Secrets of London
[lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć (/showthread.php?tid=1761)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Mavelle Bones - 23.09.2023

Miała jakieś niedobre przeczucie. I nawet nie chodziło już o to, że nie ma szans na to, iż Arrow się oświadczy, tylko te dziury w pamięci, to gonienie własnego ogona, niepewność wspomnień? Nie wyglądało to dobrze.
  Bardziej, jakby… jakby coś wymazało jej fragmenty pamięci, ale... czy w ogóle dało się komuś odebrać jego wspomnienia?
  Kobieta powinna mieć dumę.
  Zerknęła w stronę matki, rozważając coś. Wolał inną. Zazdrość i desperacja, to były całkiem potężne uczucia, na tyle potężne, żeby próbować zdobyć coś za wszelką cenę. Tylko, czy to o to chodziło?
  Czy mogło o to chodzić? Czy to naprawdę mogłoby być możliwe? Bo też nie widać było, żeby Anne bardzo, bardzo mocno uderzyła się w głowę; od tego coś się czasem mogło pomieszać, zdaje się.
  Zawahała się, zaciskając lekko palce na dłoni Anne. Czy powinna pójść tam z siostrą? A może jednak: powinna podejść sama do Marianne i spytać się jej, o co tu we wszystkim chodzi? Albo porozmawiać z kimś innym, zapytać o tym, co sądzi o danej sytuacji, o to, co dalej robić…? Tylko kto to mógłby być? Bo matka nie zdawała się jednak odpowiednią osobą do takich rozważań. Zauważyła dziwność własnej córki, ale…
  - Dobrze, chodźmy do Marianne – zgodziła się cicho, wstając powoli – Zaraz wrócimy, mamo – obiecała. To tylko trzy kajuty dalej, tak?


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Atreus Bulstrode - 23.09.2023

- A co jeśli granie rycerza okaże się kluczem do naszego zwyciestwa - zapytał podchwytliwie, spoglądając na brata z lekkim, szelmowskim uśmiechem czajacym się w kącikach ust. Może powinien czuć się urażony faktem, że brat zwyczajnie oskarżał go o zdradę, ale z drugiej strony był gotowy zwyczajnie podłożyć mu nogę, jeśli oznaczało, że brat nie wygra. Remis w takich warunkach wydawał jedynym akceptowalnym rozwiązaniem, a gdyby Mark miał mu to za złe, cóż, nie pierwszy nie ostatni raz, ale przecież byli braćmi, wybaczali sobie takie rzeczy.
Wystarczyło spojrzenie.
Widział ją już wcześniej, bo rpzecież trudno było, żeby po takim czasie przynajmniej raz nie minęli się gdzieś. Kiedy ją jednak zobaczył, dziwne uczucie uderzylo go nagle. To przeczucie, że to o niej cały czas do tej pory nawijał Mark. Że to ona była jego celem. Mimowolnie otaksował ją spojrzeniem, jakby w wyglądzie dopatrując się czegoś, co wywołało w nim tak okropną chęć chronienia ją. Tak obcą, tak... nie jego? Może w jakiś dziwny sposób, kiedy tak mijali się dzień w dzień na statku, coraz bardziej wpadała mu w oko, a on nawet nie zwrócił na to uwagi? Może to był ten moment opisywany w książkach, kiedy widziało się miłość swojego życia?
Nieco zmieszany przeniósł spojrzenie na towarzyszącego jej mężczyznę, jego akurat kojarząc o wiele lepiej. Typ, który nigdy nie chciał grać w karty, a jednocześnie czaił się przy stolikach, niczym szczur dopatrując się okazji, szukając przewagi by może kiedyś dzięki temu ugrać cos dla siebie.
Atreus poprawił mankiety, spoglądając na brata kątem oka, już w o wiele bardziej naturalny dla siebie sposób. O wiele bardziej bezczelnie.
- Bierz go tygrysie - odpowiedział równie cicho i skrycie, obserwując parę, chcąc wiedzieć gdzie właściwie zmierzają.


