Secrets of London
[10 luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [10 luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria (/showthread.php?tid=680)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 28.12.2022

Nie miał okazji, czy raczej nie miał ochoty jej poznać? Okazja była, byłoby ich też więcej, gdyby nie to, że celowo zawalił to jedyne spotkanie sam na sam jakie mieli – bo gdyby nie jego zachowanie w stosunku do Victorii, to ta nie kręciłaby tym swoim zgrabnym noskiem i czas by znalazła. Tak jak znalazła go dzisiaj… chociaż teoretycznie nadal była w pracy. Ta akcja była ważna – zbyt ważna. Jeśli przyniesie jakieś sukcesy, to będą do przodu z rozwiązaniem tej paskudnej sprawy. Prawdą jednak było, że w jej domu to Isabelle rządziła tak naprawdę, a Alexander miał na wiele rzeczy wylane mówiąc brzydko – interesował go głównie święty spokój, możliwość warzenia swoich eliksirów i oddanie pracy. Swojej żonie oddał wolną rękę, ona się z tego cieszyła i on, więc to działało. A Victoria? Nie była taka władcza jak jej matka, pomimo tego, że to ona głównie ją wychowywała. Lubiła mieć rację i była uparta, ale nie miała problemu z tym, by oddać komuś pole, jeśli coś było dla drugiej osoby ważne – a na pewno ważniejsze niż dla niej. Wiedziała, jakiej osoby było jej potrzeba, ale co z tego? Jej rodzice, matka, nie brali tego pod uwagę; wybór jej przyszłego męża był miarą interesów. Ba, Sauriel i jej poprzedni narzeczony byli od siebie tak bardzo różni jak tylko się da.
- Kot – powtórzyła za nim. - Dlaczego tak? – kociaku… hah, tak to można było mówić do kobiety. Ale Victoria już miała na to swój pomysł i sądziła, że nie będzie kręcił na to nosem. - Zawsze chciałam mieć kota. Niestety moja matka nie wysłuchała tej prośby i do Hogwartu kupili mi sowę – przyznała mu się po chwili. To była taka głupota, ale jak wspomniał o kocie to od razu jej się skojarzyło. To nie tak, że Tori nie lubiła swojej sowy – skąd, bardzo ją lubiła! I była przy tym niesamowicie przydatna. Po prostu… lubiła mruczki. Tak po prostu. Nawet jej patronus przybierał taką formę – nic zresztą dziwnego. - Jestem. Zawsze byłam. Lubię wiedzieć rzeczy. I zwłaszcza lubię wiedzieć z kim mam do czynienia. Ty tak nie masz? – byłaby wręcz zaskoczona, że nie interesował go świat wokół niego. Albo na przykład to, z kim miałby spędzić swoje życie. Niby będą mieli mnóstwo czasu po ślubie by się poznawać, ale Lestrange chciała to wiedzieć wcześniej, tak po prostu.
- O rodzinę się dba, a nie zamyka w więzieniu – może to dla niego nie było oczywiste, może miał ją za taką służbistkę, która tylko czeka na większe potknięcie, żeby go wsadzić do kicia. Ale nie. Victoria nie planowała go kryć, ale też nie zamierzała na niego donosić. Ot… co w pracy to w pracy. A co w domu to w domu. Uważała, że byłaby nieobiektywna i że to nie ona powinna szukać śladów czarnej magii we własnym domu. Tak czy siak – jej wydawało się oczywiste, że rodzina to nie jest instytucja, na której można się wyżywać, albo zbijać swoją karierę. Byli domem, do którego się wraca. Oparciem, którego czasem było trzeba – nawet jeśli relacje w nim nie należały do najcieplejszych. - Nie chcę. Głośno myślałam.
Zamówiła dla nich alkohol, a Sauriel dotknął jej ramienia, by zwrócić jej uwagę – i zwróciła. Odwróciła głowę w stronę, którą wskazał, więc ruszyła – i tym razem za nim, a nie przed nim. Rookwood torował drogę, a ona spokojnie mogła iść za nim i tylko trochę ciekawsko się rozglądać po przybytku. Miała obojętny wyraz twarzy teraz, kiedy zgodnie z tym, co ustaili, wyprała swój umysł z emocji, kryjąc swoje myśli przed tymi, którzy mogliby chcieć ją rozczytać – a spodziewała się, że w takim miejscu znajdzie się jakiś legilimenta. W końcu to, co nielegalne, bardzo przyciągało niektórych osobników. Kiwnęła głową na przywitanie, kiedy Sauriel ją przedstawił – Merlinie, sto razy lepiej niż jakby miał powiedzieć, że jest jego narzeczoną. Zaraz by pytali kiedy ślub. Victoria przy okazji starała się nie skrzywić, ale oklumencja pomagała – bo ogólny brud i brzydota sprawiały, że nie była zadowolona z otoczenia. Ale musiała wytrzymać. Zdziwiłaby się na tę scenkę, była absurdalna, ale hej – ludzie z rynsztoka społecznego chyba po prostu się tak zachowywali. Więc obserwowała. Obserwowała i się uczyła.
I siadła na krześle, które podsunął jej Sauriel, ale już nie czekała aż ją przysunie jak należy. Zrobiła to sama. I była gotowa sama zrobić porządek na tym stole za pomocą magii, na szczęście barman się zjawił i to ogarnął. A przy okazji przyniósł im whiskey dla Sauriela i miód pitny dla niej. Była ciekawa co żona-nie-żona Avery’ego słyszała o Saurielu, ale nie zapytała. Jedynie uśmiechnęła się do nich krzywo, wcześniej przyglądając się każdemu z nich, łącznie z tym najmłodszym. Na koniec westchnęła i po prostu się napiła – dając im wolną rękę do interpretacji jej zachowania jak i mało zadowolonych min jej samej i Sauriela. Tylko czekała aż się odezwą do niej, żeby odpowiadać na ich głupie, jak sądziła, pytania.


