Po omacku znalazł dłoń Olivandera i ją przygwoździł swoją do dna łódki. Trzymał ją, wpijał w nią palce i zaciskał bo dzięki temu czuł, że nie przewróci się w toń. Gdyby teraz wpadł do wody to by utonął. Nie potrafił zebrać myśli, oddychał szybko i płytko, z zaciśniętego gardła wydostał się jęk jakiegoś niemego cierpienia. Jest przerażony, całował łapczywie mężczyznę, chciał go w większej dawce przez co się pospieszył. Nie było tu winnego ale panika nie szukała winowajcy. Po prostu nadchodziła i zbierała żniwo. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 18.12.2022 Miał pozostać w nieświadomości. W stanie zawieszenia pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, czego nie znosił. Nawet teraz ta jego część bezkresnej ciekawości próbowała przedostać się na powierzchnię, ostudzając go nieco i pozwalając się odezwać. To było jeszcze bardziej przerażające, uświadomienie sobie, że wcale nie zmienił się w nową osobę. Że to cały czas był on i wszystkie te uczucia, które w nim buzowały od zawsze tam były. Potrzebował po prostu iskry, która by je wyzwoliła i pozwoliła im ujrzeć światło dzienne. Skumulować się i skierować w kierunku kogoś, kto potrafiłby to zrozumieć. Albo przynajmniej starał się wspólnie nauczyć, jak to działa i pomimo wewnętrznej walki nie opierać się im. Mimo tego, że w jakiś niezrozumiały dla siebie sposób wydobył z siebie słowa cichym, zachrypniętym głosem, nie potrafił uspokoić swojego oddechu. Patrzył zamglonym wzrokiem na Castiela, czując na twarzy palące ciepło wywołane pocałunkiem. Z oczekiwaniem, niepewnością. Chęć dowiedzenia się, co tak naprawdę się między nimi działo była wręcz paląca. Jednak odpowiedź Castiela nie zawierała się w słowach, a w czynach. Czy miało mu to wystarczyć? Na chwilę na pewno, zwłaszcza teraz, kiedy miał się zapomnieć pod wpływem jego dotyku. Myśli tlące się pod umysłem miały mu doskwierać dopiero za jakiś czas. W tym momencie chciał się ich jednak pozbyć, przegonić niczym natrętne myszy za pomocą miotły. Liczyło się tu i teraz. Fakt, że całkowicie przepadł dla Castiela Flinta. Sekundy dłużyły się niczym dziesiątki minut i choć nie wiedział, jak to wyglądało z jego perspektywy, starał się cokolwiek wyczytać z oczu drugiego mężczyzny. Tylko że to było jak czytanie książki w obcym języku, którego dopiero się uczył. Rozpoznawał pojedyncze słowa, ale całość nie miała żadnego sensu. A co, jeśli tekst sam miał się dla niego przetłumaczyć? Castiel przyciągnął go, szarpiąc jego poplątane włosy. Nie spodziewał się tego tak nagle, tak mocno. Tej eksplozji, która mieniła się czerwienią pod zamkniętymi powiekami. Tego, jak wprosił się do jego ust i tego, jak on sam chętnie go wpuścił, pozwalając na coraz więcej. Smakował jego warg, języka, uczył się jego ust jak mapy do skarbu, którą musiał zapamiętać po jednym zapoznaniu. Miał wrażenie, że krew w jego żyłach zaraz eksploduje, wrząca z samego pragnienia jeszcze bliższego dotyku. To jak odsłuchanie po raz pierwszy piosenki, która miała stać się ulubioną, tylko tysiąckrotnie razy lepsze, bo uderzające w więcej zmysłów. Palce Fergusa, dotąd krążące po brzuchu i klatce piersiowej Castiela zacisnęły się na jego koszulce. Chciał przerwać pocałunek, wędrując po jego policzku w kierunku szyi, jednocześnie przesuwając się, by podciągnąć ubranie Flinta, ale w tym momencie ten zamarł, odsuwając się