Secrets of London
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Loretta Lestrange - 02.10.2023

Omiatało ją zwolna fatum, które ściągnęła na siebie nieprzejednanie; jak te deszcze majowe, skraplające się na subtelnych i okrutnych płatkach piwonii; westchnięcie opuściło spętane wargi, zaciśnięte w wąską linię. Nie powinna była się tu pojawiać – choć od jej powrotu na londyńską kostkę brukową minął miesiąc, wciąż czuła się obco. Zupełnie jakby dłonie nieznanej siły odjęły ją od półświatka, skazując na bezwzględne wykluczenie. Wiedziała, że jej obecność sprowadzi salwę szeptów i nieprzychylnych spojrzeń, nie przejmowała się tym jednak nader – uniosła wysoko podbródek, mrużąc nieznacznie sarnie oczy – pomimo letniej pory, po jej ramionach spływały spienione fale peleryny, której kaptur rzucał się cieniem na oblicze, zakrzywiając jego kształty, czyniąc ją nieomal nierozpoznawalną.

Dopiero gdy przecisnęła się przez ciżbę – tę wesoło plotkującą, oddającą się towarzyskiej rozpuście – uniosła niepewne, drżące jeszcze dłonie, aby pozwolić kapturowi opaść na ramiona, ukazując w pełnej krasie jej wysokie kości policzkowe i krwiste usta. Wyraźnie schudła; policzki zapadły się lekko, piegi wybijały ponad biel skóry, a wargi barwione pozostały niezmienne; potrząsnęła subtelnie głową, w rytm czego czarne pukle zakołysały się na wietrze.

Ameryka zjadła ją od środka.

Początkowo chciała jedynie uciec – daleko i nieodwracalnie. Nie powiadomiła o swojej życiowej absencji nikogo, Louvaina pozostawiając jedynie ze skromnym listem, barwionym prośbą, aby się nie zamartwiał. Lecz im dalej brnęła w swoiste towarzystwo, im silniej myślała i szukała siebie, przez jej myśli przewijał się jedynie Leander Yaxley. Szukała go przez mnogość nocy; poranek zastawał ją nieśpiącą, a noce ubierały w swoją rozgwieżdżoną szatę.

Zemsta smakowała najpyszniej.

Zniszczyła go, łamała palec po palcu, uderzała niewybaczalnymi zaklęciami bez zawahania, chciała aby ognie piekielne go strawiły, aby został niczym i z niczym. Nie przyniosło to jednak słodyczy triumfu, a im dalej się posuwała, tym większy mrok i smutek ogarniały drgawkami jej ciało.

Leander Yaxley przez długi czas będzie się budził okryty kropelkami potu, z jej imieniem zamierającym na ustach.

Omiotła wzrokiem całą salę, wyłapując multum znajomych twarzy; ona sama prezentowała się nienagannie, chociaż niektórzy mogliby stwierdzić, że jak pierwsza lepsza kurwa – poza tym, że schudła, o czym szeptały rysy twarzy, pozostała nieodzowną sobą.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Erik Longbottom - 02.10.2023

Piękne podsumowanie, Philipie. A już miałem wymyślać na poczekaniu fascynującą opowieść o tym, jak Srebrne Różdżki musiały cię odbić z gniazda czarnoksiężników, ale gdy już tam dotarliśmy, okazało się, że sam sobie poradziłeś, tym samym dołączając do naszych szeregów — wyrzucił z siebie na jednym wdechu Erik, niemalże zawiedziony tym, jak bardzo ich znajomość została spłycona na poczet tej konwersacji. Nie, żeby były tam jakieś niedopowiedzenia. Raczej fakty. Same, suche fakty. — Myślę, że reporterzy pokochaliby tą wersję historii. Może kółko aktorskie w Hogwarcie wystawiłoby na ten temat sztukę w przyszłym roku szkolnym?

Erik wprawdzie nie miał pojęcia, kto obecnie zajmował się organizacją takich przedsięwzięć w murach Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, jednak wiedział jedno: wielkie, rozbuchane historie się sprzedawały. Między innymi dlatego „wystawienie Erika Longbottom na sprzedaż przez jego siostrę” brzmiało dla pismaków dużo bardziej zachęcająco niż „burzliwa licytacja kolacji z brygadzistą Longbottomem”. Na tym postanowił zakończyć swój wywód, kiwając uprzejmie głową Laurentowi na powitanie, aby koniec końców uścisnąć jego dłoń.