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 28.12.2022

Przyłapany. Bo w końcu, jak to jego ojciec mówił, prawdziwy mężczyzna wie, kiedy sytuację stworzyć i kiedy ją wykorzystać. No dobra, nie dodawał raczej tego "prawdziwy mężczyzna", bo odnosiło się to też do kobiet. Raczej wspominał o "ludziach sukcesu", jeśli w ogóle dodatek w tym zdaniu się pojawiał. Tak czy siak okazja była, mieli jedno spotkanie, na którym naprawdę sporo się mogli o sobie dowiedzieć, ale zamiast tego popadł on w ruinę. Sam z siebie, no pewnie, że sam z siebie, bo przecież to nie tak, że to Sauriel go zrujnował! Zapytany jednak przyznałby się bez zawahania - i nie byłoby w tym przyznaniu się nawet krztyny żalu za grzechy.
- Bo czarne koty przynoszą tylko nieszczęście. Zwiastują pecha. - Na początku były żarty. Że kot. Bo wylegiwał się i prężył na słońcu jak one, bo potrafił wykładać się koło kominka, żeby się sfilcować i ogrzać, bo głaskany mruczał z zadowolenia. Bo chodził swoimi ścieżkami. Bo lubił obserwować. Żarty zanikały w miarę tego, jak kocie pazury stawały się ostrzejsze i przestawał już dawać się głaskać, zaczynał syczeć na tych, którzy za bardzo się zbliżyli. W pewnym momencie zespolenie czerni z kotem brzmiało tak często i intensywnie wokół niego, że sam w to uwierzył. Dzisiaj dojrzał do tego wszystkiego na tyle, żeby rozumieć, że pech to coś, na co nie mamy wpływu. Przeznaczenia nie dało się oszukać. Jednak na większość swoich akcji masz wpływ i to ty decydujesz, czy będziesz uszczęśliwiał ludzi czy ich smucić. Kiedy to zrozumiał było już za późno, żeby zrobić tak wiele kroków wstecz, zwłaszcza, gdy nie było woli, by je robić. - To już jednego masz. - Słychać było w tym lekką kpinę, ale była to też kolejna rzecz, która go rozbawiła. Że w ogóle o tym wspomniała, że jej rodzice zadecydowali za nią, co będzie dla niej lepsze i czego bardziej potrzebuje w Hogwarcie i teraz zrobili dokładnie to samo.
- Hmm... - Czy on tak nie miał... nie był pewien. Kiedyś jak najbardziej. Był bardzo ciekaw świata, lubił poznawać ludzi z ich historiami. Dzisiaj wolał nie wiedzieć. Nie interesować się. Czasem wpadał z powrotem na ten tor i tak - coś przykuwało jego uwagę, interesowało. Zauważył jednak, że im bardziej poznajesz człowieka tym bardziej jesteś za niego odpowiedzialny. Oswajasz się z nimi. - Chyba nie. - Nie mógł powiedzieć nie, nie mógł powiedzieć "tak". Kiedy jednak zastanawiał się nad tym zagadnieniem to bardziej skłaniało się ono w kierunku "nie" niż "też tak mam". Kiedy pomyślał o swoich wszystkich spotkaniach z ludźmi i przygodach, na jakie napotykał czy z jakimi miał do czynienia.
Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć na to, co wyrwało się z jej ust. Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale jego wzrok zaraz z powrotem skupił się na drodze. I jak miał być wobec niej uprzejmy? Problem leżał w tym, że rozmowy z nią były zaskakująco gładkie. Problem leżał w tym, że nie chciał, żeby były gładkie. Nie chciał się z nią dogadywać i nie chciał, żeby była osobą, która dba o rodzinę. Wszystko, co robiła i mówiła było wyraźnie zapisanym na białej kartce poznajmy się. Nic ci nie zrobię, więc poznajmy się. Zacisnął na moment mocniej szczękę i na drobną chwilę zacisnął pięści.
