Secrets of London
1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31)
+---- Wątek: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec (/showthread.php?tid=1184)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Chester Rookwood - 10.06.2023

Kątem oka dostrzegał co wichura robi z otoczeniem wokół nich, jednak skupiał całą swoją uwagę na pochwyceniu swojej różdżki przy jednoczesnym zachowaniu równowagi. Wszystkie jego dążenia ostatecznie przekreśliła nawałnica, porywając jego różdżkę. Tym samym ona nie dostała się w ręce Moody, ale też nie wróciła do niego. Nie mógł dopełnić ostatecznego elementu planu. Znacznie poważniejsze było poczucie bezbronności, którego bardzo nie lubił. A w obliczu ministerialnego wsparcia, które nadciągnęło, to było szczególnie nieprzyjemne uczucie.

Piekący coraz bardziej mroczny znak dawał mu do zrozumienia, że Czarny Pan nie mógł już dłużej czekać. Pomimo takiego obrotu sprawy... zaplanowany przez niego atak się udał. Na rozkaz Czarnego Pana jako Śmierciożercy urządzili tutaj prawdziwą rzeź na niewinnych uczestnikach sabatu i ich obrońcach. Na bilans ofiar po ich stronie przyjdzie jeszcze czas. Zakładał pewne straty w ich szeregach, które będzie trzeba uzupełnić.

Od sięgnięcia po ukryty w jego kieszeni świstoklik powstrzymało go rzucone przez Wood zaklęcie, które skumulowało się na noszonej przez niego masce. Pęknięcie jej to kwestia czasu. Priorytetem teraz stała się ochrona swojej tożsamości przed wszystkimi wrogami i zarazem przed współpracownikami. Szybko uniósł lewą rękę celem zasłonięcia twarzy obszernym rękawem czarnej szaty, aby ich przeciwnicy nie poznali jego tożsamości w tym momencie. Nadal mogą chcieć go ująć. Gdyby poznali jego tożsamość to zapewne zapukaliby do drzwi jego posiadłości i niepokoiliby jego rodzinę. Nie wspominając o tym, że ta posiadłość stanowi bezpieczne schronienie Czarnego Pana.

Nie odsłaniając twarzy, teraz sięgnął prawą dłonią do kieszeni po to aby zacisnąć palce na spoczywającym tam świstokliku. Wyciągać go nie musiał ani nawet nie zamierzał po to aby nie kusić losu i go nie stracić w wyniku splotu następnych niesprzyjających okoliczności. Pora stanąć przed Czarnym Panem. Chciałby mieć możliwość osłonięcia twarzy zanim to uczyni. Lord Voldemort znał jego tożsamość, ale z oczywistych względów nie ufał pozostałym jego poplecznikom by ją ujawnić.

Vulturis powinien pójść w jego ślady.


Zasłaniam twarz i używam świstoklika


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Stanley Andrew Borgin - 11.06.2023

Stanleyowi nie podobało się, że Harper nie wstaje ani nic nie robi - nie świadczyło to o niczym dobrym. W końcu była przebiegłą żmiją znaną ze swoich niecnych zagrań, a brak jakiegokolwiek ruchu od niej mógł wskazywać tylko na jakiś plan. No bo przecież nie mogła ot tak po prostu odpuścić, zwłaszcza jak jeszcze kilka chwil temu wywijała kastetem przed ich twarzami.

Na całe szczęście udało mu się utrzymać różdżkę w dłoniach, czego nie udało się jednak Corvusowi. To nie był koniec ich problemów. Z sekundy na sekundę, przewaga liczebna przechodziła na stronę popleczników Moody, którzy również nie planowali dać im taryfy ulgowej.

Kiedy Wood cisnęła w ich kierunku zaklęciem, Vulturis spodziewał się najgorszego. Według jej zapowiedzi mieli właśnie zostać pozbawieni masek, co się jednak nie stało - przynajmniej w kwestii Borgina. Widząc jak Rookwood został pozbawiony różdżki i maski, zrozumiał, że nie zostało im nic więcej jak aportacja z tego miejsca. Czarny Pan też zaczął się już chyba niecierpliwić, dając raz za razem znak, że już czas.