Miejmy nadzieję, że przyjdzie nam niedługo porozmawiać w mniej kontrowersyjnych okolicznościach — odezwał się do Prewetta z dokładnie wyważony, uprzejmym uśmiechem. — Najlepiej gdzieś, gdzie nikt się zaraz nie będzie strzelał zaklęciami bez opamiętania.

Inni mogli postrzegać to przedstawienie, jako spotkanie towarzyskie i okazję do tego, aby wymienić się kilkoma gorącymi plotkami, jednak Erik widział to nieco inaczej. W klatce – arenie – miały zmierzyć się dwa lwy – Louvain i Philip – a publiczności zależało przede wszystkim na tym, aby się dobrze bawić. I zapewne mało kto poza głównymi pojedynkującymi się i ich sekundantami nie był szczególnie zainteresowany tym, jaki koniec końców będzie wynik ich potyczki, tak długo, jak będą się dobrze bawić przy drogim alkoholu. Erik z trudem powstrzymał się od głębokiego westchnięcia. Czy jeśli jego własna sława jeszcze wzrośnie, to będzie musiał też znaleźć sobie jakiegoś rywala, z którym będzie mógł się potyczkować ku uciesze gawiedzi?

Pojawienie się Eden na widowni nie umknęło uwadze Erika, który wyłączył się z rozmowy, tylko po to, aby rozejrzeć się, czy przypadkiem nie towarzyszy jej Elliott. Tak jednak nie było. Może zagubił się gdzieś w szatni? Lub został z tyłu? Nie miał pojęcia, ale i tak [u]uniósł dłoń w geście powitania, co by pozdrowić blondynkę. Co jak co, ale nie powinna mieć problemu z tym, aby go dostrzec. Takich gigantów ciężko było przeoczyć.

Powodzenia, Philipie. I obyś ich nie potrzebował — odezwał się na odchodne, gdy Lestrange i Nott koniec końców zostali zmuszeni do tego, aby oficjalnie rozpocząć widowisko.

Tymczasem Erik został w okolicy trybun, czujnie obserwując. Starał się nie myśleć o tym, co się stanie, jeśli faktycznie przyjdzie mu zająć miejsce Philipa na arenie.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=kuYsegN.png[/inny avek]


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bell Dupont - 03.10.2023

Kiwnął głową. Oczywiście prawdziwych przyjaciół poznawało się w biedzie, wyglądało więc na to, że ten pojedynek stanie się idealnym testem dla tego stwierdzenia. Z całą pewnością Bell mógł być spokojniejszy o swojego przyjaciela, wiedząc, że osoba, która miała mu pomagać, została mu polecona. Znaczyło to, że nie był to byle kto.
   – Barwne historie pozostawcie na później, na pewno się przydadzą, gdy już wygrasz ten pojedynek Philipie – powiedział. I wiedział, że Erik się nie mylił, jeśli chodziło o historię i miłośników takowych. Któż nie lubił barwnych i emocjonujących opowieści, a im bardziej podniosłe były, tym lepiej się sprzedawały. Co tu się oszukiwać, sam Bellamy uległby tego rodzaju historiom, skoro jego własna nie należała do szczególnie ciekawych.
   – Powodzenia Philipie, postaram się wmieszać w tłum – dodał, obdarzając go lekkim uśmiechem.Miło było cię poznać, Eriku, mam nadzieję, że uda nam się kiedyś porozmawiać dłużej, w nieco bardziej sprzyjających okolicznościach – skłonił się lekko w stronę Longbottoma, po czym ruszył w stronę rozemocjonowanej ciżby. On sam z całą pewnością nie podzielał aż takiego entuzjazmu, bo chociaż pojedynki rzeczywiście stanowiły wyjątkową rozrywkę, to nie uważał, by były dobrym sposobem rozwiązywania jakichkolwiek sporów.
   Nie udało mu się ujść zbyt daleko, gdy jego oczom ukazała się znajoma, aczkolwiek mocno zniekształcona sylwetka. Od razu rozpoznał kobietę, nawet jeśli wychudzoną, to ciągle sprawiającą mocne wrażenie. Pewnych rzeczy nie dało się bowiem zniszczyć ani zakamuflować, więc Lorettę rozpoznał od razu, gdy jego oczy na niej spoczęły.
   – O proszę, gwiazda tego przedstawienia w końcu się pojawiła – powiedział cicho. Nie był głupi, wiedział, że kobiecie zależało na tym, aby nie ściągnąć na siebie uwagi. A przynajmniej nie w tym momencie. Domyślał się bowiem, że nie mogła ona żyć bez atencji, wiedział jednak, że tę chciała przyciągać na swoich własnych warunkach.
   – Nie sądziłem, że się tu pojawisz – mruknął, krzyżując ręce na piersi i spoglądając na ciemnowłosą. – Ostatnie dni chyba niezbyt ci służyły. Nie miej mi tego za złe, wciąż zjawiskowo, ale nie jak ty – dodał. Nie wiedział, co wydarzyło się w jej życiu, więc nie miał pojęcia, co mogło być powodem takiego jej stanu.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Philip Nott - 03.10.2023