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Norvel Twonk - 26.09.2023

Atreus, Brenna


Mark westchnął cicho pod nosem. Posłał bratu nieszczególnie pewne swojego spojrzenie.
- To miały być proste pieniądze – rzucił. – Jeśli myślisz, że ślub z tą księżniczką dałby ci dostęp do bogactwa, to za przeproszeniem, ale powinieneś ożenić się z jej mężem – zagderał, ale nie ciągnął już tego tematu dalej.
Nie, bo natrafili akurat na Brennę i Neville’a. Nie, bo temat pieniędzy był mu zawsze o wiele bliższy niż jakichkolwiek miłostek. Nie, bo Atreus rzeczywiście zamierzał spróbować swojego szczęścia u schodzącej po schodach kobiety.
Mark wyprzedził brata, rzucając mu ostatnie spojrzenie z gatunku: tylko tego nie zepsuj, proszę, a potem posłał szeroki uśmiech Neville’owi.
- Dobry wieczór. Jaka niespodzianka. Czyżby państwo również wybierali się na bal? – zapytał, główną uwagę kierując ku mężczyźnie.
- Niech zgadnę, poznał pan to po smokingu i sukni mojej żony? – odpowiedział niecierpliwie Sedley. – Ale nie. W tej chwili szukamy naszej córki. Wyszła z nianią i jeszcze nie wróciły. Przed balem wolelibyśmy z nią porozmawiać – prosta, dość dyplomatyczna odpowiedź, ale Neville prędzej dałby się oskórować, niż wyjaśniłby, że zgubili córkę.
- To może pomożemy? – zaproponował Mark. – We czwórkę będzie łatwiej. Ja pójdę z panem, mój brat może pójść z panią Sedley. Co państwo na to?
Neville zmarszczył czoło. Z jednej strony kompletnie nie uśmiechało mu się angażowanie dwójki obcych mężczyzn, z drugiej Mark Cavendish miał rację: im więcej ich szukało Maddie, tym szybciej ją odnajdą.

Mavelle


Skóra Anne była zimna w dotyku, niemal lodowata. Siostra posłała Mavelle wdzięczny uśmiech. Wyraźnie ucieszyło ją, że ta stanęła po jej stronie. Podniosła się ze swojego miejsca. Zakołysała lekko i zamrugała szybko powiekami.
- Obiecajcie mi tylko, że za moment wrócicie – rzuciła matka. Pokręciła przy tym głową, jakby naprawdę nie rozumiała, dlaczego w życiu dwóch młodych panien na wydaniu, ważniejsze było ganianie się za trzecią panną, choćby i porzuconą przez niewiernego kochanka, a nie strojenie się na bal.
Anne wyszła z kajuty pierwsza i od razu skierowała się do kajuty Marianne Fawley i jej matki. Ale ku zdumieniu Mavelle, wcale nie zapukała – a od razu nacisnęła na klamkę i otworzyła drzwi.
A w środku? Cóż, z pewnością to nie był widok, którego jakakolwiek racjonalna kobieta powinna się spodziewać. W środku Mavelle dostrzegła ślady po walce. Na jednej ze ścian był niewielki rozbryzg z krwi. Zobaczyła również, że na krześle na wpół siedział, na wpół leżał jakiś mężczyzna z raną głowy. Z boku wyglądał na nieprzytomnego.
Ale najdziwniej zachowywała się w tym wszystkim Anne. Nie krzyczała, nie panikowała, nie dostała histerii. Po prostu minęła go, jakby wcale nie zobaczyła i podeszła do łóżka. Na tym leżała Marianne Fawley. I wyglądała strasznie. Była równie nieprzytomna co raniony mężczyzna, ale na rękach miała głębokie ślady po cięciach. Wyglądała tak, jakby ktoś wyciągnął ją z wanny i położył na łóżku.
Anne usiadła przy niej.
- Biedna. Biedna Marianne – powiedziała. – Potrzeba więcej energii.

Tura trwa do 29.09.2023 roku do godziny 21.00



RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Brenna Longbottom - 26.09.2023