Nie czekając ani chwili dłużej, sięgnął lewą dłonią do kieszeni, łapiąc za swój świstoklik i tym samym starając się opuścić to jakże miłe zgromadzenie. To był dobry moment aby się ulotnić, tym bardziej, że sytuacja robiła się coraz bardziej zawiła i niekorzystna, a on z Chesterem i tak już bawili się zbyt długo na tegorocznym Beltane.



Wykorzystuję swoją akcję na skorzystanie ze świstoklika.


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Brenna Longbottom - 12.06.2023

Brenna bardzo chciałaby zatrzymać śmierciożerców. Wiedziała, że jeśli puszczą ich teraz, ci wrócą, by zabijać dalej - jak kleszcze, które strzepnięte raz z ręki, szukają nowych ofiar, nowych okazji, by nachapać się krwi i przenosić choroby, gdy same są całkowicie bezużyteczne dla kogokolwiek. Ale otaczała ich wichura. Ciskanie w nich zaklęć mogłoby skończyć się tym, że i jej różdżka uleci wraz z wiatrem, i przede wszystkim - ani Heather, ani Harper nie wyglądały dobrze, podczas gdy wichura zaczęła poruszać pobliskimi stołami.
Brygadzistka zignorowała więc to, że mężczyźni wznieśli się w powietrze, porwani nie przez wiatr, a najwyraźniej świstoklik. Skoro Charlie, który nie odniósł chyba poważnych ran, stał koło Heather, Brenna rzuciła się ku Harper, by pomóc jej wstać. Chciała przerzucić sobie jej ramię przez szyję i pociągnąć kobietę w stronę ognia, gdzie wicher zdawał się mniej porywisty, a stoły nie groziły trafieniem kogoś i powaleniem na ziemię. A gdyby udało się im przedrzeć, nie planowała od razu rozluźniać uścisku, tak na wypadek, gdyby Moody zareagowała na widok płomieni podobnie jak śmierciożerca.
W tej chwili nie chciała i nie mogła myśleć o tym wszystkim, co tu się stało i co przyjdzie później. Liczyła się tylko chwila obecna i zadbanie o to, aby jak najwięcej osób doczekało ranka. Skupiła się więc wyłącznie na jednym: próbie przeciągnięcia Harper tam, gdzie nie będzie jej groziło niebezpieczeństwo.


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Erik Longbottom - 12.06.2023

Skinął głową na prośbę Danielle. Musiała się zająć Moss, więc on zaopiekuje się resztą.

Co? — zamrugał, wbijając w Atreusa pełen niezrozumienia wzrok. — Jakie portale?

Nie miał zbyt wiele czasu na rozwinięcie swej odpowiedzi, gdyż Bulstrode po chwili ruszył w kierunku ognisk i... padł nieprzytomny. Mchinalnie rzucił się w jego kierunku, sprawdzając, co mu się stało. Szybko się jednak domyślił, że miało to coś wspólnego ze stanem pozostałych leżących wokół niego ludzi. Magia. Cholera. Erik przesunął Atreusa bliżej pozostałych nieprzytomnych. I wtedy odezwał się ten Śmierciożerca.

Nie daj się sprowokować, pomyślał, zaciskając pięści do tego stopnia, że zbielały mu kłykcie. Czy to była prawda? Czy naprawdę ktoś z ich zespołu nie żył? Z trudem powstrzymał się od gwałtownego rozejrzenia się we wszystkie strony świata, jakby w tym chaosie był w stanie zliczyć wszystkie potencjalne ofiary. Wiedział, że rannych mogło być wielu, ale nie dopuszczał na tym etapie do siebie myśli, że ktoś mógł odnieść śmiertelne obrażenia.

