![]() |
|
1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Limbo (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=62) +---- Wątek: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV (/showthread.php?tid=1246) |
RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Victoria Lestrange - 18.06.2023 Czy myślała, że może coś zmienić? Prawdę mówiąc, kiedy się tutaj udawała, to nie myślała w tych kategoriach. W głowie miała obraz kobiety, uczucie tak silne, ta chęć pomocy jej, ochronienia jej… przysłaniała wszelki zdrowy rozsądek. I zdawało się, że tym zdołała „zarazić” swoich towarzyszy. Ale to też nie był dobry moment na rozmyślanie na ten temat – jeśli Matka pozwoli, to pewnie prędzej czy później przyjdzie czas na refleksję o tak pamiętnym dniu i jeszcze bardziej zapadającym w pamięć zmierzchu; a teraz to już chyba nocy. Więc nie rozmyślała na temat, który poruszył Voldemort, ale wspomnienia i tak przelatywały jej przez myśli. Te, które jeszcze przed chwilą zdawały się ulatywać, nie istnieć. Teraz zaś pojawiły się też inne, dodatkowe. Nie miała prawa pamiętać siebie samej, tak malutkiej, a jednak widziała ten obraz i to nie z perspektywy własnych oczu. Nad tym jednak też się teraz nie skupiała, na tym, że w jej głowę wlatywało znacznie więcej wspomnień, niźli by sobie w ogóle życzyła. Cykl został odwrócony, a jakże, ale jak wiadomo, każda magia miała swoją cenę. Nie zostali pochłonięci – cykl się odwrócił i to… oni pochłaniali dusze? Czy było to złe? Być może. Ale Victoria nie zamierzała tego teraz oceniać, może nigdy się na to nie zdobędzie; nie była krystaliczna. Ale kiedy chcesz uratować siebie, to nagle okazuje się, że jesteś gotów zapłacić znacznie większą cenę, niż wcześniej myślałeś. Jak to: jak nieświadome czerpanie ze źródła, czego też wcale nie próbowała przerwać. A może tylko to sprawi, że będą w stanie go w ogóle pokonać? Nie zamierzała wdawać się w żadne dyskusje z Voldemortem, nie miało to większego sensu. Nie była głupia, widziała różnicę poziomu pomiędzy nim, a nimi. Najzwyczajniej w świecie, w bezpośrednim starciu, nie mieli z nim żadnych szans. Co jednak mogli zrobić? Zdaje się, że już dostali instrukcję, wcześniej. Zamgloną, zawoalowaną. „możecie pomóc cyklowi krążyć, jeżeli zniszczycie to, co utrzymuje jego energię tam, gdzie nie powinno jej być”. Jedyne co tutaj do niczego nie pasowało, to ten zataczający koła dziwny kamień. A przyłączyć się do niego? Victorii pasowało, że mugole nie mieszają się do ich świata. Nie chciała od nich niczego. Absolutnie niczego, prócz tego, by dali im spokój. Zabijać ich za to, że urodzili się mrówkami? Ale przecież nawet mrówki były potrzebne – i zdawała sobie z tego sprawę, a przecież mrówek się bała. Widząc co robią jej towarzysze, wcale nie spróbowała zrzucić kolejnej rzeczy na krążący kamień. Skupiła się raczej na tym, by rozproszyć ewentualne zaklęcie rzucane przez Śmierciożercę bądź samego Voldemorta – czy to w ramach przeszkodzenia Patrickowi bądź Mavelle, czy jeśli chcieliby zaatakować ich trójkę. Rozproszenie – na Louvaina bądź Voldemorta, jeśli rzucą zaklęcie na kamień/Patricka/Mavelle/Victorię [roll=PO] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Atreus Bulstrode - 20.06.2023 Atreus zmarszczył brwi, słysząc tak nerwową odpowiedź ze strony Mavelle. Bardziej chyba nie zwrócił uwagi na ton, co na sam fakt, że wreszcie udało mu się do niej dodzwonić dobić. A więc tak to działało, dobrze wiedzieć. Uderzenie pioruna sprawiło, że tylko przyśpieszył kroku, kierując się właśnie w jego stronę. Prosto w stronę całego