gwałtownie i zakrywając usta Ollivandera. Mrowiły rozpalone pod dotykiem ciepłej skóry. Lęk wkradł się w jego ciało niczym dreszcz wywołany chłodnym wiatrem po nagłym ostudzeniu wszelkich odczuć. Gardło zacisnęło się z przerażenia, nie pozwalając z siebie wydobyć ani jednego słowa, a myśli kotłowały się w głowie, spodziewając najczarniejszego scenariusza. Spoglądał szeroko otwartymi oczami na odwróconego do niego plecami Castiela, nie rozumiejąc, co się stało i bojąc się choćby drgnąć. Miał wrażenie, że się trzęsie, choć mogło mu się tylko wydawać i jedynym, co mogło go uspokoić, była dłoń blondyna zaciskająca się uspokajająco na jego własnej. Nie był jednak pewien, który bardziej potrzebował tego gestu. Może obaj naraz? Ten drobny rodzaj bliskości sprawiał jednak, że ulatywały z niego wątpliwości. Nie zrobił nic nie tak, prawda? Chociaż patrząc na ich reakcje, sami nie byli tego pewni. Nie wiedział, co zrobić. Niepewność zżerała go od środka, ale zebrał się na odwagę i przysunął w stronę Castiela, zatapiając wolną dłoń w jego włosach i głaszcząc uspokajająco. Dla zapewnienia, że nic się nie stało. Że nie robili nic złego, choć wszystko wokół starało im się pokazać, że jest zupełnie na odwrót. Ucisk w krtani wciąż jednak się utrzymywał, nie pozwalając mu się odezwać. Po prostu oddychał, coraz wolniej, czekając, aż obaj będą gotowi, by jakkolwiek zareagować. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 18.12.2022 Chwila zatracenia. Ile przyjdzie im za to zapłacić? Przecież wiedzieli, że w końcu spojrzą na siebie z dystansem i złapią się za głowę. Świat nienawidzi tych osób co odstają od ogólnie przyjętej normy... zwłaszcza w rodach czystokrwistych. To byłby skandal, hańba. Jak mężczyzna może chcieć całować drugiego mężczyznę? Ano właśnie tak. Po prostu. To było bardzo łatwe choć wzbudzające trwogę. Gdyby nie ta ekscytacja to prawdopodobnie po pierwszym pocałunku doszłoby do gwałtownej kłótni i zerwaniu wszelkich relacji. Niestety (albo stety?) ich ekscytacja była identyczna. To szczęście czy klątwa? Cokolwiek podkusiło Fergusa do pierwszego kroku to miał na swoich barkach ten gest zmiany ich życia. Cokolwiek się wydarzy - nawet jeśli mieliby już na siebie nigdy więcej nie spojrzeć - to zmieniło coś w ich duszach. Nigdy nie będą już tymi samymi osobami, które wsiadły do łódki trzy godziny temu. Nie układał myśli w słowa a w gesty. Chciał ciągłości tego cudownie przyjemnego dreszczyku, a więc po to sięgnął skoro Fergus pokazał jak bardzo jest w stanie się zatracić przy nawet najmniejszym geście. Dzięki niemu nabrał odwagi, a przecież nie leżał w wodzie i nie miał w sobie demonicznej śmiałości. Przygarniał go zatem do siebie, łapczywie zabierając z niego niecodzienną słodkość i miękkość. Merlinie, nie miał pojęcia, że można pragnąć... czegoś takiego. To naprawdę było przełomowym odkryciem. Cały się trząsł za jego dotykiem, coraz bardziej rozpalał się przy jego oddechu aż w końcu tempo ich pieszczot poróżniło się. Cas został krok w tyle a Fergus pognał do przodu o dwa następne co wywołało panikę. Nie był jeszcze gotowy spojrzeć na niego poza obszarem twarzy. Nie dojrzał myślami do dotyku odważniejszego niż namiętny pocałunek. Kiedy tylko ciekawska dłoń Fergusa zaczęła podwijać jego koszulkę to dostał ataku otrzeźwienia gdzie to może ich zaprowadzić. Nie byli na to gotowi skoro