Jesteś ponadprzeciętnie wygadany jak na kogoś, kto będzie zawleczony do aresztu Ministerstwa Magii w łańcuchach. — Erik splunął w bok, a w jego oczach zapłonęły ogniki ledwo kontrolowanej złości. — To jest, o ile będziesz miał szczęście. Wiele może się zmienić w ciągu kilku minut.Schylił się nad Śmierciożercą, taksując go pełnym obrzydzenia wzrokiem.Troska o moich ludzi jest wręcz wzruszająca. Na twoim miejscu powściągnąłbym jednak język. — Zaniżył niemalże teatralnie ton głosu. — Ktoś będzie musiał ponieść konsekwencje za ten atak, a ty... Tak, ty będziesz świetnym przykładem. Kto wie, może dzięki tobie dopadniemy jeszcze kilku twoich wspólników.

Rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, współpracownicy, koledzy od kieliszka... Ktoś się znajdzie, co do tego Erik nie miał żadnych wątpliwości. Dotychczasowe działania Śmierciożerców można było klasyfikować jako pojedyncze przypadki, coś, na co trzeba mieć oko i zwalczać, ale teraz? Teraz gdy prawdopodobnie Harper Moody widziała wszystko na własne oczy, razem z oddziałem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów? Od wszczęcia wielkiego śledztwa i zrobienia kipiszu w domach podejrzanych siły bezpieczeństwa dzieliło tylko kilka papierków, a Longbottomowi coś podpowiadało, że nastroje społeczne tylko dadzą przyzwolenie na dosadne działania oficjalnych służb.

Nie miał zamiaru dać Śmierciożercy dalej się prowokować. Wycelował w niego różdżkę i wyszeptał formułkę zaklęcia, które miało na celu sklejenie ust mężczyzny. Wprawdzie mógł skorzystać z prostego Silencio, jednak chciał też sobie nieco ulżyć. Zaklęcie miało tylko sprawić, aby usta ofiary wyglądały tak, jakby nigdy ich nie było, a skóra pokrywała ten obszar, uniemożliwiając mowę. Tania, raczej niegroźna sztuczka, jaką kojarzył jeszcze z czasów Hogwartu. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że rzucenie tego zaklęcia sprawiło mu niemałą satysfakcję.


(Transmutacja) Sklejenie ust Śmierćka
[roll=O]



RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Heather Wood - 12.06.2023

Miała szczęście. Może nie do końca takie, jakiego oczekiwała, ale jak na to w jakim stanie się znajdowała i tak była zadowolona z efektu rzuconego przez siebie zaklęcia. Trafiła w jednego z zamaskowanych osobników, tyle, że nie udało jej się osiągnąć dzięki temu nic. Zasłonił się, nie dostrzegła jego twarzy. Czy byłaby sobą, gdyby nie spróbowała po raz kolejny? Pewnie nie. Kręciło jej się w głowie, ból który przechodził przez jej ciało stawał się coraz bardziej silny. Czuła, że jeszcze chwila, moment, a padnie. Jej porwyczość jednak nie pozwalała się zatrzymać, nie kiedy miała ich tutaj przed sobą. Machnęła różdżką i próbowała po raz kolejny rzucić zaklęcie w stronę Chestera, czy jej się uda? Nie obchodziło jej to w tym momencie, nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała. Machnęła różdżką, którą miała w dłoni, chciała wyczarować siłę ciśnienia, która uderzy w śmierciożercę z pekniętą maską. Chciała, aby poczuł jej ból i złość.

Na całe szczęście pojawili się inni. Nie była już tutaj sama. Mogła się poddać, pozwolić sobie na niesuborynację, mogła cierpieć bez tego ciężaru, który powodował, że nadal próbowała walczyć. Kiedy odezwał się do niej Alastor pokiwała jedynie głową, że rozumie jego polecenie. Zacisnęła przy tym zęby, bo ból, który przeszywał jej ciało nie ustępował. Wolała nawet nie myśleć, co będzie jeśli ten wiatr ich dosięgnie, zresztą i tak nie była w stanie już przed nim uciec. Pogodziła się z tym, że może nie wyjść stąd w jednym kawałku.