Rozmowa w barze potoczyła się już gładkim torem. Jak się zaraz okazało - Sauriel nie znał tej kobiety i tego dzieciaka, który się tu pojawił, ale nic straconego. Zaraz zostali sobie przedstawieni. I tak jak Tori podejrzewała, głupie pytania i głupie teksty się zaczęły. Włącznie z wulgarnością, ale kiedy pojawił się chamski i świński komentarz od strony dopiero co poznanej blondynki to Avery, jak go przedstawił Sauriel, zaraz mówił, że przy jego stole takich tekstów do kobiet nie będzie. Nawet jeśli to od kobiety do kobiety. Kiedy barman jednym ruchem wprawił ścierę w samoczynny ruch, a ta zaczęła polerować ich stolik i przyniósł już raz zamówienie, to szklanice się potem tylko uzupełniały. Przybywało gości, pojedynczy wychodzili, a większa ilość przychodziła. Przy tym piciu, między słowami (Sauriel pił naprawdę niewiele, za to toast wznosił za toastem, udając, że pije razem z nimi i w równym tempie) pojawiło się temat klucz - zabójstwa. "Bo słyszał, że coś się działo". Niepewność co do Tori przeminęła sama z siebie i była traktowana, jakby była tu od zawsze przy tym stoliku. Gadanina się zaczęła. Że chory pojeb, że co to za rytuały to przechodzi ich pojęcie, że biedak, którego aurorzy szukają siedzi i się kisi, żyć nie może, a według niego to nie on. Ludzie zaczęli się tu wymieniać, przedstawiano ich innym, im też przedstawiano kolejnych. Bar zaczął być płynny. Mówili różne rzeczy. Jeden z nich krzywił się paskudnie i mówił, że sam jak znajdzie tego pojeba to mu urżnie łeb. Inny, że przecież jak to się zaczęło to on [ten podejrzany przez aurorów] właśnie przemycał smocze jajo przez granicę, bo potrzebował do jakichś eliksirów, bo popyt na takie a śmakie trucizny. Jeszcze inny dopowiedział, że tu nie ma reguły - przecież ostatnia z ofiar czasami zajmowała się bajerami w stylu voo-doo, sam go prowadzał na spotkania i organizował mu stuff. Skoro nie ma reguły, a jedyną regułą jest pozbycie się szlam, to wyjątkowo trzyma kciuki, żeby aurorom się udało. Bez problemu dowiedzieli się, że aktualnie poszukiwany jest bezpieczny w schronieniu, że nie wychodzi stamtąd, raz w tygodniu noszą mu zakupy. A poza tym ma tam towarzystwo, bo teraz kitra nosa też taki, a taki... Określenie "bez problemu" jest wielce powiedziane. Bo wymagało to prężenia się, alkoholu i wielu godzin gadek szmatek. Gdzieś po drodze pijane towarzystwo wymyśliło sobie grę rzucania nożami do celu, a że padło, że celem miał być młodzik sprowadzony przez Averyego to... cóż. Oczywiście chodziło o to, żeby go NIE trafić. Na szczęście dla dzieciaka - nie ucierpiał. Avery zatrzymywał nóż różdżką, który miałby go trafić. Ile towarzystwo miało ubawu to ich. Gdzieś w międzyczasie doszło do burdy, bo nie zabrakło natręta chamskiego, który się przystawiał do Victorii i nie rozumiał słowa "nie". Oberwał w mordę, skończył na podłodze i jak Sauriel go dosiadł w amoku, to potem dwóch chłopa go odciągało, bo jeszcze chwila i z twarzy chamidła zrobiłby się dżem. Ludzie mijali leżącego i chyba tylko z ostatek łaski nie chodzi po nim jak po dywanie.
Kiedy wyszli z baru Sauriel sam czuł whiskey w swoim oddechu i nieprzyjemny ucisk w głowie.