tego bałaganu, który otaczał trójkę pracowników ministerstwa i, jakżeby inaczej, Voldemorta z towarzyszącymi mu sługusami. W słowach Voldemorta było coś, co pasowało Bulstrodowi. Moc była przecież przyjemna, a posiadanie jej utożsamiało się w głowie aurora z pozycją i autorytetem. Nie potrzebował jej jednak okazywać wobec słabych i bezwartościowych mugoli - oni już i tak stali pod czarodziejami. Jakaś część niego sprzeniewierzała sie tak jawnemu sprzeciwianiu się prawom natury, czy też zwykłemu pogwałceniu jej. To, co działo się na górze, wydawało się odzwierciedleniem tego, jak bardzo podejmowane przez Voldemorta działania burzyły odwieczny porządek. Porządek, który nie został ustalony przez czarodziejów czy nawet zwykłych ludzi. Machnął różdżką jednak nie dlatego, że to wszystko wydawało mu się niewporządku. Nie, chciał rzucić zaklęcie dlatego, że nie mógł znieść myśli, że czarnoksiężnik, który nie potrafił wymyślić sobie wystarczająco dobrego motywu do działania, miał mu zagrażać. Widząc co robią Mavelle i Patric, zdecydował się na to samo co Victoria, na rzucenie zaklęcia rozpraszającego, gdyby albo Voldemort, albo śmierciożercy próbowali im przeszkodzić lub zwyczajnie zrobić krzywdę. rozproszenie an wszelki wypadek [roll=Z] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Louvain Lestrange - 21.06.2023 Choć wszystko działo się tak szybko i sytuacja zmieniała się z sekundy na sekundę, każdy kto był przy tym co tu się działo mógł domyślać się do czego to wszystko zmierzało. To co zamierzał uczynić Czarny Pan było jak najbardziej godne najpotężniejszego czarnoksiężnika na świecie. Otwarcie granic pomiędzy światem żywych i umarłych mogło nieść nieodwracalne skutki dla wszystkich, czarodziejów i nie tylko. I bardzo dobrze, najwyższa pora żeby niedowiarki i krytycy nowego porządku świata przekonali się na własne, zakłamane oczy czym jest prawdziwa, niepohamowana i niczym nieskrępowana czarodziejska potęga. Louvain nie wzruszył się nieudanym zaklęciem, ale dotarło do niego, że cokolwiek robi jego mistrz nie było pomyłką, ani amatorską improwizacją. Przepełniony, aż chorą, ambicją ani myślał by teraz się wycofywać, czy rzucić się w ucieczkę, choć świat wokół nich popadał w ruinę. Natchniony szaleńczą przemową swojego pana miał miał zamiar kontynuować potyczkę. - Ukłon przed najwyższym! - wrzasnął w stronę zuchwalców którzy najwidoczniej szczerze wierzyli w swoją marność, iż naprawdę są w stanie coś zmienić. Mówiąc to machnął różdżką i spróbował wymierzyć w pierwotną trójkę zaklęciem z translokacji, które pociągnie ich do przodu. Miał w tym zamiar, by zaliczyli bolesny kontakt z podłożem i wytrącić ich z równowagi, by (zgodnie z efektem zaklęcia) wypuścili swoje różdżki z dłoni, wszystko w upokarzającym symbolu padnięcia na twarz przed potęgą Lorda Voldemorta. rzut na translokację, zaklęcie wymierzone w Patricka, Mavelle i Victorię. [roll=Z] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Eutierria - 24.06.2023 Oto jedna, malutka chwila, która miała zaważyć o wszystkim - każdy z waschwycił za różdżkę i rzucił kolejne zaklęcie, nie zważając na to, czy to wszystko działo się naprawdę, czy było jedynie kolejnym figlem tego miejsca lub wasze wyobraźni. Czy to miało jakikolwiek sens w obliczu końca? Towarzyszące wam przed chwilą zjawy mówiły wam wprost - przyszedł wasz kres, z czym mogliście się po prostu pogodzić, ale wy tego nie chcieliście - waszym wyborem były życie i walka z tym, co to życie chciało wam odebrać. Tylko czy ta walka była skuteczna? Patrick, przypomniawszy sobie, jakie informacje