Wtedy tuż obok niej zjawił się Charlie, nie wiedziała, czy powinna się z tego powodu cieszyć, bo co, jeśli i jemu stanie się krzywda? - Julien... - Powiedziała cicho do przyjaciela. - Jest źle, boli, kurwesko mnie wszystko boli. - Chciała się z nim tym podzielić.

Coraz więcej znajomych twarzy pojawiało się w okolicy, bo albo jej się wydawało, albo dostrzegła swoją partnerkę i zarazem mentorkę, zmrużyła oczy, aby złapać ostrość, nie szło jej to jednak najlepiej.


Odkryj wiadomość pozafabularną
rzucam jeszcze na ewentualne uderzenie w Chestera na do widzenia - kształtowanie

[roll=Z]


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Danielle Longbottom - 13.06.2023

Słowa Moody nie były wypowiedziane na wyrost. Danielle widziała, w jakim stanie była kobieta i nie podlegało to żadnej wątpliwości, że zamaskowany przeciwnik z jakim się starła nie miał litości ani sumienia, a przyświecał mu jeden cel - zabić. Brutalnie i boleśnie, tak by sprawić jak najwięcej cierpienia. To, że Śmierciożercy walczyli o lepszy świat dla czarodziejów było wierutnym kłamstwem, w które wierzyli tylko naiwni, zapatrzeni w chorą, nieuzasadnioną ideologię. Gdyby tak faktycznie było, Moody, czarownica, nie balansowałaby na krawędzi życia i śmierci.

- Bo to mordercy i zamaskowani tchórze bez godności i krzty honoru - odpowiedziała, w międzyczasie łapiąc buteleczkę z eliksirem, który rzuciła w jej stronę Brenna. Mimo natłoku emocji i adrenaliny, jaka buzowała w jej żyłach, ruchy Longbottom były zdecydowane, acz płynne, pozbawione chaotyczności, którą można było zarzucić jej w trakcie walki ze śmierciożercami. Robiła dokładnie to, co zawsze. Być może warunki były nieco bardziej polowe, a okoliczności niesprzyjające, ale były to raczej niewielkie niedogodności. - A jednak nie dali rady. Zarówno pani jak i pani Moody żyjecie - oby tak było. - Proszę już nic nie mówić. Zrobię co w mojej mocy, żeby pani pomóc - dodała, jedną dłoń wsuwając pod głowę kobiety i ostrożnie, nieznacznie uniosła ją do góry. Drugą z kolei podsunęła otwartą buteleczkę z eliksirem pod jej usta i przechyliła, chcąc tym samym napoić ją eliksirem, który miał uzupełnić jej utraconą krew. To pozwoliłoby zmniejszyć szanse na pojawienie się wstrząsu, który bardzo skutecznie mógłby przekreślić szanse kobiety na przeżycie. Ostrożnie przechylała buteleczkę, tak by cała jej zawartość trafiła do organizmu Moss. Następnie machnęła różdżką z zamiarem zniwelowania bólu, choć w niewielkim stopniu.

Uniosła głowę, rozglądając się szybko dookoła. Dostrzegła Erika w towarzystwie śmierciożercy, z którym chwilę temu walczyli, ciało Atreusa spoczywające tuż obok pozostałej trójki. Nie mogła zlokalizować nigdzie reszty, a to sprawiło, że przez moment poczuła uścisk w gardle. Jej wzrok ponownie skupił się na Moss. Cokolwiek by się nie działo, musiała zachować zimną krew.
- Brenna, Alastor, Wood, Julek... Pani Moody nie mogła chyba otrzymać lepszego wsparcia - dodała, chcąc choć przez moment dodać jej otuchy, zagłuszając własny niepokój o bliskich. Przez moment pomyślała o ojcu, który tej nocy również miał patrolować. Być może i on lada moment zjawi się w okolicy, gotów osłaniać Harper własną piersią? [/a]