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 29.12.2022

- Bzdura. To tylko mugole mogliby wierzyć w takie wyssane z palca przesądy – każdy szanujący się czarodziej wiedział doskonale, że nieodzownym atrybutem prawdziwej czarownicy jest kot, i najlepiej czarny. One wcale nie przynosiły pecha. A już na pewno nie na terenach Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkali. Nie, tu nawet mugole nie byli tak głupi, żeby w to wierzyć i doskonale wiedzieli, że czarny kot zwiastował szczęście. Gdziekolwiek Sauriel się tego naczytał – to wszystko pomieszał. Albo ktoś mu to wmówił, cholera wie. Victoria nie zamierzała w to wnikać, za to mogłaby mu zrobić na ten temat mini wykład, gdyby tylko pociągnął temat. Ale znając Sauriela – ten wolałby się zamykać w sobie, niezadowolony, że powiedział na swój temat za dużo, z czego można byłoby coś wyciągnąć. - Hmm. Lepszy taki, niż żaden – odpowiedziała mu już w tym samym tonie, co on jej: z lekką kpiną, czy sarkazmem. Każdy ma takiego kota, na jakiego najwyraźniej zasłużył. DLatego Victoria, zamiast puchatego mruczka, dostała w prezencie od rodziców narzeczonego, który nazywał siebie kotem.

Victoria starła się byc spokojna i oklumencja wielce to ułatwiała. Wydawała się być zblazowana, który to efekt zdawał jej się, że pasował do takiego miejsca i do takich ludzi. Przy ich stoliku zrobiło się małe zamieszania – gadka-szmatka, od słowa do słowa się zapoznali, a potem ta świnia powiedziała do niej coś paskudnego. Jej nie-mąż się wkurzył, a Victoria skwitowała to morderczym spojrzeniem na blondynkę, uśmiechem i odpowiedziała jej w znanym jej języku, czy jej czegoś zazdrości i żeby pilnowała swojego świńskiego nochala. Później już poszło gładko. Tori sama starała się pić powoli, by alkohol nie uderzył jej do głowy – bo później kontrola oklumencji i w ogóle jakichkolwiek innych czarów byłaby problemem. Ale piła, żeby nie być podejrzana. Zresztą… samonapełniające się kieliszki tutaj pomagały trochę zatuszować sprawę. Sama wtrącała się niewiele, pozwalając Saurielowi błyszczeć w glorii i chwale przy stoliku i kontaktach towarzyskich, ale słuchała. Zwłaszcza nadstawiła uszu jak zaczął się temat o zabójstwach. Sama wtrąciła może ze dwie kwestie, kilka nic nieznaczących przypuszczeń, żeby jednak nadal uczestniczyć w rozmowie. Poczuła zgrozę, kiedy wymyślono sobie zabawę w rzucaniu nożami, ale nie zainterweniowała, tylko patrzyła i miała wielką nadzieję, że młodemu nic się nie stanie. Nie stało. Avery bardzo sprytnie blokował noże. No i nie obyło się bez tego, o czym ostrzegał ją Sauriel. Jedno dotknięcie jej ramienia i zbyt mocne nachylanie się, by zajrzeć za jej dekolt i “przypadkowe” klepnięcie ją w tyłek później i Sauriel wstał. Szurnął krzesłem… a potem szurnął kolesiowi. Vicky nie zdążyła nawet wyciągnąć różdżki, żeby samej załatwić sprawę. Tak jak mu powiedziała – wiedziała, że przy takich sprawach trzeba sobie czasami pobrudzić ręce, więc nic nie powiedziała, kiedy już Sauriel ciężko siadł na krzesło po tym, jak go odciągnęli od nieprzytomnego już mężczyzny. Nie patrzyła na leżącego, tylko na “swojego chłopa”, odwracając to, jak ją przedstawił towarzystwu. I nawet podziękowała mu cicho.
Posiedzieli jeszcze chwilę, kilka razy zerknęła w miejsce, gdzie omijali tamtego pobitego oblecha, a w końcu rzuciła krótkie:
- Kocie, może już pójdziemy? – nie “kociaku”, nie “kotku” jak nie chciał, ale wymyśliła swoją wersję, która, jak miała nadzieję, będzie mu pasować. Tak czy siak się zebrali. Ona też czuła alkohol w swoim organizmie. - Przejdziemy się? – chciała jeszcze obejść kawałek okolicy, co z tego, że po ciemku. Wymówką było to, że musieli trochę wytrzeźwieć, a potem mogą iść do domu. Rozejść się, albo pójść razem, cholera wie. Paradoksalne w tym wszystkim było to, że gdyby nie to, że była to praca i część przykrywki, to był to całkiem przyjemny wieczór. I noc – bo już mocno zahaczyli o noc.