Brenna drgnęła i poderwała głowę, kiedy usłyszała głos Marka. Utkwiła na moment spojrzenie w mężczyźnie i pobladła nieco, uświadamiając sobie, że ten zaczepia jej męża. Bardzo chętnie zamieniłaby z nim kilka słów, ale nie wtedy, gdy tuż obok był Neville i może też nie w chwili, w której szukała córki. Prześladowała ją myśl, że zasilanie faktycznie przestanie działać i Maddie zostanie samotna w ciemnościach. A i wiedziała, że jeśli szybko nie odszuka dziewczynki, Neville nie będzie zadowolony. Póki nie zejdą ze statku, nie miała szans przed nim uciec. I po prostu... nie chciała, żeby patrzył na nią z pogardą.
Nieco nerwowym gestem roztarła dłonie, na moment zapominając nawet o tej dziwnej myśli na schodach. A kiedy Mark zaproponował, że on pójdzie z jej mężem, nie była pewna, czy jest bardziej rozczarowana, czy zaniepokojona. Dlaczego chciał iść z Nevillem, nie z nią?
Nie odezwała się, nie wtrącała, jak przystało na dobrą żonę, czekając na decyzję męża. Wiedziała przecież, że nieważne, co by powiedziała - czy że woli iść z nim, czy że pójdzie chętnie z bratem Marka albo z samym Markiem - szybko wbiłby szpilkę, sugerując, że postąpiła niewłaściwie. Albo zignorowałby ją, jak wiele razy przedtem.
Oderwała spojrzenie od Marka, na moment przenosząc je na jego brata. I omal nie zapytała, czy się przypadkiem nie znają. Głupota, bo przecież oczywiste, że na statku minęli się przynajmniej kilka razy, ale poza tym nie, absolutnie się nie znali inaczej niż z widzenia, nie wymienili ze sobą ani dwóch słów. Może po prostu przypominał jej Marka?
- Mhm - mruknęła, zdając sobie sprawę z tego, że przypatrywała się mu chwilę za długo i przypominając sobie o Maddie. - Sprawdzę tutaj - powiedziała po prostu, ostatecznie przestając czekać, co zdecyduje mąż. Czy sam za nią pójdzie, czy poślę któregoś z braci, na to nie miała już wpływu. Ale sama po prostu ruszyła, chcąc jak najszybciej oddalić się z tego miejsca, bo obecność tych trzech konkretnych mężczyzn tuż obok, to było dla niej trochę za wiele.


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Mavelle Bones - 27.09.2023

Zimna. Dlaczego skóra siostry była tak zimna? Przy czym Anne nie sprawiała wrażenia, żeby zmarzła? Żadnego owijania się czymkolwiek się dało, żadnego szczękania zębami – nic. A jednak… jednak tak nieprzyjemnie zimna, aż się wewnętrznie wzdrygnęła.
  - Tak, zaraz wrócimy, mamo – obiecała krótko. Och, gdyby tylko wiedziała, co zaraz ujrzy… To zapewne byłaby mądrzejsza i wcale a wcale nie zgodziłaby się na tę małą wyprawę.
  - Nie zimno ci przypadkiem? – spytała siostrę, dość cicho, po kilku krokach od wyjścia z kajuty. Cała ta sytuacja coraz bardziej ją niepokoiła – a najgorsze, że średnio, w zasadzie wcale, miała pojęcie, co się mogło wyprawiać. A to, co podpowiadał cichy głosik w głowie, jawiło się jako najzwyczajniej w świecie nie-mo-żli-we.
  Zatrzymała się w progu kajuty; głośny krzyk nie potoczył się po pokładzie chyba tylko dlatego, że zasłoniła sobie usta dłonią; drugą musiała się podeprzeć o framugę. Wpatrywała się szeroko otwartymi oczyma w to, co właśnie widziała. Ślady walki. Krew. Nieprzytomny (?) mężczyzna na krześle, ranny. Marianne na łóżku, z pociętymi rękoma – co już nasuwało mocno konkretne skojarzenia. A w tym wszystkim…
  … Anne, doskonale obojętna na cały ten „obrazek” i chrzaniąca coś o energii. Energii! Fawley z takimi rękoma mogła być już chyba tylko trupem, a jeśli nie: to potrzebowała lekarza!
  Raz, dwa, trzy. Wdech. Wydech.
  Choć może faktycznie najprościej byłoby wrzasnąć wniebogłosy i ściągnąć, kogo się da, tylko, tylko… Czy przypadkiem jej własna siostra nie miała z tym czegoś wspólnego?! Najprostsza droga do skandalu, a choć matka niewątpliwie sobie życzyła, by zwrócono na nie uwagę, to jednak nie taką uwagę!
  - Co się tu... – zaczęła dość słabym głosem, urwała. Nie. Nie było czasu na rozmowy, jeszcze ktoś je nakryje; jeszcze ktoś wymyśli, że to one są temu wszystkiemu winne! - Wychodzimy stąd – wyrzuciła z siebie, cofając się krok. Dwa. – Natychmiast. Anne, chodź, same im nie pomożemy – wyciągnąć stąd siostrę, pod pretekstem, a potem, potem… Nie, nie mogła jej pozwolić sobie towarzyszyć, nie mogła (nie chciała) zostawić jej też bez opieki. Niemniej, przede wszystkim musiała ją stąd wyciągnąć… tylko czy posłucha?