Dlatego właśnie przedstawimy tę fascynującą opowieść prasie, jak zapytają nas o to samo. Nasi fani również ją pokochają. Obejrzałbym takie przedstawienie. — Odpowiedział z rozbawieniem Erikowi. Bellowi mógł przedstawić prawdę odnośnie tego jak to się stało, że Erik został jego sekundantem. Dziennikarze z zasady nie chcieli przedstawiać światu prawdy odnośnie znanych osobistości świata czarodziejów, a fani nie chcieli jej poznawać. Im bardziej niezwykła albo im bardziej skandaliczna historia, tym lepiej. To się sprzedawało. Jako, że jego matka jest emerytowaną aktorką, prowadzącą warsztaty dla młodych aktorów, to nieraz oglądała występy szkolnego koła aktorskiego. Tak poszukiwało się młodych talentów i przyszłych gwiazd estrady.

Świat czarodziejów wydawał się mu momentami bardzo mały pod wieloma względami. Zupełnie jakby wszyscy wydawali się ze sobą znać. Mniej lub bardziej. Nie pierwszy raz przekonywał się o tym, że Laurent i on mieli wspólny krąg znajomych albo znajomych. To było coś, co nie powinno w tym momencie zajmować jego myśli, skupionych jak dotąd wokół tego pojedynku i widowiska, które zamierzał urządzić.

Gdybym opowiedział Ci o tajnych taktykach to one przestałyby być tajne. Nie dopuszczam się niecnych sztuczek. — Odparł z rozbawieniem w głosie. Stanowiło to dla niego pewną świętość. Zamierzał wygrać ten pojedynek całkowicie uczciwie. Nie spodziewał się tego samego po swoim rywalu, pozostającym w jego mniemaniu do zrobienia wszystkiego. Zwłaszcza po przegraniu tego pojedynku. Tego nie zamierzał mówić Laurentowi. — Nie musisz się o to martwić. Nie powiemy Atreusowi. — Zapewnił go zanim Laurent postanowił się oddalić i zająć miejsce obok wróżbity, do którego tak lubiła chodzić jego matka.

Jak to mówią... niech wygra lepszy. — Zwrócił się do nich z uśmiechem. Przed wejściem na arenę pozostawił w rękach Bella swoją pelerynę, z zamiarem odebrania jej po skończonym pojedynku. Po drodze na arenę dostrzegł kobietę określaną przez niego mianem jadowitej tentakuli, teraz wyraźnie uschniętej.


Postać opuszcza sesję



RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Loretta Lestrange - 05.10.2023

Boże, przecież mogła zostać za sztywnymi kotarami mieszkania zdezelowanego przez artystyczne podrygi, zasunąć sowicie rolety i odciąć od niesnasek świata – może coś stworzyć, w intensywnych emocjach zawsze tworzyła, gdyż te obrazy wychodzące spod jej pędzla były najprawdziwsze. Mogła zakląć w nich wszystkie gorejące, negatywne emocje targające podwalinami umysłu, a jednak postanowiła wybrać się na słynny pojedynek o jej godność. Mimo wszystko, spoglądanie na wyrachowanych snobów, do których w końcu się zaliczała, sprawiało, iż coś w jej wnętrzu zwijało się w supeł – wiedziała, że oczy na niej spoczną; wiedziała, że jej obecność nie obejdzie się bez echa oraz szeptów.