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 29.12.2022


Para unosiła się z płuc i mknęła ku zimnej nocy.
Para, która wydobywała się tylko z jednej pary płuc.
Reagował na tego kota tak samo sprawnie (a może i sprawniej) niż na swoje własne imię. Słysząc to raz dwa się wymsknęli, wymigali i byli wolni. W głowie Sauriela przynajmniej to tak wyglądało. Końcówka już tego spotkania była ciężka. Jasne, może i nie pił jak potrafił, może i miał do tego głowę, ale siedzieli tam dobrych kilka godzin. To brylując w tym jakże FASCYNUJĄCYM towarzystwie, to próbując wyciągnąć cokolwiek z informacji. Sauriel miał bardzo szczerą nadzieję, że Victoria była w lepszym stanie, niż on. Nie to, że nie dało się tu odmówić drinczka czy dwóch, ale posiadanie znajomego w takim miejscu i trafienie na niego miało swoje plusy i minusy. Z plusów liczyło się to, że łatwiej było wejść w to towarzystwo. Minusów - trzeba było się zachowywać tak jak zwykle. Czyli pić - w przypadku Sauriela. Chyba że mówił głośno i wyraźnie, że on tylko w interesach. A ta wizyta była w interesach… ale całkowicie nieformalnych.
- Przejdzieemy… - Potwierdził mrukliwie i trochę tak, jakby nie był do końca zdolny do tego “przechadzania się”, ale kiedy wyszli to wcale nie było tak źle. Może trochę nierówno najpierw zrobił kilka kroków, ale poklepał się po policzku i wrócił do swojej normy. Tylko jeszcze bardziej styranej i zmęczonej normy. Nawet nie pytał, gdzie idą i nie pytał, po co idą. Po prostu szedł. Skupiając się na samym początku na zapaleniu papierosa, co wcale nie poszło tak gładko, a dopiero potem na tym, że w ogóle się przemieszczają. Nocą wszystko wyglądało inaczej. Całe miasto się zmieniało. Było bardziej obce. Groźne - bo normalny człowiek przecież tak niewiele widział w tym mroku. Niebezpieczne, bo puste. Nie było chętnych do wałęsania się tak późną porą po ulicach i uliczkach.
- And anytime you feel the pain, hey Jude, refrain,
Don't carry the world upon your shoulders.
For well you know that it's a fool who plays it cool
By making his world a little colder.

Zaczął w pewnym momencie śpiewać pod nosem, zupełnie nie przejmując się obecnością Victorii. Ktoś by powiedział, że w szokująco dobrym nastroju jak na to, co przez te ostatnie spotkania prezentował przed Victorią. I tak w sumie było. Alkohol go odcinał, miał cięższy krok, ale lżejszy jednocześnie, nic nie martwiło, nic nie gnoiło. Tylko wspaniała, cicha noc i równie ciche towarzystwo.
- Ej. Gdzie my idziemy. - Zreflektował się w końcu z tym pytaniem, rozglądając się wokól. - Tak po ciemności? Ty się diabła nie boisz, co? Czy ty się w ogóle czegoś boisz?


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 29.12.2022

Była póki co zbyt zaaferowana, by jakoś zareagować na to, że tylko przy jej oddechu tworzy się ta śmieszna para. Po tym, jak udało im się wymknąć z knajpy, dobrze było odetchnąć czymś innym, niż tamto zatęchłe powietrze. Kobieta szybko wyciągnęła z kieszeni różdżkę i rzuciła na siebie zaklęcie, by nie było jej zimno bez płaszcza. Dopiero wtedy spojrzała na Sauriela, który ledwo szedł – bo skupiał się na tym, żeby zapalić fajkę, a chyba był na tyle wstawiony, że ciężko mu było zrobić odpowiedni wdech we właściwym momencie. Aż się zatrzymała, żeby biedak mógł sobie poradzić. Nie lubiła papierosów i ich dymu, ale w tym momencie, podpita i po kilku godzinach w zadymionym pomieszczeniu było jej już wszystko jedno prawdę powiedziawszy. I tak była już przesiąknięta tym smrodem, zwłaszcza jej włosy.
- Ładnie śpiewasz – normalnie by mu tego nie powiedziała, ale po wypitym alkoholu i jej zmęczeniu w połączeniu z ostatnimi nocami z problemami sennymi, dawało to taki efekt, że mniej myślała o tym co robiła. Znacznie mniej. I nie bawiła się już w oklumencję.
- Muszę wytrzeźwieć – odpowiedziała mu równie mrukliwie, co on jej. Z natury miała niższy głos, a teraz, w połączeniu z tymi mruknięciami, wydawało się, że przyjęła inną barwę. Oprócz tego, że musiała wytrzeźwieć, to chciała się też przyjrzeć tej okolicy – co z tego, że po ciemku, to w niczym nie przeszkadzało. Nie poruszali się w całkowitej ciemności. - No? Nie boję – czemu miała się bać diabła? Przede wszystkim – nie wierzyła w niego. - Hmm… Nie, nie bardzo. A co? Ty się boisz?