Nie spuszczała wzroku z kobiety, chcąc obserwować, czy jej działania przynoszą oczekiwany skutek, a stan kobiety staje się stabilniejszy


1 akcja - podanie eliksiru
[roll=Z]
Kształowanie: Użycie magii leczącej, tak żeby wpłynąć na układ nerwowy i zmniejszyć/całkowicie zniwelować ból


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Julien Fitzpatrick - 15.06.2023

Wszystko działo się bardzo szybko. Chociaż odniósł obrażenia, nie były one tak poważne jak te Heather. Adrenalina pozwalała mu ustać, ogarniać spojrzeniem najbliżej stojące osoby.
Już chciał rzucic zaklecie w śmierciozerce mające przytrzymać go w miejscu, przynajmniej jednego z nich - uważał, ze powinni poniesc odpowiedzialnosc za wyrządzoną krzywdę - ale wyraz twarzy przyjaciółki zaalarmował go wystarczająco szybko. Najbliżsi liczyli się dla niego bardziej niż złapanie Śmierciozercy za wszelką cene.
Złapał ją zapobiegawczo, jakby miała się osunąć na ziemie. Pozwolił jej ciężarowi przejść na swoje barki.
- Zabiorę ją do reszty - rzucił w strone Alastora, ktory stał zaraz obok niego i Wood - Przynajmniej sie postaram - wiatr dął mocno, wiec staral sie mowic tak glosno, aby Moody go uslyszal.
- Heath, dasz rade?? Musisz dac rade. Zabieram cie stąd - nie wiedzial jak zle dziewczyna sie czuje, ale musiał cos zrobic. Teleportowac sie nie mogl.
Bez dluzszego przeciagania, pociagnął rudą w stronę Erika i Danielle.

Akcja: biore Heather i zawijam sie do ziomkow.


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Alastor Moody - 17.06.2023

Kimkolwiek była ta rudzinka, Moody podejrzewał, że nie była najtęższego umysłu i cudem powstrzymał się od strzeleniem jej w tył głowy z liścia - na szczęście zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo takie działanie mogłoby pogorszyć jej kruszejący stan. Zdążył nawet pomyśleć: jej kolega ma trochę więcej oleju w głowie, ale wtedy postanowił ewakuować ją w stronę nasilającej się z każdą chwilą ściany wiatru.

- Stój - szarpnął go za kaptur (? lub po prostu ubranie) - naturalne bariery, nisko przy ziemi, uważaj na gałęzie, piasek, zasłońcie się zaklęciem, stała czujność na wszystko, co nadlatuje - pośpiesznie rzucił mu hasłami, żeby dać chłopakowi jakikolwiek obraz tego, w jaki sposób się w tej rzeczywistości odnaleźć, z góry zakładając, że nie miał okazji znaleźć się w podobnej sytuacji. Moody również nie popierał swojej wiedzy doświadczeniem, ale został przeszkolony do radzenia sobie przy nawet bardziej katastrofalnych wizjach, niż znalezienie się twarzą w twarz z jakimś pojebanym, magicznym cyklonem. Szczątkowa wiara w jego możliwości pozwoliła mu na przełknięcie śliny i rozejrzenie się po wokół. Brenna ruszyła w stronę Harper, oni zaczęli iść, Śmierciożercy szukali czegoś po swoich kieszeniach. Wzmagający się wiatr podkreślał beznadziejność sytuacji, w jakiej znalazł się, ruszając za nimi. Z drugiej strony - jaką mógł mieć pewność, że osób z tego pozornie bezpiecznego centrum zaraz nie wyrzuci w powietrze? Machnął różdżką, próbując wytrącić stojącemu bliżej Śmierciożercy... cokolwiek próbował złapać,

[roll=N]
a później skierował się tam, gdzie Brenna prowadziła jego kuzynkę (zakładając, że idąc w stronę ognisk i tak muszą przejść blisko niego), aby przeciąć im drogę.

- Jesteście pewne kierunku?