Jeszcze żyła oddechem Ameryki, tą idylliczną, gargantuiczną odległością od znajomych stron. Mogła być kim chciała, nie posiadała tam znamion celebrytki, więc nikt w nią nie wlepiał ciekawskich, gorejących tęczówek. Możliwe, że to dlatego wychudła; zadbana, wyraźnie kreśliła swoją sylwetką i ruchami bioder pewność siebie, a jednak wprawne oko mogło dostrzec, iż coś się zmieniło.

Wciąż posiadała w umyśle ekstazę, z jaką krew Leandra tworzyła rdzawe róże na posadzce.

Uniosła wysoko brwi, gdy dostrzegła zbliżającą się sylwetkę Duponta. Przybrała na wargi kwiecisty grymas – słodki jak fiołki i upiorny jak orchidee, kiwając ku niemu głową. Potrzebowała jak nigdy obecności istnienia przychylnego. Nawet jeśli była szaloną wiedźmą ubraną w filigranową, urokliwą fizyczność, musiała zająć czymś meandry umysłu.

Wszystko, aby nie myśleć o nim.

W gruncie rzeczy ten cyrk podobał jej się tylko dlatego, że mógł zrodzić mnogie plotki na jej temat, a ona przecież, okrutnie atencyjna, dążyła do tego, aby było o niej głośno w czarodziejskim świecie. Nie posiadała w sobie tych nut cynizmu czy wyrachowanej arogancji – jednak Philipa najpewniej utopiłaby w kałuży, gdyby tylko mogła.

Uważała go za aberrację przeszłości; coś niewłaściwego – może była samotna, może potrzebowała akurat wtedy dotyku, może postradała resztę zmysłów – nade wszystko jednak żałowała przelotnego romansu. W końcu nigdy by tego nie przyznała, ale Nott szarpnął jej sercem wyjątkowo dobitnie; na tyle dobitnie, że go znienawidziła.

Otrząsnąwszy się z myśli, wzrok zatrzymała na Bellu.

Jesteś na pewno mniej zszokowany, niż ja – odparła, kiwając delikatnie głową, wprawiając w taniec czarne pukle. – Aż tak to widać? Nienawidzę ostatnich dni, miesięcy, może lat. Walczyłam ze sobą, aby wstać z łóżka i… – zamilkła, a na jej ustach rozpłynął się urokliwy uśmiech, zupełnie nieprzystający do wymawianych treści.

I momentalnie ten uśmiech właśnie, uczynił ją namacalną Lorettą Lestrange.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Victoria Lestrange - 05.10.2023

Dla Laurenta może był to obcy świat, ale Victoria mogła na dzisiejszy wieczór stać się jego przewodnikiem – bo znała, mniej czy bardziej, ale znała (a nie tylko kojarzyła) przewijających się wokół nich ludzi. Mogła mu wyszeptać na ucho kto jest synem kogo, kto jest kuzynem kogo i kto jest czyim mężem albo z kim zaręczony, a przynajmniej jeśli chodziło o ludzi bliżej lub dalej spokrewnionych z nią samą. Tych wszak tutaj nie brakowało, Louvain sprosił na to wydarzenie chyba całą rodzinę, by móc poczuć jedność i wsparcie w tak publicznym pojedynku i honor. Dla Victorii wygrana czy przegrana nie oznaczała, że ktoś miał, bądź nie miał, racji, nie zmieniało to faktów, które kto wie jakie naprawdę były – dla niej była to tylko okazja by zobaczyć się z dawno nie widzianymi ludźmi i pokazanie się w towarzystwie, nic więcej. Ale od czasu Beltane… nie miała okazji uczestniczyć w podobnym zbiegowisku, zobaczyć niektórych twarzy. Wiele się działo. Zbyt wiele jak na jej gust. Co… automatycznie powiodło jej myśli do siedzącego obok Vasilija. Otrzymała od niego list w maju i choć nie był nadmiernie odkrywczy, biorąc pod uwagę, ze cały czarodziejski świat Wielkiej Brytanii huczał miedzy innymi o niej i o tym, co jej się przydarzyło, to dla wydarzeń przyszłych wizja jaką Vakel zobaczył, była (niestety) niezmiernie trafna. Posłała mu wtedy słowa podziękowania, ale pomyślała sobie, że wypadałoby mu podziękować osobiście, skoro mieli okazję się spotkać.