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Atreus Bulstrode - 27.09.2023

Atreus niestety obawiał się, że nie był w typie męża Brenny. Nie na tyle, by ten zaoferował mu małżeństwo i podzielenie się swoim ogromnym majątkiem. A szkoda, bo ten chętnie przytuliłby jeszcze trochę więcej pieniędzy i nie martwił się już o nic do końca swojego życia.
Uśmiechnął się do Marka przelotnie, ale niewątpliwie głupio, kiedy ten posłał mu ostatni uśmiech, zanim uderzył do Nevilla, zagadując go jak gdyby nigdy nic. Atreus przez moment obserwował mężczyznę, zanim nie przeniósł spojrzenia na jego żonę, a wtedy skinął jej głową, widząc że sama na niego patrzy.
- Proszę się nie martwić, panie Sedley. Co dwie głowy, to nie jedna, a co dopiero cztery. Raz dwa znajdziemy pana córkę - uśmiechnął się jeszcze grzecznie do Sedleya, kiedy Brenna wyminęła go, ruszając na poszukiwania swojej pociechy. Sam więc odwrócił się, ruszając za nią nieśpiesznie, a przynajmniej chcąc tak wyglądać dla jej męża, bo zakładać że gdyby rzucił się za nią w te pędy, to nawet ktoś głupi mógłby się zorientować, że coś jest na rzeczy. Po paru krokach, zrównał się z nią, a po jeszcze kolejnych, kiedy zwiększyli dodatkowo dystans od Marka i jej męża, wreszcie się odezwał.
- Pani córka - zaczął, spoglądając na jej twarz. - Jak się nazywa? - skoro już mieli jej szukać, to mógł chociaż udawać, że robi to trochę rzetelnie. - Przepraszam, ale mój brat wspominał mi o pani i miło wreszcie dopasować twarz do imienia. Aż dziw, że potrzeba było takiego przypadku, żebyśmy wreszcie mogli porozmawiać. Mam na imię Atreus, miło mi. - uśmiechnął się do niej życzliwie, wyciągając do niej dłoń, a gdyby ona podała mu swoją, zwyczajnie pochyliłby się, żeby ucałować ją delikatnie w jej wierzch.


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Norvel Twonk - 28.09.2023

Brenna, Atreus


Neville stał ze zmarszczonym tonem i patrzył jak Brenna zaczęła się od niego oddalać a za nią podążył Atreus. Wyglądał na spiętego i nieszczególnie zadowolonego z obrotu sytuacji, która właśnie miała miejsce. Być może Mark Cavendish ocenił go trafnie, gdy uznał, że największą ujmą na jego honorze będzie raczej sugestia utraty reputacji niż rzeczywista zdrada małżeńska.
Brenna i Atreus usłyszeli jeszcze przyjazny głos Marka, gdy mówił do Neville’a, że powinni pójść w drugą stronę, bo dzięki temu przeszukają większy obszar statku.
Schodząc po schodach Atreusa uderzył w nos ostry zapach soli morskiej, Brennie zaś wydawało się, że słyszy dźwięk trzeszczącego masztu? Jakby się łamał pod naporem szalejącego sztormu? Wyminęli kilka śpieszących na górę ku restauracji, w której miał się odbyć bal par. I znowu Atreusa uderzył w nos ten dziwny zapach, jakby mieszanina soli morskiej i starych glonów? A potem, prawie się pośliznął, bo przez ułamek sekundy był przekonany, że ogromny, kryształowy żyrandol kołysze się ostrzegawczo a te bogate schody są przegniłe i śliskie od wody?
I mniej więcej w tym samym momencie Brenna dostrzegła Maddie. Córka siedziała przykucnięta przy jednej z kolumn w atrium i obserwowała z zainteresowaniem wchodzących do środka ludzi. Jej ulubiona przytulanka leżała tuż obok niej, obok parasolki.