przekazała mu Szeptucha, nie namyślał się zbyt długo - powtórzył je jedynie, jakby chciał upewnić się, że tak brzmiała porada szalonej wieszczki, a później zamachnął się i wyczarowany przez niego młotek przeszył powietrze ze świstem. To wszystko było przed chwilą tak przerażające - ten tworzący się, ognisty krąg, ale Szeptucha miała rację - wystarczyło grzmotnąć ten kamień z całej siły. Brakowało ci niby krzepy w łapach, ale mimo wszystko pękł - czułeś to od razu, ale nie mogłeś tego zobaczyć, bo z góry runął na twój młotek i ręce blok metalu przywołany przez Mavelle. W tym czasie pozostała trójka zmagała się z serią dramatycznych porażek. Największą z nich była ta Louvaina. Victoria co prawda poczuła w wiodącej dłoni magicznej porażenie, ale Louvain musiał aż syknąć z bólu i upuścić różdżkę na grunt. Voldemort skwitował tę scenę nieprzyjemnym parsknięciem. - Każdy przelew czarodziejskiej krwi jest stratą... ale nie powstrzyma mnie to przed niczym. Czy myślę, że mogę wszystko? Tak. I mam rację. Zostawię ci pamiątkę, abyś o tym pamiętała. Jego dłoń uniosła się w górę, machnął swoją różdżką, a Mavelle poczuła, że z jej językiem stało się... coś... ale co? Wciąż mogła mówić, mogła się odezwać, ale z pewnością padła ofiarą zaklęcia lub klątwy. Ziemia wokół ogniska przestała pękać, a delikatne pnącza próbowały na nowo zespoić ją w jedno. Zniszczenie kamienia musiało sprawić, że ten świat zaczął się naprawiać, ale to zdołało już zranić go wystarczająco - paląca się błękitnym ogniem szczelina dyszała i huczała, a ziemia pod waszymi nogami zadrżała - to było niepokojące, ale jak zapobiec czemuś takiemu? - Prędzej czy później staniecie przed obliczem Czarnego Pana i będziecie musieli uklęknąć. Ale na ten moment nie musieli - obolała ręka Louvaina była niezdolna do wyprostowania zaciśniętych palców. Czarny Pan nie pozostawił go jednak samemu sobie. Lestrange zniknął stąd pierwszy, później zahipnotyzowani Theon i Wilhelm. Na końcu Lord Voldemort uniósł swój płaszcz, obkręcił się wokół własnej osi i zniknął, jakby go nagle porwała magiczna siła. Przedstawiciele Ministerstwa pozostali tutaj kompletnie sami, na kilkanaście piekielnie długich minut. Dookoła nie było już nic, jedynie pustkowie i ten cholerny, płonący krzak, a wokół niego zasklepiająca się pnączami szczelina wyryta przez kamień. Patrick nie mógł się stąd ruszyć, a Atreus czuł się coraz słabiej i słabiej, aż wreszcie spojrzał w te błękitne płomienie i dojrzał tam siebie. Sceny z jego życia, migały mu tam jedna za drugim, jakby ktoś puszczał je tam z taśmy, jakby chciał przypomnieć mu wszystkie minione chwile - odkąd był małym chłopcem atakującym drewnianym mieczem krzaki pod domem, aż do teraz, do dzisiaj, kiedy Brenna polewała mu czoło woskiem, a on czuł się tak dziwnie spełniony. Stawiałeś krok za krokiem, aby znaleźć się bliżej. Chciałeś dotknąć tego ognia, może nawet wejść do niego, tak jak przed chwilą wszedłeś do ognisk Beltane, bo czułeś w środku, że to właśnie da ci ukojenie od narastającego w dłoniach bólu. Gdziekolwiek prowadziło to przejście, wszystko, czego doznałeś, nie miało już znaczenia. Tlący się w oddali błękit był oznaką spokoju, a ty z tej czwórki pragnąłeś tego najbardziej, nawet jeżeli zdawało się to być wbrew twojej naturze. W tej chwili wasza przygoda dobiega końca. Jej kontynuacja zostanie rozpisana w Rachunku Sumienia. Wszystkie wasze postacie przeżyły, możecie swobodnie rozpoczynać rozgrywki na nowy kwartał z zaznaczeniem, że Atreusa do życia przywrócić musieli spirytyści, a każdy, kto znalazł się w Limbie doświadcza dziwnych rzeczy - jesteście zimni, jesteście inni, a osoby, które napotkaliście na swojej drodze, siedzą w waszych głowach i nie dają wam spokoju. Pamiętacie coraz więcej detali ich życia i zaczynają mieszać się z waszymi wspomnieniami. Możecie kontynuować grę w tym temacie tak długo jak chcecie. Zakończeniem jest utrata przytomności przez całą czwórkę. Sesję, w której się budzicie, rozpocznie Mistrz Gry. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Mavelle Bones - 24.06.2023 Nie dało się nie poczuć czegoś na kształt satysfakcji – dość ponurej, biorąc pod uwagę okoliczności, ale jednak – raz, że udało rozbić się ten cholerny kamień, co kręcił się i kręcił, dwa… doprawdy, było w tym coś ironicznego, że po tym, jak kazała Voldemortowi pocałować się w cztery litery, jego wielbicielowi nie wyszło zaklęcie, mające ich rzucić na kolana. Ona, na kolanach przed dzbanem? Prędzej jej kaktus na dłoni wyrośnie – a przynajmniej tak mogła się zarzekać. Bo w życiu bywało różnie. Bo mogło dojść do tego całkiem niedobrowolnie, tak jak miało stać się to teraz. I nie, zapewne nie dało się przeoczyć tej satysfakcji, malującej się w oczach Bones, zdających się rzucać wyzwanie. Zarówno Voldemortowi, jak i śmierciożercy. No dalej, na co czekacie, tacy wielcy i wspaniali, a jednak zmuszenie do ugięcia karku okazuje się poza zasięgiem możliwości? Dość szybko przekonała się, że nieugryzienie się w język miało swoje konsekwencje; tu i teraz nie wiedziała jeszcze, jakie, ale gdyby ją spytać później, gdy kolejny uzdrowiciel rozkładał ręce, co by zrobiła, gdyby mogła cofnąć się w czasie? Cóż, zapewne stwierdziłaby, że nie tylko jeszcze raz postąpiłaby tak samo, ale i również bardzo chętnie porządniej nawtykała tej gliździe, która chyba uważała się za boga. Boga, skoro miał czelność twierdzić, iż może robić co chce, kiedy chce…? - … po moim trupie – burknęła; bo oczywiście, nie mogła tak po prostu zostawić zapowiedzi, że będzie musiała uklęknąć. Nie wyobrażała sobie również, że zrobiłby to Steward. Tak, ta deklaracja prawdopodobnie zawierała w sobie bardzo wiele prawdy. Bo klęknięcie oznaczałoby poddaństwo. Oznaczałoby uznanie jego władzy i potęgi – czegoś, z czym przysięgała walczyć. Co chciała zwalczać, z każdym swoim oddechem. Inaczej po co w ogóle by się tu znalazła…? Zostali sami. Ich troje – nie, zaraz, jeszcze przecież… - czworo, w krainie poza światem, który znali. W krainie, w której o mały włos się nie rozpłynęli – a jednak, jednak… zamiast tego stało się coś zgoła przeciwnego – nie ich wchłonięto, ale oni wchłonęli coś. Konsekwencje tego…? Dopiero miało się okazać. - … dlaczego mam wrażenie, że ostatecznie zawiedliśmy? – rzuciła cicho w przestrzeń, nawet nie patrząc na towarzyszy. Jeśli już, to wpatrywała się w błękitne płomienie, te same, w których wcześniej widziała wszystko, nie próbując nawet powstrzymać Bulstrode'a. Bo choć zniszczyli kamień, coś, co utrzymywało energię cyklu tam, gdzie nie powinno jej być, to ten, ten… i tak wziął, co chciał. Zrobił, co chciał. Konsekwencje tego? Obawiała się, że bardzo tragiczne w skutkach. A potem przyszła ciemność... RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Victoria Lestrange - 24.06.2023 Dla niej to wszystko było realne – obrazy, uczucia. Próbowała zamknąć swój umysł, ale nic to nie dało, zresztą wiedziała boleśnie dobrze, że przeszli przez portal, znaczy – wszystko było prawdziwe, nie ważne, jak bardzo to było pokręcone. Nie ważne jak bardzo chciała, by to nie była rzeczywistość. Ale była. Tak samo rzeczywiste było to, że przedziwny