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 29.12.2022

Zatrzymanie się pomogło. Znacząco. Kiedy nie skupiasz się na tym, żeby iść prosto i nie musisz uważać na drogę, tylko stoisz, wtedy nagle koordynacja rąk nie była taka skomplikowana. Nie był napruty, a zimne powietrze pomagało też złapać ten “drugi oddech”. Utopiony w nikotynie, bo tak było łatwiej. Przyjemniej. Jego nałóg czuł się zaspokojony i przynajmniej na kilka godzin miał święty spokój. Plus był też taki, że nie będzie miał kaca - co najwyżej tego moralnego, ten zaś… niekoniecznie mu groził, umówmy się.
- Taaak? - Zainteresował się. - Poczekaj, aż zagram. - Ułożył dłonie tak, jakby trzymał gitarę. Albo w ogóle jakby był na scenie i właśnie miał przejść do solówki. Czuł się w tym dobry. W śpiewaniu. W graniu. Kochał to. Była to pasja tak głęboka, że chciał o nią walczyć i kontynuować bez względu na wszystko. Kiedyś nawet chciał tym żyć. Z tego żyć. Nie zawsze ma się to, czego się chce. Na razie musiało wystarczyć, że wojnę o tę pasję ze swoim ojcem wygrał.
- Musisz, nawet brzmisz na pijaną. - Potwierdził ten jakże trzeźwy. Sauriel nie lubił owijania w bawełnę, kiedy ktoś pytał, kiedy zagajał, kiedy niektóre tematy były wykładane to wolał odpowiedzi wprost. Może i zapieką, może zabolą, ale przynajmniej zabolą raz. Fałszywe uśmiechy i fałszywe twarze sprawiały, że ten świat był gorszym miejscem. Mniej przyjaznym komukolwiek. Sauriel rozłożył ramiona na boki. - Jestem Panem Nocy i choćbym kroczył Ciemną Doliną, Zła się nie ulęknę. - Bla, bla, bla… cokolwiek tam było dalej. Z tym, że on nie miał się czego bać. Najgorsze, co go mogło spotkać, to przecież dzień. Ewentualnie - własny dom. Ulice nie wydawały się takie przerażające, kiedy miałeś świadomość, że niewiele jest cię w stanie zabić. Sprawić ból - tak. Zabić? Niee. Opuścił ramiona.


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 29.12.2022

- Mhmmm – mruknęła inteligentnie. Można było odnieść wrażenie, że po kilku godzinach spędzonych tam, cofnęła się w rozwoju. Dla niektórych w takiej formie mogła być nawet bardziej zjadliwa. - Nic nie słyszę – stwierdziła jeszcze bardziej inteligentnie, kiedy Sauriel zaczął imitować granie na gitarze. Ale zaraz się zaśmiała, dając znać, że to był żart w jej wykonaniu. Może mało zabawny i nieudolny, ale nie należało oczekiwać od podpitego człowieka niczego lotnego, nie? - Umiesz grać? W sumie… Jak tak na ciebie patrzę, to pasowałbyś do The Hobogoblins – stwierdziła po chwili przyglądania się mężczyźnie i wykonując niezbędnej oceny. Skóra, czerń, mrok, złość, agresja – pasowałby do ich i z wyglądu i z aury, jaką wokół siebie roztaczał. To był swojego rodzaju komplement – równie kiepski jak będzie się czuła za kilka godzin. Victoria nie była wytrawnym kompanem do kieliszka, potrzebowała więc znacznie mniej alkoholu niż Rookwood, żeby wesoło jej grało w głowie. I żeby było jej cieplej niż powinno.
- Booo jestem. Nie pijam za często – przyznała się bez bicia i bez tego owijania w bawełnę własnie dlatego, że alkohol wesoło jej szumiał. - Ani za dużo – a tutaj było po prostu za długo. Długo razy małe ilości nadal wychodziło dużo, więc efekt był jaki był, a też nie piła delikatnego piwa kremowego. - Oooch, pan ciemności. Nawet byś pasował. Ale nazywanie cię kotem jest milsze – oto była smutna prawda: podpita, Victoria nagle zaczynała dużo gadać. I to dużo nieprzefiltrowanej treści, która po prostu przychodziła jej do głowy; krótko mówiąc rozwiązywał jej się język. - Ale to rozumiem, że się nie boisz. To dobrze. Nie ma czego. Chciałam… zobaczyć co się dzieje w okolicy. I wytrzeźwieć. Zanim zrobię coś głupiego.