Mavelle


Anne patrzyła na Marianne pusto. Rzeczywiście zdawała się zachowywał kompletnie nieadekwatnie do sytuacji. Ba, jeśli nawet nie do sytuacji, to nawet do tego, jak zazwyczaj zachowywała się skłonna do przesadyzmu i lubująca się w plotkach Anne.
Pokręciła głową.
- Potrzeba więcej energii – powtórzyła z uporem. – Ja… ja nawet nie wiem co to oznacza. Och, Marianne, byłyśmy takie same. Obie chciałyśmy tylko miłości – wyszeptała i przez parę uderzeń serca, zachowywała się niemal tak, jak powinna. Uniosła rękę i przyłożyła ją do ust, by stłumić cichy szloch.
Światło zamigotało. Drzwi do szafy uchyliły się i Mavelle zobaczyła tam coś dziwnego. Coś absurdalnie dziwacznego: w środku wcale nie było sukienek, halek i innych damskich rzeczy. To znaczy były, ale nie tylko i nie zajmowały aż tak wielkiej części garderoby, jak powinny. Po pierwsze wnętrze szafy wydawało się o wiele większe niż powinno być. Po drugie, w środku był kocioł i schowana w klatce sowa. Po trzecie znaczną część zajmowało więcej dziwnych, dziwacznych przedmiotów, które może można by i było znaleźć w jakimś sklepie z badziewiem ezoterycznym, ale najwyraźniej właścicielki tej menażerii traktowały to wszystko nad wyraz poważnie.
W nos Mavelle uderzył zapach słonej wody, gnijących ryb i wodorostów. Światło w kajucie zamigotało. Anne otrząsnęła się z łkania i znowu siedziała nieruchomo na łóżku, obok Marianne. Ona chyba na coś czekała?

Tura trwa do 30.09.2023 roku do godziny 21.00



RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Brenna Longbottom - 28.09.2023

- Maddie. Ma na imię Maddie - powiedziała i obawa znów narosła, na moment przyćmiewając lęk przed myślą o tym, że Neville i Mark teraz rozmawiają i zakłopotanie, jakie odczuwała przez całą tę sytuację. (Bo chyba była kobietą upadłą. Ledwo co myślała nie o mężu, a o Marku, a teraz zdawało się jej, że wolałaby jednak trzymać za rękę nie jego, a jego obcego sobie brata? Mogła sobie wyobrazić, co powiedziałaby matka.) Ten strach był na pewno irracjonalny, bo ostatecznie byli na statku, nie w najmroczniejszych zaułkach Londynu, ale być może po prostu cały stres związany z tym, że planowała zostawić męża, wytrącał ją z równowagi. Przecież małej nic nie groziło. Nikomu nic nie groziło.
Podała mu dłoń. W pierwszej chwili nie tak, jak powinna, czyli faktycznie do pocałunku, a po prostu po męsku, i dopiero po sekundzie zdała sobie sprawę z tego, co robi i dość niezręcznym gestem ułożyła dłoń poprawnie.
A potem zamarła i zadarła nieco głowę, jakby mogła stąd zobaczyć maszt, choć było go przecież niemożliwe. Nie było sztormu. Nie było żadnego sztormu, więc...
- Słyszał to... - zaczęła, ale urwała. Nie słyszał. Oczywiście, że nie słyszał, skoro ludzie wokół nich tak spokojnie szli na bal. Nikt nie zachowywałby się w ten sposób, gdyby usłyszał coś takiego. Najpierw schody, teraz ten maszt. Może była przemęczona stresem.
A może oszalała. I Neville zabierze jej Maddie, a ją gdzieś zamknie.
Przez chwilę stała po prostu, próbując pochwycić ten dźwięk, ale gdy nic się już nie stało, ruszyła dalej. I kiedy zobaczyła Maddie, dokładnie tam, gdzie się jej spodziewała, przyspieszyła tak mocno, jak tylko mogła, nie biegnąc.
- Maddie, moje maleństwo. Gdzie twoja niania? - spytała, podchodząc do niej. Pochyliła się i oparła dłoń na ramieniu dziewczynki.