– Vakelu, chciałam ci jeszcze raz podziękować za twój list z maja. Na pewno cię nie zdziwię, ale okazał się być proroczy – nieco się nachyliła w stronę Dolohova. Słowa listu sugerowały, że zobaczył rzeczy dotyczące całej rodziny. Miała nadzieję, że reszta nosząca nazwisko Lestrange miała więcej szczęścia niż ona sama i jej prawdziwie burzowe chmury.

Po chwili jednak nachylała się już z powrotem do Laurenta.

– Ach. Wszystko jasne – czy był więc rozdarty za kogo trzymać kciuki? Za przyjaciela Philipa? Wiedziała o nim tylko tyle, że był dupkiem (najwyraźniej sławni sportowcy tak mieli, bo o Lou krążyły kropka w kropkę te same historie), kobieciarzem i że był w jakiejś relacji z jej kuzynką. Nic więcej ją zresztą nie interesowało, bo nie był to człowiek, z którym sama utrzymywałaby jakieś znajomości; zupełnie inne kręgi. Czy może Laurent miał zamiar jednak kibicować koledze ze szkoły, albo własnemu kuzynowi, z którym był całkiem blisko? Nie zamierzała w to wnikać, bo nie chciała tego rozdarcia powiększać. Zamiast tego wsunęła dłoń pod jego ramię i nieco się pochyliła do przodu, bo oto bohaterowie tego wydarzenia w końcu weszli na arenę. Pojedynek miał się za chwilę zacząć. – Będziesz patrzeć czy zakrywasz oczy i mam ci streszczać? – zapytała z uśmiechem.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bell Dupont - 06.10.2023

Loretta rzeczywiście mogła zrobić wiele rzeczy – zniknąć, zaszyć się i przeczekać wszystko w zaciszu domu, który obrała za swoją siedzibę. Mogła, ale nie zrobiła tego. Bellamy nie chciał być wścibskim, nie interesowało go nawet to, co nią kierowało i dlaczego zdecydowała się tutaj przyjść. Pewnie na jej miejscu zrobiłby dokładnie to samo. Wiedział, że kobieta lubiła znajdować się w centrum uwagi, chłonęła wszelkiego rodzaju atencję i była ucieleśnieniem powiedzenia, że nie miało znaczenia to, co się mówiło, ważne, że mówiło się ogólnie. Pod tym względem byli całkowitymi przeciwieństwami, bo chociaż wiele ich łączyło, to pociąg do bycia tematem rozmów zdecydowanie nie. Dupont od długiego już czasu starał się nie wychylać, nie być na ustach lokalnej społeczności. Miał jednak ku temu konkretne powody. Wiele groziło mu, jak i jego rodzinie, gdyby te powodu ujrzały światło dzienne. Nie rozumiał też, jak ktoś może świadomie poszukiwać tej atencji. Co miałaby ona zastąpić? Bo ewidentnie czegoś takim osobom brakowało. Loretta jednak nie sprawiała wrażenia, jakby brakowało jej czegokolwiek.
   – Tak… wbrew pozorom trudno jest mnie zszokować – zaśmiał się cicho, aby dotarło to jedynie do uszu Loretty. Nie potrzebował ściągać tutaj spojrzeń. Dopiero zrobiłaby się sensacja. W końcu chwilę temu dostał od Philipa jego pelerynę, by po chwili zająć się rozmową z osobą, która była powodem tego pojedynku. Trochę go śmieszyło, że nie chcąc uczestniczyć w żadnych sprawach tej społeczności, w jakiś sposób stał się jej niewielką częścią. Nie kłamał jednak. Rzadko był zaskoczony czymkolwiek. Z uwagi na swój stan, wiele rzeczy musiał zakładać z góry. Przewidywał więc najróżniejsze scenariusze, nieraz ekstremalne w swojej naturze. Nie było więc mowy o tym, by coś go zszokowało.
   – Och, widzę, że atencja ci jednak służy – powiedział, w odpowiedzi na uśmiech Loretty. Uśmiech ten całkowicie zmienił jej osobę, stał się idealną maską, która zakrywała wszelkie zmiany, które zaszły w jej ciele na przestrzeni tych kilku tygodni. Wyglądała bowiem zupełnie tak, jak wyglądać powinna.
   – Czy mam pytać, kto jest twoim faworytem w tym pojedynku? – zażartował. Oczywiście domyślał się, kogo Loretta chciałaby zobaczyć jako zwycięzcę.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Loretta Lestrange - 06.10.2023