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Eutierria - 19.06.2023

- Ojejku, a co mi zrobicie w tym Ministerstwie? Możesz się oszukiwać, ale dobrze wiesz, że najgorszą karą, jaka mnie spotka, jest więzienie, a tym, co spotka każdego, kto sprzeciwi się tej sprawie, będzie śmierć.

Nieudane zaklęcie nie wywołało żadnego efektu, a Śmierciożerca uporczywie walczył z zaklęciem, które krępowało jego ruchy. Próbował zrobić to siłowo, korzystając z czasu, jaki minął od jego rzucenia i tego, że Longbottom ostatecznie nie pozwoliła mu całkowicie opaść z sił. Skutecznie żerował na dawanych mu szansach.

- Pani Moody żyje? - Zapytała się Moss, jakby dla pewności. - Ja żyję? - Jej mina wpierw nie wyrażała nic, a później... uśmiechnęła się serdecznie. Była dziewczyną dobrą i troskliwą, potrafiła patrzeć na życie pozytywnie i dobre słowo wyraźnie ją wzmocniło. - Ta chwila wydaje mi się być... bardzo krucha... ale dziękuję.

Nawet w dłoniach śmierci, potrafiła nie załamać się kompletnie. Było to niewątpliwie wielkim darem i dowodem olbrzymiej niezłomności.

A tuż za nią, tam, gdzie się próbowała przez moment spojrzeć, ale zaniechała tego działania, wiatr szumiał coraz głośniej, zagłuszając wypowiadane przez nią słowa, ale i myśli. Wasza czwórka wciąż pozostawała bezpieczna, ale ci, którzy opuścili ten krąg, musieli zapłacić za to narastającym z każdą sekundą zagrożeniem ze strony żywiołu.


- Cholerni tchórze... Gdyby nie to, że Moss wpadła w pierwszą pułapkę, to... - Mamrotała pod nosem Harper, ewidentnie roztrzęsiona. Moody była kobietą silną i wyjątkową - właściwie, to nigdy żadne z was nie miał okazji widzieć jej w aż tak złym stanie - trzęsącą się, zmarzniętą, przerażoną mimo niemal braku odniesionych ran. Trochę ją obili, ale dla niej to powinno być nic - dlaczego więc zdawała się być niemal na granicy płaczu? Odpowiedziała na rzucone przez Mistrza Gry pytanie dopiero po chwili, kiedy ona i Brenna postawiły kilka kroków z dala od linii drzew. - Nie możemy iść do lasu, a jeżeli musimy, to uważajcie na siebie. Tam jest coś złego... Przerażającego, jak bogin, ale to nie są boginy, to nie jest coś, co potrafię opisać.

Kobieta momentalnie spoważniała. Rozedrgane dłonie zacisnęły się na moment na ubraniu Alastora, jakby poszukiwała w tym dotyku stabilizacji. W tym czasie Charles musiał zmierzyć się z dwiema rzeczami - po pierwsze Heather czuła się coraz gorzej. Mimo pogarszającego się stanu i coraz większego opadania z sił spróbowała nierozważnie użyć zaklęcia, co przypieczętowało jej stan - zaczęło kręcić jej się w głowie i nie była w stanie ruszyć się już wcale - opadła na piasek i zamknęła oczy. Po drugie - wiatr narastał z każdą chwilą i chociaż przekroczenie linii dzielącej ich od okręgu, w jakim znajdowały się ogniska, było zaledwie krokiem, to nie wydawało się być krokiem bezpiecznym. Coś z tym wiatrem było nie tak i z tak bliskiej odległości mogłeś dostrzec, że wydobywał się on spod ziemi. I o ile cię nie myliły oczy (a szczerze mówiąc - o to trudno nie było, bo ilość piasku, jaka unosiła się w powietrzu, sprawiała, że czułeś się jeszcze gorzej niż po wybuchu, który wzniósł Śmierciożercom zasłonę dymną) dół tego wiru stawał się niebieski, jakby coś go od spodu podpalało błękitnym ogniem.