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Atreus Bulstrode - 29.09.2023

Przytrzymał jej dłoń, może odrobinę za długo, jakby rozleniwiając się w tym całym geście, kiedy poczuł dziwną satysfakcje z niego płynącą. Bynajmniej jednak chodziło o zadanie, jakie dostał od Marka, ale o coś o wiele dla niego dziwniejszego. jakby samo jej ciepło, kiedy tylko dotknęło jego skóry i przeniknęło głębiej, odczuwał jakoś bardziej.
- Słyszał...? - zmarszczył brwi, bo akurat do jego uszu zdawało się nie docierać niczego dziwnego. Co innego, jeśli chodziło o zapachy. Atreus zmarszczył nieco nos, rozglądając się dookoła, kiedy uderzył go zapach soli i glonów, jakby nagle nie byli na luksusowym jachcie tylko starej, rozklekotanej łajbie, którą ktoś wyciągnął z samego dna morza. Starał się jednak nie zostawać w tyle i w sumie starał, to bardzo dobre określenie, bo szło mu całkiem nieźle póki żyrandol nie zakołysał się niebezpiecznie, a on nie poślizgnął się na schodach.
Złapał się barierki, przez moment absolutnie przekonany, że te schody są całe mokre od wody. Kiedy jednak złapał na nowo pion, wyścielający je dywan był suchutki, a cała konstrukcja zdawała się solidna jak zwykle. Zszedł z ostatniego stopnia, na moment przystając i oglądając się przez dłuższy moment na całe atrium. Na schody, na żyrandol, który wcale się nie kołysał niebezpiecznie i tkwił w miejscu dostojnie jak zawsze.
Odwrócił się i poszedł za Brenną, przystając obok niej i jej córki, obdarzając dziewczynkę krótkim, przyjacielskim uśmiechem.
- Twoja mama strasznie się o ciebie martwiła, młoda damo. Zobaczyłaś coś ciekawego, jak tak tutaj siedziałaś? - zagadał do niej swobodnie, trochę nie wiedząc co właściwie powinien zrobić w tej sytuacji innego.


RE: [lato 1972] Przyjdzie bal, przyjdzie śmierć - Mavelle Bones - 29.09.2023

Zaczynała się bać. Bać własnej siostry, tego, że ktoś tu przyjdzie i oskarży je o morderstwo czy też jego próbę (nieważne, że jej własna sukienka nie miała na sobie ani kropli krwi, która by wskazywała winowajcę – znaczyły jedno, wielkie nic, więc co za problem zrzucić na nie winę? Ale w sumie i tak bardziej bała się Anne. I o Anne).
  - Anne. Chodź. Do. Mnie – powtórzyła z uporem, wchodząc w końcu za próg. Krok. Dwa. Przełknęła ślinę, zerkając na mężczyznę na krześle, rozważając przy tym wyciągnięcie stąd siostry przemocą.
  Wzdrygnęła się, gdy zamigotało światło, a do tego szafa… dlaczego to się otworzyło?! Ki pieron, co to, jakieś przejście do Narnii? Tak bardzo to wszystko nie miało sensu – w zasadzie sowa w klatce z tego wszystkiego była najmniej dziwną rzeczą (skoro trzymało się papugi w klatce, to równie dobrze można było mieć i taką fantazję), co nie zmieniało faktu, że zawartość szafy zdawała się zupełnie nie pasować do tego, co można było dostrzec z zewnątrz. Nawet nie trzeba było żadnych przyrządów, żeby stwierdzić, iż rozmiar „wewnątrz” zupełnie nie przystawał do „zewnątrz”.
  Słona woda, gnijące ryby i wodorosty. Skąd ten zapach? Woda – jeszcze, w końcu były na morzu. Ale zgniłe ryby? Wodorosty? To akurat coś, co nie powinno docierać tutaj. Nie powinna tego czuć. Kolejne kroki poniosły już w stronę szafy, nawet nie była pewna, dlaczego. Ezoteryczne badziewie? Może, ale jakoś to takie… czy słyszała w ogóle, żeby Marianne zapewniała tego rodzaju rozrywkę wśród pasażerów? Jakby się postarała, to z pewnością niejednego (a raczej: niejedną) naciągnęłaby na całkiem ładną sumę, w zamian za pomyślną wróżbę.
  - Anne, proszę cię, rusz się – ponagliła siostrę, oglądając się na nią. No zamieniła się chyba w jakąś wariatkę, jak nic. Energia, miłość, siedzenie na łóżku w posągowym wręcz bezruchu i strach pomyśleć, co jeszcze zaraz jej do głowy strzeli! – Albo cię stąd wyciągnę – dodała zaraz, dając wybór: wychodzi z własnej woli lub zostanie wyciągnięta.
  Trzeciej opcji nie przewidywała.