Była jak żmija, która owijała się względem lukratywnego tematu, chęci pokazania się i zdobycia tej atencji, dla której przędły jej żywot okrutne Mojry – nie było dla niej tematów niewygodnych, a plotki, nawet te urągające jej godności, obchodziła z uśmiechem pełnym wyższości. Była wszak Lorettą Lestrange, tą równo popierdoloną wiedźmą, która żywiła się uwagą i tym, że o niej mówiono. A bywała na ustach niebywale często, mrugała z okładek Proroka, brylowała na bankietach, otoczona naprzemiennie wianuszkiem panien oraz względnych adoratorów. Niech Leander Yaxley spoczywa na dnie rzeki Styks, tam gdzie jego miejsce – była przecież w stanie w mgnieniu oka znaleźć kandydata bardziej godziwego; bo przecież nigdy go nie kochała, a toksyna ich wypełnionej przemocą relacji, powodowała jedynie niewiadomą, kłębiącą się w żołądku ekscytację.

Przymknęła oczy, a po pergaminie powiek przebiegł jeszcze raz widok jego; całego w brudnej, szkarłatnej posoce. I właśnie to, rozsunęło jej wargi w uśmiechu niekrytej ekstazy.

Czy to wyzwanie? – spytała półgłosem, skracając ich dystans o kolejne, zmniejszające się gwałtownie centymetry. Mogła poczuć duszność jego wody kolońskiej i tę charakterystyczną woń, którą nosił każdy człowiek, lecz na inny sposób.

Zachowywała względną powagę, patrząc mu w oczy głębiej, niż ktokolwiek by sobie tego życzył, tylko aby po chwili kąciki zewnętrzne oczu zarysowały się drobnymi zmarszczkami, a ona sama wybuchła cichym, perlistym śmiechem.

Ja i atencja? No co ty – odparła miękko.

Otuliła wzrokiem ponownie ciżbę zgromadzoną w sekcji, jedynie aby intensywnością spojrzenia powrócić do Bellamy’ego. Pozwoliła okapturzonej szacie opaść z ramion, a pod nim samym, ukazywała się prawdziwa i namacalna Lestrange. Pstrokata koszula z falami żabotu, owijającymi się wstążką wokół smukłej szyi; wysoko w talii umieszczone proste, czarne spodnie i, nieodłącznie i odwiecznie, wysokie obcasy, których stukot zapowiadał jej duszną obecność.

Uniosła wzrok na pytanie Duponta.

Mamy dwóch kandydatów – zaczęła tonem spikerki radiowej, która miałaby opiniować rozgrywkę. – Jeden profesjonalnie dosiada kija, drugi też. Jednak jeden z nich jest moim bratem, a drugiego utopiłabym w łyżce wody. Wiem, że to zadanie trudne, ale może zgadniesz, któremu z nich kibicuję – urwała, przekrzywiając nieznacznie głowę.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Lyssa Dolohov - 07.10.2023

Kąciki ust Lyssy drgnęły do ledwo zauważalnego uśmiechu, chociaż tak naprawdę kusiło ją, żeby skrzywić się brzydko. Dla niej to wcale nie było aż takie oczywiste, bo przecież niektóre rzeczy proponowało się albo dlatego, że przypadkiem wpadły do głowy, albo ze zwykłej grzeczności. To, że Vakel jej coś właśnie mówił nie znaczyło więc dla niej, że faktycznie tego chce. To była dla niej sytuacja bliźniacza do tej, kiedy ktoś pytał się czy chciało się herbaty, a kiedy odpowiedziało się twierdząco, mówił żeby w takim razie zrobić sobie samemu, albo jemu też.
- W takim razie chcę - rzuciła sucho, samej przy tym mrużąc oczy na jego podobieństwo, te odpowiedź uznając chyba za najbezpieczniejszą.