- Co to kurwa jest?? - Moody nie szczędziła języka, wpatrując się w powstały wir. Splunęła na ziemię, ale ślina odleciała gdzieś dalej, uniesiona przez wiatr. - Może pod ziemię, albo za wzniesienie? - Zasugerowała. Machnęła różdżką, ale nic się nie stało. - Nie mogę się teleportować. - Puściła Alastora, wpatrując się w zwłoki kamiennego olbrzyma i cokolwiek wywołał Voldemort swoimi działaniami. Bo co to było? Bunt żywiołów? Z czym on igrał? - Pierwszy raz się kurwa cieszę, że się nie dostałam do Departamentu Tajemnic.

Zobaczyliście, jak ten wir wiatru zostaje przecięty błyskawicą. Później drugą. Niebieski piorun przeszył jej powierzchnię, ale nie słyszeliście grzmotu. Widzieliście coraz mniej - otaczał was piasek, ale wciąż byliście blisko siebie. Zdani wyłącznie na swój instynkt obserwowaliście, jak wir pęcznieje, a później kurczy się, a później znów pęcznieje i kurczy się, ale za każdym razem robi się coraz większy i większy i krzywy i niestabilny... mogliście więc dojść do wniosku, że cokolwiek się tutaj formowało, za moment pęknie.

Pozbawiony świstoklika Stanley musiał obserwować, jak delikatna szyszka odlatuje w nieznane. Może warto było zasugerować coś cięższego? Silny podmuch wiatru powalił cię na ziemię i przesunął w stronę linii drzew.

Brenna utrzymała się na nogach cudem - tylko i wyłącznie jej zwinność pozwoliła na uniknięcie lecącego od prawej strony stołu, ale tego samego szczęścia nie miał Alastor, który co prawda stołu uniknął, ale przypłacił to karykaturalnym upadkiem na piasek, po którym przesunął się jeszcze o dwa metry, niesiony mocą kolejnego podmuchu. Jego kuzynka stała stabilnie - nie miała kłopotów z zachowaniem równowagi, a jej czujne oczy obserwowały okolicę w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronienia.

Charles utrzymał się na równych nogach, ale został odsunięty od linii wiatru, którą chciał przekroczyć w celu dostania się do bezpiecznego kręgu. Heather, nieprzytomna i puszczona przez walczącego z wiatrem chłopaka, przetoczyła się z dwa metry dalej po czym zatrzymała się z twarzą wciśniętą w piach.

Nad waszymi głowami zebrały się chmury formujące się w wielki wir. Ale ten wir wyjątkowo nie miał nic wspólnego ze ścianą wiatru. W jego centrum pojawiła się wielka czaszka. Ktoś użył zaklęcia Morsmordre, a nad Polaną Ognisk pojawił się Mroczny Znak.



Wykonane rzuty: tutaj.

To jest wasza ostatnia tura. Ostatnia osoba kończy przygodę w wątku znacznikiem końca sesji. Nie musicie na nic rzucać, ale musicie opisać w swoim poście taktykę, jaką obieracie w celu schronienia się przed wiatrem. Każdy opisuje to w imieniu swojej postaci, niezależnie od reszty. Heather jest nieprzytomna, nie reaguje więc na ten post wcale. Chester odleciał - również nie odpisuje. W przypadku Erika i Danielle - pozostają bezpieczni od wiatru i ostatnią akcję mogą poświęcić na próbę unieruchomienia Śmierciożercy. Mistrz Gry wykona swoje rzuty i podsumuje tę przygodę, konstruując wasz Rachunek Sumienia.


RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Brenna Longbottom - 19.06.2023

Nie odpowiedziała Moody’m – nie dlatego, że nie chciała, ale ledwo skończyli mówić, a ona już skupiała się na unikaniu stołów, utrzymaniu na nogach i piasku uderzającym w twarz. Poza tym co mogłaby powiedzieć? Problem polegał na tym, że bezpieczni mogli być jedynie przy ogniu. Gdy wiatr się nasilił i okazało, że nie mogą wrócić... nie istniał już żaden kierunek, w którym mogliby się schronić.
Wbiegnięcie tu na pewno nie było mądre, ale Brenna zrobiłaby to i drugi, i trzeci, i każdy następny raz - było oczywiste, że jeśli gdzieś trwała walka, i biegli tam Alastor i Charlie, musiałaby pobiec za nimi. Zwłaszcza za tym drugim: Moody był aurorem, w którego zdolności wierzyła, ale za młodego "Fitzpatricka" czuła się odpowiedzialna. I nie żałowała tego nawet w chwili, w której cudem umknęła przed lecącym w pobliżu stołem.
Nie mogłaby stać po drugiej stronie tej zawiei, wiedząc, że oni tu walczą o życie.
Podobnie jak teraz. Nie było mowy o tym, by Brenna próbowała skryć za wzgórzami, biegła do lasu, próbowała się teleportować czy goniła śmierciożercę, któremu Alastor wytrącił świstoklika. Nie, kiedy Wood znalazła się w takim położeniu. Skoro Harper udało się podnieść na nogi, a Heather została wyrwana z ramion przyjaciela i padła nieprzytomna, Brenna rzuciła się w jej stronę. Nawet jeżeli miałaby za to zapłacić porwaniem przez wiatr, nie byłaby sobą, gdyby postąpiła inaczej: gdyby próbowała uratować siebie i pozostawiła nieprzytomną partnerkę z twarzą wciśniętą w piach, tak że wiatr mógł porwać ją niby lalkę. A niesienie jej gdziekolwiek w takim wietrze nie miało racji bytu. Chwyciła Wood, a potem machnęła różdżką, w rozpaczy tworząc kawałek dalej dziurę, by - jeżeli się udało - się do niej zsunąć, wciąż trzymając Heather w ramionach. Dziura nie miała być bardzo głęboka – góra półtora metra, tak by zapewniła choć trochę schronienia, ale by w razie zasypania móc się z niej wykopać. Niezbyt szeroką - ot by na upartego mogły się tam ścisnąć one i jeszcze ze trzy osoby, gdyby reszta zdecydowała się skorzystać z tego schronienia, zamiast próbować uciec.
Poczekała chwilę, na wypadek, jeśli ktoś miałby do nich dołączyć (choć zapewne ucieczka była mądrzejsza, jeśli akurat nie byłeś nieprzytomny...), po czym rzuciła kolejne zaklęcie, chcąc stworzyć ochronną kopułę nad dziurą, zostawiając jedynie mały otwór.
Jeżeli nie ochroniłaby ich przed podpalonym błękitnym ogniem wiatrem i tymi przedziwnymi błyskawicami, to może przynajmniej nie spadnie im na łeb żaden stół.
Może nie było to najmądrzejsze, co mogła zrobić, ale w tej chwili Brenna nie wpadła na nic lepszego. Jeżeli źle oceniła sytuację to... cóż, nie będą musieli już im kopać grobu, trzeba szukać pozytywnych stron, prawda? Mogłaby jeszcze spróbować przywołać świstoklik, ukryty w dziupli w pobliżu, ale w takim wietrze wątpiła, by tu doleciał.
A potem… tkwiła po prostu skulona, próbując osłaniać Heather by na wypadek, gdyby to był jednak bardzo głupi pomysł, zasłonić ją sobą na tyle, na ile się da. Starając się nie poddać się kompletnie rozpaczy i przerażeniu, które teraz, gdy adrenalina zaczęła opadać, ścinały jej żyły lodem. Voldemort wygrał. Oni przegrali. Uszkodził koło roku. Nie miała pojęcia, czy ona i Heather przetrwają tę wichurę, bo jej pomysł mógł okazać się błędem – i choć wiedziała przynajmniej, że Danielle i Erik byli cali i zdrowi, nie wiedziała, czy inni jej krewni i przyjaciele przeżyli atak.
Zawiedliśmy, odbijało się jej wciąż po głowie.
Ona zawiodła.