kamień, obsypany zaklęciami, roztrzaskał się na kawałki, a Victoria poczuła w dłoni, którą trzymała różdżkę, porażenie, nieprzyjemny skurcz. Różdżkę jednak zdołała utrzymać. To wszystko jednak nie miało większego znaczenia – dwójka Śmierciożerców nadal nic nie robiła, jeden upuścił różdżkę, Voldemort… gadał, jakby dobrze się bawił, a oni byli dla niego tylko nic nie znaczącymi muchami. I potwierdził to, kiedy zwrócił się do Mavelle. Cokolwiek to było, Victoria nie miała czasu zareagować, nie miała jak osłonić ją przed zaklęciem. I niby nic się nie stało… ale nie była tak naiwna, by w to uwierzyć. Nie przy czarnoksiężniku, przed którym drżeli ludzie. Jednak zniszczenie kamienia zdecydowanie coś dało. Wszystko się uspokoiło – na tyle na ile mogło, chociaż Victoria poczuła, że musi złapać równowagę, kiedy ziemia zadrżała jej pod stopami. Jeśli to miało sprawić, że uklęknie – to tego nie zrobiła. Dlaczego miałaby klękać przed kimkolwiek? Nie była przecież niczyim sługą, nie była plebsem, nie miała nad sobą króla. Nie rozumiała, dlaczego może tylko patrzeć, ale miała wrażenie, że opuszczają ją siły. Że czas przecieka jej przez palce. Jedno mrugnięcie i zniknął pierwszy ze Śmierciożerców. Drugie – kolejny. Przy czwartym załopotał płaszcz Voldemorta i nagle zostali tutaj całkiem sami. Widać jednak było, że ziemia próbowała się naprawić i ta dziura, jaką wyrył toczący się kamień, znikała przykryta roślinnością. Nastała cisza, niemalże głucha. - Jasna cholera – wydobyło się z ust Victorii jako komentarz do całości wydarzeń, jakich byli świadkiem. - O ja pierdolę – dołożyła do tego po chwili i spojrzała na swoich towarzyszy, którzy wyglądali na chyba równie zmęczonych co i ona. I Atreus… Atreus, który jako jedyny dołączył do ich wesołej gromadki; musiał iść ich śladami, najpewniej Mavelle udało się przekazać komuś wcześniej wiadomość. Tylko nie potrafiła powiedzieć czy to dobrze, czy źle. - Nie wiem… Dostać się tutaj było łatwo, ale wrócić… - zaczęła i spojrzała w kierunku drogi, jaką tutaj przyszli, a potem na ogień, który płonął blisko nich. - Może tak samo jak tu weszliśmy. Albo ogień jest odpowiedzią… I może faktycznie był, bo Atreus zaczął iść w jego kierunku, tyle że wyraz jego twarzy… Czy ona patrzyła w ogień tak samo zafascynowana wcześniej, kiedy ujrzała wizję z rudowłosą kobietą i Śmierciożercami? Czy wyglądała na równie oderwaną od rzeczywistości…? Czy… - Atreus! Czekaj! – krzyknęła do mężczyzny i nawet wyciągnęła rękę, chcąc złapać go za nadgarstek, zatrzymać. Ona mogła sobie wejść w ogień tak o, ale reszta tutaj… Każdy eliksir przestaje kiedyś działać, każde zaklęcie się wypala – skąd miała wiedzieć, czy Atreus jest w tej chwili chroniony przed ogniem? - Musimy pomyśleć! - rzuciła do niego i… To była ostatnia rzecz jaką pamiętała, że zrobiła. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Atreus Bulstrode - 24.06.2023 Bulstrode skrzywił się lekko, słysząc kolejne słowa Voldemorta. Czarnoksiężnik ewidentnie był pewien swego i nic nie mogło powstrzymać go przed zwyczajnym wyciągnięciem rąk przed siebie i sięgnięciem po cokolwiek tylko chciał. Mógł jednak przy tym wszystkim zwyczajnie się zamknąć i zachować swoje przemyślenia dla siebie. Puste zdania tylko dodatkowo rozdrażniały Atreusa bo czuł jak staje się coraz słabszy, jakby cała ta gadka tylko rozciągała nieprzyjemnie czas. W końcu jednak, zarówno Czarny Dzban, jak i jego poplecznicy, zniknęli pozostawiając na polanie tylko pracowników ministerstwa. Bulstrode przetoczył spojrzeniem po towarzyszach, potem żłobieniach w ziemi, ostatecznie