Stałą grzecznie, odprowadzając Louvaina spojrzeniem i uśmiechając się za nim lekko, ale kiedy poczuła jak ojciec łapie ją za rękę, spojrzała na niego uważnie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co właściwie zrobiła, a także z faktu, że absolutnie tego robić nie powinna. Patrzyła więc na niego uważnie, chłodno wręcz, jednocześnie uśmiechając się przy tym lekko, ale już nie do niego, a do każdego kto mógłby teraz na nich patrzeć. Jeśli chodziło o umiejętność kłamania i udawania że wszystko było dobrze, to najwyraźniej było to w ich przypadku dziedziczne.
- Ale nie jest nią. I jest całkiem... miły - zniżyła głos, ostatnie słowo wypowiedziała nieco ostrożnie, niekoniecznie czując, że akurat to słowo znajdowało się pierwsze w kolejce, jeśli chodziło o komplementowanie Louvaina. Miejsca pierwszego jednak Vakel na pewno nigdy nie chciał usłyszeć. Potem milczała przez dłuższą chwilę, zaciskając palce na materiale haftowanej chusteczki, którą przed chwilą dostała, spoglądając w oczy Vakela twardo, jakby próbowała się z nim właśnie w swojej głowie i mierzyła właśnie siły. Szybko jednak się poddała, a jej spojrzenie zmiękło i uciekło w bok, zanim wreszcie zaśmiała się cicho razem z nim, przysłaniając dłonią usta. Nie pozostawało jej nic innego, jak zwyczajnie grać teraz dokładnie tak, jak sobie tego od niej zażyczył, bo nawet jeśli była zdania, że niewiele straciłaby na jego upadku, to nie była jeszcze aż tak głupia, żeby go do tego dalej prowokować.

Potem już zajęli się towarzystwem, w którym się znaleźli. Lyssa odwróciła się nieco do Eden, chociaż jeszcze zanim to zrobiła, a w ich towarzystwie pojawiła się także Victoria, uśmiechnęła się niej lekko na powitanie.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Atreus Bulstrode - 07.10.2023

Adwokat bezsensowniej przemocy brzmiało całkiem nietrafnie, jeśli miałby mieć na ten temat jakiekolwiek zdanie. O wiele lepiej wpadało w ucho adwokat przemocy, bo prawdę powiedziawszy, nie uważał żeby w większości uciekał się do jej bezsensownych aktów. W swojej głowie zawszy miał jakiś powód. Raz lepszy, raz gorszy, owszem, ale nie znaczyło to, że którykolwiek z nich był zły.
Atreus przez większość czasu nie zwracał większej uwagi na Erika i Phillipa, przenosząc na nich wzrok tylko i wyłącznie, kiedy ktoś machnął mu przed nosem palcem. Dokładnie tak jak zrobił to Louvain, kiedy znalazł się przy nich Stanley. Przeniósł na wspomnianych mężczyzn spojrzenie na krótko, notując tylko w głowie, że Laurent wreszcie się od nich odkleił i zajął miejsce gdzieś na trybunach w okolicy Dolohova i Eden, do której też uśmiechnął się krótko na powitanie. Miło było widzieć, że faktycznie wykorzystała jego zaproszenie.
- Powodzenia. Połamania różdżki - uśmiechnął się do niego, odprowadzając go przez moment spojrzeniem, by zaraz odwrócić się do Stanleya i kiwając na niego głową, by przesunęli się i przytulili do trybun.
- Znajdź sobie jakieś wygodne miejsce w pierwszym rzędzie i przygotuj się na opijanie, miejmy nadzieję, że wygranej - ostatnie słowa dodał nieco ciszej, uśmiechając się do Staszka porozumiewawczo. Oczywiście, bezgranicznie wierzył w umiejętności przyjaciela i fakt, że wygra ten cały pojedynek, jednak odrobina realizmu jeszcze przecież nikomu nie zaszkodziła. Prawda?