każde ich słowo nastroszone było niepewnością i lękiem. Nie potrafił sobie nawet tego wyobrazić, to było tabu, coś zakazanego i jednocześnie straszliwie pociągającego. Na brodę Merlina, to nie był romans z kobietą gdzie nie trzeba myśleć a tylko czcić, podziwiać, adorować. To jak rozbrajanie bardzo skomplikowanego czarnomagicznego przedmiotu. Wystarczy jeden nieprzemyślany ruch a coś zaczynało szwankować i mogło wybuchnąć prosto w twarz, zostawiając na ciele trwały ślad. Nie mogli się spieszyć bo się wzajemnie znienawidzą. To wymaga czasu, bardzo dużo czasu - przecież nie wiedzą dokąd to spotkanie ich zaprowadzi. Przerwał tę falę gorąca i szok jaki na nich spadł był zatrważający. Spanikował, nie potrafił złapać pełnego oddechu, trząsł się i widział wszystko w czarnych barwach. Bał się siebie, tego co czuje, tego czego pragnie. Oschła krytyka podpowiadała, że jest jakiś nienormalny. Może to dlatego przez całe swoje życie nie potrafił zbudować trwałego związku? Nie umiał się zaangażować. Potrzebował odkryć Fergusa żeby odżyć. Och nie, to Fergus odkrył jego. Trzymanie dłoni na jego palcach pomagało mu pamiętać gdzie znajduje się góra, a gdzie dół. Nie przewrócił się tylko siedział, przyciskał czoło do kolan i próbował się opanować. To wyrządzało w nim jakiś ból, ta świadomość, że stchórzył. Pogrążał się w rozpaczy i już miał w tym utonąć kiedy poczuł na głowie dotyk. To go wyrwało z tej otchłani. Przez jego ciało przebiegł gorąco-lodowaty dreszcz, jeszcze okrutniejszy niż te dotychczas. Nie wzdrygnął się jednak bo chwilę później, kiedy tylko Fergus pogładził go drugi raz, zaczął się uspokajać. Starał się oddychać tak głęboko jak jego dłoń sunęła przez schnące już włosy. Oddech za oddechem, jedno uderzenie serca za drugim. W pewnym momencie, kiedy najsilniejsze dreszcze zaczęły słabnąć, pochylił się na bok i oparł o ramię Olivandera. Nie otwierał wciąż oczu, zażenowany swoim zachowaniem. Nie potrafił jednak jeszcze wstać i co gorsza, uwolnić się od tego kontaktu. To był bardzo spokojny gest, wyciszający, nie groził falą ognia. Stopniowo, minuta za minutą uspokajał się aż w końcu oddychał normalnie i odzyskał prawidłową temperaturę ciała. Ba, poczuł zimno nocy. Emocje opadły, zostały kolczaste resztki w których muszą teraz zanurzyć dłonie. Pokaleczą się ale nie mogą ich tutaj zostawić. Nie wiedział ile czasu minęło kiedy się odezwał. Faktem jest, że zapadła już sroga ciemność i robiło się coraz zimniej. Byli zmęczeni, głodni, spragnieni, wykończeni. Mimo wszystko jeszcze się nie odsuwał, te ostatnie sekundy. - Wybacz mi. - usłyszał swój schrypnięty głos. Ledwie siebie poznawał. Chciał się wytłumaczyć, usprawiedliwić ale nie wiedział co powiedzieć i to go załamywało. W końcu się wyprostował, zerknął na twarz Fergusa przelotnie, z takim niepokojem ale starał się ich pocieszyć i lekko się uśmiechnął. Nie był pewien czy to mogło podziałać. Wyciągnął dłonie do śpiącej tafli wody i zmącił ją po to, aby obmyć wilgocią swoją twarz i kark. - Musimy się ocucić i wracać zanim zaczną nas szukać. Nie chcę być podejrzewany o zamordowanie cię. - mówił ale jego głos jeszcze drżał przy każdej sylabie. Sięgnął po różdżkę i usiadł naprzeciw Fergusa. Ostrożnie podniósł nań wzrok i położył dłoń tuż obok jego palców, zahaczając najmniejszym jego kciuk. - W porządku? - zapytał cicho, pochylając głowę aby zobaczyć wyraz jego oczu. Skrzywdził go swoją paniką? Wystraszył, spłoszył, zniechęcił a może pomógł mu opamiętać się i zrozumieć, że się chyba czymś naćpali? Czuł dziwny spokój i wiedział, że zawdzięcza to Fergusowi. To on w nim to zasiał, nie morska toń. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 19.12.2022 Może tak właśnie miało być? Gdyby Fergus miał coś do powiedzenia, stwierdziłby, że to czysty przypadek. Nie było odpowiedniej koniunkcji gwiazd, fusów z zielonej herbaty, czy szklanych kul, które potrafiłyby przewidzieć, że właśnie tak się zadzieje. Nie wierzył w te brednie wciskane w horoskopach i na lekcjach wróżbiarstwa, a mimo to… Czy aby na pewno było to losowe zdarzenie? Szansa jedna na milion, że nie zostanie utopiony albo potraktowany zaklęciem niewybaczalny po swoim bezmyślnym wybryku. Może powinien wziąć udział w jakiejś loterii, skoro posiadał taki dar szczęścia? Albo bardziej przeczucie, że jakimś sposobem będzie dobrze. Bo było dobrze: na tyle, na ile dało się tak stwierdzić pod płaszczem paniki i ogólnego niezrozumienia wobec tego, co się z nimi działo. Jeśli odciąć się od wątpliwości, lęku przed reakcją najbliższych i przede wszystkim strachu przed tym, co w rzeczywistości myśli ten drugi… było wspaniale. Upijał się tą bliskością, zatracając w dotyku i uczuciu ciepła, jakie wywoływał. Każde najdelikatniejsze muśnięcie było jak iskra wyzwalająca coraz większe pragnienie przyjemności. Nie uwierzyłby, że można się tak przy kimś poczuć, gdyby sam tego teraz nie doznawał. Tej ekscytacji z poznawania drugiego człowieka za pomocą smaku i dotyku – zmysłów, których nie chciał już dzielić z nikim innym poza Castielem. Ciekawość tego, jak daleko może zajść rosła w nim, aż w końcu natrafiła na barierę. Przesadził, pozwolił sobie na zbyt wiele, zapominając o tym, że powinien się bać. Przy nim wszystko wydawało się Fergusowi takie proste i możliwe do zrealizowania, o ile zapominało się o tym, że istniało coś więcej poza tą bańką, którą wokół siebie stworzyli. Ale w końcu musiała pęknąć. I wszystko uleciało wraz z pewnością co do tego, czy w ogóle powinien był cokolwiek zaczynać. Czuł się, jak gdyby ktoś wyłączył stoper, odbierając mu tę krótką chwilę poczucia bliskości i zrozumienia. Mimo że nie pojmował zupełnie nic w kwestii swoich własnych uczuć. Ani tym bardziej uczuć Castiela. To tak, jakby ten pierwszy pocałunek odblokował jakieś drzwi, po których przekroczeniu nie można się było cofnąć. Patrzenie na Castiela w takim stanie, trzęsącego się i przerażonego, łamało mu serce. Ta jedna myśl, że to wszystko było jego winą, wychodziła na pierwszy plan, niepokojąc każdą komórkę jego ciała. Nawet nie wiedział, że sam drży z miliona powodów naraz: pożądania, strachu i zimna. Świadomość tego ostatniego dopiero teraz do niego docierało, gdy pozbawiony dotyku ciepłych dłoni poczuł lodowaty wiatr na plecach. Był kwiecień, mrok, a zmęczenie dawało się we znaki, tylko wzmagając nieprzyjemne dreszcze. Gdyby nie bliskość Castiela, pewnie już teraz zacząłby panikować. Nie mógł sobie jednak na to pozwolić, bo jego własny lęk tylko wzmógłby strach drugiego mężczyzny. Stabilność i rozsądek nie były jego domeną, nawet jeśli chodziło jedynie o spokój ducha. Musiał być jednak silny. Dla niego. Delektował się ostatnimi chwilami dotyku i ciepła, którym emanowało ciało Flinta. Wystarczyło, że oparł