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 29.12.2022

Na całe szczęście aktualnie nie były potrzebne INTELIGENTNE odruchy czy inteligentne słowa. Nie były oczekiwane, a na pewno nie były niezbędne do kontaktu z Saurielem, który miał niezły humor i alkohol we krwi zrównujący go poziomem z Victorią. Takim sposobem mogli się dogadać. Sauriel zapomniał o tym, że Victoria go denerwowała, że miał jej za złe fakt istnienia, że tak jak chciał mieć kogoś, z kim normalnie można porozmawiać, tak samo nie chciał. Wiele elementów składających się na negatywne słowa, emocje i gesty teraz zniknęły. Był szum krwi w żyłach (jej szum krwi), mroźna noc i Londyn, który czekał na odkrycie. I teraz nawet Victoria była elementem, który odkrywać chciał. Poznanie jej stało się realne. Ciekawość zaś nie była niczym ograniczana.
- Użyj mocy wyobraźni, jesteś przecież czarownicą. - Jedno z drugim niekoniecznie miało coś wspólnego, a czasem wręcz się wykluczało. Znał ludzi, którzy mieli problem z pojęciem podstaw magii dlatego, że wyobraźnia niosła ich do przodu i byli już gdzieś w połowie, tworząc rzeczy niestworzone, podczas gdy powinni byli nauczyć się tego, co wymagało wręcz matematycznego wkuwania. Z tym, że niczemu winna tu wyobraźnia nie była, to była kwestia ludzi, ich złożoności. Wszystkich cech, które składały się na ułomność zdolności poznawczych, tudzież nauki. Ale żart podłapał, dlatego go kontynuował. Albo raczej - nie potraktował tego na serio i było na tyle zabawne, żeby odpowiedzieć równie bzdurnie. To było słychać po jego głosie, który nie był teraz pełen sarkazmu, cynizmu czy ironii. - Co nie? Byłbym najlepszy. - Całkowita odmiana od tego, gdy przedstawiałeś tylko najgorsze cechy i to, czego umiesz, a czego nie umiesz. - Wymiatają na koncertach. Ale mugole też dają niezłe show. - Nie dało się powiedzieć, że lepsze, nie dało się powiedziec, że tak samo dobre. No nie dało. Natomiast muzykę mieli nawet lepszą. Świat mugoli zrodził prawdziwych geniuszy, w których Sauriel był zapatrzony.
- Po takiej ilości komplementów cały następny dzień będę leżał bebzolem do góry i klepał się po nim z zadowolenia. - Na potwierdzenie tego poklepał się po brzuszku już teraz. Najedzony komplementami, o tak. Nawet zamruczał, taki ukontentowany. Jak kot. - Wytrzeźwieć. Zanim zrobisz… a co chciałabyś robić głupiego? Zrób to. No zrób. - Pochylił się w jej kierunku jak diabeł, zamieniając swój głos w szept, kuszący szept, głęboki, mruczący, namawiający do złego. W końcu - Victoria diabła się nie bała. Nie musiała się też bać jednego z jego pomiotów.


RE: [luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 29.12.2022

W tym wszystkim największą ironią było to, że ostatnio, choć alkohol był grany, nic z tego nie wyszło. Brakowało chęci, brakowało jakiegoś wspólnego celu i okoliczności też były jakieś takie… Nie takie. Oboje wtedy przyszli na to spotkanie z myślą, że wcale nie chcą na nim być. Dzisiaj było jednak zupełnie inaczej. Dzisiaj spędzili razem naprawdę kilka długich godzin, czasami musieli nawiązać kontakt fizyczny, rozmawiali ze sobą – o tyle o ile, ale jednak… a teraz spacerowali sobie niby bez większego celu, rozmawiając ze sobą jak gdyby nigdy nic. To była… zdaje się, że ich zupełnie pierwsza rozmowa bez warknięć, sarkazmu i złożeczenia na siebie wzajemnie pod nosem.
- Gdybym mniej wypiłaaa – kobieta zrobiła jeden dłuższy krok i odwróciła się ładko na palcach do Sauriela; popłynęła niemal jak w tańcu, ale tak szybko jak się to zaczęło, tak szybko się skończyło. - To bym sobie wyobraziła – dokończyła i uśmiechnęła się do niego. Gdyby teraz oglądał ich ktoś z boku, to raczej nie pomyślałby, że ich pobyt w pubie był farsą – że nie są razem ze sobą w takim rozumieniu, w jakim można to sobie było wyobrazić po tym, kiedy Sauriel przedstawił ją swojemu znajomemu i jego towarzystwu. - Zagraj dla mnie – nie że teraz, przecież wiedziała, że nie miał ze sobą gitary. Raczej chodziło jej, żeby tak w ogóle. - Nie wiem za wiele o mugolach. Niezbyt mnie interesowali – to chyba nie powinno być zaskoczenie. No i jej rodzina wbiła jej do głowy dość jasny obraz mugoli – więc i Victoria nie czuła potrzeby, by spędzać z nimi czas. Sądziła ich za kogoś kompletnie nieinteresującego. - Hahahhahahha, rzeczywiście jak kot! Pasuje – jak taki zadowolony z życia tłuścioch, który został pogłaskany i teraz może spokojnie iść spać. Co prawda nie bardzo zrozumiała co to za bebzol, ale kiedy tak się poklepał po brzuszku to uznała, że… to nic przesadnie ważnego.
Zachłysnęła się powietrzem, kiedy Sauriel tak nagle się pochylił. Jego szept był całkiem przyjemny, teraz, kiedy nie irytował jej tak bardzo jego ton – bo to chodziło o ton, teraz to zrozumiała. Że nie znosiła jego sarkastycznego tonu, który sam w sobie przekazywał wiadomość, że chciałby cię obrazić.
- Coo? – na moment straciła wątek, zamrugała kilka razy oczyma. Bardzo chciała się cofnąć, ale jednocześnie uparcie stała w miejscu, za to niekontrolowanie skuliła się w sobie. - Aaaa… Powiedziałabym matce, żeby… haha, poszła do diabła. ALe to pewnie i tak nic by nie dało. Podobno gdzie diabeł pójść nie może, tam babę pośle – zresztą… powiedzenie matce, żeby poszła do diabła, nie skończyłoby się dobrze, to na pewno. Wiedziała to nawet nietrzeźwa. Było jeszcze kilka rzeczy, ale to była pierwsza, jaka przyszła jej na myśl. - Do czego ty mnie namawiasz, ej! Jeszcze… Jeszcze myślę – i to było słowo klucz i sedno: jeszcze.