zatrzymując się na gorejącym krzewie. Czuł się źle. Okropnie, jakby miejsce w którym się znajdowali tylko przyczyniało się do stanu w jakim znajdowało się wcześniej jego ciało. Przez chwilę wpatrywał się w błękitne płomienie, aż wreszcie dojrzał tam siebie. Przewijające się sceny, które migały mu przed oczami, a które jednak doskonale widział. Nie miał nawet pretensji o to, że cały pochód obrazów kończyły te z Brenną i mimo tego, że powinien czuć, że coś jest nie tak, to jedyne co go wypełniało, to poczucie spełnienia. Nawet nie zorientował się kiedy, a zaczął iść. Krok za krokiem, powoli bo wciąż czuł coraz słabszy. Teraz jednak nie miało to większego znaczenia. Nie, kiedy patrzenie na niego przynosiło spokój i pewnego rodzaju przekonanie, że całe to zmęczenie, cały ból odejdzie gdy tylko dotknie płomieni. - Wrócić? - wyłapał słowa Victorii, powtarzając je z pewnym ociąganiem, jakby wizja powrotu nagle wydała się o wiele bardziej mdła i mniej kusząca. Płomienie obiecywały spokój i ukojenie, czemu więc nie spróbować, nie wyciągnąć do nich ręki i całkowicie im się nie oddać? Wreszcie miałby spokój. Wreszcie by odpoczął. Wreszcie... Obejrzał się na Lestrange, kiedy złapała go za nadgarstek. Nie wyrwał się, nie odepchnął jej, ale wyraźnie zmarszczył brwi w zbolałym wręcz geście. - Jestem tak... zmęczony... - pożalił się jej, jakby to miało tłumaczyć wszystko i ta właśnie skarga była ostatnim co pamiętał... RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Patrick Steward - 25.06.2023 Udało się. Udało się. Udało się. Udało się. Chciał sobie powtarzać bez końca, że się udało, że naprawdę się udało, że rozbił ten pierdolony kamień, że zrobił to teraz, nie później, nie dużo później, gdy dziura między dwoma światami byłaby tak wielka, że obydwa ścierałyby się między sobą w bezustannej walce (i gdy potrzeba byłoby więcej niż jednego młotka i metalowego bloku). Udało się. Udało się. Udało się. Udało się. Patrick patrzył na zasklepiającą się szczelinę, na porastające wokół niej pnącza, ciągle powtarzając sobie to samo krótkie zdanie: Udało się. Udało się, nawet jeśli Voldemort zdążył się nachłeptać mocy. Odwrócił głowę w stronę odzywającej się Mavelle. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili zamknął je bez wypowiedzenia choćby jednego zdania. Nie miał sił na to, by zastanawiać się, czy mogli zrobić coś więcej, co więcej, szybciej i jak. Udało się. Udało się. Udało się. Patrick poczuł się zmęczony. Tak bardzo zmęczony, że upadł na kolana. Nie wiedział, czy bardziej chodziło o fizyczne wyczerpanie czy o to, co właśnie działo się z jego głową. O wszystkie te nieprzyjemne myśli, które teraz wielką falą zaczęły zalewać umysł. Myślał o dziadkach i o wujku, o trójce ludzi, którzy szczerze go kochali i zestawiał ich twarze z wizją ojca, która stanęła tej nocy na jego drodze. Udało się. Udało się. Udało… Słyszał krzyki Victorii, ale nie miał sił, by jakoś na nie zareagować. Jeśli Atreus już tu był to najważniejsze, żeby nie dał się pochłonąć ogniowi. Jakoś się potem wydostaną. Jak już przestanie być taki zmęczony. Teraz myślami błądził przy ojcu, nagle czując, że chciałby mu wiele powiedzieć. Nie, nie o tym jak dorastał, jak się wstydził, jak zawsze czuł oszustem. Chciał wyjaśnić, że chodziło tylko o służbę Grinewaldowi, że byłby dumny ze swoich rodziców gdyby się tylko wyrzekli, że tylko o to chodziło. I najlepiej, żeby babcia miała rację, żeby dziadek i wujek się mylili, że wystarczyłoby mu nawet, by ojciec skłamał. Patrick nie zorientował się, gdy stracił przytomność. Koniec sesji
|