się o jego ramię. To jak zapewnienie o tym, że nie miał do Fergusa żadnych pretensji, ani tym bardziej nie był na niego wściekły czy nim zawiedziony. Miał dziwne wrażenie, że blondyn raczej rozczarował się samym sobą, co sprawiało, że jego wnętrzności skręcały z obrzydzenia, że swoim zachowaniem mógł wyzwolić w nim taką myśl. - Castiel, za co ty mnie właściwie przepraszasz? – zapytał, bardziej zdziwiony tym, jak bardzo te słowa go oburzyły, niż faktem, że w ogóle padły. Sam przecież już go dzisiaj przepraszał, mimo że wcale nie żałował. Po prostu czuł, że to było konieczne. Może on też tego potrzebował? Nie tyle wytłumaczyć się przed Fergusem, co przed samym sobą. - Myślę, że cieszyliby się bardziej, gdybyś mnie teraz zamordował – zaśmiał się sztywno, nie do końca wiedząc, kim mieliby być ci mistyczni „oni”. Jego rodziną? Przyjaciółmi? Obcymi ludźmi? W każdym razie kimś, kogo opinia się dla niego liczyła. Ollivander sam nie wiedział, jak miałby się przed kimkolwiek tłumaczyć. Pewnie w ogóle by odpuścił, udając, że to nie ma żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, co mógłby mu powiedzieć Castiel. A tak bardzo się bał, że odejście stąd miało oznaczać koniec. Że jedyna szansa na to, by czuł się w pełni szczęśliwy, uciekała mu między palcami niczym woda, która była powodem tego wszystkiego. - Pytasz, czy w porządku, że stąd idziemy? – zastanawiał się na głos, odwzajemniając jego spojrzenie. – Czy w porządku w ogóle? Nic nie było w porządku, nie chciał wracać do miejsca, gdzie musiałby udawać, że do niczego nie doszło. Nie chciał pozwolić Castielowi odejść, bo to oznaczałoby walkę z ciągłym strachem, że to miało znaczenie wyłącznie dla Fergusa. A świadomość tego, że był dla kogoś jedynie odskocznią od codzienności zdawała się być najgorszym bólem. Przesunął rękę, splatając razem ich palce i ściskając dłoń Castiela w celu zapewnienia, że może jednak było w porządku. Dopóki siedzieli w tym razem. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 19.12.2022 Wraz ze zmęczeniem dopadała go senność. Zbyt długo siedzieli w tej łodzi, za długo pozwalali sobie na taką frywolność. Czas skończyć spotkanie, które tak czy siak zapadnie im w pamięć już na zawsze. Otrząśnięcie się sprawiało trudność ale nie było niemożliwe. O ile żaden z nich nie okazał dotychczas rozsądku tak należy nadgonić tę niedbałość i przypomnieć im, że nie mogą zostać w tej łódce na zawsze. Nabrał głęboko powietrza do płuc, wdychając kwietniowy zimny wiatr. Orzeźwiał się i uzmysławiał sobie jak długo leżał nieruchomo. Miał ochotę przeciągnąć się leniwie lecz wiedział, że zaraz po tym dostałby zawrotów głowy. Za długo zaniedbywali świat, ciesząc się tym, co działo się na dnie tej łodzi. - Między innymi za to, że musimy się stąd deportować w ciągu trzech minut.- odparł bardziej przytomnym głosem. Przeistaczał się już w Castiela "z lądu" co mogło być widoczne po skupieniu zauważalnym w zmarszczonych brwiach czy prostych plecach sugerujących, że gotów jest stawić czoła światu… oczywiście bez zdradzania dzisiejszej tajemnicy. - Nie, nikt by się z tego nie cieszył. - nie podłapał żartów, narzucając tym samym Fergusowi przypomnienie przywołania się do porządku. W oczach widać było już ostatecznie podjętą decyzję o zakończeniu spotkania. Trzymał się tego żelaznego postanowienia kurczowo, byleby nie dostrzec w spojrzeniu