RE: [10 luty 1972] Kiedy mówisz p... | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 29.12.2022

- Co? Że niby bez alkoholu łatwiej? - Tańczenie na tych niekrótkich nogach szło jej naprawdę nieźle. To tańczenie, które uprawiała teraz. Zgrabne przejście do przodu, obrót, wędrowanie tyłem przed nim. - Dziwaczka.
Cele łączyły ludzi. Wspólny cel potrafił połączyć nawet zacietrzewionych wrogów, skupiając ich na czymś innym niż na tym, że siebie nie lubią. Tutaj zaś nawet nie mogli mówić o “nielubieniu”, kiedy siebie nie znali. O złych pierwszych wrażeniach - no tak. Victoria mogła stwierdzić, że go nie lubi, po jego wspaniałych gadkach. Ale tak się nie stało. Wystarczyło zrobić coś, co spowoduje ściągnięcie granic - głównie Saurielowi. Bo to on to wszystko stopował, a zamiast chcieć pchać do przodu to jeszcze uparcie cofał. - [Dobra, tylko wyciągnę gitarę z kieszeni… - Pomacał się po kieszeniach, dla hecy, rzecz jasna, bo do kieszeni jej nie upchał. W przypadku czarodziei to wcale nie było niemożliwe, żeby akurat jej przy sobie nie miał, ale nie. Nie zabierał jej wszędzie, gdzie popadnie, a już na pewno nie zabierał jej tam, gdzie spodziewał się jakichś burd. Nie zamierzał ryzykować, że coś się jej stanie. Sauriel był o tyle za mało pijany, żeby za to wkręcić się tutaj, jak to mugole to ludzie jak każdy inni człowiek, tylko nie machają magicznymi patykami i że w ogóle co to za głupota rozróżnień. Nie, na to był jednak za mało wcięty. Za mało na to znał osobę, z którą rozmawiał. Dlatego nie odpowiedział na to zagadnienie, tyle tylko, że się zorientował, że znowu do mugoli nawiązał. Pewne rzeczy robiły się oczywiste, ale to nadal co innego niż wygłaszać teorie o równości krwi. - Miaał~. - Zrobił rasowego smirka.
- Uuu, grzeczna dziewczynka-kujonka buntująca się przeciwko mamusi, mamy to! - Uniósł ręce z zaciśniętymi pięściami na znak triumfu, jak kibice, którzy właśnie się ekscytowali, że ich strona strzeliła gola. Klasnął rękoma. - Jeszcze myślisz? O kurwa… no dobra, dobra. Myśl sobie. A ja ten… popalę fajeczkę. - O której w sumie trochę zapominał i niewiele z niej zostało - sama się dopalała z wolna. Przynajmniej oddał jej tą bezcenną przestrzeń osobistą.
- So let it out and let it in, hey Jude, begin,
You're waiting for someone to perform with.~
And don't you know that it's just you, hey Jude, you'll do,
The movement you need is on your shoulder.

Kontynuował fragment piosenki, która w zasadzie całkiem śmiesznie mu się teraz do Victorii dopasowała. Do jej słów.