Fergusa pragnień i im nie ulegnąć. Byle nie zacząć tęsknić - dlatego muszą się rozstać, najlepiej jak najszybciej. Ta myśl sprawiła, że zrobiło mu się słabo, a serce ukuło boleśnie wewnątrz ciała. - Pytanie odnosi się do każdego aspektu. - opuścił wzrok na jego palce wsuwające się do jego dłoni. Patrzył jak na to z łatwością mu przyzwala, nie myśląc ani chwili by odmówić. Co to mogło znaczyć? Brak asertywności czy odpowiedź na ukryte pragnienia? Serce podeszło mu do gardła ale nie chciał dać po sobie tego poznać. Sięgnął po różdżkę Fergusa i włożył ją do jego wolnej dłoni. Lepiej aby jej tutaj nie zostawiali. Podniósł nań wzrok i uśmiechnął się kącikiem ust a kilka sekund później wciągnął ich silnie w zimny proces teleportacji. Trzask rozniósł się echem kiedy porzucili łódkę na środku wód a błyskawicznie przenieśli się na ląd. Ba, udało mu się nakierować ich za doki znajdujące się najbliżej jego domu. Wylądowali na jeszcze zimniejszym chodniku gdzie twardy ląd, szarość i ciemność przypomniało kim są. Nie czuł wyraźnie objawów deportacji ale za to czuł temperaturę ciała swojego towarzysza. Ciągnęło bliżej, znowu. Uch. Nieświadomie ścisnął mocniej jego rękę. - Wejdziemy tylnym wejściem. Dam ci jakieś ubrania, coś zjemy i skorzystasz z sieci Fiuu. - przedstawił mu plan i znów popatrzył na wciąż złączone palce. Pogłaskał jego dłoń kciukiem aż w końcu rozdzielił ich ręce. Ich całych. Zanim mieli zamarznąć to zabrał go do domu. Ciasne i nierozświetlone korytarze działały na ich korzyść. Zaprowadził ich tak, że nikogo nie spotkali - większość osób już spała. Przepuścił go w drzwiach do swojej części życia - do niewielkiej komnaty złączonej z osobną łazienką i biurem. Wszystko wydawało się ciasno ułożone ale odnajdywał się w tym jakiś porządek. Wyciągnął dla Fergusa komplet ubrań, w tym bardzo ciepły i ulubiony sweter, który to otrzymał rzecz jasna od troskliwej siostry. Zostawił Fergusa na dłuższą chwilę w jego oazie prywatności i wrócił po dwudziestu minutach z eliksirem pieprzowym, gorącą herbatą i górą zwykłych bułek, puszką kandyzowanych owoców i paczkę ciastek z Miodowego Królestwa. Bez hałasu był w stanie przynieść same gotowce. Nie nazwałby tego nawet jedzeniem bo brakowało tu solidnej dawki mięsa. Z braku laku musieli się tym zadowolić bo w innej sytuacji mogliby obudzić… choćby Cynthię. Obaj nie byli gotowi się z nią zobaczyć, zwłaszcza razem i o tej porze. Nalegał, aby Fergus usiadł, jadł, pił, rozgrzewał się i po prostu poddał się tej cholernie spóźnionej gościnności. Też mu przy tym towarzyszył, siedząc naprzeciw małego stolika i również zjadał bardzo lekką kolację. Z pewnością będzie musiał nadrobić ale to już nad ranem. Siedzieli blisko, stykali się kolanami i z perspektywy Castiela, nie było to przypadkiem a zabiegiem celowym. Nie mówił jednak za wiele, a raz na jakiś czas zerkał na Olivandera, jakby ze zdziwieniem, że to nie sen. Nie spieszył się, nie pospieszał go. Ot, co kilka dłuższych chwil upewniał się, że Fergus nie jest zjawą. Sam nie wiedział czego szukać na jego twarzy. Omijał starannie okolice jego ust i bezpośrednio długiego spoglądania w tęczówki. Dzięki temu udawało mu się zachować kontrolę nad swoimi chęciami sięgnięcia nad stołem do jego twarzy. Zaciskał mocniej palce na kubku i przesadnie ostrożnie sączył gorącą herbatę. Odtajali fizycznie ale co z psychiką? |